Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 15 lutego 2017

Henryk Goryszewski - działacz ZChN i wicepremier w latach '90 - zasłynął powiedzeniem, że

Nie jest ważne czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt. Najważniejsze, żeby Polska była katolicka.

Wyśmiewano się z Goryszewskiego okrutnie - to znaczy jedni się wyśmiewali, inni rwali włosy z głowy przerażeni tym, jacy ludzie rządzą Polską - ale jedno trzeba Goryszewskiemu przyznać: Odwoływał się do pewnej idei uniwersalnej. Jasne, było to odwołanie zupełnie anachroniczne - tak, jakby trzysta pięćdziesiąt lat wcześniej nie zawarto pokoju westfalskiego, później nie pojawiła się koncepcja uniwersalnych praw człowieka, a na świecie nie rozwinęła się nowoczesna gospodarka -  i zachodziły poważne obawy, że sam wicepremier ideę, do której się odwoływał, rozumiał opacznie, ale przynajmniej brał za punkt odniesienia coś, co jego samego przekraczało i co, teoretycznie, winno było być zrozumiałe dla ponad miliarda ludzi na świecie. 

Kilka tygodni temu Człowieczek Wolności, Jarosław Kaczyński, udzielił wywiadu Reutersowi, gdzie powiedział

Byłbym skłonny zdecydować się na jakieś spowolnienie wzrostu ekonomicznego, jeżeli byłoby ono ceną przeforsowania mojej wizji Polski.

"Mojej wizji Polski". Nieważne nawet, jaka ta wizja jest - a wizja Polski zamkniętej w sobie, nieufnej, ksenofobicznej, zaściankowej, zwróconej ku zmitologizowanej przeszłości, snującej obłąkane wizje własnej wyjątkowości, utrwalającej peryferyjną wobec Zachodu pozycję gospodarczą, politycznie zaś i obyczajowo zwracającej się w stronę Rosji, jest pod każdym względem szkodliwa - ważne, że jest to osobista wizja Jarosława Kaczyńskiego, który w dodatku ma władzę, by wcielić ją w życie ("byłbym skłonny zdecydować").

Ludwik XIV mówił "państwo to ja", ale dzisiaj, przynajmniej w naszej części świata, politycy twierdzą, że ich najważniejszą troską jest dobro obywateli. W kanonicznej dla amerykańskiej demokracji - ale i szerzej, dla całego euro-atlantyckiego systemu politycznego - Przemowie Gettysburskiej, Abraham Lincoln mówił o 

government of the people, by the people, for the people

i takie rozumienie demokracji, jak się wydaje, u nas po 1989 obowiązywało.

Politykę można rozumieć na wiele sposobów, ale zazwyczaj mówi się o jakimś dobru wspólnym, o metodach rozwiązywania konfliktów, które uniemożliwiałyby (lub utrudniały) osiąganie wspólnych celów. PiS od dawna mówił co innego: Jest Naród, w imieniu którego się rządzi, a kto nie rozpoznaje woli Narodu, ten się do Narodu nie zalicza, wszyscy zaś się mają tej woli podporządkować (nie jest to, zauważmy, demokracja, ale system wzorowany na bolszewickiej dyktaturze proletariatu). Kaczyński konstruował pojęcie "suwerena", w imieniu którego PiS i on sam występował, pani premier Szydło opowiadała o pragnieniach i potrzebach "Polaków" (Boże broń "obywateli"). Teraz jednak Jarosław Kaczyński poszedł dalej, zrzucił maskę: Nieważne są pragnienia i dobro Narodu, suwerena, "Polaków", nikt się ich o zdanie nie pyta ani nie zastanawia, czego by oni chcieli. Ba, dopuszcza się postępowanie wbrew - niekiedy wprost artykułowanym, niekiedy tylko domniemanym - interesom mieszkańców Polski, którzy narzekają na brak perspektyw, rozwarstwienie ekonomiczne, boją się o swoje kredyty, unijne dopłaty i przyszłe emerytury, a tu bach, niech będzie spowolnienie wzrostu gospodarczego, gdyż liczy się jedynie realizacja osobistej wizji Jarosława Kaczyńskiego.

Mam rozumieć, że Jarosław Kaczyński ucieleśnia dążenia Narodu Polskiego, jedynie Kaczyński prawidłowo rozpoznaje jego wolę? Naród to ja? Boże drogi...

Drodzy wyborcy PiSu! OK, Platforma popełniała błędy, była arogancka, jadła ośmiorniczki, a po ośmiu latach rządzenia była trudna do zniesienia, neoliberalizm wyczerpał swoje możliwości rozwojowe (nie tylko w Polsce), perspektywy dla młodych były ponure (to znów nie tylko polskie doświadczenie), pewne konsekwencje dzikiego kapitalizmu i podziału (nie tylko geograficznego) na Polskę A i Polskę B były moralnie nie do zaakceptowania, rozwarstwienie rosło a państwo niewiele - lub nic zgoła - miało do zaoferowania milionom ludzi, którzy dotąd nie skorzystali na reformach 26 lat. Poza tym "liberałowie" nie pojęli ogromu reakcyjnego potencjału w polskim Kościele katolickim, nie umieli go okiełznać, a nawet głupio się do niego przymilali. W dodatku Donald Tusk nie dość szanował Lecha Kaczyńskiego, a Gazeta Wyborcza zbyt często pisała o gejach i o brzydkich rzeczach, które Polacy w czasie wojny robili Żydom. Straszne, straszne. Ale, drodzy wyborcy PiSu, czy naprawdę uważacie, że właściwą odpowiedzią na to są osobiste, niczym niepohamowane rządy jednego starszego pana, owładniętego manią wielkości i uzurpującego sobie moce boskie, mściwego, lubującego się w poniewieraniu ludźmi, pełnego kompleksów i resentymentów? Życiowego i - gdyby nie splot przypadkowych okoliczności - także politycznego nieudacznika?

Wczoraj Jarosław Kaczyński wychwalał Mariusza Błaszczaka, którego opozycja chciałaby odwołać ze stanowiska Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. A zadań jest przed Błaszczakiem moc, gdyż, według Kaczyńskiego,

rozkład aparatu państwowego zaczął się jeszcze w latach 70.

Innymi słowy, według Kaczyńskiego aparat państwowy za Bieruta i Gomułki działał lepiej, niż kiedykolwiek później, w szczególności lepiej, niż po 1989. Mnie to nie dziwi, przecież to bolszewik. Dziwią mnie dwie inne rzeczy: Po pierwsze to, że Jarosław Kaczyński nie dostrzega sprzeczności pomiędzy pochwałą dla stalinowskiego aparatu państwowego a podziwem dla "żołnierzy wyklętych", którzy z tym jakże wydajnym aparatem państwowym walczyli. Po drugie zaś, że prawica może osobę o takich poglądach i takim stanie umysłu nazywać Człowiekiem Wolności.

Człowieczek Wolności

poniedziałek, 06 lutego 2017

Jak donosi prasa, Fundacja Życie i Rodzina, znana dotąd głównie z planów wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, domaga się, w trybie dostępu do informacji publicznej, aby uczelnie ujawniły "listę pracowników prowadzących zajęcia z gender studies". Dość powszechnie odbiera się to jako początek nagonki na naukowców prowadzących badania lub zajęcia z tematów, które nie podobają się naszej ultrakonserwatywnej prawicy.

Ciekawe, jak na to odpowie rektor UJ? Gdyby mnie spytano o radę, zaproponowałbym, aby wskazać, że, po pierwsze, elementy badań nad płcią kulturową mogą być zawarte w szeregu kursów na bardzo wielu kierunkach studiów i nikt nie prowadzi takiej ewidencji, podobnie jak - na przykład - nikt nie prowadzi ewidencji kursów, w których pojawiają się elementy statystyki, po drugie, plany studiów, sylabusy poszczególnych kursów i nazwiska wykładowców informacją publicznie dostępną na stronach UJ (w systemie USOS), więc jeśli ktoś chce, może sobie samodzielnie poszukać, a po trzecie, plany te i sylabusy są, zgodnie z zasadami wolności akademickiej, zatwierdzane przez poszczególne Rady Wydziałów i władze rektorskie w zasadzie nie mogą wpływać na ich zawartość. No i tyle.

Tymczasem jednak żałuję, że nie mogę zgłosić się na ochotnika na przedstawiciela złych dżenderów. Nie te zainteresowania naukowe...

Martwiąc się swą nie-dżenderowością, postanowiłem coś dżenderowego napisać, okazując w ten sposób wsparcie moim tropionym przez prawicową fundację kolegom. Może Fundacja Życie i Rodzina znajdzie mnie i napiętnuje? Pretekst dał mi znajomy: uczony ten człowiek ma małe dziecko i chyba z tej okazji przypomniał w internetach filmik o tym Jak Żwirek i Muchomorek urządzili koncert dla Wróżki. Proszę obejrzeć:

 

Ładna, przyjemna, spokojna bajka, z elementami zabawnymi, ale i dydaktycznymi: Żwirek i Muchomorek karmią ptaszki, dobry uczynek zostaje oddany, złośliwy psikus prowadzi do groźnej retorsji. Czy aby tylko tyle?

Mamy wyraźne postacie męskie, Żwirka i Muchomorka, oraz postać żeńską, Wróżkę. Wróżka jest śliczna, co jest mocno podkreślane, a zajmuje się zabawianiem postaci męskich (tańczy dla nich). Ale nie za darmo: Postacie męskie muszą na to zapracować (zbudować organy, przygrywać do tańca), a także chronić Wróżkę przed niebezpieczeństwem. 

Przecież tu jeden stereotyp na temat społecznych ról płci goni drugi! Są jednak i myśli postępowe: Wróżka okazuje się znacznie bystrzejsza od postaci męskich (to ona kieruje budową organów), które z kolei, choć poczciwe, nie są zbyt rozgarnięte i choć dzielnie próbują ratować Wróżkę, są w tym bardzo nieudolne. Ostateczny tryumf nad siłami zła jest udziałem sił przyrody (ptaszka wdzięcznego za dokarmianie).

Nie podejrzewam czechosłowackich twórców tej kreskówki sprzed blisko pięćdziesięciu lat o świadome utrwalanie stereotypów płciowych. Po prostu przedstawiali role męskie i żeńskie w naturalny dla nich sposób, przynajmniej w warstwie zewnętrznej. Bo subwersywne przemycanie idei postępowych (dziewczynka jest bystrzejsza od chłopców) było zapewne świadomą decyzją.

Muszę się wszakże zapytać: Drogi M! Czego ty uczysz swojego synka?!

***

Eskapadę w stronę dżendera niechże usprawiedliwi także to, że w niedzielę, gdy przyszedł mi pomysł na tę notkę, aż do wyjścia na koncert wzorowo realizowaliśmy model breadwinner - homemaker: ja zrobiłem śniadanie i obiad, prałem i trochę sprzątałem, a Elżbieta, która jest biegłym sądowym, kilka godzin pisała ekspertyzy dla sądu. 

sobota, 04 lutego 2017

Stanisław Moniuszko, Halka (wersja "wileńska"), reżyseria Cezary Tomaszewskiobsada.

W napuszonym tekście autorstwa Aldony Kopkiewicz, współautorki scenicznej koncepcji tego przedstawienia umieszczonym w książeczce programowej, czytamy, że

Opera [w wersji wileńskiej] - surowa, bez wokalnych i tanecznych popisów - pozwala zająć się losem samej Halki, a zarazem przeobrazić ów los w uniwersalną historię o śpiewie i reżyserii, głosie i geście [...]

Nic z tych rzeczy. Spektakl ma formę pastiszu? burleski?! cholera wie, czego. W każdym razie są elementy komediowe. Bardzo  śmieszne. Są też, jak sądzę, zapożyczenia z innych dzieł, których autorzy tego spektaklu nie zrozumieli - jak jakiś upiorny, absurdalny taniec, powracający w różnych momentach, tańczony a to przodem, a to bokiem do widowni (Kantor). W końcowej scenie pierwszego aktu Halka zostaje rozebrana i wytarzana w pierzu - i już w tych piórach i ze skrwawionymi udami (gwałt? poród?) paraduje do końca. Czy to jest Ptasiek, czy może Jagienka z Chłopów - a, diabli wiedzą. W każdym razie Halka w tychże piórach przygotowuje rosół - fizycznie kroi marchewki i tasakiem rąbie kurczaka - żeby zaraz zaśpiewać rzewną arię o tym jak to jej dzieciątko z głodu umiera. Uniwersalizm opowieści polega, zdaje się, na tym, że w scenografii drugiego aktu, oprócz monstrualnych, uszminkowanych ust, jak z bardzo kiepskiego show telewizyjnego, widzimy nagrobki tragicznych heroin operowych, Toski, Traviaty, Butterfly, no i Halki. Aktorzy w losowych momentach miotają różnymi przedmiotami. Chaos, bezład, straszliwa pomyłka.

Na to wszystko nałożyła się kiepska akustyka Sali Teatralnej krakowskiego ICE. 

I choć Capella Cracoviensis w dużym składzie, pod batutą Jana Tomasza Adamusa w absurdalnej peruce, grała dobrze, a Natalia Kawałek (Halka) i Jakub Pawlik (Jontek) śpiewali pięknie (o ile było ich słychać), spektakl jako całość to jedna wielka katastrofa.

Wspomniana Aldona Kopkiewicz, jak wynika z zestawienia jej stron w różnych miejscach internetów, jest doktorantką na Wydziale Polonistyki UJ, poetką (opublikowała jeden poemat), a poza tym

Prowadzi Zakład Wróżbiarski „No Future”, w którym stawia katastroficzne taroty.

Obawiam się, że inscenizacja Halki, za którą współ-odpowiada pani Aldona Kopkiewicz, jest rzetelnym obrazem młodej, polskiej humanistyki.

środa, 01 lutego 2017

IPN wczoraj ogłosił, że znalezione w szafie Kiszczaka dokumenty agenta Bolka były pisane ręką Lecha Wałęsy.

To, że Wałęsa we wczesnych latach '70 podjął współpracę z SB - nawet nie tyle podjął, ile został do niej zmuszony - było mniej-więcej wiadomo od dawna. Wałęsa był wtedy młodym robotnikiem, był sam, nie miał się kogo poradzić, pamiętał, że władza strzelała do robotników, a SB wydawała się wszechwładna. No więc podjął współpracę, donosił, a nawet brał za to pieniądze. Podobno opozycjoniści z kręgów WZZ wiedzieli to lub się tego domyślali już pod koniec lat '70. Sam Wałęsa w 92 przyznał, że "coś tam podpisał". No i co z tego? Ważne jest to, że sam Wałęsa współpracę z SB zerwał, a gdy SB zaczęła go nachodzić pod koniec lat '70 żeby odnowić współpracę, wyrzucił ich.

A najważniejsze są zasługi Wałęsy dla Polski od Sierpnia 80 do czerwca 89. Tego nikt Wałęsie nie odbierze. Ani sierpniowych strajków, ani karnawału Solidarności, ani tego, że nie załamał się - znów samotny - w trakcie internowania, ani że nie poddał się szykowanym przeciwko niemu w latach '80 SBeckim fałszywkom i prowokacjom, ani Okrągłego Stołu. Pokojowej Nagrody Nobla i przemówienia w Kongresie Stanów Zjednoczonych też nie. 

Nie wątpię, że lepiej by było, gdyby Wałęsa się wtedy, w 1992, przyznał do współpracy z SB dwadzieścia lat wcześniej, gdyż ta współpraca w niczym nie umniejszała jego późniejszych zasług. No, ale nie przyznał się. Szkoda.

Pewien mój znajomy przytomnie zauważył, że łatwiej jest napisać "Wałęsa był TW i mamy na to dowody" niż wdawać się w te wszystkie rozważania. Łatwiej napisać, a i przekaz jest prostszy.

No właśnie, jaki to przekaz? 

Po pierwsze, można się zapytać, co w latach '70 robili dzisiejsi Katoni? Ano, nie robili nic lub bardzo niewiele - bo byli za młodzi, bo zanadto się bali, bo nie wiedzieli, że w ogóle można coś robić, bo nie wierzyli w skuteczność oporu, bo im w ówczesnym systemie było całkiem dobrze, powodów pewnie było wiele - ale dzisiaj ich ówczesna małość aż parzy w zestawieniu z wielkością Lecha Wałęsy z samego roku 1970 i później, od końca lat '70 aż do 1989. Ponieważ siebie wywyższyć nie mogą, usiłują poniżyć i splugawić Wałęsę, żeby ich małość nie kłuła w oczy i żeby, dajmy na to, nasz żałosny Człowieczek Wolności mógł wyglądać na prawdziwego przywódcę.

Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Jest jednak drugie dno.

Rządząca nami prawica, mała i nikczemna, próbuje bowiem wprost powiedzieć, a jeśli nie powiedzieć, to przynajmniej dać do zrozumienia, że skoro Wałęsa kiedyś tam był Bolkiem, to SB stale nim sterowała, że jego prezydentura służyła budowie III RP pod dyktando komunistycznych służb specjalnych, że ostatecznie tylko dzięki temu władzę mógł objąć zbrodniczy rząd PO-PSL. Zastanówmy się nad tym.

Czy w otoczeniu prezydenta Wałęsy mogli być agenci SB? Mogli. Wałęsa - zwłaszcza po zerwaniu ze swoimi doradcami, Mazowieckim, Geremkiem i całą resztą - miał skłonność do otaczania się nieciekawymi postaciami. Mogli tam być SBcy, i prawie na pewno byli. A czy mogli coś Wałęsie podszeptywać? No, skoro byli, to tak. A czy Wałęsa ich słuchał? Niewykluczone, że niekiedy tak.

Ale co ci agenci podszeptywali? Czy coś w duchu "więcej kasy i więcej osobistych gwarancji dla mnie", a poza tym - żeby zacytować klasyka, nieżyjącego już działacza SLD - "chwała nam i naszym kolegom", czy też snuli jakiś misterny, niezwykle złożony plan podporządkowania sobie Polski, a właściwie utrzymania nad nią kontroli? Czy zgarniali pod siebie, czy rękami Wałęsy rozgrywali jakąś skomplikowaną grę? Jeśli to pierwsze, to przykre, ale w gruncie rzeczy niegroźne, zwłaszcza z perspektywy tak wielu lat. Jeśli to drugie, to znacznie gorzej. Ale na to drugie, na istnienie skomplikowanego, wieloletniego planu komunistycznych służb specjalnych realizowanego rękami prezydenta Wałęsy, nie ma żadnych dowodów. Ani nawet żadnych przesłanek świadczących o tym, że taki plan w ogóle mógł powstać.

Istnienie takiego planu zakładałoby uznanie, że PRLowskie służby specjalne miały wielkie kompetencje intelektualne, organizacyjne i analityczne. A przecież gołym okiem widać, że nie miały. Nie przewidziały załamania gospodarczego Polski, upadku komunizmu w Polsce, ZSRR i reszcie bloku sowieckiego, nie przewidziały zwycięstwa Solidarności w wyborach 4 czerwca - no przecież ordynacja była tak skonstruowana, żeby Solidarność nie mogła wygrać, a jednak wygrała! - nie miały spójnego planu co zrobić po objęciu władzy przez Solidarność (czego też nie przewidziały), poza "ratuj się, kto może", czyli palmy teczki i uwłaszczajmy nomenklaturę. Oczywiście, zostały jakieś grupy, może nawet jakieś struktury post-specjalne, ale one zajęły się ratowaniem własnych tyłków i robieniem pieniędzy w niezliczonych aferach wczesnych lat '90. (Zauważmy w nawiasie, że po jakimś czasie nawet i to się wyczerpało: w Polsce nie powstała oligarchia na wzór rosyjsko-ukraiński, nie zaczęli rządzić nieusuwalni satrapowie - to się akurat być może zmienia - a nawet mafia bardzo straciła na wpływach i znaczeniu.) Przypuszczać, że zakonspirowane pozostałości służb wcielały w życie jakiś skomplikowany, rozpisany na kilkanaście lat plan, penetrujący i chaos rozpadającego się świata postsowieckiego, i problemy gospodarcze i społeczne, z jakimi nigdy się wcześniej nie zetknęli, interesy krajów zachodnich, które nagle zaczęły mieć dla nas znaczenie, a wreszcie trudne do ogarnięcia turbulencje naszej własnej polityki, to nie byłaby nawet teoria spiskowa, ale zwykła naiwność.

Nie ma o czym mówić.

Wracając do ogłoszonych przez IPN rewelacji, to w warstwie faktograficznej mamy do czynienia albo z bardzo dobrze spreparowaną fałszywką, albo trzeba przyznać, że Lech Wałęsa ponad czterdzieści lat temu był agentem Bolkiem. Tylko że z tego niewiele już dzisiaj wynika. Ani nie odbiera Lechowi Wałęsie jego wielkich zasług dla Polski w latach '80, ani nie czyni jego prezydentury gorszą (lub lepszą), niż była, ani nie stanowi dowodu, że III RP była wynikiem spisku służb specjalnych.

W warstwie symbolicznej jest to natomiast atak na jedną z postaci ucieleśniających czas miniony, wobec którego Człowieczek Wolności jest jedynie śmieszny. Nawet jeśli każe sobie kupić wyższą drabinkę lub urządzić pięć następnych gali w stylu Kim Ir Sena.

sobota, 28 stycznia 2017

Nicola Porpora, Germanico in Germania, Capella Cracoviensis plus soliści, dyrygował Jan Tomasz Adamus.

Dawno nie pisałem o muzyce? Wczorajszy koncert jest okazją, by do tego wrócić.

Po tym, gdy Kraków wyrzucił Filipa Berkowicza, formuła Opera Rara zmieniła się - moim zdaniem na gorsze. Ale wczoraj było, jak dawniej: Wykonanie nieco zapomnianej opery barokowej, z dziwacznym i ahistorycznym librettem, w formacie koncertowym,  w Teatrze Słowackiego, z udziałem znanych solistów. 

Powiedzmy szczerze, muzyka Porpory nie jest szczególnie porywająca, tym bardziej można się było skupić na tym, jak poszczególni artyści śpiewali.

A śpiewali całkiem dobrze. Kontratenor Max Emanuel Cenčić jest tak dobry, że gdy tylko mu się chce - a wczoraj mu się nawet chciało, co było miłym kontrastem w stosunku do jego poprzednich występów w Krakowie - jest bez zarzutu i słucha go się z dużą przyjemnością. Grecka mezzosopranistka Mary-Ellen Nesi i rosyjska sopranistka o bardzo orientalnej, zapewne tatarskiej urodzie, Dilyara Idrisova, wypadły bardzo dobrze; chyba właśnie śpiew Idrisovej najbardziej mi się wczoraj podobał. Sopranistka Marzena Lubaszka ma ładny głos i śpiewa bardzo dobrze, niestety, dość cicho. Ponieważ Lubaszka zastąpiła w obsadzie inną, pierwotnie anonsowaną śpiewaczkę, orkiestra była wyraźnie ustawiona pod mocniejszy głos i miejscami wprost zagłuszała Lubaszkę. Węgierski tenor György Hanczár śpiewał poprawnie i to chyba wszystko, co można o nim powiedzieć.

Rozczarowaniem była dla mnie druga rosyjska sopranistka, Julia Lezhneva, obok Cenčica największa gwiazda wieczoru. Lezhneva nie jest już tą młodziutką, nieśmiałą dziewczyną, która kilka lat temu po raz pierwszy pojawiła się w Krakowie. Mimo, że wciąż jest młoda - ma 27 lat - jest już śpiewaczką dojrzałą. Trochę przytyła i, jakby to ująć, "zmężniała". Ma cudowną barwę głosu, głos jest przy tym czysty i donośny, nie ma najmniejszych trudności technicznych - niektóre rzeczy wyśpiewuje trochę w stylu Viviki Genaux, wykonując niesamowite, nieludzkie wprost, trudne do ogarnięcia ruchy wargami i policzkami; technicznie efekt jest niesamowity! - ale chyba trochę zmieniła ustawienie głosu, przybiera inną pozycję do śpiewu; być może jest to związane z drobnymi w końcu zmianami w jej fizycznej budowie. No i jakoś mi to nie brzmi. Coś jest nie tak. Do tego nabrała jakiejś takiej nieprzyjemnej maniery scenicznej, toczy wzrokiem po sali jak śpiewaczka sprzed stu lat. Publiczność dawała jej wielkie brawa, a my nie. Czemu zachwyca, skoro nie zachwyca?

Przyszło mi w którymś momencie do głowy, że Julia Lezhneva będzie tak samo wyglądać i tak samo śpiewać przez najbliższe dwadzieścia lat. 

Orkiestra - krakowska, ale w bardzo międzynarodowym składzie - grała nader przyzwoicie, poza jednym momentem. Otóż w kończącej pierwszy akt arii Son qual misero róg ma, w zamyśle, grać w kontrapunkcie z solowym sopranem. No i róg w tym fragmencie okrutnie fałszował. Fałszował. Fał-szo-wał. Podobno gra na rogu jest bardzo trudna, ale lepiej, gdyby go tam nie było.

Poza tym wszystko w porządku. Można powiedzieć, przyjemny wieczór, ale bez rewelacji.

sobota, 21 stycznia 2017

Powiada się, że spory i różnice poglądów są czymś normalnym w demokratycznym społeczeństwie.

Otóż nie w Polsce.

Ja uważam PiS za straszliwe zło, które dotknęło Polskę. Z trudem przywołuję resztki mojego chrześcijaństwa, by stwierdzić, że co prawda przywódcy PiSu to szkodniki - Jarosław Kaczyński jest kimś na kształt średniego Gomułki, pan Zbyszek jest jednym z większych egocentryków, jakich ziemia nosiła, Antoni Macierewicz jest regularnie obłąkany (albo jest ruskim agentem, tertium non datur), Ryszard Terlecki, Joachim Brudziński, Jarosław Gowin i kilku innych to trudni do ogarnięcia cynicy, a reszta towarzystwa, państwo Duda, Szydło, Zalewska, Błaszczak, Waszczykowski, są zwyczajnie głupi - ale to nie znaczy, że wolno im okazywać pogardę. Ludźmi nie wolno gardzić, nawet jeśli uznajemy ich za głupców lub cynicznych szkodników. Jak powiadają Desiderata, głupi też mają swoją opowieść.

Wyborcy PiSu, cóż, niektórzy głosowali na tę partię ze względu na swój osobisty interes (co w demokracji jest jak najbardziej uprawnione!), ale większość, jak sądzę, kierowała się dobrą wolą, ale popełniła kardynalny błąd uznając, że partia ta będzie dobrze służyć Polsce. W rzeczywistości PiS Polsce szkodzi, służąc jedynie interesom bardzo wąskiej grupy swoich przywódców. Ludzie mają jednak prawo do błędu i życzę wyborcom PiSu - a także sobie i w ogóle całej Polsce - żeby jak najszybciej się z tego błędu otrząsnęli.

W odpowiedzi słyszę, że ci, którzy protestują przeciwko polityce obecnego rządu, to gorszy sort obarczony genem zdrady, "komuniści i złodzieje", SBecy i dzieci SBeków lub też ludzie specjalnej troski. Kto nie z nami, ten przeciwko nam: PiSowscy neobolszewicy, ukształtowani w czasach realnego socjalizmu, roją sobie o jedności moralno-politycznej Narodu, oczywiście pod swoim przywództwem. Kto tego przywództwa nie uznaje, celów nie podziela, nie ma prawa nazywać się Polakiem. Od zarzutu świadomego działania na szkodę Polski przeciwników PiSu może uchronić tylko upośledzenie umysłowe. To, że ktoś może kochać Polskę i starać się działać dla jej dobra, a jednocześnie nie podziela ideałów PiSu, jest w PiSowskim dyskursie nie do pomyślenia.

Być może to ja nie mam racji w ocenie tego, co jest dobre dla Polski i co robi PiS. Nie sądzę, aby tak było, ale dopuszczam taką możliwość. Może więc nie mam racji, mylę się, ale to jednak nie czyni ze mnie zdrajcy ani też nie dowodzi, że jestem niespełna rozumu lub że nie jestem Polakiem, a wobec tego nie dziwota, że źle życzę Polsce - a to właśnie słyszę ze strony przywódców PiSu i wielu zwolenników tej formacji.

I to utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak mam rację.

niedziela, 15 stycznia 2017

Martwiłem się ostatnio, że internety stają się coraz mniej kreatywne. Wiarę w ludzkość przywrócił mi fejsbukowy profil San Escobar.

Najpierw ze wzruszeniem dowiedziałem się, że dzisiaj gra tam Gran Orquesta Caridad de Navidad.

Później przeczytałem, że tworzona jest nowa, uaktualniona mapa San Escobar i turyści z Polski proszeni są o zgłaszanie swoich uwag i propozycji. Moje trzy ulubione:

3. Znane z wyjątkowej kawy miasteczko La Lura.

2. Las Dudas, z największą na świecie fabryką długopisów.

1. Leżące w pobliżu Su Vereno, słynące ze swoich fioletowych wód jezioro De Naturato.

Dzięki ci, ministrze Waszczykowski!

poniedziałek, 09 stycznia 2017

Zagadnienia prawno-ustrojowe większości ludzi wydają się abstrakcyjne i oderwane od rzeczywistości. Nie są, ale w czasach postprawdy nieważne, co jest, ważne, co się komu wydaje, że jest. Ludzie widzą jednak, że ktoś przeciwko władzy PiS protestuje i że protest ten cieszy się pewnym społecznym poparciem. Władza, w swoich bolszewickich ciągotach, tęskni na czasami "jedności moralno-politycznej Narodu" (w czasach Gierka słowo "naród" pisano jednak, zgodnie z zasadami gramatyki, przez małe "n"), więc żadnych protestów nie toleruje, protestujących zaś chce ośmieszyć i zdyskredytować. I oto kilku panów, pretendujących do roli przywódców opozycji, pięknie i własnoręcznie się PiSowi podłożyło.

W krótkim czasie wybuchły dwie afery.

Po pierwsze, w Sejmie trwa protest przeciwko manipulacjom PiS przy głosowaniu ustawy budżetowej i innych ustaw (patrz Atrapa). W ramach tego protestu Platforma i Nowoczesna prowadzą cokolwiek surrealistyczną okupację - rotacyjną okupację - Sali Posiedzeń Sejmu (na co PiS, nawiasem mówiąc, odpowiada równie groteskowo, zabijając boczne drzwi do Sali Kolumnowej dyktą i zastawiając korytarze stertami krzeseł, żeby opozycji maksymalnie utrudnić zgłaszanie kłopotliwych wniosków formalnych, gdyby posiedzenie miało tam zostać przeniesione). Protestujący posłowie podkreślają swoje poświęcenie: walcząc o Sprawę, zrezygnowali ze spędzania Bożego Narodzenia z rodzinami i z zabaw sylwestrowych. Tymczasem lider Nowoczesnej, Ryszard Petru, wraz z domniemaną kochanką, poleciał na Sylwestra do Portugalii. Mieli polecieć na Maderę, ale afera wybuchła, zanim tam dolecieli, więc zostali na kontynencie i szybciutko wrócili do Warszawy. Petru nie złamał prawa, za bilety zapłacił sam, jest dorosły, opinii publicznej nic do tego, z kim spędza wakacje, tym bardziej, że nigdy nie epatował swoimi katolickimi poglądami, słowem, myśli Petru, nie powinno być żadnej sprawy. A jednak jest.

Cóż to bowiem za okupacja i cóż to za poświęcenie, gdy w Sejmie posiedzi się kilka-kilkanaście godzin, a potem można iść do domu, na bal albo do Portugalii, bo dalszy protest poprowadzą inni posłowie, których po odpowiednim czasie zmieni ktoś jeszcze inny? Wakacje jednego z liderów protest dezawuują, tym bardziej, że sam Petru kilka dni wcześniej wyrzucał dr. Dudzie, że ten jedzie sobie na narty zamiast próbować znaleźć jakieś wyjście z sejmowego klinczu. Opinia publiczna otrzymała jasny sygnał, że Petru na znalezieniu rozwiązania też zbytnio nie zależy.

Jest jeszcze jeden aspekt, który chyba umyka większości komentatorów: To prawda, że coraz więcej Polaków może sobie pozwolić na zagraniczne wakacje, ale większości na to nie stać, a i ci, których stać, na ogół jeżdżą na wczasy all inclusive w ośrodkach obsługujących masową publiczność. Sylwestrowy wypad na Maderę to coś, na co mogą sobie pozwolić tylko członkowie zamożnej elity. Jeśli chcemy przekonać Szeroką Publiczność, zwykłych ludzi, że sprawy, o które walczymy w Sejmie, są ważne, nie możemy jednocześnie demonstrować naszego oderwania, alienacji, wywyższania się nad innych. PiS ciągle powtarza, że protesty odbywają się wyłącznie w interesie elit, bojących się utraty swoich dotychczasowych przywilejów - no i masz, jeden z przywódców protestu demonstruje, że stać go na więcej, niż zwykłych Polaków. Tak, jak ośmiorniczki, spożywane przez Platformianych ministrów, stały się symbolem alienacji tej formacji - nieważne, co oni tam mówili (zresztą nic strasznego nie mówili), ważne, że ich zachowanie uznano za dowód oderwania tych polityków od zwykłych ludzi - tak Madera zapewne stanie się symbolem przepaści dzielącej lidera Nowoczesnej od wyborców, o których głosy powinien zabiegać. Bo jeśli miałby zabiegać tylko o tych, których stać na wakacje na Maderze, to już przegrał.

Bohaterem drugiej afery stał się lider KODu, Mateusz Kijowski. Twierdził on, że za pracę dla KOD nie pobiera żadnego wynagrodzenia, tymczasem okazało się, że firma jego i jego obecnej żony w ciągu pół roku wystawiła KODowi faktury za usługi informatyczne na kwotę 90 tysięcy złotych. Co więcej, nie wiedziała o tym ani opinia publiczna, ani - podobno - nawet część Zarządu KOD.

No i znów, to, że KOD Kijowskiemu płacił, nie jest nielegalne. Jest też jasne, że Kijowski z czegoś musi żyć, a ponieważ sprawom KODu poświęca mnóstwo czasu, powinien być za to wynagradzany. Gdy jednak okazuje się, że organizacja finansowana wyłącznie z dobrowolnych składek płaci swojemu liderowi niemałe pieniądze, a w dodatku wygląda na to, że chciano ten fakt ukryć, sprawia to fatalne wrażenie. Na świecie było wiele skandali związanych z tym, że ludzie wpłacali na jakiś szczytny, w ich mniemaniu, cel - mogło to dotyczyć polityki, ale także organizacji religijnych - a potem wychodziło na jaw, że znaczną część tych pieniędzy przejmowali przywódcy na swoje potrzeby. To naprawdę jest oburzające. Jeśli KOD chciał Kijowskiemu płacić, powinien robić to jawnie, nie ukrywając tego faktu: skrajną polityczną naiwnością i głupotą było przypuszczenie, że wypłaty dla Mateusza Kijowskiego nie staną się publiczne i że przeciwnicy KOD nie będą się wykorzystywać niejasności do zohydzenia i wyśmiania KODu.

W dodatku niektórzy spekulują, że Kijowski wybrał ten sposób zapłaty - faktury wystawiane przez firmę, nie wynagrodzenie dla człowieka - aby ukryć pieniądze przed komornikiem, ścigającym go za zaległości w płaceniu (zbyt wysokich, zdaniem Kijowskiego) alimentów. Tego nie wiem. Byłby to podwójny skandal. 

Jest oczywiście prawdą, że problemem Polski nie są wakacje Ryszarda Petru czy 90 tysięcy Mateusza Kijowskiego (nawiasem mówiąc, o to ostatnie najbardziej obłudnie oburzają się przeciwnicy KOD, których to finansowo nigdy nie dotyczyło; ja na KOD wpłacałem, więc, w pewnym sensie, mam prawo się oburzać). Większym problemem jest milion wydawany rocznie z publicznych pieniędzy na ochronę Kaczyńskiego, miliony prawem kaduka przyznane panu dyrektorowi Rydzykowi i innym organizacjom kościelnym czy 4 miliardy (sic!) złotych, które klientom SKOKów PiSowskiego darczyńcy i senatora Grzegorza Biereckiego musiał zwrócić Bankowy Fundusz Gwarancyjny, a także pieniądze marnowane na hojne programy rozdawnictwa socjalnego. Jeszcze większym problemem będzie kretyńska i pod każdym względem szkodliwa "reforma" edukacji, którą właśnie podpisał pan Andrzej Duda (naiwni i pełni dobrej woli ludzie liczyli, że jednak ją zawetuje, tymczasem żadnych złudzeń, panowie). Owszem, to są o wiele poważniejsze problemy. Ale jeśli opozycja będzie się w małych w gruncie rzeczy sprawach kompromitować tak, jak Petru i Kijowski, Kaczyński nie będzie miał z kim przegrać. O ile dojdzie w Polsce do jakichś wyborów.

W internetach można znaleźć złośliwy wierszyk:

Czarne są piaski Madery
A oczy dziewczyny są śliczne.
Kurewsko ostatnio są drogie
Usługi informatyczne.

No, niestety...

 

sobota, 24 grudnia 2016

Bóg się rodzi, moc truchleje, słyszymy w najbardziej uroczystej z polskich kolęd, śpiewanej na melodię poloneza koronacyjnego królów Polski. Bóg się rodzi, moc truchleje.

Dla wierzących słowa te mają jasny sens religijny. Myślę jednak, że i wierzący, i niewierzący dostrzegą ich sens metaforyczny: Im więcej na świecie dobra, miłości, przyjaźni, zaufania, prawdy, miłosierdzia, tym słabsze są siły zła. Zła, które przecież rodzi się w nas, w naszej pysze, złości, głupocie, ignorancji, egoizmie, małostkowości. Postarajmy się, aby na świecie przybywało dobra.

Wesołych Świąt! 

Gerard van Honthorst, Pokłon pasterzy, 1622

sobota, 17 grudnia 2016

Cóż za zamieszanie dzisiaj w Sejmie! Zaczęło się od tego, że marszałek Kuchciński z błahego powodu wykluczył z obrad jednego posła Platformy, zarzucając mu - bezpodstawnie! - że uniemożliwia obrady. To wkurzyło opozycję, która in gremio zaczęła blokować mównicę. Wykluczenie owego posła było najwyraźniej iskrą, która rozpaliła pokłady złości i frustracji: PiS posłów opozycji ostentacyjnie lekceważy, odbiera głos, uniemożliwia zadawanie pytań. Naczelniczka i jego obmierzłych pomagierów wyraźnie to wszystko cieszy. Wykluczenie posła przelało czarę goryczy. Kuchciński sobie z tą sytuacją nie poradził i zarządził przerwę.

Wznowienie obrad było dla PiSu ważne, bo dziś miały być uchwalane dwie ustawy: budżet państwa i ustawa deubekizacyjna. Sytuację w tym momencie zapewne można było opanować: Opozycja przecież zdawała sobie sprawę, że PiS ma tę kilkugłosową przewagę, więc jak się zmobilizują, to uchwalą, co zechcą. Kłopot, ale nie tragedia. Można było przy tym wobec opozycji argumentować, że nie powinna się ona narażać na zarzut, że złośliwie uniemożliwia przyjęcie ustawy budżetowej. Wystarczyłyby zapewne jakieś drobne gesty rekoncyliacyjne. Zamiast tego naczelniczek Kaczyński, wraz z pewną wyjątkowo wredną osobą nazwiskiem Mazurek, zaczął opozycji wymyślać od chuliganów i grozić, że oni wszyscy zostaną ukarani. To, rzecz jasna, opozycję jedynie usztywniło, więc kontynuowała okupację Sali Plenarnej. PiSowi w końcu udało się zgromadzić kworum, więc Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, gdzie Sejm, a raczej PiS, uchwalił, co chciał.

Ale czy uchwalił? To znaczy, czy to posiedzenie w Sali Kolumnowej było ważne? Głosowania odbywały się ręcznie, bez pomocy maszyn do głosowania. Głosy liczyli posłowie-sekretarze. Kworum przekroczono, jak podaje Kuchciński, ledwo o sześć głosów. A jeśli sekretarze się pomylili? Poza tym to PiS w interesie PiSu liczył PiSowi głosy, może więc sekretarze chcieli się pomylić? Nie było zapewnionej bezstronności. Na sali nie było kamer, więc nie można na podstawie ich zapisu sprawdzić, ilu posłów było obecnych. Poseł Nitras z Platformy chciał złożyć formalny wniosek o sprawdzenie kworum, ale posłowie PiS fizycznie uniemożliwili mu podejście do stołu prezydialnego, więc marszałek Kuchciński udał, że wniosku posła nie słyszy. W ogóle posłowie opozycji nie byli wpuszczani przez Straż Marszałkowską bocznymi drzwiami, główne zaś wejście blokowali im posłowie PiS. Być może kworum było i głosowania były ważne, ale ponieważ nie można tego było obiektywnie, bezstronnie zweryfikować, wątpliwości pozostają.

(Uzupełnienie: poseł Krzysztof Brejza opublikował film, z którego wynika, iż posłowie PiS, w tym pan Zbyszek, podpisują listę obecności już po formalnym zakończeniu posiedzenia. A więc tym bardziej nie wiadomo, czy na posiedzeniu byli i wzięli udział w głosowaniu.)

Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby i powinien to rozstrzygnąć, de facto już nie ma.

Ciekawe, co się stanie, gdy któraś z tysięcy osób, którym na podstawie uchwalonej dziś - podobno uchwalonej - ustawy deubekizacyjnej drastycznie obniżona zostanie emerytura, zakwestionuje to przed sądem, podnosząc fakt, iż ustawa była uchwalona w sposób wadliwy, a zatem nie obowiązuje? A mamy jak w banku, że takie protesty się pojawią.

Nawiasem mówiąc, ustawa deubekizacyjna to jest spektakularny strzał w stopę. Nie w stopę rządu, ale w naszą. Nie wiem, czemu PiS to robi. Może tak strrrasznie chcą, po latach, podkreślić swój mniemany antykomunizm, a może trywialnie szukają każdego grosza, bo im brakuje na program rozdawnictwa socjalnego? Policjanci, BORowcy, żołnierze widzą jednak, że skoro można znacząco obniżyć emeryturę każdemu, kto choć jeden dzień służył w formacjach podległych SB, ale został pozytywnie zweryfikowany i potem przez lata nienagannie pełnił służbę dla Polski, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby za jakiś czas, gdy w budżecie znów pojawi się dziura, równie znacząco obniżyć emeryturę tym funkcjonariuszom, którzy służyli - powiedzmy - przed październikiem 2015. Zasada, iż państwo docenia swoich funkcjonariuszy mundurowych za rzetelną służbę, została bezpowrotnie złamana. Policjanci i cała reszta widzą, że Polska się na nich wypina, że z sufitu wzięty "grzech pierworodny" unieważnia wszystko, co dobrego dla Polski zrobili. Wobec tego, po co się dla tej Polski narażać? Czemu pirotechnik ma rozbrajać bomby, ryzykując życiem i tym, że jego żona dostanie potem głodową rentę? Czemu policjanci mają ścigać bandytów - takich zwykłych złodziei, oszustów czy przemytników - męczyć się i narażać, skoro Polska im mówi, że jeśli uznamy cię za politycznie nieodpowiedniego, bo na przykład otrzymałeś awans lub medal za rządów Platformy, to ci odbierzemy emeryturę niezależnie od tego, czy się do policyjnej roboty przykładałeś, czy ją tylko pozorowałeś? Jedni funkcjonariusze odejdą ze służby, inni dogadają się z przestępcami: ja będę udawał, że was ścigam, a wy mi będziecie coś tam odpalać; przynajmniej będę miał z czego żyć na emeryturze. A nawet jeśli mi nie będziecie mi nic odpalać, to ja, udając, nie będę się narażał i mniej się zmęczę. Oto, co nam szykuje PiS. Ciekawe, czy oni - PiS - tego nie dostrzegają, czy też dostrzegają, ale są ideologicznie zacietrzewieni, czy wreszcie myślą w horyzoncie czasowym najbliższego budżetu? Ponieważ większość posłów PiS to tchórzliwi durnie, całkiem możliwe, że zwyczajnie takiego niebezpieczeństwa nie dostrzegają.

Wracając do sejmowych wydarzeń dnia dzisiejszego (wczorajszego, bo jest już po północy), PiS pokazał, że procedury sejmowe mają już tylko znaczenie formalnego rytuału, że są one pozbawione jakiejkolwiek pozytywnej treści. Sejm stał się jedynie atrapą. Nikt z PiSu nie udaje, że liczą się jakieś argumenty merytoryczne, a choćby dobre obyczaje. Liczy się tylko arytmetyka. Sami posłowie PiS nie mają nic do powiedzenia. Stanowią jedynie bezmyślną maszynkę do głosowania i robią to, wyłącznie to i w całej rozciągłości to, czego zażyczy sobie naczelniczek. Ten zaś utwierdził się w przekonaniu, że buta i pogarda, w połączeniu z dość przypadkowo zgromadzoną większością, pozwala na wszystko. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? 

Ciekawe, do czego to wszystko doprowadzi. Nie, nie ciekawe. Straszne. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30