Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 30 października 2013

Szczególny mamy sezon okołopolityczny. Trzeba odnotowywać i dziwować się kolejnym upadkom: a to arcybiskupa, który zresztą niczego nie zrozumiał i nadal raczy zdumioną publiczność kolejnymi elukubracjami na temat przyczyn pedofilii wśród katolickich duchownych, a to smoleńskiego profesora. Na arenie międzynarodowej widzimy upadek relacji euroatlantyckich wraz z zataczającą coraz szersze kręgi aferą podsłuchową. Przywódcy europejscy protestują, ale jakoś niemrawo, bo, po pierwsze, pewnie wiedzieli (spodziewali się), że są podsłuchiwani, a po drugie, sami podsłuchują. Jednak cała sprawa wygląda dość paskudnie, obnażając głęboki brak zaufania pomiędzy de nomine bliskimi sojusznikami. W Kongresie szefowie amerykańskich agencji wywiadowczych tłumaczą, że oni podsłuchują wyłącznie zgodnie z prawem i tylko potencjalnych terrorystów. Znaczy, Angela Merkel i papież Franciszek są terrorystami? No, pięknie. A polscy przywódcy cierpią, bo ich nikt nie podsłuchuje. Tak mało znaczą, biedacy.

W Polsce mamy za to aferę taśmową w dolnośląskiej PO. Zgadzam się z Cezarym Michalskim, iż marginalizacja Grzegorza Schetyny to błąd Donalda Tuska, który w partii i w państwie zostaje niemalże jedynowładcą, ale za to zostaje sam. Niby prawie wszystko może (w granicach prawa, jak u Haška), ale też za wszystko sam odpowiada, a otoczony przez samych dworaków, nie ma nikogo, kto mógłby bez złej woli skrytykować jego pomysły. Zupełnie jak Prezes.

Tymczasem jednak we Wrocławiu zwolennicy przegranego Schetyny pokazują nagrania mające dowodzić korupcji politycznej w zwycięskim obozie Jacka Protasiewicza, czyli - podobno - Donalda Tuska. Posłowie z tej samej partii - nie mam na myśli Schetyny czy Protasiewicza, ale ich niższych rangą współpracowników - skaczą sobie do oczu jak najgorsi wrogowie, składają na siebie doniesienia do prokuratury. Z tej samej partii! I jak ci ludzie mają wspólnie zmieniać Polskę, jak mają przekonać wyborców, że ich wspólna (sic!) drużyna najlepiej się do tego nadaje? I żeby przynajmniej chodziło o coś istotnego, o jakiś spór ideowy, wizję polityczną - ale nie. Chodzi o posady i rady nadzorcze, takie tam. Szmaciarze! Wygląda to jak schyłkowy okres rządów AWS lub SLD.

Chciałem zakończyć stwierdzeniem, że patrząc się na to odczuwam Schadenfreude, ale to nieprawda. Jest mi przede wszystkim bardzo, bardzo przykro. I boję się, co będzie dalej.

czwartek, 17 października 2013

Nie komentowałem ostatnich wpadek ekspertów zespołu Macierewicza, bo i po co? Koń iaki jest każdy widzi. Dziś jednak stało się coś zdumiewającego: oto profesor Jacek Rońda, jeden z ekspertów zespołu parlamentarnego, przyznał - zresztą z bardzo zadowoloną z siebie miną - że publicznie kłamał w sprawie przyczyn katastrofy.

Jacek Rońda w TV Trwam

Jacek Rońda przyznał, że w publicznej dyskusji na temat przyczyn katastrofy stwierdził, że piloci nie zeszli poniżej wysokości 100 m, chociaż wiedział, że zeszli. Dalej przyznał, że powoływał się na jakiś dokument z Rosji, choć wiedział, że "nic [istotnego] w nim nie było". Zrobił to, żeby uzyskać chwilową przewagę polemiczną w dyskusji - gdyż, jak tłumaczył później w prawicowych mediach, 

nie mógł pozostawiać bez odpowiedzi takich zagrywek i prowokacji

- a także po to, aby podważyć ustalenia komisji Millera - tylko dlatego, że były to ustalenia komisji Millera.

Można rzec, iż nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Od dawna uważam, że ludzie lansującyhipotezę zamachu - nie ich słuchacze spośród szerokiej publiczności, ale ci, którzy hipotezę zamachu nagłaśniają i firmują własnymi nazwiskami i autorytetem - są albo szaleni, albo cyniczni. Jacek Rońda okazuje się należeć do tej drugiej grupy. Fi donc!, chciałoby się zakrzyknąć. Przeciwnicy hipotezy zamachu zyskali kolejny, potężny argument.

Ja jednak uważam, że stało się coś bardzo złego. Jacek Rońda jest profesorem, zresztą posiadającym w swojej dziedzinie godny szacunku dorobek. Rońda, choć w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem daleko wykroczył poza swój obszar kompetencji (nie jest nim ani lotnictwo, ani badanie przyczyn wypadków lotniczych), podpierał się swoją profesurą. To dlatego, że Rońda jest profesorem, Macierewicz się na niego powoływał. To dlatego, że Rońda jest profesorem, ludzie ufali jego kompetencjom. I choć rektorzy AGH i PW słusznie oświadczyli, że 

publiczne głoszenie przez naukowców tez niezwiązanych z ich działalnością badawczą nie może być podpierane autorytetem uczelni, na których pracują

za wszystkimi publicznymi wypowiedziami Jacka Rońdy w sprawie Smoleńska zdawał się stać autorytet całej nauki. I oto okazuje się, że profesor Rońda w tej sprawie publicznie kłamał. 

Posłużę się następującą analogią: Kościół powołany jest do udzielania duchowego wsparcia i pouczeń moralnych wiernym. I dlatego, choć większość księży stara się służyć Bogu i ludziom najlepiej, jak umieją, ksiądz-przestępca, na przykład ksiądz-pedofil, bardzo szkodzi wizerunkowi Kościoła, gdyż swymi przestępstwami godzi w samą istotę działalności Kościoła. Lekarze mają pomagać chorym, więc choć większość robi to z dużym poświęceniem, lekarz-łapownik bardzo szkodzi obrazowi swojego środowiska, gdyż przedkładając własne niezasłużone korzyści nad dobro chorego, godzi w istotę swojego zawodu. Naukowcy mają poznawać świat i głosić podbudowaną naukowo wiedzę o świecie, więc choć większość stara się to robić (niekiedy się myląc, ale uczciwie myląc), naukowiec, który publicznie kłamie podpierając się autorytetem nauki, w sprawie, w której mieni się być ekspertem, sprzeniewierza się samej istocie swojego zawodu i szkodzi reputacji nauki.

To właśnie zrobił dziś prof. Jacek Rońda: Nie tylko ośmieszył siebie i zdezawuował zespół Macierewicza, ale też podważył społeczny odbiór całej nauki. Skoro wybitny profesor szanowanej uczelni może kłamać w tak ważnej sprawe, i to kłamać podpierając się autorytetem nauki, to pewnie reszta podobnie robi... Taki morał gotowa jest z tego wyciągnąć zdezorientowana publiczność, ktora na naukę, jej dokonania i dalsze potrzeby, ale też jej demonstrowany elitaryzm, już od dawna patrzy się z dużą podejrzliwością.

Mam nadzieję, że jesteśmy świadkami końca publicznej kariery prof. Jacka Rońdy. Ale budownictwem lądowym i termodynamiką spalania niech się nadal zajmuje, jeśli go to wciąż interesuje. Na tym się chyba zna.

niedziela, 13 października 2013

U brzegów Lampedusy toną kolejne łodzie z imigrantami. Kilka dni temu utonęło 300 osob, dwa dni temu następnych kilkadziesiąt. Papież Franciszek nazywa to hańbą, przewodniczący Komisji Europejskiej Barroso powiada, iż

nie możemy zgodzić się na to, aby tysiące ludzi ginęło u granic Europy.

Lampedusańczycy, którzy nieszczęsnym imigrantom jakoś chcą pomóc, apelują o utworzenie korytarza humanitarnego pomiędzy Afryką Północną a Europą. Europejskie media publikują wzruszające reportaże.

A przecież wszystko to jest podszyte straszną hipokryzją. 

My, Europejczycy, tych imigrantów nie chcemy. Żal nam biednych ludzi, którzy zginęli, ale przede wszystkim chcemy zniechęcić innnych do udawania się do Europy. Nie będzie więc żadnego korytarza humanitarnego, umożliwiającego bezpieczne pokonanie tych stu kilkunastu kilometrów otwartego morza. Nie będzie ułatwień. Reżimy w krajach Północnej Afryki brały od Europy pieniądze za powstrzymywanie migrantów. Jedne reżimy upadły w czasie Arabskiej Wiosny 2011, później upadł reżim Kadafiego i brama od strony afrykańskiej została otwarta.

Nie chcę wnikać w szczegóły europejskiego prawa imigracyjnego, bardzo zawiłego, ale żadne państwa nie chcą przyjmować imigrantów, którzy dotarli do krajów południowej Europy - Włoch, Grecji, Malty, Hiszpanii. Dlaczego? Imigrantów oskarża się o to, że nie szanują naszej kultury, są hałaśliwi, kradną, żebrzą, prostytuują się, napadają, gwałcą, zostają terrorystami, a przede wszystkim wyłudzają pomoc od opieki społecznej. Jest w tym zapewne jakaś część prawdy, może nawet dużo prawdy, ale w jakim stopniu jest to wywołane naszą własną ksenofobią, niechęcią do imigrantów, demonstrowanym brakiem zaufania, traktowaniem ich jak podludzi? Mówi się, że imigranci odbierają Europejczykom pracę. To chyba na ogół nie jest prawdą, gdyż nieznający języków i obyczajów, słabo wykształceni imigranci jeśli już dostają pracę, to taką, której Europejczycy wykonywać nie chcą. Wykształceni imigranci - lub ich wykształcone w Europie dzieci - niekiedy dostają dobrą pracę, ale równie często i tak spotykają się z objawami ksenofobii. No po prostu nie chcemy tych ludzi, i już.

Tymczasem jednak skoro już tym ludziom udało się dotrzeć do Europy, powinno się szybciej rozpatrywać ich podania o azyl (na to trzeba i środków, i dobrej woli!), a tych, którym azyl zostanie przyznany, należy wysyłać do innych krajów - ale niekoniecznie do Niemiec, Holandii czy Skandynawii, ale do Litwy, Bułgarii czy Polski. Chodzi o to, żeby Europa powiedziała: w porządku, chcieliście do Europy, oto więc jesteście, ale Europa to nie tylko najbogatsze kraje z najbardziej wydajnymi systemami opieki społecznej. Ta "gorsza Europa" i tak jest bogatsza i nieskończenie bardziej bezpieczna niż kraje, z których uciekliście. Spróbujcie tu normalnie żyć.

Kluczowe jest to, że Europa musi się wypowiedzieć jako całość, jako Unia, nie zwalać wszystkiego na legislacje i przeciążone systemy krajów granicznych. The Economist rozsądnie komentuje, że jeśli Europa chce nawet nie tyle rozwiązać, ile ograniczyć problem nielegalnych imigrantów, powinna zabiegać o rozwój gospodarczy krajów, z których pochodzą ci ludzie. I tu nie chodzi o żadną pomoc humanitarną, ale o zwykłą współpracę gospodarczą, w szczególności - horribile dictu - o liberalizację handlu, zniesienie barier celnych chroniących europejski rynek przed afrykańskimi produktami rolnymi: bawełną, cukrem, warzywami.

If countries like Italy refuse to take more tomatoes from north Africa, they may simply be condemned to take more people.

Polska tymczasem nie radzi sobie nawet z tymi nielicznymi nielegalnymi imigrantami, którzy docierają do nas przez wschodnią granicę. Procedury ciągną się miesiącami, imigranci żyją w obozach niewiele różniących się od więzień, są doniesienia o poniżającym traktowaniu imigrantów przez personel tych obozów, dzieci nie chodzą do szkoły, a wszystkie lokalne społeczności sąsiadujące z ośrodkami dla imigrantów nieodmiennie domagają się, żeby zostały one natychmiast zamknięte. Gdzieś te ośrodki niech będą, byle nie u nas!

Moim zdaniem Polska powinna zacząć od tego, żeby wszystkie dzieci imigrantów, nawet tych z jeszcze nierozpatrzonymi sprawami, posyłać do szkół. Do zwykłych szkół, nie do jakichś specjalnych ośrodków szkolnych na terenie ośrodków. Państwo powinno im przy tym opłacić wszystkie podręczniki i pomoce szkolne, a także wyżywienie w szkolnej stołówce. Dzieci nie znają polskiego? Jeśli nie pójdą do szkoły, to się go nie nauczą. A jeśli się nie nauczą, to na pewno nigdy się z Polską nie zintegrują. Polska powinna też przestać wyrzucać tych imigrantów, którzy mieszkają tu już kilka lat, faktycznie się zintegrowali, pokończyli szkoły, zaczęli pracować. Ale wciąż są "nielegalni". Ach, na pewno chcą wykorzystać hojność naszego państwa, albo zakładać tu bazy terrorystów, albo jedno i drugie. Zapewne takie przypadki się zdarzają, ale nie można z góry zakładać, że tak będzie. Jak zawsze (czyli w Polsce: jak nigdy) trzeba zakładać dobrą wolę.

Ale o czym ja w ogóle piszę? Polska nie potrafi ułożyć sobie stosunków ze społecznością "imigrantów", którzy mieszkają tu od kilkuset lat: z Cyganami. Nastroje antycygańskie narastają w całej środkowej Europie...

wtorek, 08 października 2013

Ostatnio zmienił się ton wypowiedzi polskiego Kościoła w sprawie pedofilii duchownych. Może to wpływ papieża Franciszka, może Kościół zaczął odczytywać znaki czasu, czyli reagować na nastroje społeczne, a może wreszcie efekt głośnego skandalu pedofilskiego z udziałem polskich duchownych na Dominikanie, czyli tak daleko, że nie dało się go ani wyciszyć, ani ukryć. Tak czy siak, polski Kościół przestał wreszcie traktować wszystkie oskarżenia o pedofilię jako "ataki na Kościół". Przyznał, że jest problem, a pedofilia księży jest ciężkim występkiem. Sekretarz Konferencji Episkopatu Polski (KEP), bp Wojciech Polak, przeprosił ofiary pedofilii, a kanclerz kurii ultrakonserwatywnego abp. Hosera, który na tej samej konferencji w lekceważącym tonie umniejszał rangę oskarżeń wobec jednego z podległych sobie księży, został w ekspresowym tempie pozbawiony funkcji.

Oczywiście niektórym hierarchom zdarzały się też wypowiedzi mniej zręczne, budzące głośną krytykę. Moim zdaniem, niekiedy niesprawiedliwą. Broniłem nawet wypowiedzi prymasa Kowalczyka i biskupa Pieronka. Chciałem wrócić do tej sprawy na blogu, rozwinąć ją, ale nic z tego. Ubiegł mnie abp Józef Michalik.

Przy okazji obrad KEP w sprawie zwalczania pedofilii wśród duchownych (sic!), przewodniczący KEP, abp Michalik, powiedział:

Wielu tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby relacje między rodzicami były zdrowe. [...] Często niewłaściwa postawa wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

To jest niemalże ten sam argument, co twierdzenie, iż zgwałcona kobieta, która miała za krótką spódniczkę lub za duży dekolt, "sama była sobie winna". Niemalże ten sam argument, gdyż w istocie to, co powiedział abp Michalik, jest jeszcze gorsze: Molestowane dziecko jest winne nie tylko swojej krzywdy, ale także upadku, winy duchownego. Biedny ksiądz, podstępne dziecko grzesznych rodziców go uwiodło!

Słowa Michalika są nie dość, że głupie i szkodliwe, ale po prostu niegodziwe i przerażające. On chyba naprawdę tak myśli! Przerażony Michalik później przepraszał i swoje słowa prostował, rzecznik episkopatu coś bredził o "błędnych interpretacjach wypowiedzi księdza arcybiskupa", ale katastrofa już się stała. Już poszła w świat. Już weszła do kanonu wypowiedzi abp. Michalika, obok obrony proboszcza-molestatora z Tylawy i wezwania, aby "katolik głosował na katolika, Żyd na Żyda". Polski episkopat twierdzi, że za pedofilię duchownych odpowiadają molestowane dzieci. A ksiądz rzecznik jeszcze kilka dni temu zaklinał się, że od czasów sprawy z Tylawy arcybiskup wiele zrozumiał i całkiem się zmienił.

Żeby ratować resztki, reszteczki autorytetu polskiego Kościoła, abp Józef Michalik powinien jak najszybciej, najlepiej już jutro, podać się do dymisji - jeśli nie z funkcji metropolity przemyskiego, to przynajmniej z przewodniczenia KEP.

Księże arcybiskupie, wzywam księdza! 

Sztuczne Fiołki