Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 16 września 2016

Wśród członków obecnego rządu osobną pozycję zajmuje minister rolnictwa, Krzysztof Jurgiel. Jest to człowiek zwyczajnie głupi i niekompetentny. Żaden ideolog. Nie wypowiada się na tematy polityczne, a tylko realizuje dobrą zmianę w rolnictwie.

Wieś to dla PiS bardzo ważny obszar bo, po pierwsze, głosy mieszkanców wsi są dla PiS ważne w wymiarze krajowym, po drugie, PiS toczy na wsi walkę na śmierć i życie z PSL o głosy w wyborach samorządowych, a zatem o mnóstwo stanowisk "w terenie", będących łakomym kąskiem dla obu partii. Z perspektywy Warszawy, Krakowa czy Wrocławia stanowisko gminnego urzędnika z pensją 2,500 zł netto może nie wydawać się czymś oszałamiającym, ale z perspektywy Końskich, Annopola lub Sokółki rzecz ma się zupełnie inaczej: Tam gmina i powiat są najważniejszymi pracodawcami, praca jest pewna, na etat, a więc ze składką emerytalną, urlopem i ubezpieczeniem, dochód stały, nikt inny niczego lepszego tam nie zaoferuje. Kontrolując samorząd, można dać pracę lokalnemu działaczowi, szwagierce czy niezbyt udanemu kuzynowi. Rolnictwo wreszcie jest ważną częścią polskiej gospodarki a produkty rolne mają znaczący udział w polskim eksporcie. Wydaje się zatem, że osoba odpowiedzialna za tak ważny dla PiS obszar powinna być zdolna i kompetentna.

Nic podobnego.

Minister Jurgiel, co akurat jest typowe dla jego formacji politycznej, zaczął urzędowanie od totalnej wymiany kadr. I to nie tylko w samym ministerstwie, ale we wszystkich podległych agendach, aż do terenowych placówek Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa i lokalnych elewatorów zbożowych włącznie. Wymiana przebiegała według klucza działacz-szwagierka-kuzyn. Doprowadziło to do sytuacji, w której za rolnictwo - od góry do dołu - zaczęli odpowiadać ludzie niekompetentni, a przede wszystkim unikający podejmowania jakichkolwiek decyzji. Działacze PiS bowiem z lubością przyglądają się, jak agencje "alfabetowe" (ABW, CBA) dobierają się do skóry przeciwnikom, ale sami boją się ich wprost panicznie. Bo gdyby coś poszło nie tak, bo gdyby przypadkiem skorzystał ktoś niewłaściwy... Nie, znacznie lepiej jest nic nie robić. Nie podejmować żadnych decyzji. Mnożyć papiery i trudności. Najważniejszym skutkiem takiej polityki były wielomiesięczne, sięgające niekiedy roku opóźnienia w wypłatach środków z unijnych dopłat bezpośrednich. Minister Jurgiel i jego fachowcy nie potrafili też przeciwdziałać skutkom załamania cen wielu produktów rolnych i konsekwencjom odcięcia Polski od rynków eksportowych. Symboliczne dla dobrej zmiany zrujnowanie hodowli koni arabskich było, w gruncie rzeczy, niewiele znaczącym dodatkiem.

Chłopów zaczął trafiać szlag. 

Dalej minister Jurgiel zajął się ustawą o obrocie ziemią rolną. W dużym skrócie: ziemię rolną mogą kupować tylko inni polscy rolnicy, do limitu 300 ha, i to z ograniczeniami geograficznymi; nie-rolnik potrzebuje arbitralnie wydawanej (sytuacja korupcjogenna!) zgody urzędnika Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Cudzoziemcom ziemi rolnej kupować nie wolno. I choć Jurgiel ostatecznie wycofał się z najbardziej krytykowanego pomysłu, mianowicie z ograniczenia prawa do dziedziczenia ziemi, obrót ziemią rolną w Polsce praktycznie ustał. Chłopom, którzy brali kredyty pod zastaw ziemi, grozi bankructwo, gdyż niesprzedawalna ziemia nie ma dla banku żadnej wartości.

Ustawa w zamierzeniu ma chronić polskie gospodarstwa rodzinne. Proszę mnie dobrze zrozumieć: zniesienie wszelkich ograniczeń w obrocie ziemią dla obywateli UE, jakie miało nastąpić 1 maja, potencjalnie mogło rodzić pewne zagrożenia. Co prawda w niczym nie przeszkadzałoby mi, gdyby przedsiębiorca rolny z Holandii czy Niemiec kupił ziemię w Polsce, niechby i kilkaset hektarów, żeby ją uprawiać - a mógłby chcieć to zrobić zważywszy, że w Polsce ziemia jest tańsza, niż na Zachodzie - ale niedobrze by było, gdyby ziemia była kupowana w celach spekulacyjnych. A takie rzeczy się dzieją w innych biednych krajach, z dużą szkodą dla tamtejszych chłopów. Jednak Jurgiel wprowadził ograniczenie najbardziej toporne - nie i szlus. To najbardziej uderza w mieszczuchów, którzy dotąd chętnie kupowali domy z kawałkiem pola i widokiem na las, oraz w podstarzałych rolników, którzy chcieli taką ziemię sprzedać. Poza tym, powtarzam, nic złego by się nie stało, gdyby ktoś z Zachodu skupił ziemię z kilku czy kilkunastu małych, nieproduktywnych gospodarstw, połączył ją i rozpoczął na niej towarową produkcję rolną. Przeciwnie, gospodarczo, a nawet cywilizacyjnie, byłoby to całkiem korzystne.

Jednak dopiero najnowszy pomysł ministra Krzysztofa Jurgiela, impuls dla powstania tej notatki, woła o prawdziwą pomstę do nieba.

Chodzi o afrykański pomór świń.

Jest to choroba wirusowa, śmiertelna dla świń, o kilkudniowym okresie inkubacji. Chore świnie umierają nie osiągnąwszy wagi odpowiedniej dla komercyjnego uboju. Wirus jest niegroźny dla człowieka, ale mięso zwierząt padłych, a także tych, u których wystąpiły już objawy (gorączka!), nie nadaje się do spożycia. Wirus może przeżyć w mięsie dość długo po śmierci zarażonego zwierzęcia, wytrzymuje też standardową obróbkę cieplną. Nie ma na tę chorobę szczepionki ani lekarstwa, jedynym sposobem przeciwko rozprzestrzenianiu się choroby jest wybijanie stad i tworzenie stref ochronnych. Kraje, w których stwierdzono afrykański pomór świń, objęte są silnymi restrykcjami eksportowymi - nie tyle z uwagi na zagrożenie dla ludzi, ile z uwagi na zagrożenie dla hodowli w krajach importujących mięso.

Naturalnym rezerwuarem wirusa są dziki, z których część przeżywa zakażenie, stając się nosicielami. Kontaktując się, choćby pośrednio, ze zwierzętami hodowlanymi, przenoszą na nie chorobę. Na terenie objętym chorobą dziki, niestety, też trzeba wybić.

To dziki przyniosły do Polski chorobę z Białorusi w 2014; białoruskie służby nie radzą sobie z kontrolowaniem choroby. Pod koniec rządów Platformy w Polsce stwierdzano trzy ogniska choroby, wszystkie w pobliżu granicy z Białorusią. Utworzono strefy ochronne. Lokalni drobni hodowcy -  prawdziwe świńskie zagłębie znajduje się po drugiej stronie Wisły - bardzo narzekali na uciążliwości tych stref: nie wolno im było świń sprzedawać do skupu, przewozić, handlować prosiętami. Ówczesny kandydat na ministra rolnictwa, Krzysztof Jurgiel, obiecał chłopom poluzowanie restrykcji. Dziś, po dziesięciu miesiącach rządów PiS, ognisk choroby jest dwadzieścia i przesuwa się ona wgłąb kraju.

Skutkiem postępu choroby było poszerzenie stref ochronnych, skutkiem tego - jeszcze większy lament hodowców. Minister Jurgiel wprowadza zatem ustawę "o szczególnych rozwiązaniach" w sprawie afrykańskiego pomoru świń. Nie ma ona na celu usprawnienia zwalczania choroby, a jedynie ulżenie doli polskich chłopów - drobnych hodowców świń z Podlasia i Mazowsza. Mianowicie, ustawa przewiduje zakup zdrowych świń nadających się do komercyjnego uboju ze stref ochronnych i przerobienia ich mięsa na konserwy dla wojska i do zapasów państwowych. Absurd! Boże drogi, jaki to jest straszny absurd! Nie chodzi przy tym o rzekome zagrożenia dla zdrowia ludzi, przed czym histerycznie przestrzegają media, bo wirus, jako się rzekło, jest niegroźny dla ludzi, ale o kolosalne ryzyko niekontrolowanego rozprzestrzenienia się choroby.

Skupywane świnie mają być badane, ale zapewne tylko pod kątem występowania objawów. Afrykański pomór świń, jak wiele innych chorób wirusowych, ma okres utajony - zwierzę nie wykazuje objawów, ale może zarażać inne zwierzęta. W ich ciele jest wirus. Wirus przedostanie się zatem do przetworów. 

Groźniejsze jest jednak co innego. Obecnie choroba rozprzestrzenia się, jak by to powiedział fizyk, dyfuzyjnie, w sposób typowy dla ruchów Browna (lewy obrazek). Przenoszą ją dziki, a także ludzie - rolnicy, którzy nie zważając na zakazy, handlują zakażonym mięsem i prosiętami na pobliskich targowiskach. Jak niedawno przyznał w rozmowie z Rzeczpospolitą minister Jurgiel, część handlarzy i rolników wykazuje mniej zrozumienia. Postęp dyfuzyjny jest powolny i można go kontrolować, tworząc odpowiednio szeroką strefę ochronną. Jednak gdy zwierzęta i potencjalnie zakażone mięso zacznie się przewozić na większe odległości, sytuacja zmienia się dramatycznie: wirus wykonuje bardzo długie skoki (spacery Levy'ego - Levy walks, patrz prawy obrazek), a wtedy powstrzymać się go praktycznie nie da - strefa ochronna musiałaby obejmować cały kraj. Roznosić wirusa mogą pojazdy używane do transportu zwierząt, a nawet ludzie pracujący przy ich załadunku i rozładunku. Może wystarczyć, żeby samochód przewożący zwierzęta chore pojechał potem do farmy wolnej dotąd od choroby. Także odpady pozostałe po obróbce zwierząt mogą być źródłem zakażenia, jeśli nie zostaną zutylizowane z zachowaniem odpowiedniego reżimu sanitarnego. A tu nie ma wielkich gwarancji, zwłaszcza w małych zakładach, gdzie panu Władkowi nie będzie się chciało, no bo przecież nic się nie stanie, więc wykaże mniej zrozumienia. A jeśli choroba przedostanie się do Wielkopolski, na Kujawy, na Pomorze Zachodnie, może to oznaczać załamanie się hodowli świń - całkowite załamanie się hodowli świń! - w Polsce na długie lata. I wieloletni zakaz eksportu wieprzowiny.

Brownian motion and Levy walk

To wszystko nie jest wiedza tajemna. Przeciwnie, rzecz jest dobrze znana i z czasów zwalczania epidemii pomoru świń (afrykańskiego i zwyczajnego) w krajach zachodnich, i, przede wszystkim, ze zwalczania epidemii choroby wściekłych krów (BSE) w Wielkiej Brytanii. Sam minister może tego nie wiedzieć, ale od tego powinien mieć specjalistów, fachowych doradców, którzy mu to powiedzą i przekonają go, że zysk (mniejsza strata) lokalnych hodowców z Podlasia nie jest wart kolosalnego ryzyka dla całej hodowli trzody w Polsce. Widać jednak ministerialni fachowcy, których głównymi kompetencjami są odpowiednie koneksje polityczne lub rodzinne, albo sami tego nie wiedzą, albo nie potrafili przekonać ministra. Cóż, minister, jako się rzekło, jest głupi.

Co trzeba było zrobić? Cóż, ekstrapolując wspomniane doświadczenia z Europy Zachodniej, należało uśpić wszystkie świnie z obszaru ochronnego, a ich ciała zutylizować, najlepiej na miejscu. Choćby przez spalenie. Jak w  czasie epidemii BSE. Rolnikom oczywiście należało wypłacić odszkodowanie, i to w wysokości kilkukrotnie większej, niż potencjalna kwota, jaką uzyskaliby ze sprzedaży świń na rynku. Kilkukrotnie większej, bo przecież przez co najmniej kilka lat nie będą mogli hodować świń. Ale ktoś postanowił "zaoszczędzić", tak jak minister Jurgiel "oszczędza", nie zaś marnotrawi świńskie tusze w drodze utylizacji. Może to kosztować naszą gospodarkę miliardy złotych. Nie miliony. Miliardy.

Należy też wybić wszystkie dziki na obszarze zagrożonym chorobą. Smutne, ale konieczne. Minister Jurgiel zarządził na początku roku odstrzelenie 40 tysięcy (sic!) dzików. Zająć się tym miał Polski Związek Łowiecki, ale efektywnie sabotuje to zarządzenie, co minister przyznaje we wspomnianej rozmowie z Rzeczpospolitą. Jest to, zapewne, przejaw sporu kompetencyjnego - jakich wiele w tym, pożal się Boże, rządzie, choć są one starannie ukrywane - pomiędzy ministrem rolnictwa a ministrem ochrony środowiska Janem Szyszko, kolejną groźną osobliwością w rządzie PiS, eksponentem lobby leśnego i łowieckiego. 

Bardzo się boję, że na skutek głupoty, krótkowzroczności i niekompetencji ministrów, polskie rolnictwo może ponieść straty, z których nie podniesie się przez wiele lat.

Cieszyć się mogą co najwyżej fizycy i epidemiolodzy, którym epidemia afrykańskiego pomoru świń w Polsce dostarczy zapewne wielu ciekawych danych do weryfikacji ich hipotez naukowych. W wypadku polskich naukowców będzie to jednak radość przez łzy.