Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 16 września 2009

Gazeta Wyborcza chwali się 100 000 000 milionami wpisów na swoim forum. Wiadomo, że część z nich jest wartościowa, większość pod każdym względem obojętna, jakaś zaś część przynależy do obszaru "chamstwa w internecie". Jakoś się w tym wszystkim nasza zbiorowa (pod)świadomość odbija. Dla przykładu, wczoraj Gazeta napisała, że polska reprezentacja kobieca w tenisie stołowym awansowała do finału Mistrzostw Europy. Dwie z polskich zawodniczek są Chinkami od lat mieszkającymi i trenującymi w Polsce. I co na to forum, internetowy Polaków portret własny? Co prawda nikt nie nawołuje do przemocy, ale i tak większość komentarzy ocieka rasizmem. Zamiast cieszyć się, że Polska będzie w cywilizacji wymieniana w pozytywnym kontekscie, ludzie wylewają swoje uprzedzenia. Nasze, słowiańskie, prapolskie geny są jakoś lepsze czy co? Skoro my ludzi innej rasy uważamy za z góry gorszych, to czemu oczekujemy, że to samo nie spotka nas? W Stanach, Wielkiej Brytanii czy Holandii kolor skóry zawodnika naprawdę prawie nikogo nie interesuje.

Przy okazji, dzisiaj Gazeta donosi, jakie to filmy najchętniej ściągano z serwisów torrentowych. Pozornie jest to informacja, de facto propagowanie piractwa: No, skoro poważny portal o tym pisze, podaje nazwy serwisów i recenzje filmów, to znaczy, że torrenty są OK. Nie są. Wiadomo, że piractwo sieciowe istnieje, ale pojąć nie mogę, jakim sposobem wielki portal może do niego zachęcać.

I czemu się dziwić, że w cywilizacji Polska wciąż uchodzi za dziwny, podejrzany, dziki kraj?


P.s. Polska reprezentacja przegrała finałowy mecz z Holandią 3:1, ale i tak gratuluję srebra! Reprezentantka Polski Li Qian jest jedyną zawodniczką turnieju drużynowego, która nie przegrała żadnego spotkania i ma duże szanse w turnieju indywidualnym.

piątek, 11 września 2009

Wczorajsza Gazeta Wyborcza poświęca pierwszą stronę analizie wyników międzynarodowego sondażu, z którego jakoby miało wynikać, iż

Polacy są nie tylko (...) coraz bardziej sceptyczni wobec Ameryki, ale też stali się jednym z najbardziej pacyfistycznych narodów Europy.

Sondaż jak sondaż, krytyce podlegać jednak mogą jego interpretacje. Zacznijmy od tego, że w Europie Zachodniej prezydentowi Obamie ufa 80% więcej osób, niż ufało George'owi W. Bushowi.

"Europa Zachodnia wróciła w objęcia Ameryki", mówi Gazecie Ron Asmus [znajomy Radka Sikorskiego], szef brukselskiego ośrdodka German Marshall Fund.

A cóż innego mógł powiedzieć prominentny polityk Partii Demokratycznej? Gdy w trakcie afery Profumo brytyjski minister wojny wypierał się wszelkich kontaktów z Christine Keeler, ta skomentowała: The minister would say that, wouldn't he? Podobnie, Ron Asmus, amerykański polityk, powiada, że Europa pokochała Amerykę, gdy tymczasem Europa po prostu raduje się z odejścia skrajnie tu niepopularnego Busha. Inna rzecz, że Barack Obama ma w tej chwili o wiele większe poparcie w Europie niż w swoim własnym kraju. A Polska popiera Obamę słabiej niż Europa Zachodnia dokładnie z tych samych powodów, dla których ta popiera go szczególnie mocno: Obama chce "poprawić stosunki z Rosją" kosztem interesów Europy Środkowej.

Nawiasem mówiąc, choć politykę zagraniczną Obamy popiera procentowo o wiele mniej Polaków niż Niemców czy Francuzów, to jednak i w Polsce sposób, w jaki Obama radzi sobie ze sprawami międzynarodowymi, jest postrzegany wyraźnie lepiej, niż międzynarodowa polityka Busha. Jak więc Gazeta może pisać, że Polacy stają się coraz bardziej sceptyczni wobec Ameryki?

Pacyfizm Polaków Gazeta komentuje tak:

To zapewne nasz udział w wojnach w Iraku i w Afganistanie sprawił, że w ostatnich latach wśród Polaków mocno wzrosły postawy pacyfistyczne.

Irak i Afganistan, zapewne tak, ale niebezpośrednio. Na pewno krętactwa Busha w uzasadnianiu ataku na Irak i początkowa indolencja Amerykanów w okupowanym Iraku nie przyczyniły się do poparcia dla udziału Polski w tej wojnie. Moim wszakże zdaniem ważniejsze jest co innego: Polscy politycy, w jeszcze większym zaś stopniu polskie media, tak spodziewali się amerykańskiego cargo w zamian za udział w ekspedycjach i tak nam to wszystkim wmówili, że brak bezpośrednich profitów zaczyna być uznawany za dobry powód do wycofania się z Afganistanu. Tymczasem nikt uczciwie nie powiedział po co nam to było: po pierwsze, aby zapewnić sobie przychylność Ameryki w perspektywie długofalowej i, po drugie, aby nasze koszarowe wojsko mogło przekształcić się w prawdziwą armię. Pisze o tym także Bartosz Węglarczyk na swoim blogu (tekst ukazał się również w papierowym wydaniu Gazety).

poniedziałek, 07 września 2009

Nie studiowałem pedagogiki, więc pewne rzeczy w świecie znane odkrywam na własny użytek dopiero teraz. Wyważam otwarte drzwi. I tak oto czytając ten oto list do Science dowiedziałem się o istnieniu tytułowej taksonomii Blooma. Otóż Benjamin Bloom (jednak nie Leopold) już w roku 1956 wprowadził podział celów edukacyjnych w trzech kategoriach: afektywnej, psychomotorycznej i kognitywnej (poznawczej). W tej trzeciej kategorii Bloom wprowadził hierarchię

  • Remember
  • Understand
  • Apply
  • Analyze
  • Evaluate
  • Create

przy czym trzy ostatnie znajdują się na tym samym poziomie. Według Blooma, poziom drugi nie może być osiągnięty bez pierwszego, trzeci bez drugiego, czwarty, piąty i szósty bez trzeciego.

Polska szkoła w nauczaniu przedmiotów ścisłych ogranicza się do najbardziej podstawowego poziomu, remember. Ze strachem myślę, że często tak też jest na poziomie studiów wyższych. Wszyscy reformatorzy głośno domagają się poziomu trzeciego, apply, mitycznego stosowania wiedzy w praktyce. I jakoś to nie wychodzi, bo powszechnie pomija się poziom drugi, zrozumienie.

Nawiasem mówiąc, na wszystkich polskich stronach, które sprawdzałem - na przykład tutaj - najniższy szczebel hierarchii tłumaczony jest jako wiedza. To jest zupełnie błędne tłumaczenie, "wiedza" bowiem zakłada nie tylko zapamiętanie, ale zrozumienie, a nawet więcej, pewnego rodzaju zinterioryzowanie wiadomości i powiązań między nimi. Czy zastępowanie remember przez wiedzę to tylko kwestia złego tłumaczenia, czy gorzej, złej interpretacji doktryny Blooma? Create też jest niewłaściwie przekładane jako synteza - no, tu już wprost widzę naleciałości myśli marksistowskiej. Ponieważ w przekładach uzus rulez, gdy błędny przekład raz wszedł do obiegu, tak już zostało. Ale czy nikt nie zadał sobie trudu zajrzenia do oryginału lub do źródeł anglojęzycznych?!

Poprawka: Okazuje się, że pierwotna taksonomia Blooma istotnie zawierała knowledge oraz synthesis. hierarchia podana powyżej nosi nazwę "zrewidowanej" i została podana w roku 2001 przez L. W. Andersona i D. R. Krathwohla. Tutaj jest artykuł Krathwohla z omówiniem tej zmodyfikowanej taksonomii.

czwartek, 03 września 2009

Zaczął się rok szkolny, więc wszyscy piszą o polskiej szkole - że zła, źle uczy, uczy rzeczy niepotrzebnych, że "kształcenie", zwłaszcza w latach kończących kolejne etapy nauki, jest nauką zdawania testów egzaminacyjnych. Też tak to widzę. Niestety, debata o szkole nie ma szczęścia do filozofów. Oto po profesorze Majcherku głos zabrał kolejny krakowski profesor filozofii, w dodatku również taki, którego publicystykę ceniłem, Jan Hartman. W Przekroju nr 35 (nie znalazłem tego tekstu on-line) Hartman pisze tak:

Do tego to z reguły wiedza marginalna, szkoła bowiem uczy w większości rzeczy zbędnych i wątpliwych. Kładzie nacisk na nauczanie matematyki i nauk przyrodniczych. Uczy ich jednak według programów, których założenia sięgają czasów przedwojennych.

1. Mam nadzieję, że Hartmanowi nie chodzi o to, że matematyka i nauki przyrodnicze jako takie są "rzeczami zbędnymi i wątpliwymi", choć tak można jego wypowiedź odczytać. Myślę, że według Hartmana tylko anachroniczne programy sprawiają, że przekazywane treści są "zbędne i wątpliwe". Co jednak Hartman widzi w tych programach anachronicznego? W szkole, istotnie, nauczana jest matematyka w większości osiemnastowieczna - i dobrze, bo (prawie) wszystko późniejsze to materiał zaawansowanych kursów uniwersyteckich, zupełnie nieprzydatny zwykłemu człowiekowi. Jeśli zaś Hartmanowi idzie o metody dydaktyczne, to w równoleglym artykule w tym samym numerze Przekroju prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska argumentuje, że metody tradycyjne (na poziomie początkowym: zeszyt w kratkę, patyczki, liczydło) są skuteczniejsze, niż

zeszyty ćwiczeń będące wyrazem wiary dorosłych w efekty nauczania na obrazku.

W szkolnym materiale fizyki są za to elementy "fizyki współczesnej" - tak bowiem nazywa się fizykę z lat '30 XX wieku - i, moim zdaniem, zupełnie niepotrzebnie, bo nie ma ani czasu, ani możliwości nauczenia tego materiału dobrze, marnuje zaś się godziny, które możnaby poświęcić na zrozumienie elementów fizyki klasycznej, które podawane są w postaci "łamigłówek z życia rybaka-fajtłapy", że zacytuję sam siebie. Niewiele wiedzy można w ten sposób przekazać, ubocznym zaś skutkiem są rzesze "poprawiaczy fizyki", którym to, co usłyszeli w szkole o kwantach czy relatywistyce, nie mieści się w głowie i koniecznie chcą to obalić.

2. Nie wiem wszakże, gdzie Hartman widzi ów "nacisk na nauczanie matematyki i przedmiotów ścisłych"? Fizyka to jedna  (sic!) godzina lekcyjna przez cztery lata (trzy lata gimnazjum i tylko pierwsza klasa liceum; można zacząć od drugiej klasy gimnazjum i przez rok robić dwie lekcje w tygodniu). Z chemią i biologią jest podobnie. Godzin matematyki i treści programowych też z reformy na reformę ubywa. Moim zdaniem, matematyka i przedmioty ścisłe traktowane są w szkole wręcz po macoszemu. Albo Hartman, jak zresztą wiele osób, ma antymatematyczne uprzedzenia, wywołane najpewniej przez fatalnych nauczycieli, z którymi miał nieszczęście się zetknąć, albo też mylne wrażenie "nacisku" bierze się stąd, że obcinaniu godzin nie towarzyszy adekwatna redukcja treści programowych. Partie materiału "przerabia się" zatem w ten sposób, że nauczyciel podaje magiczne formułki, z których znajomości potem odpytuje; taka forma "sprawdzania wiedzy" jest najłatwiejsza. Formułek tych, z braku godzin lekcyjnych, przypada wiele na jedną lekcję, stąd wrażenie natłoku i nadmiaru. Za to na ogół wcale nie ma czasu, żeby cokolwiek uczniom wytłumaczyć. I jak tu się dziwić, że uczniowie odczuwają niechęć do matematyki i nauk ścisłych? O wiele lepiej byłoby spojrzeć prawdzie w oczy i zrezygnowawszy z części materiału, zadbać o to, żeby uczniowie zrozumieli podstawy fizyki, biologii, chemii oraz nauczyli się myśleć matematycznie.

W starszych klasach fizykę lub inne przedmioty przyrodnicze można sobie wybrać, a jeśli ktoś nie wybierze, będzie miał lekcje czegoś, co z niezrozumiałych względów nazwane jest przyrodą. Uczeń usłyszy tam między innymi o różdżkarstwie. Ja nie żartuję. Matematyka będzie obowiązkowa, ale spodziewam się, że sprowadzać się będzie do nauki schematycznego rozwiązywania typowych zadań, jakie mogą pojawić się na maturze.

A profesorowie filozofii niech lepiej publicznie nie powielają fałszywych stereotypów o "nacisku na matematykę" (Hartman) i "nadmiarze matematyki" (Majcherek), dostarczają bowiem argumentów ideologicznych tym, którzy - często straumatyzowani przez kiepskich nauczycieli i idiotyczne programy - matematyki i przedmiotów ścisłych się boją.

P.s. Tak, wiem, kto i co pod tytułem Nędza filozofii opublikował.