Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 27 sierpnia 2016

Willard Van Orman Quine, amerykański logik, w artykule Grammar, Truth, and Logic (1980), napisał

It is a general practice, in intellectual pursuits, to argue from the truth of one sentence to the truth of another. Some such arguments are the business of logic, others not. [...] Logic studies the truth conditions that hinge solely on grammatical constructions.

Nie piszę tego po to, aby omawiać tezy Quine'a, ale by zwrócić uwagę, że struktura gramatyczna zdania jest istotna dla jego prawidłowej interpretacji. A wszystko to w kontekście niedawnej decyzji prezydenta Dudy, który odmówił powołania kilkorga sędziów. Jest to więc kontynuacja mojego poprzedniego wpisu.

Spór konstytucyjny (sic!) sprowadza się do rozstrzygnięcia, czy zdania

(1) Prezydent Rzeczypospolitej powołuje sędziów na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieokreślony

oraz

(2) Sędziowie powoływani są przez Prezydenta Rzeczypospolitej, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieokreślony

są równoważne. Zdanie (2) jest literalnym powtórzeniem art. 179 konstytucji. Zdanie (1) nie występuje w konstytucji, ale liczni krytycy pana Dudy, ale także pewien przychylny dobrej zmianie logik, implicite uznają, że (1) jest równoważne (2). Gdyby tak było, należałoby stwierdzić, że konstytucja postanawia (1), a zatem prezydent musi mianować sędziów na wniosek KRS, per analogiam z omawianymi poprzednio art. 159 ust. 2 i art. 161 konstytucji. Tak jednak nie jest!

Hipotetyczne zdanie (1) mówi o prezydencie - to "prezydent" jest jego podmiotem. Zdanie to mówi, że jeśli wystąpi pewna przesłanka (tu: wniosek KRS), prezydent wykonuje pewną czynność (tu: powołuje sędziów). Wykonuje. Nie "może wykonać". Nie "ma prawo wykonać". Wykonuje. Zaistnienie przesłanki konstytucyjnie wymaga od prezydenta wykonania (i to niezwłocznego!) określonej czynności, tak jak sejmowe wotum nieufności (art. 159 ust. 2) wymaga od prezydenta odwołania ministra, a wniosek premiera (art. 161) wymaga od prezydenta dokonania zmiany w składzie Rady Ministrów.

Faktycznie występujące w konstytucji zdanie (2) mówi o sędziach. Jego podmiotem są "sędziowie". Mówi ono mianowicie, w jaki sposób można powołać sędziego: może to zrobić tylko prezydent i tylko na wniosek KRS. Zdanie to nie mówi, że prezydent musi wykonać pewną czynność, a jedynie, że aby prawidłowo powołać sędziego, muszą wystąpić dwie przesłanki: decyzja prezydenta i poprzedzający ją wniosek KRS. Ze zdania (2) nie wynika, że stosowny wniosek KRS wymusza na prezydencie podjęcie decyzji o powołaniu sędziego. Wniosek KRS jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym, aby prezydent powołał sędziego.

Można deliberować, czy ustrojodawca (ustawodawca konstytucyjny) faktycznie to miał na myśli, co wynika z językowej (i logicznej!) analizy tekstu konstytucji, czy też był to jedynie zabieg stylistyczny: Art. 179 konstytucji znajduje się w Rozdziale VIII: Sądy i Trybunały, więc jest rzeczą naturalną, że to sędziowie i sądy, nie zaś inne organa państwa, są podmiotami poszczególnych artykułów. Ale to nieważne. Jedyne, co mamy i jedyne, na czym możemy się oprzeć, to tekst konstytucji. Zdania (1) i (2) nie są logicznie równoważne (w języku Quine'a, one cannot argue from the truth of (2) to the truth of (1)), a zatem trzeba uznać, że konstytucja nie wymusza na prezydencie zastosowania się do wniosku KRS odnośnie do mianowania sędziego. Jest to dla mnie oczywiste i jasne, jak słońce na niebie.

Verum est quod clare et distincte percipio, jak stwierdził był Kartezjusz. Bez względu na to, jak oceniam motywy, którymi kierował się pan Andrzej Duda odmawiając nominacji sędziowskich pewnym osobom, muszę stwierdzić, że w świetle konstytucji prezydent nie jest jedynie notariuszem KRS, który musi opatrzyć stosowną pieczęcią jej każdy wniosek. Przeciwnie, prezydent może się wnioskom KRS sprzeciwić.

środa, 24 sierpnia 2016

Na początku lipca prezydent Duda odmówił nominowania dziesięciu sędziów, których kandydatury wysunęła Krajowa Rada Sądownictwa. W jednym wypadku chodziło o pierwszą nominację, w dziewięciu o awans do sądów wyższego szczebla. Prezydent w żaden sposób swojej decyzji nie uzasadnił, ale jest tajemnicą poliszynela, że z odmową spotkali się sędziowie, którzy poprzednio wydawali wyroki niekorzystne dla PiSu lub niemile widziane przez prawicę.

Środowisko sędziowskie jest oburzone. KRS domaga się od prezydenta przedstawienia uzasadnienia negatywnych decyzji. Niepowołani sędziowie składają skargi do sądów administracyjnych, a do prezydenta apeluje europejskie stowarzyszenie sędziów.

Wszystko to jest, jak się wydaje, zupełnie chybione. Nawet nieco się dziwię, że sędziowie zachowują się tak bardzo nieprofesjonalnie.

Nie chodzi bowiem o to, czy decyzja prezydenta była słuszna (moim zdaniem, nie była), ale czy była formalnie poprawna. Otóż była. Prezydent mógł omówić nominacji i nie musiał tej decyzji uzasadniać.

Zacznijmy od tego, że był już precedens: Prezydent Lech Kaczyński także odmówił dokonania nominacji sędziowskich, co również głośno krytykowano, ale raczej nie kwestionowano samej zasady. Niektórzy z niepowołanych wówczas sędziów  - jak możemy przeczytać - składali skargi do sądu administracyjnego, a potem do NSA, które uznały, że powoływanie sędziów jest "osobistą prerogatywą" prezydenta i że prezydent nie działa w tym zakresie jako organ administracji publicznej, a więc jego (odmowna) decyzja nie wymaga uzasadnienia.

A jak to wygląda z punktu widzenia konstytucji?

Zacznijmy od przepisu nie dotyczącego sędziów. Mianowicie art. 161 powiada, że

Prezydent Rzeczypospolitej, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, dokonuje zmian w składzie Rady Ministrów.

"Dokonuje". Powszechnie interpretowane jest to w ten sposób, iż prezydent musi dokonać zmian w składzie rządu (odwołać ministra, powołać następcę) ilekroć zażąda tego premier. Prezydent może uwielbiać odwoływanego ministra i serdecznie nie znosić powoływanego, ale nie ma wyboru: premier składa wniosek, prezydent go wykonuje. Decyduje o tym tryb gramatyczny (tryb orzekający, strona czynna) użyty w konstytucji. Nawiasem mówiąc, taki sam tryb użyty jest we wcześniejszym przepisie konstytucyjnym - art. 159 ust. 2:

Prezydent Rzeczypospolitej odwołuje ministra, któremu Sejm wyraził wotum nieufności [...]

Tu nie ma najmniejszych wątpliwości: prezydent musi odwołać ministra, wobec którego wyrażono wotum nieufności. Prezydent nie może powiedzieć "mógłbym w tej sytuacji odwołać, ale tego nie zrobię". Nic z tych rzeczy. Prezydent odwołać musi.

A jak to jest w wypadku sędziów? Mówi o tym art. 179 konstytucji:

Sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony.

Ponadto art. 144 ust. 3 pkt. 17 wyłącza nominacje sędziowskie z obowiązku uzyskania kontrasygnaty premiera, czyniąc z tego "osobistą prerogatywę" prezydenta.

Zwróćmy uwagę, że brzmienie, tryb gramatyczny użyty w art. 179 jest inny, niż w przywołanych dla porównania art. 159 i 161. Przepis art. 179 nie zmusza prezydenta do wykonania określonej czynności (tu: powołania sędziów na wniosek KRS). Przepis ten mówi jedynie, że 

  • tylko prezydent może powoływać sędziów (nie premier, nie minister, nie prezes sądu, nie pan Staszek z sąsiedniej ulicy)
  • prezydent może to zrobić wyłącznie na wniosek KRS (nie sam z siebie, nie na wniosek premiera czy pana Staszka)

ale nie implikuje, że prezydent musi postąpić zgodnie z wnioskiem KRS. KRS - i tylko KRS - może złożyć wniosek o powołanie (awansowanie) sędziego i KRS ma swoje, dobrze zdefiniowane i dość przejrzyste procedury prowadzące do sformułowania takiego wniosku, prezydent zaś może, ale niekoniecznie musi się do takiego wniosku przychylić. Ba, można sobie wyobrazić racjonalne powody, dla których prezydent mógłby się do wniosku KRS nie zastosować - na przykład już po sformułowaniu wniosku wyjdzie na jaw, że kandydat na sędziego to jednak jest gnida lub też prezydent, opierając się na informacjach niejawnych (od służb specjalnych), do których on ma dostęp, KRS zaś nie, uznaje, że kandydat na sędziego jest agentem obcego mocarstwa; prezydent przy tym nie chce ujawnić powodów swojej odmowy żeby nie zdekonspirować służb. Jest jasne, że prezydent, który w naszej tradycji ma symbolizować jedność i ciągłość państwa, stać ponad podziałami, powinien decyzje odmowne wydawać z najwyższym umiarem - zgodzić się bowiem należy, że prezydent, w przeciwieństwie do KRS, nie ma środków i mechanizmów do dokonania merytorycznej oceny kandydata na sędziego - ale formalnie nie musi być posłuszny KRS i decyzji nie musi uzasadniać.

Stanowisko to jest spójne z... wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, wydanym w innej, choć powiązanej sprawie. Mianowicie, po ekscesach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który, jako się rzekło, odmówił nominowania niektórych kandydatów, ale przede wszystkim przez bardzo długie miesiące zwlekał z podjęciem jakiejkolwiek decyzji, ustawodawca chciał zobowiązać prezydenta do nominowania sędziego w ciągu miesiąca od wpłynięcia wniosku z KRS. Trybunał w roku 2012 uznał ten przepis za niezgodny z konstytucją, jako że godzi on w "osobistą prerogatywę" prezydenta. W uzasadnieniu wyroku TK czytamy:

Trybunał uznał, że nieokreślenie wprost w art. 179 konstytucji terminu na powołanie sędziów należy odczytywać w ten sposób, że Prezydent ma obowiązek działania niezwłocznego. Taka interpretacja dopuszcza wystąpienie uzasadnionego opóźnienia w realizacji przez Prezydenta jego kompetencji, przykładowo, gdy konieczna jest analiza kandydatur zgłoszonych przez KRS i pozwala prawidłowo ją wykonywać, umożliwiając rzetelną ocenę kandydatur na stanowiska sędziowskie.

TK uznał zatem, że prezydent może analizować i oceniać kandydatury przedstawione przez KRS. I choć Trybunał nie mówi tego wprost, należy, jak przypuszczam, rozumieć, że skoro prezydent może "analizować" i "oceniać", logicznie dopuszczalne jest, że prezydent, w wyniku analizy i oceny, niektóre kandydatury odrzuci.

Inne prawnicze uzasadnienie decyzji prezydenta Dudy można znaleźć tutaj.

Pisałem już gdzie indziej, że nadanie stopnia generalskiego, powołanie na urząd sędziego i (opisane nie w konstytucji, ale w ustawie) nadanie tytułu profesora - przez głowę państwa, w ceremonialnej oprawie - traktowane są w Polsce jak przyjęcie do stanu szlacheckiego. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mają inną pozycję: zgodnie z art. 194 ust. 1 konstytucji, sędziów TK nie powołuje prezydent, ale są oni wybierani przez Sejm (w konstytucji nie ma nawet nic o ślubowaniu składanym na ręce prezydenta!). Z tej perspektywy Trybunał Konstytucyjny jest innym, niż sądy (powszechne, administracyjne i wojskowe), bardziej republikańskim sektorem władzy sądowniczej, symbolicznie niezależnym od monarszej pozycji głowy państwa. W średniowieczu (i dawniej, patrz choćby biblijny sąd Salomona) to król sprawował sądy; nominując sędziów, cedował na nich cząstkę swojej osobistej władzy. Ceremonialny charakter powoływania na urząd sędziego, z podkreślanym - choćby w cytowanych wyrokach TK i NSA - charakterem "osobistej prerogatywy" prezydenta w dokonywaniu tej nominacji, jest śladem, pozostałością starego, quasi-sakralnego zwyczaju. Natomiast sędziowie Trybunału Konstytucyjnego nie zyskują swej władzy z woli głowy państwa, ale z woli demokratycznie wybranego Sejmu. Być może dlatego (między innymi dlatego) PiS tak usilnie próbuje Trybunał Konstytucyjny ubezwłasnowolnić. Nie do pomyślenia jest bowiem, aby ktoś w Polsce sprawował władzę i mógł wydawać wiążące postanowienia nie z nadania PiSu.

Wróćmy jednak do lipcowej decyzji prezydenta. Andrzej Duda, wręczając nominacje sędziom, których wówczas powołał (bo przecież nie wszystkich odrzucił), mówił:

Bardzo ważne jest byście byli państwo niezależni od polityków. Nie pozwólcie aby ktokolwiek wywierał na was presję. Chciałbym żebyście zawsze mieli poczucie, że nie możecie ulegać żadnej presji – wpływom, namowom czy wręcz szantażom 

Aż dziw, że dr Duda nie zakrztusił się własnymi słowami. Odmawiając awansu sędziom źle widzianym przez PiS, zrobił bowiem to, przed czym powoływanych sędziów ostrzegał: Zaszantażował całe środowisko sędziowskie "jeśli będziecie orzekać nie po naszej myśli, zaszkodzimy wam w karierze". 

Decyzję prezydenta Dudy można - i, moim zdaniem, wręcz należy - krytykować jako partyjniacki i pełen hipokryzji atak władzy wykonawczej na władzę sądowniczą. Ale prezydent miał formalną możliwość tak postąpić, co jest przyczynkiem do obserwacji, że konstytucja pisana była z myślą o ludziach stosujących ją w dobrej wierze. Wypowiedź prezydenckiego rzecznika, Marka Magierowskiego, że prezydent "może, ale nie musi" powoływać sędziów, jest arogancka, ale zgodna z prawdą.

Amicus Plato...

czwartek, 04 sierpnia 2016

Ktoś mógłby uznać, że ten wpis jest spóźniony o dobrych kilka tygodni, bo zasadnicza tura rekrutacji na studia wyższe już się skończyła. Mam wszakże nadzieję, że skorzystają z niego kandydaci na studia w kolejnych latach, tym bardziej, że decyzja o wyborze kierunku studiów jest bardzo ważna i nie powinno się jej podejmować w ostatniej chwili.

Bezpośrednim impulsem do powstania tego wpisu było dramatyczne pytanie, zadane przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej*:

dlaczego sloganem reklamowym polskich wydziałów humanistycznych jest raczej: "znajdź doskonałą pracę po skończeniu kierunku x" a nie: "po skończeniu studiów x włącz się w rozwiązywanie podstawowych problemów nowoczesnego i przyszłego świata"?

Rozwiązywanie podstawowych problemów świata, czy nam się to podoba, czy nie, było, jest i będzie udziałem nielicznych. Udawanie, że każdy, kto się odpowiednio zaweźmie, a już w szczególności ukończy Nasz Wspaniały Wydział, będzie mógł w tym twórczo uczestniczyć, jest oszukiwaniem naiwnych. Z drugiej strony faktycznie warto zachęcać tych, którzy potencjalnie mogliby to robić, ale z jakichś powodów zrezygnowali na starcie. Zrezygnowali z samego spróbowania. Tylko gdzie ich szukać?

Populację (potencjalnych) studentów w pierwszym przybliżeniu można podzielić na cztery kategorie, przy czym, co oczywiste, granice pomiędzy nimi są nieostre. Kategorię pierwszą stanowią zdeterminowani pasjonaci. Ktoś wie, w sposób niezachwiany wie, że interesuje go fizyka teoretyczna. Albo poszukiwanie nowych źródeł energii. Albo lekarstwa na raka. Albo filozofia. Albo śledzenie przemian obyczajowych w XIX-wiecznej Persji. Albo coś jeszcze innego. On czy ona to wiedzą i są gotowi poświęcić naprawdę wiele, aby to robić, a jeśli im się nie uda, cierpią. Bo nie wszystkim się udaje, ale to już zupełnie inna historia. W każdym bądź razie tych ludzi nie trzeba namawiać do włączenia się w rozwiązywanie podstawowych problemów świata. Oni co najwyżej zastanawiają się, czy studiować swój wymarzony kierunek w Białymstoku, czy w Warszawie, czy w Zurychu, a kryteria wyboru są wielorakie, bo na przykład życie w Zurychu jest cholernie drogie i nie każdego na to stać.

Na przeciwnym krańcu spektrum mamy rzeszę osób, które chcą skończyć studia, co należy rozumieć jako zdobyć dyplom. Nie zależy im na wiedzy, ale na dyplomie, mającym być przepustką do lepszego życia. Jest to, przynajmniej po części, umysłowy spadek po latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, gdy rzeczywiście jakikolwiek dyplom ukończenia studiów wyższych plus zestaw obowiązkowy "prawo jazdy kat. B, angielski, komputer" bez mała gwarantowały zdobycie niezłej pracy. To się skończyło, ale świadomość społeczna zmienia się powoli i pcha kolejne pokolenia maturzystów do dziadowskich, bardzo słabych "uczelni wyższych", które za całkiem realne pieniądze oferują studentom pozór wykształcenia i coraz mniej znaczący dyplom. Absolwenci tych "fabryk bezrobotnych" dobrej pracy nie znajdują, awansu społecznego nie dostępują, wielu z nich zasila szeregi nisko kwalifikowanej siły roboczej w UK, Niemczech czy Holandii i czują się oszukani przez Polskę, która do takiego szwindlu dopuściła. Dlatego niezmiennie czuję wielki żal do polityków, którzy przez lata nic z tym nie zrobili, jeszcze większy zaś do tych, którzy sami w tym cynicznie uczestniczyli - w szczególności mam na myśli pana dr. Andrzeja Dudę.

Co najmniej równie liczna jest grupa, która co prawda nie ma już złudzeń, że dyplom zapewni im dobry start w życiu, ale idzie na studia, bo nie ma żadnego lepszego pomysłu, bo tym bardziej nie widzi szans na znalezienie pracy z samą maturą, wreszcie dlatego, że - jak argumentowałem - samo bycie studentem jest ekonomicznie opłacalne. Otóż członkowie tych dwóch grup wybierają przede wszystkim studia łatwe, które bez większego wysiłku można skończyć, tym bardziej, że na ogół w czasie studiów pracują - najczęściej na śmieciówkach, które traktują jako sytuację tymczasową, albo na szaro. To oni zasilają te wszystkie bieda-szkoły de nomine wyższe, które im szybciej upadną, tym lepiej, ale stanowią także sporą część studentów masowych kierunków społecznych i humanistycznych na szacownych skądinąd uczelniach. Namawianie tych ludzi do rozwiązywania podstawowych problemów świata budzi śmiech pusty, a potem litość i trwogę.

Jest wreszcie grupa, mam nadzieję, najliczniejsza, która nadal wierzy, że dobre (z naciskiem na dobre) wykształcenie zapewni im lepszą pracę i lepsze życie. Oni traktują studia jak inwestycję. Są wśród nich tacy, którzy może by i wybrali jakieś kierunki "teoretyczne", bo się nimi interesują, ale nie aż do tego stopnia, żeby zrezygnować na ich rzecz z perspektyw dobrej, a przynajmniej przyzwoitej pracy. Może i interesuję się filozofią, ale primum edere, więc zamiast na filozofię, pójdę na polonistykę, przynajmniej będę miał szanse zostać nauczycielem lub "załapać się w jakiejś redakcji" (oj, naiwny). Może ta matematyka jest fajna, ale co taki matematyk może po studiach robić, lepiej pójdę na budownictwo lądowe, tam przecież matematyka też jest potrzebna, a praca dla inżyniera zawsze się znajdzie (no, tak, ale nie od razu z Bóg wie jak wysoką pensją i "ciekawymi projektami"). I tu pojawiają się przedstawiciele odpowiednich wydziałów i wołają: Hej, młody człowieku, czy wiesz, że dobrze wykształconych filozofów chętnie zatrudniają firmy wymagające kreatywnego, nieszablonowego myślenia? A czy wiesz, że wśród absolwentów matematyki po dobrych uniwersytetach nie ma bezrobotnych? (Jedno i drugie, zwłaszcza to drugie, jest prawdą.) Otóż to do takich osób kierowane jest przesłanie

znajdź dobrą pracę po wydziale humanistycznym lub ścisłym-teoretycznym

Komitet Kryzysowy Humanistyki całkiem niesłusznie się na to zżyma. W ten bowiem sposób od czasu do czasu udaje się ułowić kogoś, kto faktycznie ma potencjał, by zając się podstawowymi problemami świata, ale bał się zderzenia z Realnym.

*Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej to grupa poczciwych, przyzwoitych i niegłupich, choć dosyć naiwnych ludzi, która tak znienawidziła "neoliberalne" reformy wprowadzane w szkolnictwie wyższym przez Platformę - przy czym już bez wdawania się w dystynkcje, czy któreś z nich mają jakiś sens - że efektywnie poparła PiS w ostatniej kampanii wyborczej. Och, oni się od tego teraz odżegnują i mówią, że są a-po-li-tycz-ni, ale w trakcie kampanii okazali się pożytecznymi PiSowskimi - no, wiadomo, kim. Nie oni jedni.