Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Jak donosi Newsweek, prezydent Andrzej Duda, jeszcze jako poseł, pobierał refundacje kosztów podróży do Poznania. Parlamentarzystom przysługuje refundacja na podróże "związane z wykonywaniem mandatu poselskiego", nic zaś nie wiadomo o takich zajęciach Andrzeja Dudy w Poznaniu. Za to jego terminy wyjazdów i rezerwacje hoteli, też opłacane z pieniędzy sejmowych, pokrywały się z terminami prowadzonych przez niego zajęć dydaktycznych w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji im. Mieszka I w Poznaniu, filia w Nowym Tomyślu. Można wobec tego przypuszczać, że ówczesny poseł Duda tak naprawdę jeździł do Poznania pracować na uczelni, a więc refundacje kosztów podróży "związanych z wypelnianiem mandatu posła" pobierał nieprawnie. Innymi słowy, Andrzej Duda wyłudzał pieniądze z Kancelarii Sejmu.

Ten atak na prezydenta Andrzeja Dudę wydaje mi się całkowicie chybiony. Piszę to bez cienia ironii.

Po pierwsze, z pewnością znajdą się działacze PiSu z Poznania, którzy potwierdzą, że Andrzej Duda konsultował z nimi jakieś ważne sprawy polityczne, projekty ustaw itp. Podobno już się znaleźli.

Po drugie, sądzę, że PiS odkryje, iż Kopacz, Schetyna czy inny znany poseł Platformy za pieniądze sejmowe pojechali, powiedzmy, do Kutna, gdzie nie robili nic "związanego z wykonywaniem mandatu posła", ale akurat mieli imieniny wujka. Myślę, że nadużywanie tego przywileju poselskiego było dość powszechne i piętnowanie akurat Andrzeja Dudy, podczas gdy inni postępowali podobnie, jest w pokrętnym sensie nieuczciwe. Adam Hofman i koledzy zostali ukarani za aferę madrycką nie dlatego, że zrobili coś wyjątkowego, ale dlatego, że przesadzili: pozwolili, aby ich niezbyt trzeźwe żony awanturowały się na pokładzie samolotu, a potem ostentacyjnie zjawili się na posiedzeniu Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Madrycie tylko po to, aby podpisać listę obecności.

Po trzecie wreszcie, redukowanie wszystkiego do wymiaru finansowego oznacza upadek intelektualny i upadek obyczajów, tak jakby jedynym grzechem była kradzież, a o uczciwości w innych znaczeniach nie warto było wspominać. Nikt nie zrozumie, nikt się nie przejmie, tylko kasa się liczy. W tle słychać stłumiony chichot chciwych banksterów.

Czy bowiem praca posła, później europosła Andrzeja Dudy we wspomnianej szkole wyższej była nieuczciwością? O, tak - ale nie ze względów finansowych. W każdym razie to nie względy finansowe powinny być najważniejsze.

Dr Andrzej Duda, asystent na Uniwersytecie Jagiellońskim, wziął urlop bezpłatny, aby móc się bez reszty poświęcić sprawowaniu mandatu posła, później europosła. Każdy poseł ma do tego prawo. Z chwilą uzyskania urlopu bezpłatnego od pracodawcy, poseł traktowany jest jako poseł zawodowy, w związku z czym przysługuje mu znacznie wyższe uposażenie poselskie. Poseł Duda jednak zatrudnił się w czasie urlopu bezpłatnego z UJ na tej nieszczęsnej Wyższej Szkole Tego i Owego. Jego rozliczenia finansowe były w porządku: w ramach etatu przyszły prezydent zarabiał około tysiąca złotych miesięcznie i te pieniądze skrupulatnie odliczał od swojej diety poselskiej. Kilkukrotnie większe kwoty dr Duda otrzymywał w postaci honorariów autorskich za przygotowane zajęcia, a honorariów autorskich od diety odliczać nie musiał. Dr Duda oszukał jednak Uniwersytet Jagielloński, twierdził bowiem, że sprawowanie mandatu uniemożliwia mu prowadzenie zajęć i prowadzenie badań naukowych na UJ, miał jednak czas na prowadzenie zajęć (choć nie na prowadzenie badań naukowych - o takie bezeceństwo nikt dr. Dudy nie pomawia) w Nowym Tomyślu. Gdyby Andrzej Duda chciał się zachować uczciwie, powinien był zrezygnować z etatu na UJ, a wtedy mógłby, gdyby chciał, zatrudnić się w Wyższej Szkole im. Mieszka I. No, ale tego nie zrobił. "Wykładowca UJ" brzmi bowiem lepiej, niż "wykładowca w Nowym Tomyślu". Z drugiej strony Nowy Tomyśl płaci znacznie lepiej, niż UJ, a mniej od swoich pracowników wymaga.

To był ten zarzut "blokowania etatu na UJ" podniesiony w trakcie pierwszej debaty z Bronisławem Komorowskim. Niestety, nikt nie potrafił tego zarzutu poprawnie sformułować i przedstawić.

Jest jednak jeszcze coś więcej. Otóż plagą polskiego systemu szkolnictwa wyższego są bardzo słabe szkoły, które swoim studentom, w zamian za całkiem realne czesne, dają jedynie pozór wykształcenia. Bezwartościowy dyplom. To absolwenci takich szkół, których przez kilka lat oszukiwano, że słono opłacony dyplom zagwarantuje im świetną pracę i awans społeczny, zderzywszy się z realiami rynku pracy, czują się rozczarowani i mają wielki żal. Nie do swoich szkół, nie do swoich wykładowców, ale do Polski, która na taki szwindel pozwoliła. Absolwenci takich szkół narzekają, że Polska nie jest im w stanie zaoferować satysfakcjonującej pracy, więc masowo emigrują "na zmywak". Media zaś nagłaśniają ich żale, biadając, jak to Polska traci swoją świetnie wykształconą młodzież.

Wyższa Szkoła Pedagogiki i Administracji im. Mieszka I jest jedną z najsłabszych polskich szół de nomine wyższych. Dr Andrzej Duda, pracując w tej szkole, osobiście uczestniczył w oszukiwaniu studentów. Ba, dr Andrzej Duda osobiście przyczyniał się do degeneracji polskiego systemu szkolnictwa wyższego, do deprecjonowania poziomu edukacji wyższej, do dewaluacji nadawanych w szkołach wyższych tytułów zawodowych licencjata i magistra. I tego nie mogę mu wybaczyć.

Do tego jeszcze dr Duda okazał się małym kombinatorkiem, który chciał przyoszczędzić kilkaset złotych miesięcznie na kosztach podróży, jak - zapewne - tylu innych jego kolegów-parlamentarzystów. Nie sądzę jednak, aby na zarzutach finansowych dało się oprzeć solidny atak na Andrzeja Dudę. Drobne oszustwa, takie kombinowanie, nie są może pochwalane, ale są tolerowane, bo "wszyscy" tak robią. Z drugiej strony od posła, zwłaszcza zaś od prezydenta, powinno się oczekiwać, że będzie wzorem wypełniania obowiązków wobec państwa. Cóż, jakie czasy, taki prezydent.