Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 31 października 2011

Media, politycy, a nawet zwykli ludzie w rozmowach zaczęli straszyć drugą falą kryzysu. Będzie gorzej, powiadają. Złoty osłabnie. Strefa euro się rozleci. Nie będzie pracy, kredytów, eksportu, popyt wewnętrzny się załamie. Zabraknie na pensje dla sfery budżetowej i transfery socjalne, a już na pewno zabraknie na emerytury. Demografia nas dobije. Chińczycy wykupią resztki. Zgroza.

Cóż, może tak będzie, ale co wynika z tej fali narzekania?! Na razie nic. Ostrzeganie przed nadchodzącym niebezpieczeństwem ma sens, jeżeli pobudza do działania. Do tego, aby być przygotowanym na najgorsze, nie tylko psychicznie, ale także by móc minimalizować straty, a może nawet choćby częściowo złagodzić cios. To prawda, że bardzo trudno jest - zwłaszcza na skalę indywidualną - zgadnąć? wymyślić? przewidzieć? co należy robić, zdaje mi się jednak, że nikt tego nawet nie próbuje. Wiele osób, w tym wielu ekspertów, zachowuje się tak, jakby tylko czekało, aby z ponurą satysfakcją powiedzieć "a nie mówiłem". To jest rodzaj fatalizmu, bezwolnego poddania się losowi, jakiejś niepohamowanej sile naturalnej, której powstrzymać nie sposób. 

A może nawet gorzej: Powszechne narzekanie, wzajemne nakręcanie się strachem przed tym, co będzie, może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. Zdemobilizować. Odebrać wolę działania. Bardzo mi się to nie podoba.

Przywódcy powinni coś zaproponować, a przynajmniej starać się wymyślić jakieś rozwiązanie. O ile przywódcy europejscy coś próbują zrobić, lepiej lub gorzej, o tyle przywódcy polscy i polskie media zajmują się sprawami naprawdę drugorzędnymi: kto dostanie jakie gabinety, kto kogo w której partii wykończy, inni ze złośliwą satysfakcją obserwują jak wali się autorytet Kościoła, zresztą w znacznej mierze na własne Kościoła życzenie. Nie tego oczekuję. W końcu nie wszystko jest stracone. Możliwe, że kontrolowane bankructwo Grecji plus najnowsza wersja planu ratunkowego plus - kto wie? - instytucjonalne powstrzymanie krótkoterminowej chciwości międzynarodowych finansów, kompletnie wyalienowanych, uratuje europejski system bankowy, gospodarkę i strefę euro. To nie jest pewne, ale jest możliwe. Nie należy żyć złudzeniami, iż wrócą stare, dobre czasy, bo nie wrócą. Prawie nic nie będzie takie, jak było, ale nawet upadek strefy euro nie musi przecież oznaczać Dzikich Pól, kamienia na kamieniu, głodujących emerytów i hord plądrujących nasze miasta - a taka, w gruncie rzeczy, wizja jest przed nami roztaczana. Nie przesadzajmy. Skoro nie da się wrócić do starego modelu, jakiś nowy porządek się wyłoni. Trzeba myśleć jaki on będzie i jak zrobić, aby był on możliwie najbardziej znośny dla wszystkich, a ponieważ z konieczności jesteśmy europocentrystami, możliwie najbardziej znośny dla ludzi w naszej części świata.

A co robić w wymiarze indywidualnym? Jak najlepiej robić to, co się umie. Nauczyć się czegoś nowego. Pomagać bliźnim. Być dobrym dla ludzi. Spokojnie, bez paniki, ale też bez butnego optymizmu, myśleć, co będzie dalej.

wtorek, 18 października 2011

Z najwyższą przykrością czytam, że Kościół w Polsce zniechęca do kremacji zmarłych. Kuriozalne są przy tym argumenty, których używają hierarchowie. Abp. Gądecki:

Normalną, ordynaryjną formą pogrzebu jest pochówek ciała ludzkiego, bo tak był pochowany Chrystus

Chrystus był pochowany tak a nie inaczej, bo takie były dwa tysiące lat temu żydowskie zwyczaje grzebalne. Gdyby Kościół był konsekwentny, zalecałby pochówek bez trumny, z ciałem zawiniętym wraz w wonnościami w płótna. A całkiem konsekwentne przestrzeganie zasady "tak, jak Chrystus" w kwestiach doczesno-obyczajowych, zmuszałoby chrześcijan do zachowywania się jak mieszkańcy Palestyny sprzed dwóch tysięcy lat. Coś na kształt Amiszy, choć ci się obyczajowo zakonserwowali w XVI wieku.

Drugi argument abp. Gądeckiego jest na pierwszy rzut oka bardziej sensowny:

Po tym poznajemy początek chrześcijaństwa w Polsce, że kończą się urny, a zaczynają groby. Urny były pozostałością kultur pogańskich.

To prawda, że zwyczaje grzebalne wyjątkowo mocno odróżniały jedną kulturę (i religię) od innej. Zresztą dalej to robią. Ale z czysto religijnego punktu widzenia forma pochówku nie ma znaczenia i chrześcijanie w XXI powinni to wiedzieć! Liczba pochówków urnowych będzie w Polsce rosnąć jak w całej Europie, bo tak się zmienia kultura, bo pochówki urnowe są tańsze, bo władze miast będą coraz mocniej propagować ten zwyczaj ze względu na brak miejsca na cmentarzach.

Gądeckiemu być może chodzi o co innego: we wzroście popularności pochówków urnowych widzi jakiś napływ neopogaństwa. A przecież tak nie jest! Ludzie decydują się na kremację ciał swoich bliskich nie z uwagi na sprzeciw wobec chrześcijaństwa, ale przede wszystkim z innych, wymienionych wyżej względów. Powtarzam, dla wierzącego chrześcijanina powinno być jasne, że forma pochówku z religijnego punktu widzenia nie ma znaczenia. 

Bardzo mi przykro, że Kościół, po raz kolejny obnosząc się ze swoim tradycjonalizmem w zupełnie niezrozumiałej sprawie, i tak nic nie ugra, ale może odepchnąć od siebie kolejne osoby. Nie tylko od siebie, ale także od religii.

W dodatku biskupi zostawiają furtkę: Proboszcz "w szczególnych wypadkach" - gdy na przykład część żałobników przyjechała z oddali - może zezwolić na mszę nad urną, a potem pogrzeb ("ordynaryjnie" Kościół dopuszcza mszę nad trumną, potem kremację, potem pogrzeb). Myślę, że mnóstwo ludzi będzie chciało z tego skorzystać (na większość pogrzebów przyjeżdża ktoś z oddali), co ich poniekąd uzależni od lokalnego proboszcza, ale też będą tym bardziej utyskiwać na Kościół, że w tak trudnych chwilach czyni biurokratyczne trudności. Wszystko to jest takie smutne, przykre, niepotrzebne.

środa, 12 października 2011

Alcina Georga Friedricha Händla, dyrygował Marc Minkowski.

Minkowski lubi dzieła monumentalne. Tym razem zaprezentował Alcinę, największą (dosłownie) operę Händla. O libretcie nie ma nawet co wspominać: jak już pisałem przy innej okazji, zamiast na Orlando furioso Ariosta, z równym powodzeniem można by oprzeć je o fabułę seriali wenezuelskich.

Wykonanie bardzo dobre, więcej niż bardzo dobre. Les Musiciens du Luvre-Grenoble partie orkiestrowe grali tak, jakby grali Bacha, choć gdy w "myśliwskiej" arii Sta nell'ircana zabrzmiały rogi, wydawało mi się, że słyszę Mesjasza. Nie wiem tylko po co Minkowski zaangażował chór, zamiast ustawić solistów do odśpiewania jego partii. Przypuszczam, że Minkowski dał chór Händlowi z tego samego, to znaczy przeciwnego, powodu, dla którego zabrał go Bachowi w jego wielkich dziełach oratoryjnych (patrz tutaj, wpis z innej epoki): Bach był biedny, więc nie mógł zatrudnić dużego chóru, choć go potrzebował, Händel natomiast był bogaty i mógł zatrudnić chór, nawet jeśli nie był mu on zbytnio potrzebny, więc pewnie to zrobił.

Alcina pełna jest przepięknych arii. Dwie dosłownie wbiły mnie w fotel. Najpierw Ah, mio cor!, gdzie Alcina (Inga Kalna, Łotwa) w sposób wstrząsający najpierw wyśpiewuje smutek oszukanej kobiety, by zaraz przejść do gniewu znieważonej królowej i wrócić do smutku zdradzonej kochanki. Później Credete al mio dolore, gdzie Morgana (Veronica Cangemi, Argentyna) w duecie z wiolonczelą poruszająco błaga o litość i współczucie. Bardzo dobra była też Romina Basso jako Bradamante. Choć nie miała "tej jednej" arii, z zainteresowaniem zauważyłem wyraźny wpływ Viviki Genaux na jej technikę śpiewu. Podobali mi się też Jolanta Kowalska jako Oberto i Luca Tittoto jako Melisso, choć to są małe role.

Zdecydowanie największą gwiazdą wieczoru był jednak sam Minkowski. Ubrany w workowate spodnie i koszulę, która wyglądała jak z lumpeksu, choć pewnie była szyta na miarę u najdroższego krawca, stojąc, siedząc, kucając, momentami podskakując, dyrygował jedną ręką, dwiema, ramionami, głową, łokciami, dłońmi, tułowiem, małym palcem, całym sobą. I widać było, że sprawuje absolutną, totalną kontrolę nad wszystkimi dźwiękami, jakie unosiły się ze sceny.

I choć nie wszystko mi się podobało - na przykład niezbyt odpowiadali mi Ann Hallenberg w partii Ruggiera i Emiliano Gonzalez Toro jako Oronte  - uważam, że był to znakomity koncert, jeden z lepszych, na jakich byliśmy. A mały włos bylibyśmy się na niego spóźnili. 

Ach, ten Händel. Niemiec, nadworny kompozytor niemieckiego króla Anglii, pisał znakomite włoskie opery.

niedziela, 02 października 2011

Wieje grozą. Pewien sondaż przewiduje zwycięstwo PiSu, a i w innych trend jest jasny: dystans dzielący PiS i Platformę zmniejsza się. Jarosław Flis na swoim blogu przedstawia analizę, z której wynika, iż niewielkie przesunięcia głosów mogą oznaczać praktycznie wszystko: od samodzielnych rządów Platformy, poprzez mniej lub bardziej stabilne koalicje, aż do samodzielnych rządów PiSu.

A jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że Platforma "nie ma z kim przegrać". Jednak sztab PiSu bardzo dobrze rozegrał tę kampanię: schował Smoleńsk, Rydzyka i ideologiczne ekscesy i postawił na demobilizację "miękkich" przeciwników PiSu, pokazując, że rząd Platformy niewiele zrobił. Platforma nie umie znaleźć na to skutecznej odpowiedzi, nie umie przekonać, że rząd i tak zrobił sporo, choć daleko mniej, niż obiecywał - kryzys zresztą jest tylko częściowym wytłumaczeniem - ale przede wszystkim, że tylko rząd Platformy daje jakiekolwiek nadzieje na cywilizacyjny awans Polski. Główną wadą PiSu jest przecież to, że jest on w swoim myśleniu anachroniczny, chciałby Polskę zamknąć w kształcie przedwojennym z silną domieszką bolszewizmu. 

Kiedy Tusk popełnił błąd? Wtedy, gdy wydało mu się, że radykalne reformy zniechęcą do niego wyborców. Tymczasem od Platformy odwracają się ci, którzy są rozczarowani brakiem reform. Właśnie ci zostaną w domu lub zagłosują na Palikota. Oczywiście lepiej, żeby głosowali na Palikota niż zostali w domu. Ale twardy elektorat PiS, z dala od mediów mobilizowany Smoleńskiem i tradycyjną, martyrologiczną odmianą patriotyzmu, pójdzie do wyborów i przy niskiej frekwencji gotów jest dać Jarosławowi zwycięstwo.

Polska to spory kraj i wytrzyma kolejne rządy Kaczyńskiego, choć lekko nie będzie. Socjalistyczny (przy całej antykomunistycznej retoryce) i etatystyczny Kaczyński nie poradzi sobie z nową falą kryzysu. Cóż, będziemy cierpieć, ale w końcu się podźwigniemy. Szkoda głównie młodych ludzi, bo to oni poniosą największe koszta zapaści gospodarczej. Trudno mi jednak będzie znieść tryumfalizm PiSowców, o pomniku smoleńskim na każdym rogu nie wspominając.

Prezes Kaczyński tymczasem poczuł wiatr w żagle i zapowiada budowę "nowego państwa". Anna Fotyga też opowiada o państwie, "które się szanuje". Może to da do myślenia ludziom, którym wydaje się, że PiS nie jest już groźny.