Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 01 lutego 2017

IPN wczoraj ogłosił, że znalezione w szafie Kiszczaka dokumenty agenta Bolka były pisane ręką Lecha Wałęsy.

To, że Wałęsa we wczesnych latach '70 podjął współpracę z SB - nawet nie tyle podjął, ile został do niej zmuszony - było mniej-więcej wiadomo od dawna. Wałęsa był wtedy młodym robotnikiem, był sam, nie miał się kogo poradzić, pamiętał, że władza strzelała do robotników, a SB wydawała się wszechwładna. No więc podjął współpracę, donosił, a nawet brał za to pieniądze. Podobno opozycjoniści z kręgów WZZ wiedzieli to lub się tego domyślali już pod koniec lat '70. Sam Wałęsa w 92 przyznał, że "coś tam podpisał". No i co z tego? Ważne jest to, że sam Wałęsa współpracę z SB zerwał, a gdy SB zaczęła go nachodzić pod koniec lat '70 żeby odnowić współpracę, wyrzucił ich.

A najważniejsze są zasługi Wałęsy dla Polski od Sierpnia 80 do czerwca 89. Tego nikt Wałęsie nie odbierze. Ani sierpniowych strajków, ani karnawału Solidarności, ani tego, że nie załamał się - znów samotny - w trakcie internowania, ani że nie poddał się szykowanym przeciwko niemu w latach '80 SBeckim fałszywkom i prowokacjom, ani Okrągłego Stołu. Pokojowej Nagrody Nobla i przemówienia w Kongresie Stanów Zjednoczonych też nie. 

Nie wątpię, że lepiej by było, gdyby Wałęsa się wtedy, w 1992, przyznał do współpracy z SB dwadzieścia lat wcześniej, gdyż ta współpraca w niczym nie umniejszała jego późniejszych zasług. No, ale nie przyznał się. Szkoda.

Pewien mój znajomy przytomnie zauważył, że łatwiej jest napisać "Wałęsa był TW i mamy na to dowody" niż wdawać się w te wszystkie rozważania. Łatwiej napisać, a i przekaz jest prostszy.

No właśnie, jaki to przekaz? 

Po pierwsze, można się zapytać, co w latach '70 robili dzisiejsi Katoni? Ano, nie robili nic lub bardzo niewiele - bo byli za młodzi, bo zanadto się bali, bo nie wiedzieli, że w ogóle można coś robić, bo nie wierzyli w skuteczność oporu, bo im w ówczesnym systemie było całkiem dobrze, powodów pewnie było wiele - ale dzisiaj ich ówczesna małość aż parzy w zestawieniu z wielkością Lecha Wałęsy z samego roku 1970 i później, od końca lat '70 aż do 1989. Ponieważ siebie wywyższyć nie mogą, usiłują poniżyć i splugawić Wałęsę, żeby ich małość nie kłuła w oczy i żeby, dajmy na to, nasz żałosny Człowieczek Wolności mógł wyglądać na prawdziwego przywódcę.

Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Jest jednak drugie dno.

Rządząca nami prawica, mała i nikczemna, próbuje bowiem wprost powiedzieć, a jeśli nie powiedzieć, to przynajmniej dać do zrozumienia, że skoro Wałęsa kiedyś tam był Bolkiem, to SB stale nim sterowała, że jego prezydentura służyła budowie III RP pod dyktando komunistycznych służb specjalnych, że ostatecznie tylko dzięki temu władzę mógł objąć zbrodniczy rząd PO-PSL. Zastanówmy się nad tym.

Czy w otoczeniu prezydenta Wałęsy mogli być agenci SB? Mogli. Wałęsa - zwłaszcza po zerwaniu ze swoimi doradcami, Mazowieckim, Geremkiem i całą resztą - miał skłonność do otaczania się nieciekawymi postaciami. Mogli tam być SBcy, i prawie na pewno byli. A czy mogli coś Wałęsie podszeptywać? No, skoro byli, to tak. A czy Wałęsa ich słuchał? Niewykluczone, że niekiedy tak.

Ale co ci agenci podszeptywali? Czy coś w duchu "więcej kasy i więcej osobistych gwarancji dla mnie", a poza tym - żeby zacytować klasyka, nieżyjącego już działacza SLD - "chwała nam i naszym kolegom", czy też snuli jakiś misterny, niezwykle złożony plan podporządkowania sobie Polski, a właściwie utrzymania nad nią kontroli? Czy zgarniali pod siebie, czy rękami Wałęsy rozgrywali jakąś skomplikowaną grę? Jeśli to pierwsze, to przykre, ale w gruncie rzeczy niegroźne, zwłaszcza z perspektywy tak wielu lat. Jeśli to drugie, to znacznie gorzej. Ale na to drugie, na istnienie skomplikowanego, wieloletniego planu komunistycznych służb specjalnych realizowanego rękami prezydenta Wałęsy, nie ma żadnych dowodów. Ani nawet żadnych przesłanek świadczących o tym, że taki plan w ogóle mógł powstać.

Istnienie takiego planu zakładałoby uznanie, że PRLowskie służby specjalne miały wielkie kompetencje intelektualne, organizacyjne i analityczne. A przecież gołym okiem widać, że nie miały. Nie przewidziały załamania gospodarczego Polski, upadku komunizmu w Polsce, ZSRR i reszcie bloku sowieckiego, nie przewidziały zwycięstwa Solidarności w wyborach 4 czerwca - no przecież ordynacja była tak skonstruowana, żeby Solidarność nie mogła wygrać, a jednak wygrała! - nie miały spójnego planu co zrobić po objęciu władzy przez Solidarność (czego też nie przewidziały), poza "ratuj się, kto może", czyli palmy teczki i uwłaszczajmy nomenklaturę. Oczywiście, zostały jakieś grupy, może nawet jakieś struktury post-specjalne, ale one zajęły się ratowaniem własnych tyłków i robieniem pieniędzy w niezliczonych aferach wczesnych lat '90. (Zauważmy w nawiasie, że po jakimś czasie nawet i to się wyczerpało: w Polsce nie powstała oligarchia na wzór rosyjsko-ukraiński, nie zaczęli rządzić nieusuwalni satrapowie - to się akurat być może zmienia - a nawet mafia bardzo straciła na wpływach i znaczeniu.) Przypuszczać, że zakonspirowane pozostałości służb wcielały w życie jakiś skomplikowany, rozpisany na kilkanaście lat plan, penetrujący i chaos rozpadającego się świata postsowieckiego, i problemy gospodarcze i społeczne, z jakimi nigdy się wcześniej nie zetknęli, interesy krajów zachodnich, które nagle zaczęły mieć dla nas znaczenie, a wreszcie trudne do ogarnięcia turbulencje naszej własnej polityki, to nie byłaby nawet teoria spiskowa, ale zwykła naiwność.

Nie ma o czym mówić.

Wracając do ogłoszonych przez IPN rewelacji, to w warstwie faktograficznej mamy do czynienia albo z bardzo dobrze spreparowaną fałszywką, albo trzeba przyznać, że Lech Wałęsa ponad czterdzieści lat temu był agentem Bolkiem. Tylko że z tego niewiele już dzisiaj wynika. Ani nie odbiera Lechowi Wałęsie jego wielkich zasług dla Polski w latach '80, ani nie czyni jego prezydentury gorszą (lub lepszą), niż była, ani nie stanowi dowodu, że III RP była wynikiem spisku służb specjalnych.

W warstwie symbolicznej jest to natomiast atak na jedną z postaci ucieleśniających czas miniony, wobec którego Człowieczek Wolności jest jedynie śmieszny. Nawet jeśli każe sobie kupić wyższą drabinkę lub urządzić pięć następnych gali w stylu Kim Ir Sena.

sobota, 28 stycznia 2017

Nicola Porpora, Germanico in Germania, Capella Cracoviensis plus soliści, dyrygował Jan Tomasz Adamus.

Dawno nie pisałem o muzyce? Wczorajszy koncert jest okazją, by do tego wrócić.

Po tym, gdy Kraków wyrzucił Filipa Berkowicza, formuła Opera Rara zmieniła się - moim zdaniem na gorsze. Ale wczoraj było, jak dawniej: Wykonanie nieco zapomnianej opery barokowej, z dziwacznym i ahistorycznym librettem, w formacie koncertowym,  w Teatrze Słowackiego, z udziałem znanych solistów. 

Powiedzmy szczerze, muzyka Porpory nie jest szczególnie porywająca, tym bardziej można się było skupić na tym, jak poszczególni artyści śpiewali.

A śpiewali całkiem dobrze. Kontratenor Max Emanuel Cenčić jest tak dobry, że gdy tylko mu się chce - a wczoraj mu się nawet chciało, co było miłym kontrastem w stosunku do jego poprzednich występów w Krakowie - jest bez zarzutu i słucha go się z dużą przyjemnością. Grecka mezzosopranistka Mary-Ellen Nesi i rosyjska sopranistka o bardzo orientalnej, zapewne tatarskiej urodzie, Dilyara Idrisova, wypadły bardzo dobrze; chyba właśnie śpiew Idrisovej najbardziej mi się wczoraj podobał. Sopranistka Marzena Lubaszka ma ładny głos i śpiewa bardzo dobrze, niestety, dość cicho. Ponieważ Lubaszka zastąpiła w obsadzie inną, pierwotnie anonsowaną śpiewaczkę, orkiestra była wyraźnie ustawiona pod mocniejszy głos i miejscami wprost zagłuszała Lubaszkę. Węgierski tenor György Hanczár śpiewał poprawnie i to chyba wszystko, co można o nim powiedzieć.

Rozczarowaniem była dla mnie druga rosyjska sopranistka, Julia Lezhneva, obok Cenčica największa gwiazda wieczoru. Lezhneva nie jest już tą młodziutką, nieśmiałą dziewczyną, która kilka lat temu po raz pierwszy pojawiła się w Krakowie. Mimo, że wciąż jest młoda - ma 27 lat - jest już śpiewaczką dojrzałą. Trochę przytyła i, jakby to ująć, "zmężniała". Ma cudowną barwę głosu, głos jest przy tym czysty i donośny, nie ma najmniejszych trudności technicznych - niektóre rzeczy wyśpiewuje trochę w stylu Viviki Genaux, wykonując niesamowite, nieludzkie wprost, trudne do ogarnięcia ruchy wargami i policzkami; technicznie efekt jest niesamowity! - ale chyba trochę zmieniła ustawienie głosu, przybiera inną pozycję do śpiewu; być może jest to związane z drobnymi w końcu zmianami w jej fizycznej budowie. No i jakoś mi to nie brzmi. Coś jest nie tak. Do tego nabrała jakiejś takiej nieprzyjemnej maniery scenicznej, toczy wzrokiem po sali jak śpiewaczka sprzed stu lat. Publiczność dawała jej wielkie brawa, a my nie. Czemu zachwyca, skoro nie zachwyca?

Przyszło mi w którymś momencie do głowy, że Julia Lezhneva będzie tak samo wyglądać i tak samo śpiewać przez najbliższe dwadzieścia lat. 

Orkiestra - krakowska, ale w bardzo międzynarodowym składzie - grała nader przyzwoicie, poza jednym momentem. Otóż w kończącej pierwszy akt arii Son qual misero róg ma, w zamyśle, grać w kontrapunkcie z solowym sopranem. No i róg w tym fragmencie okrutnie fałszował. Fałszował. Fał-szo-wał. Podobno gra na rogu jest bardzo trudna, ale lepiej, gdyby go tam nie było.

Poza tym wszystko w porządku. Można powiedzieć, przyjemny wieczór, ale bez rewelacji.

sobota, 21 stycznia 2017

Powiada się, że spory i różnice poglądów są czymś normalnym w demokratycznym społeczeństwie.

Otóż nie w Polsce.

Ja uważam PiS za straszliwe zło, które dotknęło Polskę. Z trudem przywołuję resztki mojego chrześcijaństwa, by stwierdzić, że co prawda przywódcy PiSu to szkodniki - Jarosław Kaczyński jest kimś na kształt średniego Gomułki, pan Zbyszek jest jednym z większych egocentryków, jakich ziemia nosiła, Antoni Macierewicz jest regularnie obłąkany (albo jest ruskim agentem, tertium non datur), Ryszard Terlecki, Joachim Brudziński, Jarosław Gowin i kilku innych to trudni do ogarnięcia cynicy, a reszta towarzystwa, państwo Duda, Szydło, Zalewska, Błaszczak, Waszczykowski, są zwyczajnie głupi - ale to nie znaczy, że wolno im okazywać pogardę. Ludźmi nie wolno gardzić, nawet jeśli uznajemy ich za głupców lub cynicznych szkodników. Jak powiadają Desiderata, głupi też mają swoją opowieść.

Wyborcy PiSu, cóż, niektórzy głosowali na tę partię ze względu na swój osobisty interes (co w demokracji jest jak najbardziej uprawnione!), ale większość, jak sądzę, kierowała się dobrą wolą, ale popełniła kardynalny błąd uznając, że partia ta będzie dobrze służyć Polsce. W rzeczywistości PiS Polsce szkodzi, służąc jedynie interesom bardzo wąskiej grupy swoich przywódców. Ludzie mają jednak prawo do błędu i życzę wyborcom PiSu - a także sobie i w ogóle całej Polsce - żeby jak najszybciej się z tego błędu otrząsnęli.

W odpowiedzi słyszę, że ci, którzy protestują przeciwko polityce obecnego rządu, to gorszy sort obarczony genem zdrady, "komuniści i złodzieje", SBecy i dzieci SBeków lub też ludzie specjalnej troski. Kto nie z nami, ten przeciwko nam: PiSowscy neobolszewicy, ukształtowani w czasach realnego socjalizmu, roją sobie o jedności moralno-politycznej Narodu, oczywiście pod swoim przywództwem. Kto tego przywództwa nie uznaje, celów nie podziela, nie ma prawa nazywać się Polakiem. Od zarzutu świadomego działania na szkodę Polski przeciwników PiSu może uchronić tylko upośledzenie umysłowe. To, że ktoś może kochać Polskę i starać się działać dla jej dobra, a jednocześnie nie podziela ideałów PiSu, jest w PiSowskim dyskursie nie do pomyślenia.

Być może to ja nie mam racji w ocenie tego, co jest dobre dla Polski i co robi PiS. Nie sądzę, aby tak było, ale dopuszczam taką możliwość. Może więc nie mam racji, mylę się, ale to jednak nie czyni ze mnie zdrajcy ani też nie dowodzi, że jestem niespełna rozumu lub że nie jestem Polakiem, a wobec tego nie dziwota, że źle życzę Polsce - a to właśnie słyszę ze strony przywódców PiSu i wielu zwolenników tej formacji.

I to utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak mam rację.

niedziela, 15 stycznia 2017

Martwiłem się ostatnio, że internety stają się coraz mniej kreatywne. Wiarę w ludzkość przywrócił mi fejsbukowy profil San Escobar.

Najpierw ze wzruszeniem dowiedziałem się, że dzisiaj gra tam Gran Orquesta Caridad de Navidad.

Później przeczytałem, że tworzona jest nowa, uaktualniona mapa San Escobar i turyści z Polski proszeni są o zgłaszanie swoich uwag i propozycji. Moje trzy ulubione:

3. Znane z wyjątkowej kawy miasteczko La Lura.

2. Las Dudas, z największą na świecie fabryką długopisów.

1. Leżące w pobliżu Su Vereno, słynące ze swoich fioletowych wód jezioro De Naturato.

Dzięki ci, ministrze Waszczykowski!

poniedziałek, 09 stycznia 2017

Zagadnienia prawno-ustrojowe większości ludzi wydają się abstrakcyjne i oderwane od rzeczywistości. Nie są, ale w czasach postprawdy nieważne, co jest, ważne, co się komu wydaje, że jest. Ludzie widzą jednak, że ktoś przeciwko władzy PiS protestuje i że protest ten cieszy się pewnym społecznym poparciem. Władza, w swoich bolszewickich ciągotach, tęskni na czasami "jedności moralno-politycznej Narodu" (w czasach Gierka słowo "naród" pisano jednak, zgodnie z zasadami gramatyki, przez małe "n"), więc żadnych protestów nie toleruje, protestujących zaś chce ośmieszyć i zdyskredytować. I oto kilku panów, pretendujących do roli przywódców opozycji, pięknie i własnoręcznie się PiSowi podłożyło.

W krótkim czasie wybuchły dwie afery.

Po pierwsze, w Sejmie trwa protest przeciwko manipulacjom PiS przy głosowaniu ustawy budżetowej i innych ustaw (patrz Atrapa). W ramach tego protestu Platforma i Nowoczesna prowadzą cokolwiek surrealistyczną okupację - rotacyjną okupację - Sali Posiedzeń Sejmu (na co PiS, nawiasem mówiąc, odpowiada równie groteskowo, zabijając boczne drzwi do Sali Kolumnowej dyktą i zastawiając korytarze stertami krzeseł, żeby opozycji maksymalnie utrudnić zgłaszanie kłopotliwych wniosków formalnych, gdyby posiedzenie miało tam zostać przeniesione). Protestujący posłowie podkreślają swoje poświęcenie: walcząc o Sprawę, zrezygnowali ze spędzania Bożego Narodzenia z rodzinami i z zabaw sylwestrowych. Tymczasem lider Nowoczesnej, Ryszard Petru, wraz z domniemaną kochanką, poleciał na Sylwestra do Portugalii. Mieli polecieć na Maderę, ale afera wybuchła, zanim tam dolecieli, więc zostali na kontynencie i szybciutko wrócili do Warszawy. Petru nie złamał prawa, za bilety zapłacił sam, jest dorosły, opinii publicznej nic do tego, z kim spędza wakacje, tym bardziej, że nigdy nie epatował swoimi katolickimi poglądami, słowem, myśli Petru, nie powinno być żadnej sprawy. A jednak jest.

Cóż to bowiem za okupacja i cóż to za poświęcenie, gdy w Sejmie posiedzi się kilka-kilkanaście godzin, a potem można iść do domu, na bal albo do Portugalii, bo dalszy protest poprowadzą inni posłowie, których po odpowiednim czasie zmieni ktoś jeszcze inny? Wakacje jednego z liderów protest dezawuują, tym bardziej, że sam Petru kilka dni wcześniej wyrzucał dr. Dudzie, że ten jedzie sobie na narty zamiast próbować znaleźć jakieś wyjście z sejmowego klinczu. Opinia publiczna otrzymała jasny sygnał, że Petru na znalezieniu rozwiązania też zbytnio nie zależy.

Jest jeszcze jeden aspekt, który chyba umyka większości komentatorów: To prawda, że coraz więcej Polaków może sobie pozwolić na zagraniczne wakacje, ale większości na to nie stać, a i ci, których stać, na ogół jeżdżą na wczasy all inclusive w ośrodkach obsługujących masową publiczność. Sylwestrowy wypad na Maderę to coś, na co mogą sobie pozwolić tylko członkowie zamożnej elity. Jeśli chcemy przekonać Szeroką Publiczność, zwykłych ludzi, że sprawy, o które walczymy w Sejmie, są ważne, nie możemy jednocześnie demonstrować naszego oderwania, alienacji, wywyższania się nad innych. PiS ciągle powtarza, że protesty odbywają się wyłącznie w interesie elit, bojących się utraty swoich dotychczasowych przywilejów - no i masz, jeden z przywódców protestu demonstruje, że stać go na więcej, niż zwykłych Polaków. Tak, jak ośmiorniczki, spożywane przez Platformianych ministrów, stały się symbolem alienacji tej formacji - nieważne, co oni tam mówili (zresztą nic strasznego nie mówili), ważne, że ich zachowanie uznano za dowód oderwania tych polityków od zwykłych ludzi - tak Madera zapewne stanie się symbolem przepaści dzielącej lidera Nowoczesnej od wyborców, o których głosy powinien zabiegać. Bo jeśli miałby zabiegać tylko o tych, których stać na wakacje na Maderze, to już przegrał.

Bohaterem drugiej afery stał się lider KODu, Mateusz Kijowski. Twierdził on, że za pracę dla KOD nie pobiera żadnego wynagrodzenia, tymczasem okazało się, że firma jego i jego obecnej żony w ciągu pół roku wystawiła KODowi faktury za usługi informatyczne na kwotę 90 tysięcy złotych. Co więcej, nie wiedziała o tym ani opinia publiczna, ani - podobno - nawet część Zarządu KOD.

No i znów, to, że KOD Kijowskiemu płacił, nie jest nielegalne. Jest też jasne, że Kijowski z czegoś musi żyć, a ponieważ sprawom KODu poświęca mnóstwo czasu, powinien być za to wynagradzany. Gdy jednak okazuje się, że organizacja finansowana wyłącznie z dobrowolnych składek płaci swojemu liderowi niemałe pieniądze, a w dodatku wygląda na to, że chciano ten fakt ukryć, sprawia to fatalne wrażenie. Na świecie było wiele skandali związanych z tym, że ludzie wpłacali na jakiś szczytny, w ich mniemaniu, cel - mogło to dotyczyć polityki, ale także organizacji religijnych - a potem wychodziło na jaw, że znaczną część tych pieniędzy przejmowali przywódcy na swoje potrzeby. To naprawdę jest oburzające. Jeśli KOD chciał Kijowskiemu płacić, powinien robić to jawnie, nie ukrywając tego faktu: skrajną polityczną naiwnością i głupotą było przypuszczenie, że wypłaty dla Mateusza Kijowskiego nie staną się publiczne i że przeciwnicy KOD nie będą się wykorzystywać niejasności do zohydzenia i wyśmiania KODu.

W dodatku niektórzy spekulują, że Kijowski wybrał ten sposób zapłaty - faktury wystawiane przez firmę, nie wynagrodzenie dla człowieka - aby ukryć pieniądze przed komornikiem, ścigającym go za zaległości w płaceniu (zbyt wysokich, zdaniem Kijowskiego) alimentów. Tego nie wiem. Byłby to podwójny skandal. 

Jest oczywiście prawdą, że problemem Polski nie są wakacje Ryszarda Petru czy 90 tysięcy Mateusza Kijowskiego (nawiasem mówiąc, o to ostatnie najbardziej obłudnie oburzają się przeciwnicy KOD, których to finansowo nigdy nie dotyczyło; ja na KOD wpłacałem, więc, w pewnym sensie, mam prawo się oburzać). Większym problemem jest milion wydawany rocznie z publicznych pieniędzy na ochronę Kaczyńskiego, miliony prawem kaduka przyznane panu dyrektorowi Rydzykowi i innym organizacjom kościelnym czy 4 miliardy (sic!) złotych, które klientom SKOKów PiSowskiego darczyńcy i senatora Grzegorza Biereckiego musiał zwrócić Bankowy Fundusz Gwarancyjny, a także pieniądze marnowane na hojne programy rozdawnictwa socjalnego. Jeszcze większym problemem będzie kretyńska i pod każdym względem szkodliwa "reforma" edukacji, którą właśnie podpisał pan Andrzej Duda (naiwni i pełni dobrej woli ludzie liczyli, że jednak ją zawetuje, tymczasem żadnych złudzeń, panowie). Owszem, to są o wiele poważniejsze problemy. Ale jeśli opozycja będzie się w małych w gruncie rzeczy sprawach kompromitować tak, jak Petru i Kijowski, Kaczyński nie będzie miał z kim przegrać. O ile dojdzie w Polsce do jakichś wyborów.

W internetach można znaleźć złośliwy wierszyk:

Czarne są piaski Madery
A oczy dziewczyny są śliczne.
Kurewsko ostatnio są drogie
Usługi informatyczne.

No, niestety...

 

sobota, 24 grudnia 2016

Bóg się rodzi, moc truchleje, słyszymy w najbardziej uroczystej z polskich kolęd, śpiewanej na melodię poloneza koronacyjnego królów Polski. Bóg się rodzi, moc truchleje.

Dla wierzących słowa te mają jasny sens religijny. Myślę jednak, że i wierzący, i niewierzący dostrzegą ich sens metaforyczny: Im więcej na świecie dobra, miłości, przyjaźni, zaufania, prawdy, miłosierdzia, tym słabsze są siły zła. Zła, które przecież rodzi się w nas, w naszej pysze, złości, głupocie, ignorancji, egoizmie, małostkowości. Postarajmy się, aby na świecie przybywało dobra.

Wesołych Świąt! 

Gerard van Honthorst, Pokłon pasterzy, 1622

sobota, 17 grudnia 2016

Cóż za zamieszanie dzisiaj w Sejmie! Zaczęło się od tego, że marszałek Kuchciński z błahego powodu wykluczył z obrad jednego posła Platformy, zarzucając mu - bezpodstawnie! - że uniemożliwia obrady. To wkurzyło opozycję, która in gremio zaczęła blokować mównicę. Wykluczenie owego posła było najwyraźniej iskrą, która rozpaliła pokłady złości i frustracji: PiS posłów opozycji ostentacyjnie lekceważy, odbiera głos, uniemożliwia zadawanie pytań. Naczelniczka i jego obmierzłych pomagierów wyraźnie to wszystko cieszy. Wykluczenie posła przelało czarę goryczy. Kuchciński sobie z tą sytuacją nie poradził i zarządził przerwę.

Wznowienie obrad było dla PiSu ważne, bo dziś miały być uchwalane dwie ustawy: budżet państwa i ustawa deubekizacyjna. Sytuację w tym momencie zapewne można było opanować: Opozycja przecież zdawała sobie sprawę, że PiS ma tę kilkugłosową przewagę, więc jak się zmobilizują, to uchwalą, co zechcą. Kłopot, ale nie tragedia. Można było przy tym wobec opozycji argumentować, że nie powinna się ona narażać na zarzut, że złośliwie uniemożliwia przyjęcie ustawy budżetowej. Wystarczyłyby zapewne jakieś drobne gesty rekoncyliacyjne. Zamiast tego naczelniczek Kaczyński, wraz z pewną wyjątkowo wredną osobą nazwiskiem Mazurek, zaczął opozycji wymyślać od chuliganów i grozić, że oni wszyscy zostaną ukarani. To, rzecz jasna, opozycję jedynie usztywniło, więc kontynuowała okupację Sali Plenarnej. PiSowi w końcu udało się zgromadzić kworum, więc Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, gdzie Sejm, a raczej PiS, uchwalił, co chciał.

Ale czy uchwalił? To znaczy, czy to posiedzenie w Sali Kolumnowej było ważne? Głosowania odbywały się ręcznie, bez pomocy maszyn do głosowania. Głosy liczyli posłowie-sekretarze. Kworum przekroczono, jak podaje Kuchciński, ledwo o sześć głosów. A jeśli sekretarze się pomylili? Poza tym to PiS w interesie PiSu liczył PiSowi głosy, może więc sekretarze chcieli się pomylić? Nie było zapewnionej bezstronności. Na sali nie było kamer, więc nie można na podstawie ich zapisu sprawdzić, ilu posłów było obecnych. Poseł Nitras z Platformy chciał złożyć formalny wniosek o sprawdzenie kworum, ale posłowie PiS fizycznie uniemożliwili mu podejście do stołu prezydialnego, więc marszałek Kuchciński udał, że wniosku posła nie słyszy. W ogóle posłowie opozycji nie byli wpuszczani przez Straż Marszałkowską bocznymi drzwiami, główne zaś wejście blokowali im posłowie PiS. Być może kworum było i głosowania były ważne, ale ponieważ nie można tego było obiektywnie, bezstronnie zweryfikować, wątpliwości pozostają.

(Uzupełnienie: poseł Krzysztof Brejza opublikował film, z którego wynika, iż posłowie PiS, w tym pan Zbyszek, podpisują listę obecności już po formalnym zakończeniu posiedzenia. A więc tym bardziej nie wiadomo, czy na posiedzeniu byli i wzięli udział w głosowaniu.)

Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby i powinien to rozstrzygnąć, de facto już nie ma.

Ciekawe, co się stanie, gdy któraś z tysięcy osób, którym na podstawie uchwalonej dziś - podobno uchwalonej - ustawy deubekizacyjnej drastycznie obniżona zostanie emerytura, zakwestionuje to przed sądem, podnosząc fakt, iż ustawa była uchwalona w sposób wadliwy, a zatem nie obowiązuje? A mamy jak w banku, że takie protesty się pojawią.

Nawiasem mówiąc, ustawa deubekizacyjna to jest spektakularny strzał w stopę. Nie w stopę rządu, ale w naszą. Nie wiem, czemu PiS to robi. Może tak strrrasznie chcą, po latach, podkreślić swój mniemany antykomunizm, a może trywialnie szukają każdego grosza, bo im brakuje na program rozdawnictwa socjalnego? Policjanci, BORowcy, żołnierze widzą jednak, że skoro można znacząco obniżyć emeryturę każdemu, kto choć jeden dzień służył w formacjach podległych SB, ale został pozytywnie zweryfikowany i potem przez lata nienagannie pełnił służbę dla Polski, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby za jakiś czas, gdy w budżecie znów pojawi się dziura, równie znacząco obniżyć emeryturę tym funkcjonariuszom, którzy służyli - powiedzmy - przed październikiem 2015. Zasada, iż państwo docenia swoich funkcjonariuszy mundurowych za rzetelną służbę, została bezpowrotnie złamana. Policjanci i cała reszta widzą, że Polska się na nich wypina, że z sufitu wzięty "grzech pierworodny" unieważnia wszystko, co dobrego dla Polski zrobili. Wobec tego, po co się dla tej Polski narażać? Czemu pirotechnik ma rozbrajać bomby, ryzykując życiem i tym, że jego żona dostanie potem głodową rentę? Czemu policjanci mają ścigać bandytów - takich zwykłych złodziei, oszustów czy przemytników - męczyć się i narażać, skoro Polska im mówi, że jeśli uznamy cię za politycznie nieodpowiedniego, bo na przykład otrzymałeś awans lub medal za rządów Platformy, to ci odbierzemy emeryturę niezależnie od tego, czy się do policyjnej roboty przykładałeś, czy ją tylko pozorowałeś? Jedni funkcjonariusze odejdą ze służby, inni dogadają się z przestępcami: ja będę udawał, że was ścigam, a wy mi będziecie coś tam odpalać; przynajmniej będę miał z czego żyć na emeryturze. A nawet jeśli mi nie będziecie mi nic odpalać, to ja, udając, nie będę się narażał i mniej się zmęczę. Oto, co nam szykuje PiS. Ciekawe, czy oni - PiS - tego nie dostrzegają, czy też dostrzegają, ale są ideologicznie zacietrzewieni, czy wreszcie myślą w horyzoncie czasowym najbliższego budżetu? Ponieważ większość posłów PiS to tchórzliwi durnie, całkiem możliwe, że zwyczajnie takiego niebezpieczeństwa nie dostrzegają.

Wracając do sejmowych wydarzeń dnia dzisiejszego (wczorajszego, bo jest już po północy), PiS pokazał, że procedury sejmowe mają już tylko znaczenie formalnego rytuału, że są one pozbawione jakiejkolwiek pozytywnej treści. Sejm stał się jedynie atrapą. Nikt z PiSu nie udaje, że liczą się jakieś argumenty merytoryczne, a choćby dobre obyczaje. Liczy się tylko arytmetyka. Sami posłowie PiS nie mają nic do powiedzenia. Stanowią jedynie bezmyślną maszynkę do głosowania i robią to, wyłącznie to i w całej rozciągłości to, czego zażyczy sobie naczelniczek. Ten zaś utwierdził się w przekonaniu, że buta i pogarda, w połączeniu z dość przypadkowo zgromadzoną większością, pozwala na wszystko. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? 

Ciekawe, do czego to wszystko doprowadzi. Nie, nie ciekawe. Straszne. 

czwartek, 08 grudnia 2016

W moim poprzednim wpisie wspomniałem, że grupa profesorów smoleńskich wystąpiła z wnioskiem o odebranie Maciejowi Laskowi, byłemu przewodniczącemu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, stopnia naukowego doktora nauk technicznych. Wniosek, w świetle obowiązującego w Polsce prawa, był oczywiście bezzasadny i natychmiast upadł, został jednak złożony i wszedł do kronik niesławy nauki polskiej. Jednym z wnioskodawców był, jak się okazuje, negatywny bohater mojego dawnego wpisu, fizyk, profesor zwyczajny na moim Wydziale. Indagowany o przyczyny tego kroku miał odpowiedzieć, że prawa fizyki zostały pogwałcone przez oficjalny raport [o przyczynach katastrofy pod Smoleńskiem] i odesłał do materiałów IV Konferencji Smoleńskiej.

W materiałach tej konferencji znajduje się jedno wystąpienie odnoszące się bezpośrednio do praw fizyki: Prawa fizyki a katastrofa smoleńska, a jego autorem jest prof. Zbigniew Jelonek z Instytutu Matematyki PAN.

Zadałem sobie bolesny trud przeczytania tego wystąpienia, a także wysłuchania jego nagranej wersji mówionej, również dostępnej na stronach konferencji. Trud był bolesny ze względu na tematykę, na dość chaotyczną formę wystąpienia (w wersji pisanej, zwłaszcza zaś mówionej), a wreszcie z powodów osobistych: Zbyszek Jelonek to mój kolega z klasy.

Prof. Jelonek zwraca uwagę na pewne nieścisłości w raporcie Komisji Millera (na przykład niewłaściwie obliczone kąty, pod którymi samolot ścinał gałęzie drzew, a także przesunięcia czasowe niektórych zdarzeń). I dobrze, że to robi! Jak już pisałem, sam przebieg destrukcji samolotu nie jest bardzo ważny, ale usuwanie takich nieścisłości i niedoróbek zmniejsza pole do siania wątpliwości przez zwolenników hipotezy wybuchowej. Podobną zresztą rolę odgrywają wyjaśnienia prof. Jancelewicza, z których wynika, że samolot uszkodził klapy i sloty lewego skrzydła już przy pierwszym zderzeniu z drzewami, jeszcze przed brzozą. Brzoza zaś została przez skrzydło ścięta, ale tak nadwerężyła jego konstrukcję, że skrzydło oderwało się za brzozą, na skutek działania sił aerodynamicznych. To by zapewne tłumaczyło błędną identyfikację "brzozy" w danych z czarnych skrzynek z raportu Millera (patrz Jelonek, Rys. 17): Nie chodzi o fizyczny kontakt z brzozą, ale o utratę końcówki skrzydła po zderzeniu z brzozą. Idąc dalej tym tropem, ponieważ "brzoza" staje się punktem odniesienia dla względnych przesunięć czasowych, wyjaśnia to, dlaczego to prof. Jelonek (str. 42) myli się twierdząc, że Komisja Millera przesunęła punkt TAWS 38 o 1 sekundę do przodu.

To jednak są tylko poboczne punkty z wystąpienia prof. Jelonka. Jego główną treścią są obliczenia sił, jakie działały na samolot w płaszczyźnie poziomej i wywołany przez nie przekaz pędu. Jelonek dowodzi, że przekaz ten był zbyt mały, aby wywołać taki skręt samolotu, jaki w rzeczywistości miał miejsce. Stąd wynika, powiada Jelonek, że na samolot musiała zadziałać znaczna siła dodatkowa. Prof. Jelonek stawia hipotezę, że siła ta to w istocie odrzut spowodowany wybuchem w prawej środkowo-dolnej części samolotu nad punktem TAWS 38 (str. 37). 

Prof. Jelonek nie mówi tego wprost, ale zdaje się, że swoje obliczenia prowadził przy założeniu, że nieuszkodzony samolot, z symetrycznie działającą na skrzydła siłą nośną, uderza w brzozę, nie traci w zderzeniu końcówki skrzydła oraz nie doświadcza przekazu pędu w innych (wcześniejszych i późniejszych) zderzeniach z przeszkodami terenowymi. O siłach aerodynamicznych Jelonek w ogóle nie wspomina (str. 36), zaniedbując ich wpływ. Tymczasem jak wiemy z rozmowy z prof. Jancelewiczem, samolot był uszkodzony już po pierwszych (przed brzozą) zderzeniach z drzewami, i to uszkodzony niesymetrycznie: lewe skrzydło opadało. Należałoby zatem uwzględnić wpływ pary sił, powodujących obrót samolotu wzdłuż osi podłużnej, tym większy, gdy samolot już stracił końcówkę lewego skrzydła. W ostatecznym bilansie należałoby też uwzględnić pęd unoszony przez oderwaną końcówkę skrzydła (i inne drobniejsze fragmenty). Jaki to wszystko, a w szczególności asymetryczne siły aerodynamiczne, miało wpływ na poziomą trajektorię samolotu, pojęcia nie mam. Pewnie trzeba by przeprowadzić szczegółowe obliczenia, symulacje - nie symulacje oderwania się skrzydła, ale symulacje samego lotu uszkodzonego samolotu. Zapewne wymagałoby to użycia bardziej zaawansowanych narzędzi, niż w gruncie rzeczy szkolna fizyka, jaką posługuje się Jelonek.

Tak czy siak, nie negując dobrej woli prof. Zbigniewa Jelonka na tym etapie rozważań, muszę powiedzieć, że jego konkluzje są nieprzekonujące, jako że autor pomija szereg czynników, które z wielkim prawdopodobieństwem miały wpływ na trajektorię lotu. Hipoteza o wybuchu nad punktem TAWS 38 staje się zbędna, a co najmniej nieudowodniona, podobnie jak zarzut, iż wyniki zawarte w raporcie Komisji Millera są sprzeczne z prawami fizyki.

W końcowej części wykładu matematyk Jelonek... analizuje zdjęcia z blogów, na których, jak sam przyznaje, niewiele widać. (Ten fragment jest tylko zasygnalizowany w wersji pisanej; w wersji mówionej eksponowany był znacznie mocniej.) Przy natężeniu dobrej woli można przyjąć, że widać, iż coś, co mogłoby być fragmentem burty samolotu, leży 250m od głównego wrakowiska. Według prelegenta dowodzi to, że był wybuch. Dramat.

Odnoszę wrażenie, że Zbigniew Jelonek trochę na siłę chciał dopasować swoje tezy do "raportu Szuladzińskiego". Tyle tylko, że Szuladziński twierdził, iż nieuszkodzony samolot doleciał odpowiednio wysoko, nie zderzając się z drzewami, aż do punktu TAWS 38, gdzie nastąpił wybuch. Prof. Jelonek natomiast nie zaprzecza, że samolot kilkaset metrów od progu pasa znalazł się na wysokości kilkunastu-kilku metrów nad ziemią, że dochodziło do zderzeń z przeszkodami terenowymi, że od zderzenia z brzozą (do którego według Jelonka na pewno doszło!) do upadku na ziemię minęło kilka (niewielkie kilka) sekund, że samolot utracił końcówkę skrzydła jeszcze przed punktem TAWS 38 (str. 36, prawa kolumna u góry!), a mimo to utrzymuje, że przyczyną katastrofy był... wybuch nad punktem TAWS 38?! Wybuch, który źli ludzie zaplanowali tak precyzyjnie, że miał miejsce w kilkusekundowym okienku pomiędzy zderzeniem z drzewami a upadkiem samolotu. No nie może być...

sobota, 03 grudnia 2016

PiS nieustannie gra katastrofą smoleńską. Co prawda przez ponad rok, odkąd objął władzę, ani nie sprowadził do Polski wraku, ani oryginałów czarnych skrzynek, ani nie powołał międzynarodowej komisji do wyjaśnienia przyczyn wypadku, choć wszystko to, zgodnie z przedwyborczymi obietnicami, miało nastąpić niemalże natychmiast. Żałosna, choć suto opłacana komisja Antoniego Macierewicza w ciągu roku nie znalazła żadnych dowodów na zamach. Teraz pan Zbyszek ze swoimi obrzydliwymi pachołkami - być może w ramach rywalizacji z Antonim Macierewiczem o wpływy u naczelniczka - zajmuje się bezczeszczeniem grobów, szczególnie pazerne wdowy smoleńskie występują o kolejne miliony odszkodowania, zadowalając się (na razie?) marnymi setkami dodatkowych tysięcy, smoleńscy profesorowie próbują odebrać Maciejowi Laskowi, byłemu przewodniczącemu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, stopień naukowy doktora, a PiSowska propaganda testuje, o co by tu oskarżyć Tuska, bo z braku dowodów o zamach się nie da, a przecież o coś koniecznie trzeba, żeby naczelniczek Kaczyński mógł wywrzeć swą pomstę sprawiedliwą na Tusku. Nic się nie chce przykleić, ale spokojnie, i tak go oskarżą.

Sama zaś gra smoleńska potrzebna jest PiSowi do utrzymywania wzmożenia patriotycznego w żelaznym elektoracie.

Pisałem już kilkakrotnie, że przyczyny katastrofy smoleńskiej zostały wyjaśnione w sposób nie budzący wątpliwości: Pomijając bardzo liczne błędy popełnione w trakcie przygotowywania lotu i atmosferę panującą na pokładzie, rzecz sprowadza się do tego, że źle wyszkolona załoga, złamawszy wszelkie możliwe procedury bezpieczeństwa, przy bardzo słabej widoczności zeszła poniżej dopuszczalnej wysokości minimalnej, w wyniku czego samolot zderzył się z przeszkodami terenowymi i rozbił się, zabijając wszystkich na pokładzie. Tragiczna, a jednocześnie głupia i łatwa do uniknięcia katastrofa.

To wszystko jest jasne. Jednak szczegóły samego mechanizmu destrukcji samolotu nie były oczywiste, czego wyznawcy religii smoleńskiej używali do uzasadniania swoich tez, a przynajmniej do siania wątpliwości. Jednak kilka tygodni temu i ta sprawa się, moim zdaniem, wyjaśniła. Oto w tygodniku "Polityka" (nr 46 (3085), 8.11-15.11.2016) ukazała się rozmowa z prof. Bohdanem Jancelewiczem, emerytowanym profesorem Politechniki Warszawskiej, specjalistą w zakresie konstrukcji lotniczych. Wszystkim gorąco polecam przeczytanie całej rozmowy (dostęp jest bezpłatny!). Tutaj zacytuję tylko kluczowe fragmenty:

Nastąpiło zderzenie z koronami drzew, co uszkodziło sloty i klapy, zmieniając właściwości aerodynamiczne płata tak, że siła nośna zmniejszyła się o około 30 proc. poniżej wartości potrzebnej do utrzymania lotu wyłącznie poziomego. [...]

W zapisie rejestratora widać dokładnie, że, jak powiedziałem, już po pierwszym zderzeniu z drzewami tupolew stracił gwałtownie siłę nośną 30 proc. poniżej wartości, która zapewnia lot poziomy. W tym momencie w ciągu niespełna dwóch sekund rozgrywał się wypadek. Samolot przepadał, będąc 12 m nad ziemią. Nawet gdyby nie zahaczył o brzozę, nie miał szans uniknąć katastrofy. Kwestią było tylko to, jaka będzie konfiguracja zderzenia z ziemią. Dlaczego na ratunek nie było szans? Ze względu na uszkodzone skrzydła – lewe mocniej niż prawe – a precyzyjniej mówiąc, sloty i klapy. Z zapisów rejestratora wynika, że maszyna zaczęła się przechylać na lewą stronę na tyle mocno, że końcówka lewego skrzydła była prawie o dwa metry niżej niż prawego. [...]

Zwracam uwagę, że powyższe zdarzyło się jeszcze przed zderzeniem z nieszczęsną brzozą.

Wtedy doszło do zderzenia z brzozą, które ostatecznie przesądziło o losie tupolewa. Po utracie końcówki skrzydła długości około sześciu metrów samolot wykonał obrót wokół osi podłużnej o około 150 stopni i uderzył o ziemię w pozycji prawie odwróconej i z przodem bardzo pochylonym w stronę ziemi.

[...] brzoza została przez skrzydło ścięta! I to w mgnieniu oka – kontakt z brzozą trwał poniżej jednej setnej sekundy. Jednak drzewo uszkodziło nadwerężone poprzednimi uderzeniami konarów skrzydło. W efekcie jego końcówka została oderwana przez obciążenia aerodynamiczne, które na nią oddziaływały. Wywołane nimi obciążenia wewnętrzne to momenty gnące, siły tnące oraz moment skręcający w kierunku „na nos”. Te obciążenia wywołały najbardziej niekorzystny dla konstrukcji cienkościennej stan naprężenia w górnej części uszkodzonej już struktury, czyli jednoczesne ściskanie i ścinanie. To było przyczyną odłamania końcowej, około sześciometrowej, części lewego skrzydła.

Causa finita.

środa, 26 października 2016

Pani Natalia Przybysz, piosenkarka - przykro mi, ale nie kojarzę ani jednej śpiewanej przez nią piosenki, może żadnej nie słyszałem, choć nazwisko obiło mi się o uszy - opowiedziała w Wysokich Obcasach, że dokonała aborcji i w jakich okolicznościach. W dużym skrócie, tym bardziej, że wszyscy zainteresowani zapewne tę historię już znają, była to jej trzecia ciąża, nieplanowana, a ona nie chciała niczego zmieniać w swoim życiu.

Po tym wyznaniu prawica i środowiska katolickie rzuciły się na panią Przybysz z wściekłością. Z kolei feministki i różni postępowi publicyści zaciekle jej bronią. Można odnieść wrażenie, że koniecznie trzeba opowiedzieć się po którejś stronie tego sporu, zyskując - odpowiednio - miano katotalibańskiego reakcjonisty lub też poplecznika zabójców niewiniątek.

Ja zaś nie popieram usuwania niechcianej ciąży tylko dlatego, że jest niechciana. Tym bardziej, jeśli dotyczy to osoby obytej, wykształconej, bystrej, wyemancypowanej, ekonomicznie niezależnej od męskiego partnera, zamożnej. Ktoś taki może z łatwością zadbać o antykoncepcję, powiedzieć „nie” lub zażyć pigułkę dzień po. Dlatego jestem daleki od wołania „Brawo, Natalia!” Z drugiej strony trudno mi tę panią kategorycznie potępiać, bo kimże jestem ja, aby osądzać jej sumienie?

To prawda, coming out pani Natalii Przybysz może mieć pewne skutki ozdrowieńcze, jako że zwraca uwagę na panującą u nas hipokryzję. Mnóstwo ludzi „to” cichcem robi, ale nikt o „tym” publicznie nie mówi, a jeśli już, to „to” potępia.

Jestem jednak pewien, że deklaracja pani Przybysz przyniesie, hic et nunc, więcej skutków negatywnych. Oto bowiem toczą się w Polsce protesty przeciwko zakazaniu aborcji w przypadkach naprawdę tragicznych i bardzo trudnych. Trzeba pokazać opinii publicznej i politykom, że zmuszanie kobiet do czynów heroicznych, jak tego domagają się fundamentaliści (zygotarianie), jest nieludzkie. I to da się zrobić. Z drugiej strony część środowisk feministycznych i ich męskich sprzymierzeńców domaga się liberalizacji prawa aborcyjnego, tak aby aborcja do któregoś tygodnia ciąży dostępna była na życzenie, a nie tylko w szczególnie ponurych przypadkach. Obawiam się jednak, że z uzyskaniem społecznej zgody na liberalizację będzie znacznie trudniej, niż z obroną istniejącego stanu prawnego. Fundamentaliści też tak sądzą i dlatego chcą obie te sprawy utożsamić: Brak społecznej zgody dla aborcji na życzenie miałby ułatwić uzyskanie zakazu aborcji w przypadku zagrożenia zdrowia i życia kobiety, ciężkiego uszkodzenia płodu lub ciąży będącej wynikiem przestępstwa. No i teraz deklaracja pani Przybysz bardzo fundamentalistom pomoże. Patrzcie, będą mówić, w tych protestach chodzi o to, żeby złe i zepsute kobiety mogły usuwać ciąże dla własnej wygody, przecież Natalia Przybysz wprost to powiedziała. Taką narrację, choć jest ona oszukańcza, będzie, niestety, łatwo sprzedać.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29