Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
czwartek, 27 września 2012

Dwa i pół roku po katastrofie smoleńskiej wróciliśmy niemalże do punktu wyjścia. Oto pod pretekstem wyjaśniania bardzo nieprzyjemnego i smutnego faktu zamiany kilku ciał ofiar, odbywa się sejmowo-medialne pastwienie się nad rządem. Wina Tuska, Kancelarii Premiera, a już zwłaszcza Ewy Kopacz.

Minister - obecnie marszałek - Ewa Kopacz mówiła tuż po katastrofie i powtarzała to później, że jeśli nawet nie była osobiście przy identyfikacji, sekcjach i wkładaniu do trumien wszystkich ciał, to na pewno byli tam polscy lekarze i prokuratorzy. Dzisiaj okazuje się, że to nieprawda, a pani Kopacz swoje jednoznaczne w tej materii wypowiedzi z 2010 nazywa "nieszczęśliwą zbitką słowną". Zbitka słowna, dobre sobie. To zupełnie tak samo, jak nazwanie swego czasu przez Antoniego Macierewicza wszystkich ministrów spraw zagranicznych sowieckimi agentami okazało się "skrótem myślowym".

Sekcji i identyfikacji zwłok dokonywali Rosjanie, identyfikacji przy udziale rodzin zabitych. (Od razu dodam, że mieli do tego prawo - przecież katastrofa wydarzyła się w Rosji, więc obowiązywało rosyjskie prawo i procedury.) Wydaje mi się, że rozumiem, czemu Ewa Kopacz mówiła, co mówiła: Chodziło, jak sądzę, o uspokojenie opinii publicznej, żywiącej irracjonalną nieufność do Rosjan - to nie Rosjanie, ale nasi specjaliści to wszystko robili. No i po raz kolejny okazało się, że kłamstwo - nawet czynione w dobrych intencjach - ma krótkie nogi. Pani Kopacz jest w naprawdę niewesołej sytuacji.

Trzeba też pamiętać, że Polska nie mogła demonstrować nieufności do rosyjskich służb, bo to strasznie utrudniłoby współpracę i wspólne śledztwo.

Jak dowodził prokurator generalny Andrzej Seremet, ponury fakt pomylenia kilku zwłok wynikał z błędnej identyfikacji dokonanej przez rodziny zmarłych. Cóż, rodziny były w wielkim stresie, ciała były bardzo uszkodzone, pomyłki mogły się zdarzyć. Jednak nie rozumiem, dlaczego na wyniki badań DNA trzeba było tak długo czekać. Takiej przyczyny pomyłki nie sposób wykorzystać do atakowania Platformy, zaczęto więc zaraz mówić o czymś zupełnie innym. O Kopacz - no, nie bez racji. Ale pan Andrzej Duda z PiS zaczął wywijać "ruską trumną", do której Rosjanie chcieli włożyć ciało Marii Kaczyńskiej i nie wiedzieć czemu atakował tą trumną ministra Arabskiego z Kancelarii Premiera. Żenujące.

Nie sposób też nie zauważyć, że choć wielu Polaków - a już w szczególności Polacy z obozu PiS - uwielbia podkreślać swój katolicyzm, szczery ból, z jakim niektórzy krewni zmarłych zadają pytania w rodzaju

Czy w grobie, na który chodzę z kwiatami i zniczami, leży naprawdę moja żona?

a także współczucie, jakie ja sam czuję do tych osób, zdradzają pozostałości jakiegoś głęboko przedchrześcijańskiego kultu zmarłych. Z chrześcijańskiego punktu widzenia jest przecież wszystko jedno, gdzie ktoś jest pochowany. Wydawać by się mogło, że także w świeckiej obrzędowości palenie zniczy, noszenie kwiatów ma głównie wymiar symboliczny. Jednak gdy okazuje się, że nie jest pewne, że w tym grobie leży to konkretne ciało, nie jakieś inne, ale to konkretne, ból jest straszny. Tysiąc lat to za mało? 

sobota, 15 września 2012

W magazynie świątecznym dzisiejszej Gazety Wyborczej (tekst na pewno jest płatny, więc nawet nie będę próbował go linkować) Klaus Bachman narzeka, iż polska inteligencja "hołduje dziewiętnastoweicznej szlacheckiej misji oświecania narodu", "wie lepiej", wobec wsi żywi, w gruncie rzeczy, pogardę i stosuje wobec niej przemoc symboliczną. Bachmana fascynuje

skąd się bierze ta arogancja miejskiej, postszlacheckiej inteligencji.

Jednak o wsi Bachman ma wyobrażenia raczej idealistyczne:

W 2004 roku polski chłop wziął pieniądze z Brukseli, kupił klimatyzowany ciągnik najwyższej jakości [to była ta część idealistyczna - pfg] i nadal nie czyta ani "Łaskawych", ani "Cząstek elementarnych". Jego dzieci będą to czytać [znów ten profesorski idealizm - pfg], ale na tablecie albo na czytniku [...]

Ja zaś mam problem: Co prawda nie należę do inteligencji postszlacheckiej, lecz postchłopskiej, ale Łaskawe (znakomite) i Cząstki elementarne (takie sobie) czytałem. No i teraz nie wiem, czy to uchodzi, czy też mam się tego wstydzić?

sobota, 01 września 2012

Afery Amber Gold nie byłoby, gdyby nie naiwność ludzi. Nie pamiętali afery BKO, nie nauczyli się, że ekonomiczne cuda są niemożliwe - tu zresztą winę ponosi i szkoła, i media, które wcale tego nie uczą - być może zaufali magii złota, a wreszcie zademonstrowali brak zaufania do banków, które z premedytacją chcą szkodzić ludziom. Ten ostatni pogląd podziela też, jak się okazuje, całkiem sporo posłów, którzy stwierdzali z trybuny sejmowej, że banki "z niepolskim kapitałem" - cóż za zgroza! - oferują oprocentowanie nieprzekraczające inflacji. Państwo posłowie sądzą zapewne, że Sejm powinien wydać ustawę narzucającą bankom oprocentowanie co najmniej dwa razy wyższe od inflacji. To dopiero byłoby zabawne.

Niektórzy, nieświadomi ryzyka, powierzyli Amber Gold "oszczędności całego życia". Cóż, w polskiej, chłopskiej kulturze, nieznane są mądrości mieszczańsko-kupieckie, don't put all eggs in one basket (jest to raczej rada dla handlarza niż hodowcy). To ciekawa obserwacja.

Ale afery Amber Gold nie byłoby także wtedy, gdyby nie dało się jej jakoś mniej lub bardziej karkołomnie połączyć z Platformą. Tu syn Tuska, tam politycy ciągnący samolot na linie, ówdzie legendarny "układ trójmiejski". To znaczy wszyscy rytualnie załamywaliby ręce nad nieszczęściem oszukanych inwestorów, ale nie byłoby kilkunastogodzinnej debaty sejmowej i publicznego biadania nad upadkiem państwa.

A, w istocie, jest nad czym biadać. Mnie najbardziej uderza to, iż sprawa Amber Gold pokazuje, że w Polsce ludzie nie są równi wobec prawa. Nasz cały system - biurokratyczny, nieufny, domagający się od zwykłego obywatela nieustannych dowodów, że nie jest przestępcą - w przypadku Amber Gold całkowicie zawiódł. Zwykły podatnik zalegający z wpłatą do Urzędu Skarbowego zaraz będzie miał na karku kontrolę. Facet stający do przetargu na naprawę chodnika lub pomalowanie szkoły musi przedstawić zaświadczenie o niekaralności. Tymczasem spółki pana Plichty z podatkami zalegały, sprawozdań finansowych nie składały, samego pana Plichtę, karanego za przestępstwa gospodarcze, sąd rejestrowy wpisywał do władz kolejnych spółek prawa handlowego - i nic. Zdumiewające. Owszem, mogę sobie wyobrazić, że szeregowy prokurator na przestępstwach finansowych się nie zna (bo się nie zna, bo to trudne jest), więc dla świętego spokoju sprawę umarza. Mogę sobie wyobrazić, że zwykły urzędnik jest władczy i bezwzględny wobec bezbronnego obywatela, ale gdy pełen tupetu facet, w towarzystwie wygadanego prawnika, na urzędnika nastaje, ten, sam słabo przygotowany, nie mogący liczyć na merytoryczne wsparcie swojej instytucji i także pożądający przede wszystkim świętego spokoju, ustępuje. Mogę sobie także wyobrazić, że różne agendy państwa polskiego, tak zaciekle zbierające informacje o obywatelach, nie chcą się nimi między sobą wymieniać. Że polskie służby specjalne, podsłuchujące nas na niespotykaną gdzie indziej skalę, akurat nie obserwowały pana Plichty i jego interesów, bo im on umknął w natłoku innych spraw. Ale...

Ale tych wszystkich dziwnych zbiegów okoliczności jest za dużo. Jak to się stało, że przy tak rozległych interesach i tak licznych uchybieniach, żaden urzędnik skarbówki, prokurator, pracownik Urzędu Lotnictwa Cywilnego lub UOKiK choćby przypadkiem nie wykrył jakiegoś szwindlu? To jest możliwe, ale mało prawdopodobne. Może jednak ktoś pilnował, aby panu Plichcie krzywda się nie stała? Gdyby to było prawdą, nie musiałoby to od razu oznaczać spisków mafijno-rządowych, mogłaby to być zaledwie "zwykła" korupcja. Jednak warto by to było wyjaśnić.

Pozostaje wreszcie osoba samego pana Plichty. Nie wątpię, że jest to facet, który mógł wpaść na pomysł, by uciec z pieniędzmi klientów Multikasy lub wyłudzać kredyty. Ale wymyślić i zrealizować ogólnopolską piramidę finansową, z masywną kampanią medialną i wątkiem pobocznym w postaci dużych linii lotniczych? Czy on to był w stanie sam - z żoną i ulubionym prawnikiem - zrealizować, czy też był tylko figurantem kogoś innego, znacznie sprytniejszego i bogatszego? Też warto by się tego dowiedzieć.

Uważam, że w sprawie Amber Gold sejmowa komisja śledcza byłaby nie od rzeczy, choć jej skuteczność podważałyby uwarunkowania formalne - nie mogłaby na przykład badać śledztw prokuratorskich, gdyż prokuratura nie podlega kontroli sejmowej, a sami prokuratorzy mogliby się chronić immunitetami.

Jednak musiałaby to być komisja działająca w dobrej wierze. Tymczasem z samego uzasadnienia PiSowskiego wniosku o powołanie komisji śledczej, z wypowiedzi Macierewicza, Dudy, Kaczyńskiego i pomniejszych posłów PiS wynika, że o żadnej bezstronności i dobrej wierze nie byłoby mowy. PiS i okolice, w tym SLD (patrz skandaliczna wypowiedź Grzegorza Napieralskiego o tym, że skoro Tusk spłaca kredyt mieszkaniowy syna, który pracował w OLT, sam Tusk jest powiązany z Amber Gold), używałyby komisji wyłącznie do atakowania Platformy, do wmawiania ludziom z góry przyjętej tezy, że to wszystko wina Tuska, Platforma dawałaby odpór, więc o żadnym wyjaśnianiu czy dążeniu do ustalenia prawdy nie byłoby w ogóle mowy.

Dobrze, że taka komisja nie powstała.