Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
niedziela, 04 października 2009

Pewne symbole i odniesienia, które kiedyś w kulturze były oczywiste, dziś wypadają z kanonu. Niedługo będą je znać tylko starzy profesorowie i ich doktoranci, i sama ta wiedza będzie wielką nauka, jak znajomość hieroglifów czy pisma Hetytów. W ósmej księdze madrygałów Monteverdiego znajduje się cykl Bitwa Tankreda z Kloryndą (Il combattimento di Tancredi e Clorinda). Muzycznie znam to bardzo dobrze, ale literacko dość słabo kojarzyłem to z czasami wypraw krzyżowych. Dzisiaj postanowiłem sprawdzić. Okazuje się, że libretto nawiązuje do szesnastowiecznego poematu Torquata Tassa Jerozolima wyzwolona. Tankred był uczestnikiem pierwszej krucjaty, Klorynda Saracenką-wojowniczką, zakochali się w sobie. Jednak w nocnej bitwie krzyżowców z Saracenami Tankred śmiertelnie rani Kloryndę, nie wiedząc, z kim walczy. Klorynda umiera w jego ramionach, przed śmiercią zdąża przejść na chrześcijaństwo (w przeciwnym razie dla czytelników Tassa i słuchaczy Monteverdiego musiałaby być potępiona). Giniesz śliczna Kloryndo od miłosnej dłoni, a twój Tankred nad własnym zwycięstwem łzy roni. Zdaje się, że poloniści owszem, o poemacie tym słyszeli, ale nikt go już nie czyta. To samo chyba dotyczy i italianistów. Kiedyś sceny z tego poematu często pojawiały się w sztuce. Delacroix jeszcze w XIX wielu malował Kloryndę ratującą Olinda i Sofronię (Sofronia została skazana na spalenie na stosie, zakochany w niej Olindo dobrowolnie poszedł wraz z nią na stos), ale to znaczy, że i Delacroix, i odbiorcy jego sztuki legendę tę musieli znać. A dziś?

Ja się dopiero prze chwilą dowiedziałem, że król Stanisław August Poniatowski zamówił rzeźbę Tankreda i Kloryndy do Łazienek; dziś rzeźba ta znajduje się w Puławach. Nie pamiętałem też, że Tankred pojawia się w Krzyżowcach Zofii Kossak-Szczuckiej (historyczny Tankred naprawdę był jednym z wodzów pierwszej krucjaty). Cóż, Krzyżowców czytałem bardzo, bardzo, bardzo dawno temu.

Trzeba sobie będzie nabyć drogą kupna słynny słownik Kopalińskiego. Coś sobie będzie można przypomnieć, coś przeczytać i udawać, że się to "od zawsze" wiedziało.

"Afera hazardowa" jest najgorętszym tematem politycznym ostatnich dni. PiS krzyczy w głos, że sprawa jest znacznie poważniejsza od afery Rywina i afery starachowickiej razem wziętych. Nie ulega wątpliwości, że Chlebowski  - i Drzewiecki? - zachował się skandalicznie i powinien ponieść karę polityczną w postaci zdymisjonowania ze wszystkich pełnionych funkcji i, zapewne, niekandydowania w najbliższych wyborach do parlamentu. Trzeba jednak zauważyć, że porównania z aferami z czasów rządu Millera są bardzo mocno naciągane. Podobieństwa - ustawa u Rywina i w kwestii hazardu, domniemany przeciek z operacji specjalnej w sprawie ze Starachowic i teraz - są powierzchowne.

  • Rywin domagał się pieniędzy (dużych pieniędzy) za przyjęcie ustawy w kształcie odpowiadającym prywatnemu przedsiębiorstwu (Agorze). Teraz nie słyszymy, żeby Chlebowski czy któryś z jego rządowych kolegów pieniędzy się domagali czy też że owi przedsiębiorcy, Rysio i kolega, pieniądze Chlebowskiemu proponowali. Gdyby Mariusz Kamiński i jego CBA miało choć cień dowodów na potwierdzenie tej tezy, trąbiliby o tym tak głośno, że umarłych by to obudziło. Cisza jest zatem najlepszym dowodem niewinności Chlebowskiego. Mówienie zatem, że Chlebowski i inni zostali skorumpowani jest, w świetle tego, co dotąd ujawniono, zwykłą nieprawdą.
  • Aleksandra Jakubowska wraz z podległym sobie personelem nielegalnie zmieniła kształt ustawy: rząd przyjął jedno, Jakubowska zapisała drugie. Teraz Chlebowski, Drzewiecki i Szejnfeld naciskali, aby w projekcie ustawy zapisać rozwiązania korzystne dla przedsiębiorców. Nawet jeśli przyjąć, że robili to w złej wierze - nie sądzę zresztą, aby tak było, patrz niżej - robili to w sposób legalny i oficjalny. Nie ma zatem mowy o sfałszowaniu projektu ustawy.
  • W sprawie starachowickiej przeciek o operacji specjalnej, pochodzący od wiceministra spraw wewnętrznych, dotarł do skorumpowanych samorządowców, współpracujących z gangsterami i, potencjalnie, mógł doprowadzić do dekonspiracji agentów policji, którzy przeniknęli do gangu, co mogłoby się nawet wiązać z zagrożeniem ich życia. To było - słusznie - przedstawiane jako największe zło afery przeciekowej. Obecnie nie ma agentów, którym groziłaby dekonspiracja, nie wydaje się, żeby w ogóle doszło do jakiegoś przestępstwa, które służby starały się wykryć, nie jest nawet jasne, kiedy nastąpił przeciek, i jaki. Opozycja daje do zrozumienia, że źródłem przecieku był sam Tusk, który, poinformowany przez Mariusza Kamińskiego, że coś cuchnie wokół ustawy hazardowej, "ostrzegł" swoich współpracowników. Tymczasem mogło być zupełnie inaczej: Tusk, w istocie przestraszywszy się, że coś cuchnie i że smród ten zaszkodzi jego planom prezydenckim, polecił Drzewieckiemu wycofać wszelkie zastrzeżenia do projektu ustawy hazardowej, który powstał w Ministerstwie Finansów, Chlebowskiemu zaś zerwać wszelkie kontakty z przedstawicielami branży hazardowej. Tusk wcale nie musiał mówić, że rozmówcy Chlebowskiego są na podsłuchu. I ostatnia rzecz w tym punkcie: wiceminister Sobotka o operacji z udziałem zakonspirowanych agentów przeciwko SLD-owskim działaczom dowiedział się przypadkiem i użył wiedzy, której nie powinien był mieć, do ostrzeżenia niewątpliwych przestępców. Tusk miał usłyszeć, co usłyszał, a następnie skorzystał z posiadanej wiedzy do ukrócenia nieetycznych działań swoich współpracowników i do - przyjmijmy chwilowo to założenie - ochrony interesów państwa. Można się tu nawet dopatrywać ukrytej gry CBA: Tusk zareaguje - oskarżymy go o przeciek. Tusk nic nie zrobi - oskarżymy go o bezczynność i sprzyjanie lobby hazardowemu.

Czy interes państwa był zagrożony?

I CBA, i media ekscytują się tym, że Chlebowski naciskał na przyjęcie rozwiązań korzystnych dla przedsiębiorców, w wyniku czego dochody skarbu państwa spadłyby o pół miliarda złotych. Tymczasem argument tychże przedsiębiorców - jeśli wyznaczycie zbyt duże podatki, interes przestanie nam się opłacać, więc się z niego wycofamy i państwo guzik z tego będzie miało - brzmi rozsądnie. Krzywa Laffera, te rzeczy. (Powiada się też, że akurat ta forma opodatkowania, którą wybrało Ministerstwo Finansów, mniej korzystna dla przedsiębiorców, sprzyjałaby rozwojowi szarej strefy - szczegóły są dla mnie zbyt skomplikowane, żeby je tu dyskutować, ale odnotowuję taki fakt.) Nie wiem, czy akurat w tym wypadku tak by musiało być (jest podobno jakaś analiza PAN potwierdzająca ten punkt widzenia), ale przynajmniej warte to było rzetelnego rozpatrzenia. Nie ma, in principio, niczego złego w zgłaszaniu rozwiązań korzystnych dla przedsiębiorców. Pogląd, iż prywatny przedsiębiorca z pewnością chce oszukać państwo, wydrzeć nienależne sobie dochody, zubożając wdowy i sieroty, jest archaiczny, acz, niestety, typowy dla rozumienia polityki w Polsce. Tymczasem możliwe są sytuacje, w których większy zysk przedsiębiorcy oznaczać będzie także większy zysk dla budżetu państwa, natomiast obciążenie przedsiębiorcy podatkiem nominalnie wyższym będzie oznaczać niższe dochody państwa. Dlatego właśnie - i dlatego, że nie ma dowodów na łapownictwo - przypuszczam, że Chlebowski działał w dobrej wierze. Tyle, że robił to bardzo głupio.

Co złego zrobił Zbigniew Chlebowski?

Nie ma dowodów ani na łapownictwo, ani na nielegalne machinacje przy projekcie ustawy. Działania Chlebowskiego, gdyby okazały się skuteczne, nie musiałyby być szkodliwe dla finansów państwa. Cóż zatem złego zrobił Zbigniew Chlebowski? Kontaktował się z zainteresowanymi przedsiębiorcami pokątnie, ukrywał swoje kontakty, nie ujawniał, że stara się reprezentować czyjeś interesy. To zawsze musi rodzić podejrzenia o nieczystą grę, nawet jeśli wszystko było formalnie w porządku. Uczestniczył w rozmowach w stylu "ja ci to, Rysiu, na 90% załatwię", w dodatku przeplatanej kurwami, nawet jeśli kurwił nie Chlebowski, lecz jego rozmówca. Tak to sobie mogą rozmawiać faceci w prowincjonalnej restauracji, nie szef największego klubu parlamentarnego i szef jednej z ważniejszych komisji sejmowych w jednej osobie z interesantem. W dodatku Chlebowski utrzymywał z Rysiem spektakularne kontakty towarzyskie (spędził Sylwestra w jego luksusowym pensjonacie), mimo iż tenże Rysio był skazany za jakieś przestępstwa gospodarcze. Wedle mojego rozeznania Chlebowski nie złamał prawa, ale złamał liczne zasady etyczne, jakie winny obowiązywać elity polityczne. Ponadto wykazał się brakiem odwagi cywilnej, bo zamiast się do wszystkiego przyznać, kręcił i udawał że nie wie, kto to są Miro i Grzesiu. Swoim nierozważnym, bezmyślnym postępowaniem osłabił rząd i premiera, a zatem, pośrednio, zaszkodził Polsce. Za to wszystko Zbigniew Chlebowski powinien ponieść odpowiedzialność - nie karną, ale polityczną. Powinien zrezygnować z wszystkich sejmowych i partyjnych funkcji, nie powinien już więcej kandydować do parlamentu.

Nie wiem, jaka w całej aferze była rola ministra Drzewieckiego. To podobno jest, a raczej był, całkiem dobry minister, ale jego ostatnia konferencja prasowa przekreśliła wszystkie jego zasługi. Minister stwierdził bowiem, że podpisał słynne pismo do Ministerstwa Finansów nie wiedząc, co tam jest napisane. Albo minister łże, a wobec tego nie powinien być ministrem, albo on, konstytucyjny minister, podpisuje dokumenty nie wiedząc, o co w nich chodzi i jakie skutki może nieść jego podpis,  a wobec tego nie powinien być ministrem.

Dlaczego Chlebowski i Drzewiecki to zrobili?

Gdyby politycy Platformy jawnie występowali w interesie branży hazardowej, tłumacząc zarazem, że zysk branży nie musi oznaczać umniejszenia dochodów budżetu, nic złego by się nie stało. Czemu tego nie robili? Myślę, że się po prostu wstydzili. Może wstydliwe wydało im się samo występowanie w imieniu przedsiębiorców, ale może chodziło o to, że hazard źle się kojarzy. Pewnie z tego samego względu wszystkie media, zamiast tylko informować lub analizować, po prostu rzuciły się na nieszczęsnych platformersów. Tymczasem z punktu widzenia podatkowego hazard to taka sama branża, jak wszystkie inne, a nawet lepsza, bo może przynosić duże dochody państwu. Nie powinno zarzynać się kury znoszącej złote jajka.

Gdyby za przestępstwo uznać samo występowanie w interesie przedsiębiorców, w dodatku skutkujące znacznymi wydatkami budżetowymi, do więzienia powinni trafić wszyscy politycy sprzeciwiający się reformie KRUSu. Tyle, że oni robią to jawnie.

środa, 16 września 2009

Gazeta Wyborcza chwali się 100 000 000 milionami wpisów na swoim forum. Wiadomo, że część z nich jest wartościowa, większość pod każdym względem obojętna, jakaś zaś część przynależy do obszaru "chamstwa w internecie". Jakoś się w tym wszystkim nasza zbiorowa (pod)świadomość odbija. Dla przykładu, wczoraj Gazeta napisała, że polska reprezentacja kobieca w tenisie stołowym awansowała do finału Mistrzostw Europy. Dwie z polskich zawodniczek są Chinkami od lat mieszkającymi i trenującymi w Polsce. I co na to forum, internetowy Polaków portret własny? Co prawda nikt nie nawołuje do przemocy, ale i tak większość komentarzy ocieka rasizmem. Zamiast cieszyć się, że Polska będzie w cywilizacji wymieniana w pozytywnym kontekscie, ludzie wylewają swoje uprzedzenia. Nasze, słowiańskie, prapolskie geny są jakoś lepsze czy co? Skoro my ludzi innej rasy uważamy za z góry gorszych, to czemu oczekujemy, że to samo nie spotka nas? W Stanach, Wielkiej Brytanii czy Holandii kolor skóry zawodnika naprawdę prawie nikogo nie interesuje.

Przy okazji, dzisiaj Gazeta donosi, jakie to filmy najchętniej ściągano z serwisów torrentowych. Pozornie jest to informacja, de facto propagowanie piractwa: No, skoro poważny portal o tym pisze, podaje nazwy serwisów i recenzje filmów, to znaczy, że torrenty są OK. Nie są. Wiadomo, że piractwo sieciowe istnieje, ale pojąć nie mogę, jakim sposobem wielki portal może do niego zachęcać.

I czemu się dziwić, że w cywilizacji Polska wciąż uchodzi za dziwny, podejrzany, dziki kraj?


P.s. Polska reprezentacja przegrała finałowy mecz z Holandią 3:1, ale i tak gratuluję srebra! Reprezentantka Polski Li Qian jest jedyną zawodniczką turnieju drużynowego, która nie przegrała żadnego spotkania i ma duże szanse w turnieju indywidualnym.

piątek, 11 września 2009

Wczorajsza Gazeta Wyborcza poświęca pierwszą stronę analizie wyników międzynarodowego sondażu, z którego jakoby miało wynikać, iż

Polacy są nie tylko (...) coraz bardziej sceptyczni wobec Ameryki, ale też stali się jednym z najbardziej pacyfistycznych narodów Europy.

Sondaż jak sondaż, krytyce podlegać jednak mogą jego interpretacje. Zacznijmy od tego, że w Europie Zachodniej prezydentowi Obamie ufa 80% więcej osób, niż ufało George'owi W. Bushowi.

"Europa Zachodnia wróciła w objęcia Ameryki", mówi Gazecie Ron Asmus [znajomy Radka Sikorskiego], szef brukselskiego ośrdodka German Marshall Fund.

A cóż innego mógł powiedzieć prominentny polityk Partii Demokratycznej? Gdy w trakcie afery Profumo brytyjski minister wojny wypierał się wszelkich kontaktów z Christine Keeler, ta skomentowała: The minister would say that, wouldn't he? Podobnie, Ron Asmus, amerykański polityk, powiada, że Europa pokochała Amerykę, gdy tymczasem Europa po prostu raduje się z odejścia skrajnie tu niepopularnego Busha. Inna rzecz, że Barack Obama ma w tej chwili o wiele większe poparcie w Europie niż w swoim własnym kraju. A Polska popiera Obamę słabiej niż Europa Zachodnia dokładnie z tych samych powodów, dla których ta popiera go szczególnie mocno: Obama chce "poprawić stosunki z Rosją" kosztem interesów Europy Środkowej.

Nawiasem mówiąc, choć politykę zagraniczną Obamy popiera procentowo o wiele mniej Polaków niż Niemców czy Francuzów, to jednak i w Polsce sposób, w jaki Obama radzi sobie ze sprawami międzynarodowymi, jest postrzegany wyraźnie lepiej, niż międzynarodowa polityka Busha. Jak więc Gazeta może pisać, że Polacy stają się coraz bardziej sceptyczni wobec Ameryki?

Pacyfizm Polaków Gazeta komentuje tak:

To zapewne nasz udział w wojnach w Iraku i w Afganistanie sprawił, że w ostatnich latach wśród Polaków mocno wzrosły postawy pacyfistyczne.

Irak i Afganistan, zapewne tak, ale niebezpośrednio. Na pewno krętactwa Busha w uzasadnianiu ataku na Irak i początkowa indolencja Amerykanów w okupowanym Iraku nie przyczyniły się do poparcia dla udziału Polski w tej wojnie. Moim wszakże zdaniem ważniejsze jest co innego: Polscy politycy, w jeszcze większym zaś stopniu polskie media, tak spodziewali się amerykańskiego cargo w zamian za udział w ekspedycjach i tak nam to wszystkim wmówili, że brak bezpośrednich profitów zaczyna być uznawany za dobry powód do wycofania się z Afganistanu. Tymczasem nikt uczciwie nie powiedział po co nam to było: po pierwsze, aby zapewnić sobie przychylność Ameryki w perspektywie długofalowej i, po drugie, aby nasze koszarowe wojsko mogło przekształcić się w prawdziwą armię. Pisze o tym także Bartosz Węglarczyk na swoim blogu (tekst ukazał się również w papierowym wydaniu Gazety).

poniedziałek, 07 września 2009

Nie studiowałem pedagogiki, więc pewne rzeczy w świecie znane odkrywam na własny użytek dopiero teraz. Wyważam otwarte drzwi. I tak oto czytając ten oto list do Science dowiedziałem się o istnieniu tytułowej taksonomii Blooma. Otóż Benjamin Bloom (jednak nie Leopold) już w roku 1956 wprowadził podział celów edukacyjnych w trzech kategoriach: afektywnej, psychomotorycznej i kognitywnej (poznawczej). W tej trzeciej kategorii Bloom wprowadził hierarchię

  • Remember
  • Understand
  • Apply
  • Analyze
  • Evaluate
  • Create

przy czym trzy ostatnie znajdują się na tym samym poziomie. Według Blooma, poziom drugi nie może być osiągnięty bez pierwszego, trzeci bez drugiego, czwarty, piąty i szósty bez trzeciego.

Polska szkoła w nauczaniu przedmiotów ścisłych ogranicza się do najbardziej podstawowego poziomu, remember. Ze strachem myślę, że często tak też jest na poziomie studiów wyższych. Wszyscy reformatorzy głośno domagają się poziomu trzeciego, apply, mitycznego stosowania wiedzy w praktyce. I jakoś to nie wychodzi, bo powszechnie pomija się poziom drugi, zrozumienie.

Nawiasem mówiąc, na wszystkich polskich stronach, które sprawdzałem - na przykład tutaj - najniższy szczebel hierarchii tłumaczony jest jako wiedza. To jest zupełnie błędne tłumaczenie, "wiedza" bowiem zakłada nie tylko zapamiętanie, ale zrozumienie, a nawet więcej, pewnego rodzaju zinterioryzowanie wiadomości i powiązań między nimi. Czy zastępowanie remember przez wiedzę to tylko kwestia złego tłumaczenia, czy gorzej, złej interpretacji doktryny Blooma? Create też jest niewłaściwie przekładane jako synteza - no, tu już wprost widzę naleciałości myśli marksistowskiej. Ponieważ w przekładach uzus rulez, gdy błędny przekład raz wszedł do obiegu, tak już zostało. Ale czy nikt nie zadał sobie trudu zajrzenia do oryginału lub do źródeł anglojęzycznych?!

Poprawka: Okazuje się, że pierwotna taksonomia Blooma istotnie zawierała knowledge oraz synthesis. hierarchia podana powyżej nosi nazwę "zrewidowanej" i została podana w roku 2001 przez L. W. Andersona i D. R. Krathwohla. Tutaj jest artykuł Krathwohla z omówiniem tej zmodyfikowanej taksonomii.

czwartek, 03 września 2009

Zaczął się rok szkolny, więc wszyscy piszą o polskiej szkole - że zła, źle uczy, uczy rzeczy niepotrzebnych, że "kształcenie", zwłaszcza w latach kończących kolejne etapy nauki, jest nauką zdawania testów egzaminacyjnych. Też tak to widzę. Niestety, debata o szkole nie ma szczęścia do filozofów. Oto po profesorze Majcherku głos zabrał kolejny krakowski profesor filozofii, w dodatku również taki, którego publicystykę ceniłem, Jan Hartman. W Przekroju nr 35 (nie znalazłem tego tekstu on-line) Hartman pisze tak:

Do tego to z reguły wiedza marginalna, szkoła bowiem uczy w większości rzeczy zbędnych i wątpliwych. Kładzie nacisk na nauczanie matematyki i nauk przyrodniczych. Uczy ich jednak według programów, których założenia sięgają czasów przedwojennych.

1. Mam nadzieję, że Hartmanowi nie chodzi o to, że matematyka i nauki przyrodnicze jako takie są "rzeczami zbędnymi i wątpliwymi", choć tak można jego wypowiedź odczytać. Myślę, że według Hartmana tylko anachroniczne programy sprawiają, że przekazywane treści są "zbędne i wątpliwe". Co jednak Hartman widzi w tych programach anachronicznego? W szkole, istotnie, nauczana jest matematyka w większości osiemnastowieczna - i dobrze, bo (prawie) wszystko późniejsze to materiał zaawansowanych kursów uniwersyteckich, zupełnie nieprzydatny zwykłemu człowiekowi. Jeśli zaś Hartmanowi idzie o metody dydaktyczne, to w równoleglym artykule w tym samym numerze Przekroju prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska argumentuje, że metody tradycyjne (na poziomie początkowym: zeszyt w kratkę, patyczki, liczydło) są skuteczniejsze, niż

zeszyty ćwiczeń będące wyrazem wiary dorosłych w efekty nauczania na obrazku.

W szkolnym materiale fizyki są za to elementy "fizyki współczesnej" - tak bowiem nazywa się fizykę z lat '30 XX wieku - i, moim zdaniem, zupełnie niepotrzebnie, bo nie ma ani czasu, ani możliwości nauczenia tego materiału dobrze, marnuje zaś się godziny, które możnaby poświęcić na zrozumienie elementów fizyki klasycznej, które podawane są w postaci "łamigłówek z życia rybaka-fajtłapy", że zacytuję sam siebie. Niewiele wiedzy można w ten sposób przekazać, ubocznym zaś skutkiem są rzesze "poprawiaczy fizyki", którym to, co usłyszeli w szkole o kwantach czy relatywistyce, nie mieści się w głowie i koniecznie chcą to obalić.

2. Nie wiem wszakże, gdzie Hartman widzi ów "nacisk na nauczanie matematyki i przedmiotów ścisłych"? Fizyka to jedna  (sic!) godzina lekcyjna przez cztery lata (trzy lata gimnazjum i tylko pierwsza klasa liceum; można zacząć od drugiej klasy gimnazjum i przez rok robić dwie lekcje w tygodniu). Z chemią i biologią jest podobnie. Godzin matematyki i treści programowych też z reformy na reformę ubywa. Moim zdaniem, matematyka i przedmioty ścisłe traktowane są w szkole wręcz po macoszemu. Albo Hartman, jak zresztą wiele osób, ma antymatematyczne uprzedzenia, wywołane najpewniej przez fatalnych nauczycieli, z którymi miał nieszczęście się zetknąć, albo też mylne wrażenie "nacisku" bierze się stąd, że obcinaniu godzin nie towarzyszy adekwatna redukcja treści programowych. Partie materiału "przerabia się" zatem w ten sposób, że nauczyciel podaje magiczne formułki, z których znajomości potem odpytuje; taka forma "sprawdzania wiedzy" jest najłatwiejsza. Formułek tych, z braku godzin lekcyjnych, przypada wiele na jedną lekcję, stąd wrażenie natłoku i nadmiaru. Za to na ogół wcale nie ma czasu, żeby cokolwiek uczniom wytłumaczyć. I jak tu się dziwić, że uczniowie odczuwają niechęć do matematyki i nauk ścisłych? O wiele lepiej byłoby spojrzeć prawdzie w oczy i zrezygnowawszy z części materiału, zadbać o to, żeby uczniowie zrozumieli podstawy fizyki, biologii, chemii oraz nauczyli się myśleć matematycznie.

W starszych klasach fizykę lub inne przedmioty przyrodnicze można sobie wybrać, a jeśli ktoś nie wybierze, będzie miał lekcje czegoś, co z niezrozumiałych względów nazwane jest przyrodą. Uczeń usłyszy tam między innymi o różdżkarstwie. Ja nie żartuję. Matematyka będzie obowiązkowa, ale spodziewam się, że sprowadzać się będzie do nauki schematycznego rozwiązywania typowych zadań, jakie mogą pojawić się na maturze.

A profesorowie filozofii niech lepiej publicznie nie powielają fałszywych stereotypów o "nacisku na matematykę" (Hartman) i "nadmiarze matematyki" (Majcherek), dostarczają bowiem argumentów ideologicznych tym, którzy - często straumatyzowani przez kiepskich nauczycieli i idiotyczne programy - matematyki i przedmiotów ścisłych się boją.

P.s. Tak, wiem, kto i co pod tytułem Nędza filozofii opublikował.

sobota, 29 sierpnia 2009

Weekendowa Wyborcza przynosi przekład artykułu amerykańskiego profesora ekonomii, Gregory'ego Clarka (można też przeczytać oryginał, który ukazał się w The Washington Post). Clarkowi chodzi głównie o środki, jakie Amerykanie wydają na ochronę zdrowia i z tego punktu widzenia analizuje rozziew pomiędzy dochodami wykształconych i niewykształconych mieszkańców USA, a wszystko to w kontekscie reformy systemu ochrony zdrowia, jaką chce (na razie z marnym skutkiem) przeprowadzić prezydent Obama.

Mnie, jak zawsze, zainteresował pewien wątek poboczny. Kryzys gospodarczy kiedyś się skończy, ale, jak twierdzi Clark,

ekonomiczne problemy przyszłości [...] będą się wiązać [...] z nieuchronnym wzrostem liczby ludzi bez przydatnych na rynku umiejętności. Technologia nie załagodzi konfliktu społecznego, tylko go zaostrzy.

Clarkowi chodzi o to, że postęp technologiczny wypiera z rynku ludzi o niskich kwalifikacjach. (Neoluddyści będą wzywać do wyhamowania postępu technicznego, a ich polski manifest napisze profesor Majcherek.) Dalej Clark pisze (przekład lekko zmieniony w stosunku do Wyborczej):

Istotą problemu jest przecież rosnący rozziew pomiędzy dochodami pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Czy wykształcenie da najbiedniejszym do ręki broń przeciwko maszynom? Wątpię. Już teraz rzekomo lepsze wyniki nauczania w szkołach średnich i college'ach są w znacznej części efektem zaniżonych wymagań. Można z całą pewnością sprawić, że każdy "ukończy" szkołę średnią, ale wątpić należy, czy tacy absolwenci zdobędą niezbędne kwalifikacje.

Tymczasem Polska śmiało, radośnie i przy wtórze wiwatów podąża właśnie drogą upowszechnienia wykształcenia średniego poprzez drastyczne obniżenie wymagań. To smutne, że amerykański profesor o zapatrywaniach lewicowych (zdaje mi się, że prawie wszyscy amerykańscy profesorowie nauk społecznych mają zapatrywania lewicowe) wie, że nie sposób jest wykształcić wszystkich trzymając jaki-taki poziom, natomiast polscy politycy z całego spektrum udają, że jest to możliwe. A może naprawdę nie wiedzą? Nie wiadomo, co gorsze. W rezultacie polskie wykształcenie średnie jest już niewiele warte. Ba, wiele osób z wykształceniem formalnie wyższym, zwłaszcza po modnych (i tanich w nauczaniu) kierunkach na przedziwnych uczelniach, ale na niektórych wielkich też, zupełnie nie radzi sobie na rynku pracy. Strach pomyśleć, dokąd my w ten sposób zmierzamy.

 

A tak zupełnie na marginesie, opublikowane przez Post komentarze do artykułu Clarka były w większości bardzo nieprzychylne (Clark zaleca, aby bogatsi w ten lub inny sposób subsydiowali biedniejszych). Przekleństw i pospolitych obelg co prawda nie zauważyłem, ale określenia typu this Bozo left wing pinko neo commie prof doesn't live in the real world były bardzo częste. No i teraz pytanie - czy to jest przykład chamstwa w Internecie, czy nie?

Nie ma cargo, więc może choć paciorki się znajdą? Może przyjedzie ktoś ważny z Ameryki - najlepiej Obama, jeśli nie Obama, to Biden, jeśli nie Biden, to chociaż Hillary Clinton - i powie, że jesteśmy ważni i dzielni? A tu guzik, na rocznicę wybuchu II Wojny Światowej przyjedzie William Perry, były sekretarz obrony, teraz special envoy Obamy. No, ładnie. Też uważam, że polityka prezydenta Obamy wobec Europy Środkowej jest błędna, ale przecież niczego innego nie należało się spodziewać. W Stanach narastają nastroje izolacjonistyczne, Obama - jakoś - walczy z kryzysem, usiłuje przeprowadzić reformę systemu ochrony zdrowia. Polityka zagraniczna, a już zwłaszcza Europa Środkowa, w której, z amerykańskiego punktu widzenia, nic ważnego się nie dzieje ani nie zdarzy w przewidywalnej przyszłości, schodzi na trzeci, a może i czwarty plan. Jednak wiele osób w Polsce poczuło się dotkniętych niskim szczeblem amerykańskiej reprezentacji. Pisze Monika Olejnik w komentarzu w Gazecie Wyborczej:

...to hańba, że na tak ważną rocznicę nie przyjedzie nikt ważny z Ameryki. Amerykanie wciągnęli nas w wojnę w Iraku, kłamiąc na temat prawdziwych intencji tej wojny, jesteśmy sojusznikiem niezwykle lojalnym przez wszystkie lata, a teraz się okazuje, że nie będzie ani tarczy, ani amerykańskich przedstawicieli na Westerplatte.

Od hańby niedocenienia polskich ofiar wojny Olejnik płynnie przechodzi do spraw aktualnych, granica między jednym a drugim właściwie nie istnieje. Tarcza to cargo, amerykańskie znaki poważania i szacunku to paciorki. Tymczasem, jak uparcie powtarzam, nie chodzi ani o tarczę, ani o dostawy broni, ani o piękne słowa pod naszym adresem, ale o przekonanie Ameryki, że mimo iż teraz Europa Środkowa jest szczęśliwie nudna, to stan taki nie musi trwać wiecznie i że w Ameryce widzimy długofalowe gwarancje naszego bezpieczeństwa.

Komentarz Olejnik jest reakcją (jedną z wielu) na wpis na Twitterze Sławomira Nowaka, bliskiego współpracownika Tuska:

Cała żenująca dyskusja o szczeblu reprezentacji USA na Westerplatte to wyraz naszych narodowych kompleksów.

Wpis ten ma wszelkie cechy działania z zakresu damage control, ale jeśli brać go dosłownie, ja się z nim zgadzam.

Skąd wreszcie bierze się taka nieczułość Amerykanów? Słusznie pisze Olejnik, że

dla Amerykanów wojna zaczęła się później, po ataku na Pearl Harbor.

No właśnie. Oburza nas amerykański amerykanocentryzm? No jasne, przecież cały świat powinien się patrzeć oczyma Polski.

niedziela, 23 sierpnia 2009

...mojego wpisu o kłopotach Tuska. Rozmawiałem wczoraj z moim przyjacielem-dyplomatą. Zwrócił on  uwagę na rzeczy, które nie są tajemnicą, o których zapewne pisała prasa, ale które jakoś mi umknęły i które nie pojawiają się w obecnych komentarzach.

1. Transakcja katarska - dopóki Polska nie miała podpisanego z Katarem kontraktu na dostawy skroplonego gazu, dopóty Rosja w ogóle nie chciała rozmawiać z Polską na temat dlugoterminowego kontraktu na dostawy rurociągami, próbując nas ustawić w pozycji Ukrainy, co roku szantażowanej zakręceniem kurka. To się zmieniło, gdy kontrakt na dostawy gazu z Kataru został podpisany, czemu zresztą Rosja na wiele sposobów próbowala przeszkodzić. Co prawda mamy Katarczykom płacić za gaz więcej, niż wynoszą ceny światowe, co prawda liczyliśmy na katarskie inwestycje w stocznie, z których chyba nic nie wyjdzie, ale jeżeli prawdziwym celem było poprawienie gazowych relacji z Rosją, cel został osiągnięty. Ratowanie stoczni było w tym kontekscie zaledwie celem pobocznym.

Trzeba jednak dodać, że rząd powinien był rozważać inne, niż tylko katarskie, sposoby osiągnięcia tego dodatkowego celu.

2. Polska zakupiła bezzałogowe samoloty rozpoznawcze (BSR) gdy ministrem obrony był Aleksander Szczygło. Dla oszczędności (sic!) nie wyposażono ich w odpowiedni system łączności, pozwalający na bieżąco sprawdzać, co samolot widzi. Zatem samolot leci, fotografuje, co jest na dole, ale zdjęcia można obejrzeć dopiero, gdy samolot wyląduje. Byłoby to przydatne, gdyby armia chciała wiedzieć, czy talibowie nie budują gdzieś stacjonarnych wyrzutni rakiet dalekiego zasięgu, ale jest niemalże bezwartościowe, jeśli chcemy sprawdzić, czy za wzgórzem pięć kilometrów stąd talibowie nie szykują zasadzki na nasz patrol. Wojsko narzeka, że BSR-y nie spełniają swoich funkcji i kieruje żale do "urzędników wojskowych", którzy kupili nie to, co trzeba. Z punktu widzenia wojska nie ma znaczenia, którzy urzędnicy nie sprawdzili się, ale dla analizy obecnej sytuacji jest to istotne. A narzekania prezydenta i jego urzędników na obecny rząd, który tnie wydatki na wojsko, przez co polscy żołnierze giną, brzmią w tym kontekscie wyjątkowo cynicznie.

Pamiętajmy przy tym, że w Afganistanie polskie wojsko uczestniczy w wojnie. Jest tragedią, gdy żołnierze giną, ale Polaków ginie o wiele mniej, niż Amerykanów czy Brytyjczyków.

piątek, 21 sierpnia 2009

Wracam do polemiki z artykułem Witolda Gadomskiego. Całkiem słusznie zauważa on, że nie mamy co marzyć o "polskich Harvardach" bez radykalnego zwiększenia strumienia pieniędzy płynących do szkolnictwa wyższego. I tu Gadomski pisze

Bez zwiększenia zasilania ze środków prywatnych polskie szkolnictwo pozostanie biedne, gdyż państwo zawsze będzie miało pilniejsze potrzeby.

Teza ta jest zapewne słuszna, choć możnaby dyskutować, czy państwo to, co przeznacza na szkolnictwo wyższe, alokuje w rozsądny sposób. W tej chwili państwo finansuje wszystko mniej więcej równo - i kierunki ścisłe na największych uniwersytetach, i studia techniczne, i politologię na dziesiątkach państwowych szkół wyższych. Być może to nie jest najlepszy pomysł, być może państwo swoją polityką finansową powinno ograniczać nabór na kierunki, po których trudno jest znaleźć pracę, które dają tylko pozór wyższego wykształcenia. Może finansowanie nie powinno być "płaskie", ale bardziej zróżnicowane, nakierowane na najlepszych. Przy czym, broń Boże, nie chciałbym, aby państwo kierowało się przede wszystkim mityczną "przydatnością": niech finansowane będzie i kształcenie znakomitych fizyków, i wybitnych filozofów, i rewelacyjnych antropologów, to poziom studiów powinien być zasadniczym kryterium. Poziom finansowania badań naukowych jest nieco bardziej zróżnicowany. Jednak efektem ubocznym jest to, że jeżeli któryś wydział czy uczelnia badań nie prowadzi lub prowadzi je marnie, na badania pieniędzy nie dostaje, ale to nie wpływa na poziom finansowania dydaktyki. Wydział taki coraz bardziej skupia się więc na dydaktyce, chce, dla ratowania finansów, przyciągnąć jeszcze więcej studentów płatnych, pracownicy, żeby ich obsłużyć, mają na pracę naukową jeszcze mniej czasu i tak oto popadamy w błędne koło.

Przyznać jednak należy Gadomskiemu rację, że nawet jeśli państwo będzie pieniądze dzielić mądrzej, to bez finansowania ze źródeł prywatnych, będzie kiepsko.

Niestety, w tym miejscu Gadomski porzuca rolę chłodnego i dość sprawnego analityka rzeczywistości, stając się lobbystą działającym na rzecz prywatnych szkół wyższych. Cóż bowiem proponuje? Po pierwsze

Dotacje z budżetu dla wszystkich uczelni

przy czym jednym z argumentów ma być to, że

Wyrównanie szans finansowych państwowych i prywatnych szkół powinno spowodować większe zainteresowanie zdolnej młodzieży szkołami prywatnymi. Będzie szansa na to, że najlepsze się przebiją i będą konkurować jak równy z równym z UW, UJ, SGH czy Politechniką Warszawską.

Rozumiem, że Gadomskiemu chodzi o dotacje na działalność dydaktyczną; jak pisałem poprzednio, uczelnie prywatne mogą ubiegać się o dotacje na działalność naukową, ale, dziwna rzecz, tego nie robią. Żeby zaś państwo mogło dać wszystkim dotację dydaktyczną, to albo musi zwiększyć globalną sumę pieniędzy na dydaktykę - co daj Boże, ale jak wskazuje przywoływany wyżej cytat, nawet sam Gadomski chyba w to nie wierzy - albo też musi zmniejszyć dotację dydaktyczną dla uczelni państwowych. Dalej, Gadomski uważa, że będzie korzystne, aby więcej najzdolniejszych maturzystów wybierało dobre uczelnie prywatne zamiast najlepszych uczelni państwowych. Przypominam, że Gadomskiemu marzą się "polskie Harvardy", ale to, co proponuje, oznacza równanie poziomu w dół! Nie rozumiem tej logiki. To tak, jakby, toutes proportions gardées, zabrać część środków i zdolnych kandydatów Harvardowi i administracyjnie przydzielić ich do Kalamazoo College (nic nie mam przeciwko tej uczelni, po prostu jest ona już przysłowiowa, jak, nie przymierzając, Pcim).

Nie bardzo też rozumiem skąd pomysł, iż państwowe dotacje będą się wiązać z większą kontrolą, co

pomoże wyeliminować szkoły najsłabsze.

Kontrola merytoryczna, w postaci Państwowej Komisji Akredytacyjnej, już jest. To właśnie opinia PKA zdecydowała o planowanym zamknięciu osławionej AHE w Łodzi. Państwowe finansowanie niczego tu nie zmieni. Pojawić się mogą tylko kontrole finansowe, ale akurat dokumenty finansowe wszystkie szkoły będą miały w porządku - to już nie jest drapieżny, oszukańczy kapitalizm wczesnych lat '90.

Jako drugi środek zaradczy Gadomski proponuje

Współfinansowanie przez studentów i pracodawców.

Z płaceniem za studia trzeba, moim zdaniem, uważać. Owszem, niech będą płatne kierunki najbardziej oblegane i modne - przy czym nawet i tu trzebaby bardzo uważać, żeby nie zinstytucjonalizować w ten sposób dziedziczenia niektórych zawodów - ale te kierunki uznawane za potrzebne (techniczne, ścisłe, przyrodnicze), na które trudno jest znaleźć kandydatów, nie powinny być płatne, bo to dodatkowo zniechęci ludzi do ich studiowania. Proszę mi zresztą powiedzieć, jeżeli państwo będzie dotować studia na uczelniach prywatnych, studenci uczelni państwowych zaś będą za swoje wykształcenie płacić, na czym jeszcze będzie polegać różnica pomiędzy uczelniami "publicznymi" a "niepublicznymi"?

A co z pracodawcami? Gadomski:

Pracodawcy (...) powinni narzucać szkołom standardy i kierunki studiów oraz partycypować w ich finansowaniu

a to dlatego, że

im lepiej wykształconych stażystów dostaną, tym mniejsze będą musieli ponosić koszty na podnoszenie ich kwalifikacji podczas pracy.

Tutaj Gadomski ulega mitowi "przydatności" i w interesie pracodawców chce przerzucić na uczelnie koszty przysposobienia zawodowego absolwentów. Tymczasem studia, w odróżnieniu od kursów przysposobienia zawodowego, nie polegają na zdobywaniu umiejętności bezpośrednio i natychmiast przydatnych w pracy. Współcześnie postęp techniczny - implicite mówimy w tym miejscu wszakże o studiach typu technicznego - jest tak szybki, że technologie i metody opanowane dzisiaj, za pięc lat mogą być już nieprzydatne. Technologii przydatnych dzisiaj i jutro powinien swoich stażystów nauczyć pracodawca. Studia przede wszystkim powinny nauczyć się uczyć, dać absolwentom ogólne przygotowanie z danej dziedziny  oraz podstawy do tego, aby za pięć-dziesięć lat mogli sami nauczyć się zupełnie nowych rzeczy ze swojej (lub pokrewnej, lub tylko luźno powiązanej) dyscypliny. Owszem, nauka przydatnych w pracy "konkretów" jest potrzebna, ale nie może być najważniejsza.

Poddanie się presji "przydatności" mogłoby być zgoła szkodliwe dla studentów. Owszem, znając mnóstwo rzeczy przydatnych tu i teraz, łatwiej znajdywaliby pracę, ale za kilka lat ich umiejętności już by się zestarzały. Naiwnie mogą sobie wyobrażać, że pracodawca poniesie wówczas koszty szkolenia ich w nowych umiejętnościach. Marzenia! Dlaczegóż pracodawcy mieliby to robić, skoro "za darmo" mogliby zatrudnić świeżych absolwentów, nauczonych na kursach zawodowych, pardon, na wyższych uczelniach aktualnie modnych rzeczy? A starzy, nieprzydatni pracownicy - niech sobie radzą sami. Szef co najwyżej napisze im ładny list rekomendacyjny. Weźmie z szablonu.

Jak więc pracodawcy mogą współpracować ze szkołami wyższymi? Oczywiście mogą mówić, co im się wydaje potrzebne, uczelnie zaś, w rozsądnych proporcjach, powinny to uwzględniać. Prcodawcy powinni organizować praktyki i staże, bo w ten sposób studenci poznają pracodawców i ich oczekiwania, ci zaś - studentów. Potem łatwiej im będzie przeprowadzić rekrutację. Być może należałoby wrócić do pomysłu stypendiów fundowanych (pracodawca wypłaca studentowi stypendium w zamian za obietnicę pracy) - to gdzieniegdzie mogłoby być realne. Wreszcie przedsiębiocy powinni współfinansować badania naukowe, zlecając uczelniom przydatne im, przedsiębiorcom, tematy. To byłoby najwspanialsze, ale z tym właśnie jest największy problem, bo w Polsce powstaje bardzo mało nowych produktów i technologii, wymagających uprzednich badań naukowych. I to właśnie napawa mnie największym smutkiem, gdyż polska gospodarka coraz bardziej odstaje od standardów cywilizacyjnych.

A poza tym Witold Gadomski proponuje

zaostrzenie kryteriów egzaminu maturalnego.

Tu akurat pełna zgoda, ale nie sądzę, żeby było to politycznie wykonalne. Polskie władze chwalą się upowszechnieniem, czyli tak naprawdę inflacją, wykształcenia średniego. Byłoby to niemożliwe bez obniżenia kryteriów maturalnych. Zauważalne ich podniesienie zniweczyłoby to źródło naszej państwowej (bo nie narodowej) dumy.