Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 26 września 2010

...nowy rok akademicki. Z tej okazji znani krakowscy profesorowie piszą o sytuacji na uczelniach. Jan Hartman o doktorantach, Andrzej Jajszczyk zaś o zaniechanej (sic!) reformie.

Z Hartmanem mam problem. To jest odważny i mądry człowiek, cenię sobie jego publicystykę, ale od czasu do czasu zdarza mu się palnąć głupstwo. Komu zresztą się nie zdarza? Tym razem nie umiem jednoznacznie ocenić jego artykułu. W wielu miejscach ma niewątpliwie rację: studia doktoranckie stają się bez mała masowe - o powodach tego stanu rzeczy pisałem już kilkakrotnie - a wobec tego nie starcza pieniędzy na stypendia dla wszystkich. Doktorant to nie uczony, to dopiero kandydat na uczonego, a przeciętny poziom prac doktorskich, niestety, spada.

Trzeba wszakże pamiętać o drugiej stronie medalu: doktoranci pracują na rzecz uczelni. Prowadzą zajęcia, wykonują rozliczne czynności organizacyjne, przygotowują artykuły, które, owszem, liczą się później do ich dorobku naukowego, ale także do dorobku instytucji, w której pracują. Gdyby instytucja ta chciała zatrudnić do wykonywania tych prac asystentów, musiałaby zapłacić im o wiele więcej, niż wynosi stypendium doktoranckie. Ja akurat nie uważam, że w sposób konieczny oznacza to wyzysk doktorantów - wiele zależy od tego, co (i czy cokolwiek) doktoranci otrzymują w zamian i jak są traktowani przez swoich promotorów i innych zwierzchników (wszelkie formy mobbingu są, rzecz jasna, godne najwyższego potępienia); możliwość pracy nad ciekawym projektem, zwiększająca szanse na znalezienie pracy po zrobieniu doktoratu, można uznać za formę "wynagrodzenia niepieniężnego" - jednak uczciwość intelektualna każe przyznać, że uprawniony jest także pogląd przeciwny.

Nie chodzi zresztą o same stypendia wypłacane doktorantom, ale także o środki potrzebne na wyjazdy terenowe, kwerendy biblioteczne czy choćby udział w konferencjach. Wiele uczelni oczekuje tego od swoich doktorantów, ale nie daje im na to nawet złamanego grosza. Rację ma Hartman pisząc, iż potencjalnie dostępne są różne możliwości finansowania poza stypendiami rozdawanymi przez uczelnie, ale, z najrozmaitszych powodów, nie są one dostępne dla wszystkich, poza tym zaś ubiegając się o takie stypendia, na ogół już trzeba popisać się jakimiś wynikami.

Być może w filozofii praca nad doktoratem polega głównie na pisaniu książki. Jednak w wielu krajach i dyscyplinach doktoranci są wołami roboczymi nauki, przy czym wcale nie musi chodzić o wyzysk będący sprawką konkretnych szefów. W naukach ścisłych i społecznych dla dalszej kariery akademickiej liczy się nie tylko praca doktorska (dysertacja), ale też pozostały dorobek naukowy doktoranta - ba, dość często sama praca doktorska ma znaczenie mniejsze, niż zbiór pozostałych artykułów doktoranta, to, jakie techniki badawcze (eksperymentalne, matematyczne, obliczeniowe, statystyczne) opanował w trakcie studiów, z jakimi problemami się zapoznał. W naukach eksperymentalnych fizyczna obecność doktorantów na uczelni jest konieczna i doktorant, który z czegoś żyć przecież musi, ma bardzo skromne możliwości dorobienia do stypendium. Skoro filozof Jan Hartman tak autorytatywnie wypowiada się na temat statusu doktorantów, możnaby oczekiwać, iż zapoznał się ze specyfiką tych studiów także w innych, niż filozofia, dziedzinach.

A już paternalistyczne rozważania o małych smuteczkach doktorantów, zalewanych piwem, są po prostu nie na miejscu. Panie profesorze Hartman! Powinno nam zależeć na przyciąganiu na studia doktoranckie najlepszych kandydatów. Niestety, ze względu na niskie stypendia i kiepskie warunki pracy, wielu z tych najlepszych rezygnuje ze studiów, wybierając pracę za prawdziwe pieniądze w innych firmach lub instytucjach. Czy musimy wyśmiewać się z tych, którzy zostają?

Natomiast artykuł Andrzeja Jajszczyka jest po prostu zły. Autor ma rację w kilku punktach szczegółowych, na przykład kpiąc z tytułomanii naukowców i napuszonych nazw zatrudniających ich uczelni, zwracając uwagę na nietrafione inwestycje czy na trudności w zarządzaniu uczelniami z ich samorządowymi Senatami i Radami Wydziałów, generalnie jednak powtarza po prostu tezy raportu Ernst&Young, nie dając przy tym żadnych nowych argumentów. Nic dziwnego, prof. Jajszczyk był członkiem zespołu przygotowującego ten raport. W szczególności Jajszczyk ubolewa, iż nie przepędzono czarnego luda, jakim jest habilitacja. Teza, iż obowiązek habilitacji hamuje rozwój nauki, w żaden sposób nie daje się utrzymać. Całkowicie nietrafiony jest też pomysł, aby przyznawać więcej stypendiów socjalnych kosztem funduszy przeznaczanych dotąd na stypendia naukowe. Idea, że oto mamy w Polsce zastępy zdolnych, lecz biednych młodych ludzi, którzy mogliby zostać wybitnymi lekarzami, inżynierami lub poetami, lecz nie mogą, gdyż nie stać ich na studiowanie, a więcej stypendiów socjalnych rozwiąże ten problem, to mit. Owszem, ubodzy a zdolni ludzie istnieją, lecz proponowana przez Jajszczyka zmiana przede wszystkim doprowadzi do jeszcze wspanialszego rozkwitu "wylęgarni bezrobotnych" i będzie oznaczać dalsze brnięcie w masowość studiów kosztem ich poziomu.

Jedynym oryginalnym osiągnięciem prof. Jajszczyka, prezentowanym w omawianym artykule, jest odejście od oklepanego porównania stosunków panujących na polskich uczelniach do feudalizmu. Zamiast tego autor porównuje je do schyłkowego sarmatyzmu. Ho, ho!

niedziela, 19 września 2010

Minister Barbara Kudrycka snuje mocarstwowe plany:

Minister […] uważa, że przygotowywana przez jej resort reforma szkolnictwa wyższego sprawi, iż polskie uczelnie w ciągu pięciu lat znajdą się w czołówce najlepszych europejskich szkół.

Ponieważ nic nie zapowiada zwiększenia nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe, raczej wręcz przeciwnie, pani minister najwyraźniej wyznaje teorię, iż herbata robi się słodsza od samego mieszania. Zapewne samopoczucie minister Kudryckiej podbudowuje doniesienie o tym, iż w Polsce, licząc procentowo, studia kończy więcej osób niż w Wielkiej Brytanii! Ale jakie są to studia? Tu sięgnąć trzeba do artykułu sprzed mniej więcej miesiąca: W Polsce wiele osób wybiera studia, po których trudno jest znaleźć pracę, na przykład pedagogikę. Ba, wiedzą to sami kandydaci, a jednak wybierają je, kierując się głównie tym, że są to studia łatwe, które można skończyć bez wielkiego wysiłku.

Miłosz Rudnicki, absolwent pedagogiki resocjalizacyjnej, to potwierdza. - Fajnie się studiowało ten kierunek, bo daje dużo wiedzy przydatnej w życiu, w relacjach z partnerem, w wychowaniu dzieci - mówi. - To proste studia i tym się kierowałem. Dziś jestem barmanem w Płocku. Pracy w zawodzie nie znalazłem, choć próbowałem i w szkole, i w więzieniu.

Na kierunki pedagogiczne na uczelniach państwowych jest trzy-cztery razy więcej kandydatów, niż miejsc. Ale także uczelnie prywatne, płatne, nie narzekają na brak kandydatów. Przeciwnie, wspomniana w Gazecie Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa w Bydgoszczy

co roku przyjmuje ponad tysiąc nowych studentów pedagogiki. Tyle samo wypuszcza absolwentów. - Nigdy nie ma problemów z naborem - przyznaje Monika Żuchlińska, rzeczniczka KPSW. - I z roku na rok chętnych jest więcej. 

Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne. Po co płacić za coś, co do niczego się nie przyda?  Jednak chwila zastanowienia pokazuje, że decyzja o wyborze takich studiów jest całkiem racjonalna. Policzmy. Semestr studiów licencjackich na wspomnianej bydgoskiej uczelni kosztuje 1690 złotych, zatem za sześć semestrów zapłacimy 10140 zł. W tym czasie zyskujemy

  • ubezpieczenie zdrowotne o rynkowej wartości (wg najniższych składek ZUS) 8399,52 zł
  • zniżki na komunikację miejską
  • pozostałe zniżki komunikacyjne
  • pozostałe zniżki studenckie (bilety do kina itp.)
  • możliwość ubiegania się o stypendia (socjalne, dopłatę do wynajmu mieszkania/akademika, dopłatę do wyżywienia, za wyniki w nauce, za wyniki sportowe, dla niepełnosprawnych)
  • prawo do dalszego otrzymywania świadczeń z ZUS (np. renta rodzinna) lub z Funduszu Alimentacyjnego, jeśli ktoś takowe otrzymuje
  • możliwość uzyskiwania zniżek przy prowadzeniu konta w niektórych bankach lub ubiegania się o preferencyjne kredyty
  • zadowolenie rodziny (bezcenne!)
  • możliwość dorabiania na czarno (pracodawca nie musi za nas płacić ZUS, my zaś mamy czas na pracę, bo studia są łatwe)
  • jako bonus dostajemy szansę, iż czegoś się jednak nauczymy.

W Bydgoszczy studencki bilet na tramwaj lub autobus jest o 1,30 zł tańszy od biletu normalnego. Jak łatwo wyliczyć, same składki ZUS, których nie musimy płacić, i mniej niż dwa przejazdy komunikacją miejską dziennie, równoważą całkowity koszt czesnego. Cała reszta jest naszym czystym zyskiem. Jasne, darmowe studia na uczelni państwowej są jeszcze bardziej opłacalne, ale także płatne studia na uczelni prywatnej oznaczają dla studenta zysk.

Nawiasem mówiąc, wspomniany w Gazecie fakt, iż uczelnia wypuszcza tyle samo absolwentów, co przyjmuje kandydatów, jest statystycznie niemożliwy – no, chyba że na tej uczelni nie ma możliwości niezaliczenia roku. Studia są łatwe, gdyż ich poziom jest marny, wypuszczają więc tabuny źle przygotowanych absolwentów, którzy nie mogą przez to znaleźć pracy. Niestety, obraz ten jest klarowny i spójny.

Wróćmy jeszcze do finansów. Z punktu widzenia państwa ubezpieczenie zdrowotne studentów nie jest wydatkiem (za studentów nikt składek nie płaci, podobnie jak za uczące się niepełnoletnie dzieci), ale utraconym zyskiem, zubażającym kasę NFZ, co w jakimś stopniu przyczynia się do złej sytuacji publicznej służby zdrowia. Podobnie, ułatwianie pracy na czarno oznacza uszczuplenie dochodów podatkowych. Wydatki na stypendia są natomiast realnym wydatkiem z budżetu państwa. Jeśli pominąć dotację budżetową do uczelni publicznych, państwo ponosi takie same wydatki i traci takie same wpływy niezależnie od tego, czy student uczy się w szkole publicznej, czy prywatnej. Oznacza to wszakże, że studia na uczelniach prywatnych de facto są dotowane przez państwo, choć same uczelnie prywatne dotowane nie są. Skierowanie, jak tego chcą zwolennicy planowanej reformy, państwowej dotacji dydaktycznej do uczelni prywatnych, oznaczałoby nieuzasadnione faworyzowanie tych uczelni kosztem uczelni państwowych – uczelnie prywatne otrzymywałyby bowiem i państwową dotację dydaktyczną, i zachowałyby prawo do pobierania czesnego. Wobec braku realnych perspektyw zwiększenia budżetowego finansowania szkolnictwa wyższego, dotowanie uczelni prywatnych musiałoby się odbywać kosztem zmniejszenia finansowania uczelni publicznych. Bardzo wątpię, aby takie rozproszenie środków mogło się przysłużyć do zwiększenia poziomu polskich uczelni.

Kierunki, na których student niewiele się uczy i które nie dają realistycznych perspektyw znalezienia zatrudnienia, w Polsce nie dość, że kwitną, to są dotowane przez państwo (na uczelniach publicznych bardziej, na prywatnych mniej, ale też prywatnych jest o wiele więcej). To zastanawiające. Muszą spełniać jakąś ważną społeczną funkcję, choć nigdy nie została ona jawnie nazwana. Otóż te dotowane przez państwo „fabryki bezrobotnych” opóźniają wejście na rynek pracy tysięcy młodych ludzi. Usuwają z rynku pracy znaczne części roczników, zmniejszając oficjalne statystyki bezrobocia, poprawiając zarazem oficjalne statystyki wykształcenia.

Dodatkowo, przez ułatwianie pracy na czarno, „fabryki bezrobotnych” zmniejszają globalne koszty pracy, które są w Polsce horrendalnie wysokie.

Czy to ma być oficjalna polityka edukacyjna państwa?

wtorek, 14 września 2010

Rząd przyjął dzisiaj pakiet ustaw, w tym ustawy reformujące organizację nauki i szkolnictwa wyższego. Trafią one teraz do Sejmu, który, miejmy nadzieję, poprawi niektóre szczególnie szkodliwe rozwiązania. Na konferencji prasowej poświęconej proponowanym ustawom, premier Tusk zapowiedział ustawowy zakaz pobierania opłat za egzaminy powtórkowe i komisyjne.

To powinno zlikwidować taki swoisty przemysł, który generował środki dla uczelni poprzez przesadzanie z rygorami przy egzaminach w pierwszych terminach - tłumaczył premier.

Otóż ja przeciwko takiemu sformułowaniu protestuję. Po pierwsze, na niektórych uczelniach opłat za egzaminy powtórkowe i komisyjne nie ma - nie ma ich na przykład na UJ i na znanych mi uczelniach państwowych. Po drugie, nawet wziąwszy pod uwagę, że na niektórych uczelniach (prywatnych?) opłaty takowe istnieją, trzeba mieć dowód albo przynajmniej przekonujące argumenty, iż egzaminatorzy z bezprawnego zawyżania wymagań egzaminacyjnych w pierwszym terminie uczynili sobie źródło dochodu. Blankietowe i nieuzasadnione oskarżanie całego środowiska o nieetyczne praktyki, sugerowanie, że owe praktyki są tak powszechne, że aż godne publicznego napiętnowania przez samego premiera, było dotąd domeną PiSu, nie Platformy. Tę wypowiedź premiera Donalda Tuska odnotowuję z prawdziwą przykrością.

Dla porządku wspomnę, że inne rozwiązania, spoza pakietu "naukowego", o których premier i pani minister Fedak wspominali na tej konferencji - ułatwienia w zakładaniu żłobków, zwłaszcza w zakładaniu żłobków dla dzieci jakiejś firmy lub instytucji, także "nianie samorządowe" - uważam za całkiem rozsądne.

niedziela, 05 września 2010

Wczoraj na YouTube znalazłem film z Viviką Genaux śpiewającą arię Agitata da due venti.

Jest to nagranie z koncertu w Montpellier, z 8 lutego 10, a więc na dwa miesiące przed fantastycznym występem w Krakowie, który opisywałem. Vivica śpiewa już tą techniką i na sposób, którego nauczyła się na potrzeby Pyrotechnics, ale śpiewa lepiej niż na płycie. Za każdym razem podziwiam to, że technika tej śpiewaczki ciągle się rozwija. Vivice przygrywa nieznany mi zespół Le Concert Spirituel - graja w stylu Europa Galante, nie aż tak dobrze, jak Biondi, ale prawie tak dobrze. Film z Viviką polecam, proszę jednak pamietać, że w Krakowie (z Biondim) Vivica zaśpiewała tę arię jeszcze piękniej!