Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 27 października 2014

Jako kontunuację mojej poprzedniej notki, Powiedział czy nie powiedział?, przytoczę informację z dzisiejszego Newsweeka: Tusk rozmawiał z Putinem o Ukrainie nie w Moskwie w 2008, lecz na molo w Sopocie w 2009. Jak wynika z notatki sporządzonej przez ówczesnego wiceministra spraw zagranicznych, Andrzeja Kremera, Putin

wymienił m.in. powojenną zmianę granic, z której – jak zauważył - dzisiejsi Litwni i Ukraińcy z pewnością są zadowoleni. Relacja Kremera jest zdawkowa, ale należy sądzić, że ten opis mógł się odnosić do słów Putina o poniesionej przez Polskę stracie Wilna i Lwowa

Dalej nie wiadomo, czy propozycja udziału w rozbiorze Ukrainy wtedy padła, ale w takim kontekście jak najbardziej mogła paść. Może Putin czekał na reakcję Tuska? Może Tusk jednak powiedział coś, czego nie powinien i co nie znalazło się w oficjalnej notatce, ale Rosjanie to nagrali? W każdym razie notatka na pewno trafiła do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak dalej pisze Newsweek (w wersji papierowej, nie w cytowanej wersji elektronicznej),

w pałacu prezydenckim anedgdota o propozycji Putina była tak powszechnie znana, że pewien polityk kojarzony z Lechem Kaczyńskim od lat przytacza ją na prowadzonych przez siebie zajęciach ze studentami.

piątek, 24 października 2014

No to mamy aferę Sikorskiego, który najpierw powiedział, że w 2008 Putin proponował Polsce udział w rozbiorze Ukrainy, potem się z tych rewelacji wycofał, a po drodze był niegrzeczny i arogancki wobec dziennikarzy.

To ostatnie mnie wcale nie zaskakuje. Ten typ tak ma. 

Znacznie ważniejsza jest rzekoma oferta Putina.

Zaczęło się od wywiadu, jakiego Radosław Sikorski udzielił magazynowi Politico. To bardzo rozsądny artykuł, wszystkim go polecam. Ostrzega on Zachód, że wojna na Ukrainie nie dotyczy już samej Ukrainy: przekształciła ona Rosję, w której Władimir Putin konsoliduje autorytarny i neo-imperialny reżim, mogący w niedługim czasie zagrozić UE i NATO. (W podobnym duchu pisze także George Soros dla The New York Review of Books). Sikorski w Politico tak charakteryzuje sytuację w Rosji:

I think psychologically the regime has been transformed by the annexation of Crimea. This was the moment that finally convinced all doubters and turned all heads. This was Napoleon after Austerlitz. This was Hitler after the fall of Paris. This was the moment that finally centralized everything into the hands of Vladimir Putin.

To bardzo potężna wizja, nawiasem mówiąc, stanowiąca odpowiedź na stawiane przeze mnie swego czasu pytanie Dlaczego Putin wkroczył na Krym. W Moskwie narasta paranoja, urzednicy się boją, nawet oligarchowie się boją, liczą się tylko siłowiki, Rosja powoli zamyka granice przed swoimi własnymi obywatelami, opozycji ani niezależnej myśli już w Rosji prawie nie ma.

Pozostaje pytanie na ile aneksja Krymu i próba zajęcia całej "Noworosji" były zaplanowane, na ile zaś były to działania spontaniczne, wywołane buntem Majdanu i obaleniem prezydenta Janukowycza. W tym kontekście autor cytuje takie oto słowa Radosława Sikorskiego:

[Putin] wanted us to become participants in this partition of Ukraine. Putin wants Poland to commit troops to Ukraine. These were the signals they sent us. … We have known how they think for years. We have known this is what they think for years. This was one of the first things that Putin said to my prime minister, Donald Tusk,  when he visited Moscow [in 2008]. He went on to say Ukraine is an artificial country and that Lwow is a Polish city and why don’t we just sort it out together. Luckily Tusk didn’t answer. He knew he was being recorded.

To, że Putin mógł złożyć taką ofertę, jest uprawdopodobnione przez dwa fakty. Po pierwsze, w 2008, na szczycie NATO w Bukareszcie, gdy NATO nieśmiało kontemplowało pomysł przyjęcia do Sojuszu (w jakiejś nieokreślonej przyszłości) Ukrainy, zaproszony na szczyt Putin powiedział, że Ukraina jest tworem sztucznym (czy tylko ja tam słyszę echa frazy o "bękarcie Traktatu Wersalskiego"?!), większość jej terytoriów historycznie należała do Rosji (co akurat jest prawdą) i że jeżeli NATO zdecyduje się przyjąć Ukrainę, Rosja doprowadzi do podziału tego kraju. Zabierze, co swoje. Co uważa za swoje.

To wystąpienie Putina przypominał kilka miesięcy temu Bogdan Klich, który wówczas był ministrem obrony i był obecny na tym szczycie, podobnie zresztą jak prezydent Lech Kaczyński. Moim zdaniem - i już to gdzieś pisałem - i ta zapowiedź, i niezwykle gładki przebieg operacji zajęcia Krymu wyraźnie świadczą, że operacyjne plany były już dawno przygotowane, może już w 2008, nie było tylko wiadomo, kiedy aneksja nastąpi. Podobnie zapewne były przygotowane plany zajęcia Noworosji, ale one jednak nie wypaliły. Widać wszakże, że Rosja od 2008 podział Ukriany faktycznie planowała.

Drugim faktem uprawdopodabniającym złożenie oferty przez Putina była analogiczna oferta, jaką złożył w marcu tego roku, a powtórzył w maju, Władimir Żyrinowski. Proponował on Polsce pięć zachodnich obwodów Ukrainy ze Lwowem, Węgrom Zakarpacie, Rumunii Bukowinę. Żyrinowski raczej tego sam z siebie nie wymyślił. Jest on co prawda zaledwie wiceprzewodniczącym Dumy, liderem niewielkiej partii politycznej i w ogóle ma opinię pajaca, ale ktoś taki idealnie wprost nadaje się do wypuszczania balonów próbnych. No, gdyby wymienione kraje europejskie zareagowały przychylnie... Polska ofertę Żyrinowskiego wzgardliwie wyśmiała, Rumunia chyba też, ale Węgry z zainteresowaniem zastrzygły uszami. W każdym razie Victor Orban domaga się autonomii dla zamieszkiwanego przez węgierską mniejszość Zakarpacia, zupełnie tak, jak Putin domaga się autonomii dla wschodniej Ukrainy.

Żeby przy tym było całkiem jasne, oferta czy to Żyrinowskiego, czy też domniemana oferta Putina, nie musiały być szczere. Prawie na pewno nie były szczere. Raczej chodziło o skompromitowanie Polski, Rumunii i Węgier udziałem w rozbiorze, uczynienie z nich wspólników Rosji, zdruzgotanie europejskiej jedności, rozbudzenie nacjonalizmów, które rozsadziłyby - czyli z rosyjskiego punktu widzenia, unieszkodliwiły - naszą część Europy od wewnątrz. 

Tak więc informacja, że Putin złożył w 2008 roku Tuskowi propozycję udziału w rozbiorze Ukrainy, nie brzmi absurdalnie. Owszem, Władimir Putin mógł coś takiego zaproponować. Ale nie wiadomo, czy zaproponował.

W Polsce oczywiście wybuchło szaleństwo. Opozycja pyta, jak rząd na tę nieoczekiwaną propozycję Putina zareagował i dlaczego Donald Tusk nie poinformował o niej Lecha Kaczyńskiego?!

Co do tego pierwszego, niektórzy - na przykład ten komentator, ale nie o jeden - przekonują, że rząd jak najbardziej zareagował i w tajemnicy, ale zdecydowanie, przygotowuje Polskę do wojny z Rosją. Nie wiem, trudno mi to komentować, ale nie wydaje mi się, aby jeśli oferta ze strony Putina faktycznie padła, a więc jeśli Putin ujawnił swoje agresywne, imperialistyczne plany, rząd to całkowicie zlekceważył.

Inna rzecz dlaczego nie powiedziano Lechowi Kaczyńskiemu - jeżeli nie powiedziano. Pomijając nawet to, iż polityczna rywalizacja Kaczyńskiego z Tuskiem, czy też PiSu z Platformą, mogła uzasadniać nieinformowanie Lecha Kaczyńskiego, ówczesny prezydent, gdyby o propozycji Putina wiedział, zapewne tajemnicy by nie dochował, rzecz całą nagłośnił, choćby tylko po to, aby zaszkodzić Tuskowi, a przy okazji jeszcze bardziej utrudnił stosunki polsko-rosyjskie i polsko-ukraińskie oraz zaszkodził hipotetycznym rządowym planom zabezpieczania się przed rosyjską agresją. Najzabawniejsze jest to, że politycy PiS sami postrzegają Lecha Kaczyńskiego jako paplę: Oburzają się, że Lech Kaczyński o niczym nie wiedział, bo jako rzecz bezdyskusyjną uznają, że gdyby wiedział, to by im, a w szczególności Jarosławowi, powiedział. Skoro nie powiedział, to znak, że nie wiedział. Myśl, że może jednak wiedział, ale dochował tajemnicy, nawet im nie przychodzi do głowy.

Rekapitulując, Radosław Sikorski najpierw ujawnił horrendalną propozycję Putina, później zaś głupawo wszystko odwołał, narażając się na śmieszność, polityczne ataki w kraju i znaczny uszczerbek dla swojej międzynarodowej reputacji. Dlaczego, na Boga, Sikorski coś takiego zrobił?!

Ja widzę cztery możliwe wyjaśnienia:

  1. Sikorski łgał jak pies. Żadnej oferty rozbioru Ukrainy nie było, a Sikorski sobie to wymyślił, żeby - no nie wiem - jeszcze bardziej zohydzić Putina w oczach Zachodu? żeby zaszkodzić Tuskowi? żeby pomóc Tuskowi? żeby samemu pokazać się jako jeszcze większy twardziel? żeby - czując się odsunięty na boczny tor - na chwilę znów skupić na sobie światła rampy? To faktycznie byłaby kompromitacja, ale nie sądzę, aby tak się rzeczy miały.
  2. Żadnej oferty nie było, ale Sikorskiemu szczerze przez chwilę wydawało się, że była. No, pomyliły mu się, biedakowi, daty, osoby, spotkania. Takie jest zresztą oficjalne wyjaśnienie słów marszałka Sikorskiego. Sytuacja dość wstydliwa, ale cóż, możliwa. Jednak, moim zdaniem, tak nie było.
  3. Oferta, owszem, padła. Polska ją natychmiast odzuciła, a Sikorski teraz chlapnął, powiedział za dużo, zdradził sekret, który dotąd pozostawał w ukryciu. Gdy się zorientował, jak bardzo jego rewelacje mogą zaszkodzić stosunkom polsko-rosyjskim i polsko-ukraińskim, przede wszystkim zaś, jak to może zaszkodzić domniemanym tajnym planom rządu, postanowił się wycofać. Wziąć winę na siebie. Sikorski sam wolał wyjść na durnia, niż zaszkodzić interesom Polski.
  4. Oferta jak najbardziej padła. Kłopot w tym, że Donald Tusk nie zbył jej milczeniem. Teraz, gdy okazało się, że są nagrania ze spotkania Putina z Tuskiem, trzeba było... ratować Tuska. Ujawnić przebieg rozmowy w wersji korzystnej dla Tuska, zanim Rosjanie ujawnią swoją wersję. Radek Sikorski wziął to na siebie, choć wiedział, że spadną na niego gromy. I całkiem świadomie, z premedytacją, opowiedział światu o popozycji Putina dla Polski, żeby ją za chwilę zdementować, wyjść na durnia i zszargać sobie reputację.

Przez chwilę wydawało mi się, że prawdziwa jest sytuacja trzecia. Teraz myślę jednak, że czwarta. Przemawiają za tym reakcje już po rewelacjach Sikorskiego: początkowa nerwowość Radosława Sikorskiego (nie wiedział, czy Tusk się od niego nie zdystansuje) i pełne wyraźnego zdenerwowania, ale też chaosu, zachowania pani premier Ewy Kopacz, która, jak sądzę, sama nie wie, czy oferta Putina padła, czy nie. Aż tu raptem z niebytu wychynął sam Donald Tusk, zdecydowanie wziął w obronę Sikorskiego, porozmawiał z premier Kopacz, rozlał oliwy na wzburzone fale. I już jest cisza, spokój, morskie powietrze... Nie mam żadnych, najmniejszych dowodów na poparcie tej interpretacji. Tak sobie tylko spekuluję.

Czytaj dalej Nie w Moskwie, lecz w Sopocie.

sobota, 11 października 2014

Jean-Philippe Rameau, Les Boréades, grali Les Musiciens du Louvre Grenoble plus soliści, dyrygował Marc Minkowski.

Włoską operę barokową znam, no, może nie dobrze, ale przynajmniej jako-tako. Francuskiej opery barokowej nie znam prawie wcale. Dlatego z dużym zainteresowaniem wybrałem się na czwartkowy koncert, a wniosek, jaki się wprost narzuca, to że jest to zupelnie inna muzyka. Właściwie inny gatunek muzyczny.

Włoskie opery są kolekcjami arii, dość luźno powiązanymi muzycznie. W wysłuchanej operze Rameau arii jest niewiele, dominującymi formami są (stosuję nazwy włoskie) recitativo accompagnato, arioso i... tańce, w wykonaniu koncertowym z konieczności zredukowane do fragmentów orkiestrowych. Nie ma więc sekwencji aria - recytatyw "suchy" - aria - recytatyw i tak dalej. Forma Rameau jest znacznie bardziej zróżnicowana, a przez to bardziej śpiewna. Dzieło trzeba odbierać jako muzyczną całość, nie zaś zbiór poszczególnych numerów. Jest więc opera Rameau całością, przemyślaną całością, zgrabną zresztą. Czymś zupełnie innym od oper włoskich, ale całkiem ładnym.

Nawiasem mówiąc, rozumiem teraz, dlaczego w niektórych współczesnych francuskich realizacjach włoskich oper barokowych dokłada się balet, chociaż w oryginale go nie było: jest to po prostu zgodne z francuską tradycją operową.

Jedno, co najwyraźniej łączy wszystkie opery barokowe, to skłonność do opierania się na idiotycznych librettach. Boreaidzi - oficjalny polski tytuł brzmi Z rodu Boreasza, no ale przecież mamy Heraklidów, Perseidów (mitycznych, nie astronomicznych), więc czemu nie Boreaidów? - opowiadają historię pewnej królowej, która zgodnie z tradycją swojego kraju, musi wyjść za potomka Boreasza. I oto dwóch synów Boreasza ubiega się o rękę królowej i o lukratywną posadę króla, ale ona woli tego trzeciego, szlachetnego Abarisa, którego pochodzenie jest nieznane. Boreasz strasznie się wścieka, królową porywa, jej kraj niszczy burzami i trzęsieniami ziemi, lud chce wygubić; ech, ta mityczno-barokowa odpowiedzialność zbiorowa. Abaris chce oddać życie za królową i jej lud, synowie Boreasza z niego drwią, Boreasz tym bardziej chce wszystkich pozabijać, aż tu raptem zjawia się Apollo i powiada, że Abaris jest jego synem, a jego matką była "nimfa młoda i piękna", chociaż bezimienna, w dodatku córka Boreasza. Płodny Boreasz jest cokolwiek zaskoczony, najwyraźniej nie śledził losów swych pomniejszych potomków, ale że nie ma już przeszkód dla małżeństwa królowej i Abarisa, wszystko kończy się wesołym oberkiem. A konkretnie, kontredansem.

Tak się przy okazji zastanawiam, jak to w rzeczywistości mitologicznej było z dziedziczeniem boskiego statusu. Bogowie miewali dzieci, które same były bogami, półbogami lub zwyklymi śmiertelnikami - ci ostatni byli dziećmi śmiertelniczek. Ale oto Abaris jest synem boga i nimfy, a więc także istoty nadprzyrodzonej, samej będącą córką boga, jest dzielny i szlachetny, ale poza tym jest zwykłym śmiertelnikiem. Kto i jak decydował o statusie boskiego potomka?

Wracając do czwartkowego koncertu, gwiazdą była Julie Fuchs jako królowa Alfisa. Śpiewała bardzo dobrze, kłaniała się po królewsku, a jedna z jej arii (w stylu włoskim!), Un horizon serein, po prostu wbiła mnie w fotel. Ale z solistów najbardziej podobał mi się angielski tenor Samuel Boden jako Abaris. Pozostali soliści też bardzo dobrzy. Chór znakomity, orkiestra perfekcyjna, co nie znacy, że mechaniczna - przeciwnie, grająca bardzo subtelnie, z wyczuciem. Akustyka Filharmonii Krakowskiej jak zawsze fatalna, co szczególnie dawało się we znaki w głośnych fragmentach, a jest ich w Boreaidach sporo. Marc Minkowski zaś - jak zawsze sprawujący absolutną kontrolę nad wszystkim dźwiękami i dyrygujący różnymi nieoczekiwanymi częściami ciała - był gwiazdą sam dla siebie.