Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 03 sierpnia 2009

To zadziwiające, ale odkąd Anuszka napisała o kulcie cargo, a ja wdałem się z nią w dyskusję, coraz częściej dostrzegam coś, co da się w tych kategoriach zakwalifikować. Oto w dzisiejszym Newsweeku Grzegorz Kostrzewa-Zorbas pisze (Newsweek jeszcze nie daje tego w wersji elektronicznej):

Sprawę tarczy antyrakietowej rozegraliśmy źle. Nie powiedzieliśmy jasno, że nie chodzi nam o instalację militarną, ale o amerykańskie gwarancje dla Polski.

To moja teza. Liczą się długoterminowe gwarancje amerykańskie, zgoda na tarczę miała tylko przekonać Amerykanów do udzielenia takowych gwarancji. Pisałem też, że kładzenie przez władze Polski całego nacisku na tarczę antyrakietową, może okazać się chybioną inwestycją. No i proszę, Amerykanie się z budowy tarczy - a przynajmniej z budowy tarczy w Polsce - wycofują, a myśmy nie uzyskali ani gwarancji długoterminowych, ani korzyści doraźnych, cargo. Przy czym powtarzam, długoterminowe gwarancje amerykańskie dla Polski to nie jest cargo, tylko najżywotniejszy strategiczny polski interes narodowy, tu zdania nie zmieniłem. I Polska będzie na te gwarancje musiała ciężko zapracować.

Kostrzewa-Zorbas pisze dalej

Wstrząsem dla Polaków może okazać się koniec epoki nieustannego, wręcz należącego się nam - prymusom Europy Środkowej - rozwoju i awansu.

No właśnie, jest jasne, ba, jest oczywistą oczywistością, że przedstwiciele cywilizacji bardziej rozwiniętej (Stany, Europa Zachodnia) powinni - i będą! - dostarczać przedstawicielom cywilizacji gorzej rozwiniętej dóbr wszelakich, tylko dlatego, że oni to oni, a my to my. To jest kult cargo w postaci czystej.

Widzę, że przynajmniej część polskich polityków zaczyna myśleć o międzynarodowej roli Polski i czekających ją zadaniach w sposób nie-magiczny. To dobrze.

środa, 29 lipca 2009

Informacja z paska w TVN24:

Administracja Obamy nie wyklucza członkostwa Rosji w NATO.

O proszę, tu jest link:

W ten sposób Waszyngton chce doprowadzić do poprawy relacji z Moskwą.

Pomijam już anglicyzm "relacje" (tylko proszę się mnie nie czepiać, że niekiedy to słowo nie jest anglicyzmem - wszystko zależy od kontekstu), chodzi o meritum. Rosja w NATO to byłby chichot historii - przypomnijmy sobie formalny powód powstanie Układu Warszawskiego (odrzucenie kandydatury ZSRR do NATO, czego Sowieci zażądali po przyjęciu do NATO Niemiec Zachodnich). Zarazem postawa "administracji Obamy" dowodzi, że - jak wielu się obawiało - they don't have a clue odnośnie do roli Rosji w Europie Środkowej i Wschodniej. Choć z drugiej strony, czy oczywisty dla nas pogląd, że Stany powinny zawsze i bez wyjątku zwracać uwagę na nasze oczekiwania, jeśli chodzi o ich politykę zagraniczną, nie jest przejawem kultu cargo

wtorek, 28 lipca 2009

Anuszka dwa razy napisała ostatnio o kulcie cargo: raz na Młodym Fizyku, drugi raz na prywatnym blogu swoim i męża. W tym drugim wypadku Ani chodzi o zabiegi polskich polityków mające na celu instalację amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce. Ania uważa to za bezsensowny objaw kultu cargo, magiczny apel do Stanów, aby

zaczęły znów przystawać do [polskich] kolorowych marzeń z lat komunizmu: By były dla nas bezinteresownym dobrym wujkiem, dawcą wszelkich łask i ziemią obiecaną.

Dla Anuszki jest to

coś w rodzaju zabobonnej wiary w bóstwo, które uchroni nas od katastrof, jeżeli złożymy mu odpowiednio dużo darów ofiarnych, wypalimy odpowiednio dużo kadzidła i spełnimy jego rytualne oczekiwania.

Ja, jak to pisałem i w komentarzach do wpisu Anuszki, i wcześniej na tym blogu, uważam, że zabieganie przez Polskę o militarną przychylność Ameryki jest uzasadnione, choć nie jestem pewien, czy akurat tarcza antyrakietowa (nie działa, sami Amerykanie nie wiedzą, czy jej chcą, nawet gdyby działała) jest najlepszym na to sposobem. Ania się ze mną nie zgadza i nie widzi powodów, dla których akurat Polska miałaby o szczególne względy Ameryki zabiegać. Ja obstaję przy swoim, aczkolwiek zastanowiwszy się nad tym chwilę, muszę przyznać, że Anuszka po części ma rację.

Kult cargo pojawia się po zetknięciu cywilizacji rozwiniętej i prymitywnej; przedstawiciele tej prymitywnej oczekują, że ci rozwinięci zapewnią im wszystkie dobra. Otóż niektórzy politycy i znaczna część opinii publicznej w Polsce zachowuje się tak, jakby w istocie wyznawali kult amerykańskiego cargo - przypomnijmy sobie to irracjonalne oczekiwanie, a potem głośno wyrażane uczucie bolesnego zawodu, że Amerykanie nas dozbroją, wyszkolą, za bezcen sprzedadzą super nowoczesną broń, zniosą wizy i jeszcze zainwestują w offset. Dlaczego? Jak to, czyż trzeba jakichś powodów?! Przecież oni są A-m-e-r-y-k-a-n-a-m-i, a my Polakami! Tylko tyle i aż tyle.

Paradoksalnie, to ci polscy politycy, którzy są świadomi, iż na przychylność i wojskową pomoc Ameryki trzeba sobie zasłużyć - wysyłając polskich żołnierzy do Iraku i Afganistanu, nie zważając na wściekłość Rosji okazując gotowość do przyjęcia tarczy antyrakietowej - nie są wyznawcami kultu cargo. 

A najlepiej się sprawie Polski przysłuży przekształcenie Polski w kraj cywilizowany - do czego nam, niestety, wciąż daleko.

piątek, 10 lipca 2009

Dzisiejsza prasa donosi, że Tusk obiecuje nie podnosić podatków, jeżeli prezydent nie będzie czynił obstrukcji. Jak rozumiem, spornym problemem jest między innymi wypłata zysku z NBP. Tusk liczy na 10 miliardów dla budżetu, ale prezes Skrzypek powiada, że wpłaty nie będzie, bo nie będzie zysku. NBP musi bowiem tworzyć rezerwy na stabilizację kursu złotego, do czego zobowiązuje go ustawa. Tusk chciałby więc ustawę zmienić, a prezydencka obstrukcja, której Tusk chciałby uniknąć, miałaby polegać na zawetowaniu zmian.

Podatki to sprawa trudna i ja nie umiem merytorycznie powiedzieć kto ma rację, Tusk czy Skrzypek. Podniesienie podatków jest z jednej strony przykre i, co ważniejsze, tłumi popyt wewnętrzny i inwestycje, ale z drugiej strony może ta rezerwa stabilizacyjna by się jednak przydała? Gdyby bowiem, uchowaj Boże, Polska padła ofiarą kolejnego ataku spekulacyjnego, słono byśmy za to zapłacili. Czy informacja o tym, że NBP rezygnuje z tworzenia rezerw nie jest zachętą do takiego ataku? Tak sobie tylko gdybam, jestem wszak fizykiem, nie ekonomistą.

Boję się trochę, że Tusk chce uniknąć podnoszenia podatków głównie dlatego, żeby nie osłabić swoich szans w wyborach prezydenckich, a to już byłoby niebezpieczne. No, nie wiem, nie wiem...

We wczorajszej Gazecie Wyborczej Janusz A. Majcherek, publicysta, którego dotąd bardzo ceniłem, napisał nonsensowny artykuł o szkodliwości nauczania matematyki i fizyki. Polecam komentarze do tego artykułu na Młodym Fizyku i w blogu Edwina Bendyka.

Zapisuję w dziale "kryzys", bo tekst Majcherka dowodzi poważnego kryzysu myślowego u tego autora.

P.s. Po wprowadzeniu nowej kategorii, przeniosłem do działu Edukacja.

poniedziałek, 06 lipca 2009

Odejście Olechowskiego z Platformy zdaje się przesądzać sprawę: Kandydatem Platformy Obywatelskiej na urząd prezydenta będzie Donald Tusk. Tak to przedstawiają media, na przykład dzisiaj Onet, który cytuje Palikota, relacjonującego swoją rozmowę z Olechowskim:

Jedyne, czego oczekiwał Olechowski, to otrzymanie propozycji kandydowania na urząd prezydenta z list Platformy Obywatelskiej.

Ja to rozumiem. Sam także sugerowałem, że Olechowski mógłby być dobrym kndydatem Platformy, myślę, że lepszym, niż Tusk, choć nie tak dobrym, jak Buzek. Olechowski zapewne sam przeprowadził podobną analizę (może pomijając ostatnią część zdania). Niestety, cytując dalej Onet,

Start Olechowskiego w wyborach prezydenckich [z poparciem Platformy] wykluczyłby z nich Donalda Tuska. Odpowiedź Platformy była więc oczywista.

Wygląda więc na to, iż start Donalda Tuska traktuje się w Platformie jako oczywistą oczywistość. To bardzo niedobrze. Pisałem już, dlaczego uważam, iż znacznie lepiej byłoby, gdyby Tusk był premierem przez dwie kolejne kadencje Sejmu (i ewentualnie później kandydował na prezydenta), niż gdyby miał kandydować już w roku 2010.

Jacek Żakowski w dzisiejszym komentarzu także pisze, że Tusk nie powinien kandydować na prezydenta, może natomiast być premierem także przez następną kadencję parlamentarną. Żakowski argumentuje inaczej niż ja, pisze, że wiele osób głosuje na Platformę nie dlatego, że popierają tę partię, ale dlatego, że Platforma jest jedyną zaporą przez powrotem PiSu.

Nawet ci, którzy rok temu byli za Platformą i Tuskiem całym rozumem i sercem, dziś uzasadniając swój wybór, mówią zwykle: "A co, mam głosować na PiS?". Punktem zwrotnym była tu wymiana ministra sprawiedliwości. Wtedy wiara w PO zaczęła się rozrzedzać. Platforma może jednak rządzić jeszcze długo. Może wygrywać wybory i formować rządy. Nawet jeżeli będzie rządziła w sposób tak niezborny jak dotąd. Ale przywilej bezalternatywności nie dotyczy jej szefa jako kandydata w wyborach prezydenckich.

Żakowski celnie zauważa, że wyrzucenie Ćwiąkalskiego (ze strachu przed krytyką ze strony PiSu) było największym błędem Tuska. Sam Tusk natomiast może przegrać z "tym trzecim", jeśli tylko będzie to kandydat dostatecznie poważny.

Hasło: "Odsunąć Kaczora" do zwycięstwa nie starczy.

Żakowski nie wyciąga jednak ze swojej analizy ostatecznych wniosków. Otóż możliwa przegrana Tuska w wyborach prezydenckich byłaby dla niego osobistym upokorzeniem (którego mu nie życzę!), ale podcięłaby skrzydła nie tylko jemu, ale i całej Platformie. To zaś zaszkodziłoby Polsce, bo Platforma, jak pisałem, stanowi jedyną tarczę przed arcyszkodliwym PiSem. No i wciąż można mieć nadzieję, że Platforma jest, mimo wszystko, partią promodernizacyjną. Tusk, kandydując na prezydenta, ryzykuje więcej niż swoją osobistą karierę.

Dlatego apeluję: Panie Premierze Tusk! Może Pan być dobrym premierem jeszcze przez sześć lat. To byłoby dla Polski lepsze, niż Pański start w wyborach prezydenckich w przyszłym roku. To byłoby także lepsze dla Pana, bo historia zapamiętałaby Panu, że poświęcił Pan swoje osobiste ambicje dla dobra Polski. Panie Premierze! Niech się Pan zastanowi, póki nie jest jeszcze za późno, proszę...

niedziela, 28 czerwca 2009

Przeczytałem wywiad, jakiego GW udzielił George Soros (internetowa Gazeta daje w tej chwili tylko skrót), a także rozważania nad zgubnymi skutkami matematycznego analfabetyzmu. Soros straszy i zaleca dodatkowe regulacje rynku, co w ustach niegdysiejszego czołowego spekulanta brzmi nieco zabawnie (czyżby Szaweł stał się Pawlem?), artykuł o matematycznym analfabetyzmie powiela pewne fałszywe schematy, w obu miejscach zwraca się jednak uwagę na bardzo ważną rzecz: ślepą, niczym niuzasadnioną wiarę w to, że trendy rynkowe będą trwałe. Trend is your friend, ale przecież wzrost nie może być nieograniczony, każdy trend musi się kiedyś załamać. Powinno to było być jasne dla każdego, i kredytobiorcy, i kredytodawcy, no, ale nie było.

Zauważyłem, że źródłem kryzysu finansowego, na które chyba nikt jeszcze nie zwrócił uwagi, jest rozbieżność skal czasowych, w jakich operują banki, giełda i inne instytucje finansowe z jednej strony, realna zaś gospodarka z drugiej. Gdy bierzesz kredyt hipoteczny, twoją charakterystyczną skalą czasową jest 20-30 lat. Gdy przedsiębiorstwo podejmuje dużą decyzję inwestycyjną, myśli w skali kilku-kilkunastu lat, w zależności od rozmiaru inwestycji. Ale dla banku charakterystyczną skalę czasową wyznacza data najbliższego sprawozdania kwartalnego, dlatego też bank nie dba o to, czy ty lub twoja firma będzie w stanie spłacać kredyt za lat dziesięć, ale czy teraz, natychmiast zarobi na marży i czy teraz, natychmiast da się zły kredyt wyegzekwować lub czy teraz, natychmiast nie trzeba będzie utworzyć rezerwy na pokrycie złych kredytów, co obniży zysk. Zarządy firm giełdowych są w sytuacji zgoła schizofrenicznej: Z jednej strony muszą podejmować decyzje w perspektywie wielu lat, z drugiej są pod presją aktualnego kursu firmy, bo tylko to się liczy dla akcjonariuszy, którymi zresztą bardzo często są instytucje finansowe, prowadzące "agresywną politykę finansową", czytaj, spekulujące na akcjach i innych papierach wartościowych. Ponadto CEO doskonale wie, że za kilkanaście lat najprawdopodobniej nie będzie już w tej firmie pracował, liczy się dla niego pensja, którą straci, jeśli akcjonariusze go zwolnią, sam zaś jest wynagradzany akcjami, a więc i jemu samem zależy na krótkoterminowej zwyżce kursu. W tej sytuacji CEO podejmuje dycyzje wpływające na los firmy za wiele lat, ale naprawdę ważna dla niego jest perspektywa co najwyżej kilku miesięcy. Na domiar złego nieumiejętnie stosowane produkty inżynierii finansowej dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Nieumiejętnie stosowane: inżynieria finansowa jest bardzo trudna i większość menedżerów i bankowców jej po prostu nie rozumie. W tej formie inżynieria finansowa staje się kolejnym narzędziem spekulacji.

Opis ten dotyczy sytuacji sprzed kryzysu, ale teraz, gdy kryzys już trwa, nikt bodajże nie wie, jak działają rynki finansowe i gospodarka. Ba, one same zdają się tego nie wiedzieć. Dotychczasowy modus operandi załamał się, nowy się jeszcze nie pojawił. Jest też jasne, że krótka skala czasowa, charakterystyczna dla rynków i instytucji finansowych, z jednej sgtrony wynika z krótkowzrocznej chciwości, z drugiej ma swoją teoretyczną podbudowę w jednoczesnej wierze w trend (zaróbmy na trendzie!) i na wpół uświadomionej obawie, że trend kiedyś się załamie (zaróbmy teraz!).

Z fizyki wiadomo, że jeżeli w układzie zachodzą procesy o różnych skalach, to jeżeli skale te są ze sobą - w jakimś sensie - zgodne, procesy mogą się do siebie dostosować. Jeżeli skale są wyraźnie rozseparowane, procesy w jednej z nich efektywnie przebiegają w warunkach ustalonych wartości procesów w drugiej skali, same będąc tylko źródłem zaburzenia dla tych drugich. W przypadku styku rynków finansowych i rzeczywistej gospodarki, sytuacja jest bodajże najgorsza z możliwych. Skale czasowe są rozseparowane, więc procesy nie mogą się do siebie dostosować, ale nie są na tyle rozseparowane, żeby przestać się "widzieć". Wiadomo, że w układach dynamicznych sytuacja taka może prowadzić do różnorakich niestabilności.

Ciekawe, czy dałoby się sformułować jakiś formalny model w tym duchu.

 

środa, 24 czerwca 2009

Konsorcjum trzech wydziałów UJ - Matematyki i Informatyki, Chemii oraz Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej - znalazło się wśród zwycięzców konkursu na "kierunki zamawiane". Super, rewelacja, cieszmy się i weselmy, ale program ruszy tylko pod warunkiem zapisania odpowiednio dużej liczby studentów na I rok. Fizyka ma kłopot, bo rokiem bazowym, od którego liczy się "odpowiednio dużo", jest rok 2007/08, tymczasem w roku 2008/09 studia fizyki na UJ podzieliły się na fizykę i biofizykę. Całkowita liczba studentów pozostała bez zmian, ale to oznacza, że liczbę sudentów fizyki na UJ trzeba podwoić w stosunku do roku 2008/09. Cóż, cuda się zdarzają. Jedyną nie-cudowną możliwoscią byoby to, gdyby wszyscy ludzie, którzy wybierali się studiować fizyke na AGH lub Uniwersytecie Pedagogicznym (brzmi dumnie, nieprawdaż?) poszli na UJ, bo na UJ najlepsi mogą liczyć na wysokie stypendia (1000 PLN), a na tamtych uczelniach, które "kierunków zamawianych" nie zdobyły, nie.

Informatyka też ma kłopot, bo na UJ informatyki są dwie - na FAIS i na MII - obie mają status "zamawianych", obie niezależnie muszą zwiększyć liczbę studentów, więc będą ze sobą konkurować. Znów, jedyną szansą jest odpływ kandydatów z uczelni, które uczą informatyki, ale nie zdobyły statusu "zamawianego". W ogóle sama idea przekupywania kandydatów wysokimi stypendiami, żeby studiowali na kierunkach ścisłych i technicznych, jest chybiona w założeniu. Wysokie stypendia mogą co najwyżej powodować przepływy pomiędzy pokrewnymi kierunkami, natomiast nie zwiększą globalnej ilości studentów tych kierunków, a taki cel rzekomo miał ten program osiągnąć.

Przy tym prasa, jak to prasa, rozwodzi się głównie nad tym, kto kierunków zamawianych nie zdobył (AGH nie zdobyła, Politechnika Warszawska nie zdobyła, inne wielkie uczelnie nie zdobyły - czarna rozpacz). Uczelnie wygrane wymieniane są gdzieś pod koniec, drobnym drukiem. Najczęściej zresztą wymieniae są uczelnie na tyle dziwne - bo wśród wygranych są i takie - że poziom wykładanych przedmiotów budzi wątpliwości. Ale wśród wygranych jest i UJ, i UW, i UAM, i Politechnika Wrocławska - e, po co o nich pisać. To nieciekawe. News jest wtedy, gdy człowiek pogryzie psa, albo gdy konkursu o nauczanie informatyki nie wygra AGH, ale Wyższa Szkoła Czegoś Dziwnego.

Ja tymczasem zapraszam na stronę naszego Wydziału:

www.fais.uj.edu.pl

Pijcie mleko! Bevete piu' latte! Studiujcie kierunki zamawiane!

sobota, 20 czerwca 2009

Janusz Palikot na swoim blogu ujawnia dokument, z którego wynika,  że cała aktywność naukowa Lecha Kaczyńskiego, pomiędzy habilitacją w roku '90 i uzyskaniem stanowiska profesora Uniwersytetu Gdańskiego w roku '96, ograniczyła się do wygłoszenia jednego referatu na jakiejś krajowej konferencji - poza tym zero publikacji, zero napisanych recenzji, zero wypromowanych doktorantów, po prostu nic. Zgroza, zgroza. Komentatorzy albo biadają nad upadkiem statusu profesora w Polsce (można "zostać profesorem" za jeden referat w ciągu sześciu lat), albo wyśmiewają dokonania naukowe Kaczyńskiego (jeden referat w ciągu sześciu lat), albo jedno i drugie.

Wypada jednak przypomnieć sobie, co Lech Kaczyński w pierwszej połowie lat '90 robił. Był senatorem, szefem BBN u Wałęsy, posłem, w latach 92-95 prezesem NIK. Owszem, żadnej działalności naukowej w tym czasie nie prowadził, ale nie miał na to czasu - zajmował się polityką. Można być politycznym przeciwnikiem Kaczyńskich, nie powinno się jednak rżnąć głupa i udawać, że Lech Kaczyński przez sześć lat nie robił nic, a to właśnie czyni teraz poseł Palikot. Można ówczesną działalność polityczną obecnego prezydenta źle oceniać, ale ci, którzy się z nim wówczas zetknęli, zgodnie świadczą, że był on wówczas niesłychanie pracowity - wypijając codziennie wiadro kawy i wypalając worek papierosów, pracował, pracował, pracował od rana do późnego wieczora. (A potem najwyraźniej coś mu się stało, ale to już jest zupełnie inna historia.)

Gdy Lechowi Kaczyńskiemu skończyła się kadencja w NIK, wrócił na UG, ten zaś postanowił go mianować profesorem uczelnianym - tak, jakby Kaczyński był tuż po habilitacji. Nie wiem rzecz jasna, czy dr hab. Lech Kaczyński zapowiadał się wówczas jako dobry kandydat na profesora prawa, czy też była to ze strony UG decyzja "polityczna" (dobrze jest mieć wśród profesorów byłego wysokiego urzędnika państwowego, który formalny warunek uzyskania stanowiska - habilitację - spełnia), ale naśmiewanie się z nieistniejącej aktywności naukowej Lecha Kaczyńskiego w pierwszej połowie lat '90 jest niesprawiedliwe.

Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że będę publicznie bronił Lecha Kaczyńskiego. Amicus Plato, sed magis amica veritas

piątek, 19 czerwca 2009

Wygląda na to, że Jerzy Buzek zostanie przewoniczącym Europarlamentu. Wygląda wobec tego na to, że Buzek nie będzie kandydował na prezydenta Polski - rezygnacja z wywalczonej dzięki poparciu Niemiec i Francji przeciwko Włochom funkcji byłaby niepoważna, zgoła skandaliczna. Na długie lata zmniejszyłaby szanse Polaków na zajmowanie prestiżowych stanowisk w Europie. Jerzy Buzek, jeśli przewodniczącym zostanie, będzie musiał swoje dwa i pół roku odsłużyć. Niech mu się darzy, niech się okryje szacunkiem, ale na prezydenta kandydować nie będzie. No, trudno.

Cały czas marzę jednak, żeby znalazł się ktoś, na rzecz kogo Tusk mógłby z ubiegania się o prezydenturę zrezygnować. Pisałem już - i w całości tę opinię podtrzymuję - że lepiej dla Polski i lepiej dla samego Tuska byłoby, gdyby nie ubiegał się o prezydenturę, ale pozostał premierem przez drugą kadencję Sejmu.  Więc jeśli nie Jerzy Buzek, to kto? Andrzej Olechowski?! Olechowski prezydentem zostać chciałby, teraz popiera go SD, które stara się reaktywować stłuściały Paweł Piskorski, jednak Olechowski jest formalnie wciąż członkiem Platformy. I jej ojcem-założycielem. Potencjalnie mógłby być wspólnym kandydatem Platformy, SD, a nawet tworów w rodzaju Polski XXI. Owszem, Tuskowi by zagroził, ale panowie mogliby zawrzeć jakiś rodzaj gentlemen's agreement, że nie będą sobie wchodzić w drogę. Tak więc Tusk może by i kandydaturę Olechowskiego przełknął. Gorzej z Piskorskim, który chciałby wrócić do polityki przy okazji niezależnej od Platformy kampanii Olechowskiego. Ale może mimo wszystko się uda? Zresztą, mnie tak bardzo nie zależy na kandydaturze nikogo konkretnego, zależy mi na tym, aby Donald Tusk pozostał premierem przez drugą kadencję.