Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
sobota, 24 lutego 2018

Prowadziliśmy kiedyś bloga popularnonaukowego pod nazwą Świat: jak to działa, najpierw na bloxie, potem na stronach Tygodnika Powszechnego. Blog przez jakiś czas był bardzo aktywny i cieszył się sporą popularnością, ale z czasem, gdy ja zostałem jego kierownikiem, zamarł, a w końcu straciliśmy do niego dostęp właścicielski. Na blogu pojawiło się sporo wartościowych notek i choć nowe przestały być publikowane, te stare chyba nadal były czytane.

Kilka dni temu dowiedziałem się, że blog na stronach Tygodnika zostanie wkrótce zlikwidowany. 

Ponieważ jednak pierwotna wersja bloga, ta na bloxie, wciąż istnieje (!), postanowiłem przenieść tam część moich notek z TP. Nie gwarantuję, że będę tam pisał coś nowego, ale stare notki chciałem ocalić. Mam nadzieję, że współautorzy bloga mi to wybaczą.

Zapraszam zatem na bloga Świat: jak to działa.

Flammarion

czwartek, 15 lutego 2018

Dyskutuję prywatnie na temat ustawy - i na inne tematy też - z moim wieloletnim, serdecznym, wrażliwym znajomym, z którym się kompletnie nie zgadzam. W pewnym momencie na pytanie dlaczego, jeśli nie dla obrony dobrego imienia Narodu Polskiego przed niesprawiedliwymi atakami, Kaczyński kazał uchwalić ustawę, przywołałem moje głębokie przekonanie, że Kaczyński ukształtował się mentalnie w latach '60 i skostniał w tym kształcie, a teraz chce odtworzyć świat swojej młodości, który rozumiał i w którym czuł się dobrze

a wtedy o szmalcownikach mówiło się mało i niechętnie, o pogromach na Podlasiu wcale, o pogromie kieleckim co najwyżej półgębkiem, o udziale Polaków w wyłapywaniu Żydów uciekających z gett zupełnie nie. Nawet o łódzkim getcie i Chaimie Rumkowskim też nie. Polska przedstawiana była jako niezłomny, bohaterski, waleczny bastion oporu przeciwko Niemcom, Polacy Żydom pomagali, a jeśli nie, to tylko z uwagi na straszliwy terror niemiecki. Nieliczni szmalcownicy byli karani przez Państwo Podziemne. Miało to uzasadnienie, jako że straszak "niemieckiego rewanżyzmu" miał jednoczyć Naród wokół Partii. Z czasem, od lat '70, zaczęto nawet mówić, że walczyły nie tylko GL i AL, Janek Krasicki i Hanka Sawicka, ale też BCh, a nawet AK - partyzanci byli w porządku, tylko dowódcy źli. Suweren też się na tych opowieściach wychował i o tym, że byli Polacy, którzy mordowali Żydów, słyszeć nie chce. I tego dotyczy ustawa. A Partia znów jest jedna.

Mój znajomy odparł mi

No myślę, że JK też miał inne źródła wiedzy o okupacji.  Ja miałem, Ty miałeś, a on nie miał?

i tu się zacząłem zastanawiać, jakie ja rzeczywiście miałem wówczas źródła wiedzy?

Ważnym źródłem były wspomnienia osób, które pamiętały wojnę: rodziców i ich znajomych, a także ukochanych i bardzo szanowanych wujków z pokolenia mojej babci. O tym napiszę osobno.

Jednak pomijając świadectwa rodzinne, moja świadomość historyczna w dzieciństwie i wczesnej młodości była ukształtowana przez PRLowską propagandę. Proszę pamiętać, że tematyka wojenna obecna była wszędzie i bez przerwy: w szkole wiele razy w ciągu roku, w oficjalnej propagandzie na okrągło, także w kulturze, w tym w tonacji "jak gonili hitlerowca, to mu opadały spodnie". Jeśli chodzi o stosunki polsko-żydowskie, to długo wyobrażałem sobie, że było jak w Zakazanych piosenkach: "w getcie głód, nędza i chłód", ale żydowskie dzieci stosunkowo łatwo przekradały się na stronę aryjską, gdzie żebrały o jedzenie. Ludzie, choć trochę bali się granatowej policji, okazywali tym dzieciom sympatię i starali się pomóc. Ha, granatowy policjant okazał się szmalcownikiem!

Była też niedokończona powieść Marii Zarębińskiej Dzieci Warszawy, o grupie dzieci pomagających żydowskiemu chłopcu, uciekinierowi z getta. Była to lektura szkolna we wczesnej podstawówce i w kolejnych rocznikach kształtowała pozytywny obraz relacji polsko-żydowskich. W powieści padają jakieś aluzje do powstania w getcie. Pamiętam, że nikt z całej klasy nie wiedział, o czym mowa. Najbystrzejsi sądzili, że chodzi o Powstanie Warszawskie - czyli całkiem na odwrót, niż wielu współczesnych Żydów, którzy słysząc o Powstaniu Warszawskim myślą, że mowa o powstaniu w getcie. 

No więc byli ci Żydzi w getcie, a potem - jakoś znikli. Niemcy ich zabili. No, tak.

Harcerstwo z kolei wykształciło we mnie kult Szarych Szeregów. Ale w optyce Szarych Szeregów Żydów po prostu nie ma! Nawiasem mówiąc, Elżbieta Janicka w znanej krytyce Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego traktuje ten całkowity, totalny brak jakichkolwiek odniesień do tematyki żydowskiej jako przejaw antysemityzmu, choćby dlatego, że brak ten świadczy, iż Żydzi nie byli "nasi", byli obcy, nie byli Polakami, o których warto pisać. Ten nurt krytyki Kamieni na szaniec został zapomniany; w świadomości społecznej utkwiło tylko oburzenie na wskazanie elementów homoerotycznych w związku łączącym Rudego i Zośkę.

A cała wojenna historia toczyła się w Warszawie, reszty Polski właściwie nie było. We wsiach chłopi cierpieli z powodu obowiązkowych dostaw wprowadzonych przez Hitlera (i ostatecznie zniesionych dopiero przez Gierka), a w lasach rządzili partyzanci.

W drugiej połowie lat '70, gdy w formie książkowej ukazały się Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego i Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall, mój stan wiedzy zaczął się zmieniać. Wiedziałem już przynajmniej co to było powstanie w getcie. Czytałem też trochę o przedwojennym polskim antysemityzmie i jego historycznych uwarunkowaniach. Ale dalej tkwiłem w siatce wyobrażeń heroicznych: nieszczęśni Żydzi, okrutni Niemcy, dzielni, choć może nieco zbyt obojętni Polacy, ŻOB wspierana i uzbrajana przez AK. Nawet w znanym, pod wieloma względami przełomowym eseju Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto" (1987), pada oskarżenie o obojętność, ale nie o współudział:

Bóg tę rękę zatrzymał. Tak, Bóg, bo jeśli nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni, to dlatego, że byliśmy jeszcze trochę chrześcijanami [...] 

Gdy więc w połowie lat '80 wyjechałem na studia do Wielkiej Brytanii i zetknąłem się tam z jadowicie polakożerczymi Żydami, oskarżającymi Polskę i Polaków o jakieś straszne rzeczy, ja przede wszystkim byłem zdumiony: Jak to? Dlaczego? Za co?! Skąd takie oskarżenia? Przecież to niemożliwe, żeby Polacy takie rzeczy robili. Wiarygodność tym oskarżeniom odbierało to, że oskarżyciele dość słabo znali polskie realia okupacyjne - nie wiedzieli o karach za pomaganie Żydom, nie wiedzieli o polskich ofiarach, o wysiedleniach, o zniszczeniach polskich miast, o zajęciu połowy Polski przez ZSRR, o polskim wysiłku zbrojnym. Nic nie wiedzieli. Wyobrażali sobie, że w okupowanej Polsce było jak, czy ja wiem, w okupowanej Holandii. A duński król, który w okupowanej Danii codziennie odbywał przejażdżkę konną po Kopenhadze, gdy Niemcy zarządzili, że Żydzi mają nosić żółte opaski, wyjechał na przejażdżkę w takiej właśnie opasce. No proszę, ten to wsparł swoich żydowskich współobywateli, nie to, co Polacy! 

Dlaczegóż te kierowane pod adresem Polski oskarżenia miałem uważać za prawdziwe?

Dla porządku zaznaczę, że większość poznanych przeze mnie na studiach Żydów z Izraela, Ameryki i UK była nastawiona propolsko lub przynajmniej neutralnie.

Dopiero po artykule Michała Cichego z 1994, a zwłaszcza po Sąsiadach Jana Tomasza Grossa (2000), otwarła się dla mnie zupełnie nowa, przerażająca perspektywa na kształt stosunków polsko-żydowskich podczas okupacji. Artykuł Cichego, nawet jeśli nie wszystkie podawane przez niego dane się potwierdziły, był przełomowy, gdyż naruszał najświętsze tabu. Późniejszych i może nawet lepiej udokumentowanych doniesień o członkach polskiego podziemia zabijających Żydów było wiele.

Wracając do wyjściowego pytania, nie, nie sądzę, abyśmy aż do lat '90 mieli wiele alternatywnych do oficjalnych źródeł wiedzy o czasach wojny i okupacji, zwłaszcza w aspekcie relacji polsko-żydowskich. Jarosław Kaczyński z pewnością przeczytał to, co i ja, a pewnie nawet więcej, bo on dużo czyta, ale nie zmieniło to jego stanu umysłu: Z jakichś powodów zamarł on, skostniał, zastygł w pojęciach i wyobrażeniach z lat '60.

Wiele osób do dziś zachowało świadomość historyczną z Zakazanych piosenek. Ja nie. I właściwie żałuję. Muszę nosić jarzmo wiedzy, piętno Kaina.

poniedziałek, 12 lutego 2018

PiS, uchwalając nieszczęsną, katastrofalną nowelizację ustawy o IPN, twierdził, że chce zapobiec używaniu określeń "polskie obozy koncentracyjne", "polskie obozy śmierci", które dla nas brzmią niezwykle obraźliwie. Ale czy naprawdę w myśl nowego prawa byłoby można za użycie takich określeń karać, pomijając nawet to, że osoby, które to robią, pozostają poza zasięgiem polskiej jurysdykcji?

Otóż wydaje mi się, że nie. Aby można było kogoś ukarać, należałoby dowieść, że ktoś w ten sposób

przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność

podczas gdy osoba pisząca o "polskich obozach" mogłaby twierdzić, że chodziło jej wyłącznie o lokalizację geograficzną. Oskarżony mógłby nawet powołać biegłego z zakresu języka polskiego i polskiej literatury, który wskazałby, że Zofia Nałkowska, pisząc w Medalionach (1946) o "polskich obozach śmierci", miała na myśli wyłącznie ich lokalizację, bez przypisywania Polsce lub Polakom odpowiedzialności za organizację i prowadzenie obozów. Skoro wielka polska pisarka, której książka była przez wiele lat lekturą szkolną, mogła używać określenia "polskie obozy" w znaczeniu geograficznym, dlaczego w ten sam sposób nie może tego używać ktoś za granicą?

Nawiasem mówiąc, pewien wyjątkowo mało rozgarnięty, nawet jak na standardy tej partii, poseł PiS wystąpił z postulatem poprawienia Nałkowskiej.

Geograficzne rozumienie terminu "polskie obozy" wydaje się bardzo częste. Kilka dni temu pod polską ambasadą w Rzymie odbyła się demonstracja przeciwko nowej ustawie o IPN. Oprócz zrozumiałych w tej sytuacji oskarżeń Polski (!) o negowanie historii, pojawiły się plakaty z hasłem "Auschwitz dove?", czyli "Gdzie jest Auschwitz?".

Manifestacja pod polską ambasadą w Rzymie

Ktoś cytował też wpis na Twitterze, w którym pewna Amerykanka pytała się

So where is Auschwitz? On the f*ing moon?!

Ewidentnie w obu przypadkach chodzi o przypomnienie, że obozy śmierci znajdowały się na terenie Polski i jakim prawem Polska śmie temu zaprzeczać?

Skąd to się może brać? Przyszło mi do głowy takie wyjaśnienie: Dla Żydów cmentarz, ziemia cmentarna jest przeklęta. A tereny dawnych obozów zagłady wraz z przyległościami, na które wysypywano prochy krematoryjne, są cmentarzami. Przeklętymi cmentarzami. Może więc część Żydów, którzy skądinąd wiedzą, że przymiotnik "polskie" odnosi się jedynie do lokalizacji, sądzi, że Polska chce, w jakimś szale pychy i głupoty, zaprzeczyć obecności obozów na swojej ziemi, żeby ziemia ta nie była już uważana za skażoną, nieczystą, przeklętą?

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Ktoś zapytał, czy są jakieś kraje, z którymi Polska od czasu objęcia rządów przez PiS, poprawiła, a przynajmniej nie pogorszyła relacji dyplomatycznych? Odpowiedź jest taka: Białoruś, Chiny, być może Węgry. No i San Escobar.

W ostatnich dniach pogorszyliśmy sobie relacje z Izraelem i żydowską diasporą, przyprawiając sobie, a może tylko odświeżając, gębę rasistów i antysemitów. Wszystko za sprawą nowelizacji ustawy o IPN. 

Kluczowy fragment nowelizacji brzmi:

Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok jest podawany do publicznej wiadomości. Przepis ten stosuje się do obywateli polskich i do cudzoziemców.

W uzasadnieniu do nowelizacji napisano, że chodzi o karanie za używanie sformułowań "polskie obozy koncentracyjne", "polskie obozy śmierci". Ale w tekście nowelizacji takie sformułowanie nie pada. Zresztą ściganie jakiegoś dziennikarza amerykańskiego czy holenderskiego, albo tego izraelskiego polityka, Yaira Lapida - który, nawiasem mówiąc, dotąd utrzymywał, że jego rodzina mieszkała na terenie Węgier i Jugosławii, dziś zaś twierdzi, że jego babkę zamordowali "Niemcy i Polacy" - było, jest i będzie kompletnie nierealne. Należy się obawiać, że prawdziwym celem ustawy jest zamknięcie ust historykom i publicystom, w tym polskim historykom i publicystom, którzy twierdzą, że Polacy w czasie wojny mordowali Żydów. No bo mordowali. Fizycznie lub wydając ukrywających się Żydów Niemcom. Czy wszyscy Polacy? Jasne, że nie. A może większość? Też nie. Wobec tego, jak dużo Polaków mordowało Żydów? Tego akurat nie wiadomo, ale wydaje się ze wszech miar prawdopodobne, że było ich o wiele więcej, niż gotowi bylibyśmy przyznać. I PiS postanowił zakazać dyskusji na ten właśnie temat.

Czy z tego wynika, że Janowi Tomaszowi Grossowi groziłyby trzy lata więzienia za Sąsiadów? Albo Timothy'emu Snyderowi (lub jego wydawcy) za Czarną ziemię? Co prawda ustawa wyłącza odpowiedzialność autorów publikacji naukowych, więc ci historycy i ich wydawcy kary by uniknęli, ale autor recenzji prasowej lub ktoś, kto by się na te książki powołał w polemicznej dyskusji, już nie.

Dla równowagi, czy Polacy pomagali Żydom? Tak. Czy wszyscy Polacy? Jasne, że nie. A może większość? Niestety, też nie. Czy dużo Polaków pomagało Żydom? Dość dużo, choć mniej, niż chcielibyśmy w to wierzyć, nawet pamiętając, że w ukrycie jednej żydowskiej rodziny często musiało być zaangażowanych wiele osób. I jakie kary za to groziły. I że na Zachodzie, wśród Żydów i szerokiej publiczności, stan prawny w okupowanej Polsce jest zupełnie nieznany.

Nowelizując ustawę, PiS zderzył się z bardzo silnymi emocjami po stronie Żydów, w Izraelu i gdzie indziej. Wielu Żydów ma nastawienie antypolskie, choć jednocześnie to prawda, że Polska przez lata bardzo niewiele robiła, aby to nastawienie odwrócić, o powojennych pogromach i antysemickiej kampanii z marca 1968 nie wspominając. Po 1989 poczyniono sporo wysiłków, aby z jednej strony odkłamać naszą własną historię, z drugiej, aby zwalczać antypolskie stereotypy, z trzeciej, aby przywrócić pamięć o Żydach w samej Polsce. Duże zasługi położył tu między innymi prezydent Lech Kaczyński. Obecna nowelizacja, kto wie, czy nie zaprzepaszcza te wszystkie starania. Bo Żydzi - i ci nastawieni antypolsko, i nastawieni propolsko, i neutralna, jak sądzę, większość - są bardzo czuli na punkcie mówienia prawdy o Zagładzie. Tymczasem Polska, zamiast dyskusji, edukacji, uznania win i zwalczania niesprawiedliwych stereotypów, proponuje knebel, jednocześnie domagając się znaczniejszego uhonorowania naszych Sprawiedliwych. O których zresztą sama Polska nie dba.

Jak pisze portal OKO.Press,

Jedynym krajem, który ściga za pomawianie narodu za popełnienie lub współudział w zbrodni, jest Turcja.  W Rosji za rozpowszechnianie fałszywych informacji o działaniach ZSRR podczas II wojny Światowej grozi kara grzywny do 300 tysięcy rubli lub do 3 lat pozbawienia wolności. Teraz do tego grona dołącza Polska.

Bardzo kiepsko to wygląda.

Tabliczka drogowa

piątek, 12 stycznia 2018

W środę opozycja - Platforma i Nowoczesna - poniosły w Sejmie niezwykle bolesną porażkę. Być może już się po niej nie podniosą.

Opozycja poniosła ją na własne życzenie: Dopuściła, że obywatelski projekt liberalizujący prawo antyaborcyjne przepadł już w pierwszym czytaniu, a do dalszych prac trafił projekt zaostrzający przepisy. Do dopuszczenia projektu liberalizującego do dalszych prac zabrakło tylko 9 głosów! A przy tym 19 posłanek (!) i posłów Platformy oraz 10 posłanek (!) i posłów Nowoczesnej świadomie nie wzięło udziału w głosowaniu. Byli na sali, brali udział w poprzednim głosowaniu, a podczas tego jednego wyjęli karty z maszyn do głosowania i udawali, że ich nie ma. Stchórzyli. I to właśnie jest katastrofa. 

To nawet nie było głosowanie za liberalizacją przepisów! To było tylko głosowanie nad tym, czy projekt liberalizacji godzien jest dyskusji w Sejmie. Nawet Jarosław Kaczyński - któremu masowe protesty kobiet są zupełnie nie na rękę - i jego wierni akolici byli za przesłaniem projektu liberalizacyjnego do komisji, gdzie by sobie zapewne utknął na długie miesiące (większość PiSu zagłosowała za odrzuceniem). Tymczasem posłowie partii, która nazywa się "obywatelska" i drugiej, która mówi, że jest "nowoczesna", do tego stopnia byli przeciwko projektowi obywatelskiemu, że uznali, iż nie należy o nim nawet rozmawiać. A gęby mają pełne frazesów o tym, jak to zły Kaczyński tłamsi prawa obywatelskie i swobodę wypowiedzi. Wstyd! Wstyd i obłuda.

I jeszcze to nikczemne udawanie, ta hipokryzja: myśmy nie głosowali ani tak, ani nie, my nic nie wiemy, nie wychylamy się, za nic nie odpowiadamy, nasza chata z kraja, umywamy ręce. A ci obywatele, którzy podpisali się pod projektem liberalizacyjnym, nie zasługują nawet na to, abyśmy publicznie wyrazili o nim swoje zdanie: ciemny lud na pewno kupi, że - cóż za pech! - akurat nie mogliśmy wziąć udziału w tym jednym głosowaniu. Dlatego więcej szacunku mam dla trójki posłów z Platformy, którzy jawnie głosowali za odrzuceniem projektu liberalizacyjnego. Mieli cojones, nie udawali - i zostali za to wyrzuceni z partii, bo złamali zarządzoną dyscyplinę głosowania. Popełnili błąd polityczny, ale przynajmniej postąpili uczciwie.

O politycznej ślepocie Dziewiętnastki z Platformy i Dziesiątki z Nowoczesnej nawet mi się nie chce pisać. Platforma i Nowoczesna, choćby nie wiem jak głosowały, choćby stanęły na głowie i wyczyniały niewyobrażalne wygibasy, dla radykalnie tradycjonalistycznego elektoratu katolickiego i tak pozostaną lewactwem, no, co najwyżej podróbką partii prokościelnej. Ale dlaczego ktoś miałby głosować na podróbkę, skoro ma oryginał, czyli PiS?

PiS, nawiasem mówiąc, nie jest partią prokościelną, ale tak jest przez tę część elektoratu postrzegany.

Jeśli ktoś z posłów Dziewiętnastki i Dziesiątki ze względów religijnych uważa, że projekt liberalizacji przepisów nie jest godzien nawet samej dyskusji w Sejmie - a ja jestem przekonany, że nie ma powodów religijnych, aby takiej dyskusji uniemożliwiać - to niech wystąpi z Platformy bądź Nowoczesnej i idzie sobie gdzie indziej, nie psując wizerunku tych partii. Oddanie głosu obywatelom, wsłuchiwanie się w głos nowoczesnego społeczeństwa, szacunek dla poglądów i aspiracji ludzi, dla różnorodności - w przeciwieństwie do oktrojowania praw przez gerontów z Nowogrodzkiej w porozumieniu z dyrektorem z Torunia i narzucania norm moralnych - miały być jedną z najważniejszych rzeczy odróżniających anty-PiS od PiSu. Tak nam przynajmniej mówiono.

Stała się więc katastrofa. Cóż bowiem z tego, że 4/5 posłów Platformy i 2/3 posłów Nowoczesnej głosowało za umożliwieniem dyskusji nad liberalizacją przepisów, skoro w Polskę poszedł przekaz "w kwestii praw kobiet, obyczajowości i stosunku do inicjatyw obywatelskich, opozycja głosuje tak, jak PiS"? Łyżka dziegciu i wiadomo. Jak teraz wytłumaczyć symetrystom z jednej i osobom wrażliwym na prawa człowieka, w tym prawa kobiet, z drugiej strony, że PiS i Platforma to nie to samo? No nie da się. Bardzo duża grupa wyborców - ludzie o przekonaniach lewicowych, którzy ze względu na sprzeciw wobec PiSu mogli zagłosować na Platformę lub Nowoczesną, w tym liczne kobiety - teraz powiedzą tym partiom "walcie się". Ci wyborcy albo nie pójdą do wyborów, albo zagłosują na małe partyjki, co przy konstrukcji ordynacji wyborczej będzie premiować partię największą, czyli przy obecnych sondażach PiS. I tak oto Kaczyński może zdobyć większość konstytucyjną.

O to wam, Dziewiętnastko i Dziesiątko, chodziło? Zapewne nie, ale to oznacza, że wyszliście na pożytecznych idiotów, nic zresztą politycznie na tym nie zyskując. Moje gratulacje.

Czarny Protest, Kraków, 25 września 2016

środa, 10 stycznia 2018

Myliłem się: Jarosław Kaczyński jednak odwołał Antoniego Macierewicza z MON.

Myślę, że dla Kaczyńskiego ważniejsze, niż niszczenie armii, coraz gorsza opinia u sojuszników i oczywista niekompetencja Macierewicza, było to, że coraz mocniej budował on niezależną pozycję: nie dość, że jest bardzo popularny w najtwardszym elektoracie PiSu, to zaczął tworzyć sobie zaplecze instytucjonalne poprzez swoich ludzi w spółkach zbrojeniowych, w osobach oficerów zawdzięczających mu awanse i kariery, a przede wszystkim w postaci Wojsk Obrony Terytorialnej, podlegających bezpośrednio ministrowi. Znaczenie miał także niszczycielski wizerunkowo konflikt pomiędzy Macierewiczem a dr. Dudą, którego nie dało się już chyba rozwiązać inaczej, niż przez odwołanie jednego z nich. Dudy odwołać się nie dało, więc trzeba było odwołać Macierewicza. Niewątpliwie była to cena, jakiej Duda zażądał za całkowitą kapitulację w sprawach sądów.

Nowym Ministrem Obrony został Mariusz Błaszczak, osoba całkowicie i bezwzględnie lojalna wobec Jarosława Kaczyńskiego. Pierwszym zadaniem Błaszczaka będzie zakończenie konfliktu z prezydentem. Błaszczak spróbuje też naprawić atmosferę w wojsku, a może nawet wykona jakieś kroki w kierunku uruchomienia przetargów na uzbrojenie. Mariusz Błaszczak nie jest tytanem intelektu, ale przynajmniej nie cierpi na paranoję. No i nikt nie oskarżał go o otaczanie się ruskimi agentami.

Bieżący etap rekonstrukcji rządu obejmował także odwołanie ministrów Szyszki, Waszczykowskiego i Radziwiłła. Odwołanie Radziwiłła to rzecz w gruncie rzeczy rutynowa: odwołano ministra, który ewidentnie nie poradził sobie z poważnym kryzysem w obszarze, za który odpowiadał. Karykaturalna wręcz niekompetencja Waszczykowskiego aż biła po oczach. Szyszko z kolei musiał być odwołany żeby choć trochę uwiarygodnić Morawieckiego: Patrzcie, może teraz powiedzieć Morawiecki, zły minister środowiska odszedł i nie będziemy już wycinać puszczy, a za to będziemy przestrzegać wyroków Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Z Janem Szyszko w fotelu ministra taka deklaracja byłaby niewiarygodna.

W ogóle Morawiecki zapewne ma za zadanie ocieplenie stosunków z Europą. Nie będzie już uwag o widelcach i innych aroganckich gestów wobec Unii i poszczególnych krajów, ucichną zapewne żądania reparacji od Niemiec, retoryka wstawania z kolan pewnie też zostanie zapomniana. Ba, może Polska przyjmie nawet jakąś grupkę uchodźców, powiedzmy kilkanaścioro rannych i chorych dzieci na leczenie? Jednak zasadnicza polityka PiS się nie zmieni, a już zwłaszcza nie zmieni się podejście PiS do władzy sądowniczej. Jarosław Kaczyński od dawna mówił, że w kraju powinien istnieć centralny ośrodek władzy politycznej, któremu wszystko inne, w tym sądy, musi być podporządkowane, a jeśli konstytucja stanowi inaczej, tym gorzej dla konstytucji. Jarosław Kaczyński musi mieć poczucie pełnej i nieograniczonej niczym kontroli, żeby zaspokoić swoją żądzę władzy, zaleczyć kompleksy i urazy z przeszłości oraz aby móc wywrzeć swą pomstę sprawiedliwą na Tusku. Na niczym innym Kaczyńskiemu już nie zależy. W szczególności nie zależy mu na Polsce.

Tak więc mimo, jak się spodziewam, znacznie grzeczniejszego i bardziej pojednawczego tonu w polityce europejskiej, mimo ustępstw w sprawie puszczy, a może też w sprawie odnawialnych źródeł energii i uchodźców (w tym ostatnim aspekcie ustępstw bardzo ograniczonych), mimo - jak niektórzy to widzą - próby otwarcia się PiSu na nieco młodszych i nieco bardziej centrowych wyborców, zbrzydzonych obciachowością i ideologicznym zacietrzewieniem "starego PiSu", w sprawach praworządności - trójpodziału władzy, Trybunału Konstytucyjnego, prokuratury, Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Sądownictwa i ręcznego sterowania sądami powszechnymi - Kaczyński i PiS nie ustąpią ani o milimetr. Żadnych złudzeń, panowie. 

Antoni Macierewicz

A czy Antoni Macierewicz będzie się mścił za odwołanie go z rządu, czy "zrobi piekło", jak to rzekomo sam miał zapowiedzieć? Czas pokaże. Zauważmy przy okazji, że w czasach fake news, z których istnienia wszyscy już sobie zdają sprawę, każdą pojawiającą się jak grom z jasnego nieba informację kompromitującą tego czy innego polityka można próbować dyskredytować jako fake news. Kto wie, może nawet skutecznie. A może Macierewicz nie ma jednak żadnego asa w rękawie.

środa, 03 stycznia 2018

Cesarz Kaligula mianował swojego ulubionego konia, Incitatusa, senatorem. Bo tak. Bo mógł. Być może był to objaw postępującej choroby umysłowej cesarza, ale zarazem był to akt upokorzenia senatorów i szyderstwo z republikańskich instytucji Rzymu.

Tuż przed Nowym Rokiem PiSowski tygodnik Sieci ogłosił, że Człowiekiem Wolności 2017 została mgr Julia Przyłębska. W uzasadnieniu tego wyróżnienia napisano, że

odgrywa [ona] rolę nie do przecenienia w odbudowie polskiego porządku prawnego, gwarancji naszej wolności.

Przekornie można powiedzieć, że istotnie, mgr Przyłębska odgrywa rolę nie do przecenienia w PiSowskiej konstrukcji najważniejszych instytucji prawnych w Polsce, a poza tym wzruszyć ramionami: Niech się PiSowcy bawią, bo to, jakie godności i tytuły sobie wzajemnie nadadzą, nie ma znaczenia.

Jest jednak coś przewrotnego, bez mała orwellowskiego w tym, że PiS w taki sposób zawłaszcza i znieważa słowo "wolność". Gdy rok temu Człowieczkiem Wolności został Jarosław Kaczyński, było to oburzające, ale przynajmniej Jarosław Kaczyński jest kimś. Ma wielki - destruktywny, ale wielki - wpływ na naszą wolność. A mgr Julia "Wolfgangowa" Przyłębska jest nikim. Pani, która nie miała kwalifikacji do orzekania w Sądzie Okręgowym, została legalnie wybrana na sędziego Trybunału Konstytucyjnego, ale od roku bezprawnie posługuje się tytułem Prezesa TK. W ciągu dwóch lat zasiadania w Trybunale, była sprawozdawcą w zaledwie kilku sprawach. Za to pilnie sprowadza Trybunał do roli podrzędnej agendy rządowej. Pozwala na to, aby pan Zbyszek i szef specsłużb, Mariusz Kamiński, wpływali na składy TK orzekające w ważnych dla nich sprawach. Upokarza przed-PiSowskich sędziów. I nie przeszkadza jej ani bycie sędzią we własnej sprawie, ani publiczne komentowanie ustaw, o których być może jako sędzia będzie orzekać.

Jaki cesarz, taki Incitatus.

Prawdopodobnie konny posąg Kaliguli

środa, 20 grudnia 2017

Ależ byłem naiwny! W poprzednim wpisie brałem pod uwagę możliwość, że dr Duda nie podpisze ustaw sądowych. Andrzej Duda właśnie oświadczył, że je podpisze. Okazuje się, że Jarosław Kaczyński nie pozostawił mu właściwie wyboru.

Oto bowiem PiS finalizuje przejmowanie sądów, gmera przy ordynacji wyborczej (choć nie aż tak, jak to pierwotnie wyglądało), grozi karami posłom opozycji, nakłada wielką karę finansową na TVN za relacjonowanie zeszłorocznego kryzysu parlamentarnego (bezprawne głosowania w Sali Kolumnowej) w sposób, który nie spodobał się władzy, w nocy z 12 na 13 grudnia wyprowadza wielkie siły policyjne przeciwko protestującym pod Sejmem, a nawet zmienia prawo w ten sposób, że dostęp do broni automatycznej i amunicji uzyskają organizacje paramilitarne afiliowane przy MON. My zaś mamy się ekscytować zmianą na stanowisku szefa rządu: nowym premierem został komprador Mateusz Morawiecki. Dotychczasowa premier, Beata Szydło, objęła stanowisko rzecznika rządu do spraw społecznych w randze wicepremiera. Pani Szydło na swoim nowym stanowisku nie będzie miała żadnego wpływu na decyzje rządu, ale do tego akurat powinna się była przyzwyczaić. Poza tym w składzie rządu nie zaszły żadne, najmniejsze nawet zmiany. Ach, pewna pani, która była ministrem w starym-starym rządzie i została ministrem także w nowym-starym, po tygodniu urzędowania (?) została z nowego rządu odwołana. Kilka innych osób również straciło swoje funkcje, ale formalnie w rządzie pozostali.

Pani Szydło była wśród elektoratu swojej partii dosyć lubiana i popularna, za to Mateusz Morawiecki, były bankowiec, wręcz bankster, a nawet doradca Tuska, jest traktowany nieledwie jak ciało obce. Czemuż więc Kaczyński wyznaczył na premiera właśnie jego?!

Logicznym wytłumaczeniem było to, że Morawiecki miał poprawić stosunki z Unią Europejską i klimat inwestycyjny wokół Polski. Niedługo zaczną się negocjacje nad nowym budżetem. Na skutek Brexitu będzie mniej pieniędzy do podziału, Polska na pewno coś straci, ale chodzi o to, żeby nie straciła zbyt dużo. Rząd PiS zaognił stosunki z Komisją Europejską i ważnymi krajami Unii na bardzo wielu frontach (właściwie należałoby się zastanawiać, gdzie ich nie zaognił), więc zachodzi obawa, że Polska tym bardziej straci, bo każdy ma swoje potrzeby i nie widać powodu, dla którego szczególnymi względami należałoby obdarzać arogancki i gburowaty kraj, ostentacyjnie naruszający zasady panujące we wspólnocie. Zmniejszenie udziału Polski w przyszłym budżecie unijnym nie musi się nawet łączyć z formalnymi karami nałożonymi na Polskę - wystarczy, że inne kraje unijne nie będą słuchać argumentów Polski. Jednocześnie już drugi rok z rzędu, czyli od początku rządów PiS, w Polsce spada poziom inwestycji, więc choć polska gospodarka jest obecnie w wyśmienitej formie, za kilka lat dzisiejszy brak inwestycji stanie się boleśnie odczuwalny.

Wydaje się, że do negocjacji budżetowych i nakłaniania europejskich inwestorów do zaangażowania się w Polsce, Mateusz Morawiecki nadaje się jak mało kto. Wykształcony, obyty, w dobrze skrojonych garniturach, świetnie mówiący po angielsku, osobiście znający co najmniej połowę czołowych europejskich finansistów, mógłby być wiarygodnym partnerem dla unijnych polityków.

Ale chyba nic z tego. W pierwszym wywiadzie, jakiego udzielił po nominacji, Morawiecki zaczął snuć marzenia o rechrystianizacji Europy. Później w czasie rozmowy z Emmanuelem Macronem wyrzucił mu - jak chcą jedni - rządy Vichy bądź też - jak chcą inni - porównał Polskę lat 1989-2015 do Vichy. Głośno poparł proces zawłaszczania sądów przez PiS, a przecież powinien wiedzieć, że kontrola władzy wykonawczej nad sądami zniechęca potencjalnych inwestorów, którzy muszą liczyć się z możliwością sporu prawnego z państwem polskim. Wreszcie opuścił przed czasem, przed dyskusją na temat Brexitu, pierwszy szczyt unijny, w którym uczestniczył - zdaje się tylko dlatego, żeby po zakończeniu szczytu nie musieć rozmawiać z Tuskiem. To miałby być odpowiedzialny i wiarygodny partner?!

Można oczywiście uznać, że Mateusz Morawiecki nie dorósł do swojej nowej roli. Ja jednak sądzę, że nie taka rola została Morawieckiemu przydzielona.

Jarosław Kaczyński, Człowieczek Wolności, najbardziej szkodliwy polski polityk po 1989, wyznaczył Mateusza Morawieckiego na premiera tylko po to, aby pokazać Andrzejowi Dudzie, że nie jest skazany na wyznaczenie go na kandydata na prezydenta w 2020. Morawiecki jest dla Dudy alternatywą.  Jeśli Duda będzie Kaczyńskiemu stawał okoniem - a Kaczyńskiemu zależy na pełni niczym nie skrępowanej władzy w Polsce, więc żadnego oporu nie toleruje - PiS w 2020 desygnuje Morawieckiego, a Duda zostanie

komentatorem politycznym z własną ochroną

jak to już mu zapowiadał pan Zbyszek. I Duda się tego przestraszył.

Andrzej Duda być może liczył na pewną samodzielność w polityce zagranicznej, ale Morawiecki mu to odbierze: jedynym atutem Dudy było jakie-takie obycie w świecie, ale Morawiecki ma obycie większe. Duda zapewne wciąż jeszcze liczy, że w czasie styczniowej rekonstrukcji z rządu zostanie odwołany Antoni Macierewicz. I się przeliczy. Gdy już podpisze ustawy sądowe, Duda straci możliwość wywierania jakiegokolwiek nacisku na Kaczyńskiego. Macierewicz w rządzie zostanie, a żałosny Andrzej Duda niczego nie zyska. Duda już teraz zostanie nawet nie komentatorem - któżby chciał słuchać komentarzy faceta, który nie ma własnego zdania? - ale narciarzem z własną ochroną. No i fajnie. Sam się o to prosił.

Duda mógłby nie ulegać szantażowi, próbować wybić się na jakąś niepodległość i zbudować osobistą popularność szerszą, niż żelazny elektorat PiS, ale musiałby postawić się Kaczyńskiemu. Musiałby mieć cojones. No, ale najwyraźniej nie ma.

Chrsitmas 2017 (facebook meme)

czwartek, 30 listopada 2017

Obserwatorzy polskiej polityki zastanawiają się, jaki będzie ostateczny los ustaw sądowych - czy dr Duda zaakceptuje najnowsze poprawki PiSu, wykraczające, jak można sądzić po reakcji prezydenckich prawników, poza to, co Duda uzgodnił z Kaczyńskim, czy też je zawetuje, idąc na wojnę ze swoim obozem. Nieco straciła na znaczeniu planowana i wciąż odkładana rekonstrukcja rządu.

Tymczasem moim zdaniem chodzi o coś zupełnie innego: o to, czy Antoni Macierewicz pozostanie Ministrem Obrony Narodowej, czy też wyleci z rządu. Jedynie Ludwik Dorn zrozumiał, o co chodzi, ale też tylko częściowo.

Antoni Macierewicz niszczy Wojsko Polskie. Program modernizacji jest wstrzymany, doświadczeni oficerowie odchodzą, awansują za to młodzi, nieprzygotowani do nowych obowiązków, ale niesłychanie wdzięczni ministrowi. Pieniądze na wojsko są dosłownie przejadane. Macierewicz forsuje rozbudowę Wojsk Obrony Terytorialnej kosztem jednostek operacyjnych, w dodatku WOT faktycznie podlega bezpośrednio ministrowi, nie zaś Dowódcy Generalnemu Sił Zbrojnych. Najsilniejsza jednostka polskiej armii, 11 Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej - do niedawna druga co do wielkości jednostka NATOwska na kontynencie europejskim, przeznaczona do wykonania kontruderzenia w wypadku agresji ze wschodu - została częściowo rozbrojona i przesunięta na prawy brzeg Wisły, czyli wystawiona na bezpośrednio atak artyleryjski i lotniczy Rosji (zgadnijcie, dlaczego jednostki amerykańskie stacjonują na zachodzie Polski). Przetarg na śmigłowce odwołano w atmosferze skandalu, bez przetargu kupiono za to samoloty do przewozu VIPów; odnośnie do jednego i drugiego pojawiły się oskarżenia o nielegalne działania lobbystyczne. Macierewicz upokarza weteranów i doświadczonych oficerów, mianując swoich niekompetentnych protegowanych na kierownicze stanowiska w Polskiej Grupie Zbrojeniowej niszczy polski przemysł obronny, a w otoczeniu ministra aż roi się od osób z niejasnymi powiązaniami z Rosją. Sojusznicy przestali nam ufać. Do tego minister na różnych forach międzynarodowych ogłasza, że de facto toczy się wojna (!) z Rosją. W kwestii katastrofy pod Smoleńskiem już prawie nikt nie wierzy, że Macierewicz i jego podkomisja dostarczą jakichś wiarygodnych dowodów na zamach (w ogóle w zamach, którego nie było, wierzy już tylko kilkanaście procent Polaków - mniej więcej taki sam procent Amerykanów wierzy w alien abduction). A co z wewnątrzpolitycznego punktu widzenia jest szczególnie ważne, trwa otwarta wojna pomiędzy ministrem a nominalnym najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, prezydentem, o kontrolę nad armią i wpływ na jej przyszły rozwój.

Wszystko to, a także osobiste cechy Antoniego Macierewicza, jego granicząca z paranoją nieufność i arogancja, maskowane zewnętrzną, cukierkową wręcz uprzejmością, jego ideologiczne krucjaty i rzucane co pięć minut insynuacyjne oskarżenia, są wielkim obciążeniem dla PiSu. Sami PiSowcy chcieliby się Macierewicza pozbyć. A on, choć jego pozycja nieco osłabła, wciąż trwa i trwa.

Sporo osób sądzi, że Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński zawarli układ: prezydent zgodzi się na PiSowskie poprawki do ustaw o KRS i SN - nawet gdyby prezydent miał sobie zrobić z gęby cholewę, wycofując się z wymogu 3/5 do KRS, którego znaczenie tak mocno podkreślał - a w zamian za to Kaczyński, przy okazji rekonstrukcji rządu, usunie Macierewicza i powoła na to miejsce kogoś, kto uszanuje formalne i symboliczne zwierzchnictwo Dudy.

Otóż twierdzę, że jeśli panowie rzeczywiście dobili takiego targu, to żadnej rekonstrukcji rządu nie będzie, dopóki Duda nie podpisze znowelizowanych ustaw sądowych. Być może PiS poczeka, aż do złożenia podpisu zmuszą Dudę konstytucyjne terminy, rekonstrukcja zaś będzie odwlekana pod różnymi pretekstami: a to na skutek złośliwego kroku Platformy, która zgłosiła wniosek o votum nieufności dla rządu Beaty Szydło, trzeba więc będzie najpierw Szydło obronić, żeby potem móc ją odwołać, a to Jarosław Kaczyński wciąż będzie przechodzić badania, czy stan zdrowia pozwoli mu na sprawowanie funkcji premiera.

Nawiasem mówiąc, jeśli porównać zdjęcia Kaczyńskiego sprzed roku i obecne, wydaje się, że on rzeczywiście jest chory.

Gdy prezydent już ustawy podpisze, straci swoją jedyną broń, jaką ma przeciw PiSowi: weto. A wtedy Kaczyński zdecyduje o rekonstrukcji i Macierewicza na stanowisku pozostawi. Prezydent wyjdzie na absolutnego, przegranego głupka. W "Uchu prezesa" Adrian nie będzie miał już nawet wstępu do korytarzyka na Nowogrodzkiej.

A dlaczego właściwie Kaczyński miałby pozostawić Macierewicza, mimo jego oczywistych wad, na ministerialnym stołku? Ano dlatego, że Macierewicz ma na Kaczyńskiego haka - dysponuje SBckimi papierami, które mogłyby Kaczyńskiego całkowicie skompromitować. Powiem więcej, jeśli dr Duda ustawy podpisze, a Macierewicz ministrem pozostanie, będzie to dla mnie niepodważalny dowód, że Macierewicz takie dokumenty ma.

Jeśli Duda ustawy zawetuje, wtedy Macierewicz tym bardziej pozostanie na stanowisku. W tym kontekście warto zastanowić się, dlaczego PiS zgłasza obecnie poprawki do ustaw sądowych daleko wykraczające poza wynegocjowane porozumienie Kaczyński-Duda. Możliwości są dwie: albo Kaczyńskiemu bardziej zależy na ocaleniu Macierewicza niż na ustawach sądowych, przy czym jest szansa, że prezydent jednak podpisze, aby nie palić mostów pomiędzy nim samym a PiSem, albo też pan Zbyszek, upokorzony prezydenckimi wetami, korzystając z tego, że Kaczyński jest w szpitalu na badaniach (?) i nie sprawuje bezpośredniej kontroli, postanowił sobie powetować i upokorzyć Dudę. Najwyraźniej Kaczyński panu Zbyszkowi nie ufa - co akurat byłoby dość rozsądne - i postanowił go nie wtajemniczać w szczegóły swojego planu.

Tomasz Piątek, Macierewicz i jego tajemnice

niedziela, 15 października 2017

Najnowszy sondaż CBOS daje PiSowi poparcie 47%. Opozycja smętnie dołuje - Platforma ma 16%, Nowoczesna 6%.

Część komentatorów stara się to bagatelizować zwracając uwagę, że CBOS jest instytucją rządową, kontrolowaną przez dobrą zmianę, więc nic dziwnego, że daje wyniki bardzo korzystne dla rządzącej partii. Tezę tę uwiarygodnia fakt, że PiSowska propaganda, w tym zawłaszczone media publiczne, kłamią jak najęte. Łżą i przedstawiają zupełnie fałszywy obraz rzeczywistości jeszcze bardziej nachalnie i bezczelnie, niż komuna w czasie stanu wojennego.

Jednak inne, niezależne sondażownie, dają wyniki porównywalne: PiS bardzo znacznie wyprzedza opozycję. Może nie aż tak, jak w CBOS, ale podobnie (sondaż Kantar TNS z końca września: PiS 43%, Platforma 21%, Nowoczesna 7%).

Inni podkreślają, że wyniki sondaży, zwłaszcza telefonicznych, mogą być niewiarygodne. Ludzie często nie mają czasu odpowiadać ankieterowi, męczą ich liczne pytanie statystyczne (wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania, status materialny itd) poprzedzające "właściwe" pytania, więc przerywają ankietę, w ogóle traktują pytania ankietera jak jakieś wtargnięcie w ich sferę prywatności - pełnych odpowiedzi udzielają tylko nieliczni. Wśród nich - podobno - przeważają emeryci i ludzie na różne sposoby sfrustrowani, którym akurat populistyczna polityka PiS może odpowiadać. A w ogóle poparcie sondażowe na pstrym koniu jedzie. Znane są spektakularne załamania notowań poszczególnych kandydatów czy ugrupowań w czasie kilku tygodni, najwyżej miesięcy, kampanii wyborczej. Dość przypomnieć, że jeszcze w sondażu ze stycznia 2015 Bronisław Komorowski cieszył się 65% poparciem, a Andrzej Duda mógł liczyć tylko na 21% głosów. Do wyników sondaży należy zawsze podchodzić cum grano salis.

Niektórzy politolodzy uważają, że nie tyle przybywa wyborców PiSowi, ile ubywa ich opozycji. Opozycja jest kompletnie jałowa, co najwyżej próbuje się podczepiać pod protesty społeczne, zresztą na ogół nieudolnie, sama niczego nie proponuje, a do tego jest skłócona. Panuje poczucie beznadziei: PiSowski walec miażdży wszystko, więc nie warto się wysilać, lepiej poczekać, aż PiSowska machina się popsuje, bo prędzej lub później popsuć się musi. W tej sytuacji wiele osób niechętnych PiSowi albo odmawia udziału w badaniach, albo mówi "trudno powiedzieć", albo deklaruje, że nie weźmie udziału w wyborach. I choć bezwzględnie nie przybywa zwolenników PiSu, to ich względny udział wśród osób deklarujących uczestnictwo w wyborach znacząco rośnie.

Jarosław Flis stara się spojrzeć na wyniki sondażowe nieco głębiej.

Po pierwsze, mówi Flis,

niuanse prawne dla wyborców mają mniejsze znaczenie niż to, że wynagrodzenia rosną.

Po drugie, Andrzej Duda, dzięki swoim wetom z jednej strony i pasywnej postawie opozycji z drugiej, w oczach wielu wyborców przejął rolę opozycji wobec jedynowładztwa Jarosława Kaczyńskiego. Duda nie jest liberalnym demokratą, konstytucję łamie nie tylko rano, wieczór i w południe, ale i w środku nocy, może jednak stanowić zaporę przeciwko obsesjom Kaczyńskiego, szaleństwom (a może wręcz agenturalnej działalności?) Macierewicza oraz arogancji i niepohamowanej żądzy władzy pana Zbyszka. Po co głosować na nieudaczną opozycję, skoro Duda obroni nas przed największymi wynaturzeniami PiSu, a w wielu sprawach obyczajowych i społecznych polskiemu centrowemu elektoratowi jest dość blisko do tej partii?

Następuje obgryzanie Platformy z resztek elektoratu umiarkowanie konserwatywnego, w którym kiedyś PO była najsilniejsza. A to jest spora grupa wyborców, większa niż lewicowo-liberalny elektorat, bo tych ludzi jest garstka.

To jest fałszywa optyka, bo dr Duda nie dość, że nie jest demokratą, to jest zwyczajnym oportunistą o bardzo konserwatywnych poglądach, o gospodarce chyba nie ma wielkiego pojęcia, co zresztą jest charakterystyczne dla całej tej partii i może nam wszystkim - całej Polsce! - dać niezłego łupnia. Jego głównymi zaletami są brak szaleństwa Kaczyńskiego i Macierewicza i rozdętego do nieprzytomności ego pana Zbyszka. Być może Andrzej Duda jest, mimo wszystko, człowiekiem XXI wieku i nie żywi nostalgicznej tęsknoty za czasami Władysława Gomułki, jak większość przywódców i znaczna część "żelaznego" elektoratu PiSu. Jarosław Flis może mieć rację: na wielu umiarkowanych wyborców może działać "efekt Dudy".

Mnie zaś przypomina się wpis Edwina Bendyka na jego blogu sprzed prawie dwóch lat! Bendyk przenikliwie zauważył, że pomimo całej pro-ludowej, populistycznej retoryki PiSu, nie tylko w warstwie ekonomicznej, ale także godnościowej, mimo - a może obok - jawnego podbijania nastrojów ksenofobiczno-nacjonalistycznych, zwycięstwo tej partii dała klasa średnia.

Polski lud, którego teraz zaczęliśmy gorączkowo poszukiwać i przepraszać za opuszczenie, zawsze był tworem mitycznym, by przypomnieć młodopolskie chłopomaństwo. Lud był postrzegany albo jako źródło pierwotnej energii, albo jako ciemna siła gotowa do najbardziej ponurych zachowań.

A więc

Nie lud dał legitymację PiS do rządzenia. Jak już pisałem, PiS jest w istocie partią antyludową – wycofanie się z obowiązku szkolnego dla 6-latków uderzy najbardziej właśnie w klasę ludową. To dzieci ludu, i tak mające najmniejszą szansę na pobyt w przedszkolu, stracą jeszcze bardziej, idąc później do szkoły i idąc później do przedszkola, bo nie będzie miejsc dla trzylatków.

Bendyk nie pisał o deformie oświaty minister Zalewskiej, bo ten projekt nie był wówczas znany. Zauważmy, że on w jeszcze większym stopniu, niż cofnięcie sześciolatków do przedszkoli, godzi w środowiska wiejskie i edukacyjnie zaniedbane, gwarantując uprzywilejowaną pozycję dzieciom miejskiej klasy średniej. Bendyk:

Obietnice wyborcze, również czysto ekonomiczne, jak 500 zł i niższy wiek emerytalny, wcale nie poprawiają sytuacji ludu, tylko obliczone są na klasę średnią. Lud już dawno zapomniał, co to jest praca na etat, a tym samym pożegnał się z wizją emerytury. Itd.

[...] dlaczego tak wielu przedstawicieli inteligencji i klasy średniej zagłosowało na partię niekryjącą, że nie uznaje modelu liberalnej demokracji? Najwyraźniej przekonali się, że ta właśnie partia najlepiej zapewni im utrzymanie średnioklasowego statusu materialnego i symbolicznego oraz prestiżu. To, że konsekwencją tego wyboru może być wewnętrzne zamknięcie i utrata wielu przywilejów wynikających z przynależności do Europy? Warto przyjrzeć się statystykom i zobaczyć, czy rzeczywiście aż tak wiele osób korzystało z Erazmusa i innych możliwości kosmopolitycznego bratania się z resztą świata.

Bendyk pomija to, że jeśli - nawet jeśli nie formalnie, to faktycznie - wyjdziemy z Unii Europejskiej, albo też wewnątrz Unii powstanie jakieś znacznie mocniej zintegrowane jądro bez Polski, wobec którego "Unia zewnętrzna" z Polską przestanie mieć wielkie znaczenie, to klasa średnia straci i ekonomicznie, i prestiżowo. Choć wobec ludu wciąż będą panami.

Widocznie liberalne wartości dla rosnącej części polskiej klasy średniej nie są ważniejsze do tego, by żyć zgodnie ze swoją wizją dobrego życia i poczucia godności. Przeciwnie, mogą być traktowane jak źródło niepokoju i destabilizacji, są synonimem konkurencji w globalnym wymiarze w grze, w której na otwartym polu nie mamy zbyt wielkiej szansy ze względu na niedostatek kapitału i technologiczne zapóźnienie

Czemu więc nie spróbować lekkiego przymknięcia, narodowej symbolicznej mobilizacji i oparcia gospodarki w większym stopniu na wewnętrznym rynku i tradycyjnym, sprawdzonym historycznie wyzysku ludu?

Cóż, jeśli Flis, a zwłaszcza Bendyk mają rację, to dla liberalno-demokratycznej Polski nie ma nadziei na długie lata. Trzeba będzie poczekać, aż klasa średnia uświadomi sobie, że PiS srodze zawiódł pokładane w nim nadzieje ekonomiczne, a to się nie stanie do najbliższych wyborów. A później PiS weźmie nas wszystkich za mordę i zablokuje możliwość zmian na długie lata.

No, chyba że Duda nas obroni. He, he. 

https://victoriarollison.com/2013/02/24/opinion-poll-opinion/

P.s. Najnowszy sondaż IBRiSu daje 38,1% PiS i 19.8% Platformie. Przewaga PiS nad Platformą jest olbrzymia, prawie dwukrotna - ale nie prawie trzykrotna, jak w badaniu CBOS.

P.p.s. Ten bloger, porównując raportowane przez CBOS poparcie dla PiS z obiektywnie mierzalnym ruchem na ich stronie internetowej, a zwłaszcza historyczne zmiany pomiędzy korelacjami jednego a drugiego, powiada, że tak wysokie poparcie dla PiS jest statystycznie bardzo mało prawdopodobne.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33