Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
środa, 19 kwietnia 2017

Jak donosi Gazeta Wyborcza, Polska ujawniła dane swoich agentów wywiadu, mianowicie tych, którzy współpracowali jeszcze ze służbami PRLu, w tym także tych, którzy po 1989 pracowali na rzecz wolnej już Polski. Ponieważ współpracowali ze slużbami PRLu, ich dane były w IPN, w tak zwanym zbiorze zastrzeżonym, ale od końca 2016 decyzją szefów służb - obecnych szefów służb, kontrolowanych przez PiS - zbiór ten został ujawniony. Można się dowiedzieć, jak nazywali się polscy agenci wywiadu, jakich nazwisk używali za granicą i wielu innych rzeczy.

To już druga taka koszmarna wpadka w wykonaniu polskich władz. Pierwsza zdarzyła się w 2007, gdy Antoni Macierewicz, w swoim raporcie z likwidacji WSI, ujawnił dane osobowe agentów tej formacji, także zagranicznych, a przy okazji stosowane metody operacyjne. Był to wielki prezent dla obcych, nieprzychylnych nam służb. Teraz służby te dostały drugi prezent, w postaci danych kolejnej dużej grupy agentów.

Państwo, które nie potrafi chronić danych własnych agentów, nie powinno oczekiwać, że ktokolwiek zechce z nim współpracować w przyszłości. 

Antoni Macierewicz ponosi osobistą odpowiedzialność za skandal i straty spowodowane przez raport z likwidacji WSI. W przypadku ujawnienia zasobu zastrzeżonego IPN odpowiedzialność Macierewicza nie jest co prawda bezpośrednia, ale o tym niezwykle szkodliwym dla interesów Polski kroku zdecydowały osoby mianowane przez Macierewicza na szefów wojskowych służb specjalnych. Nominaci Macierewicza nie odważyliby się podjąć takiej decyzji nie mając absolutnej pewności, że mają na to jego zgodę.

Zastanawiam się czy ujawnienie danych polskich agentów, i tych z raportu o likwidacji WSI, i tych z zasobu zastrzeżonego IPN, to tylko skrajna głupota, czy też działanie w interesie obcych służb. Obcych, ale w szczególności wiadomo, których.

Nie przesądzając, jak było w przypadku raportu z likwidacji WSI - a trzeba pamiętać, że Macierewicz natychmiast (według niektórych źródeł jeszcze przed oficjalną publikacją) zlecił przetłumaczenie go na język... rosyjski - myślę, że w kwestii zbioru zastrzeżonego IPN wina spada na ideologiczne zaślepienie, głupotę i karygodną niekompetencję PiS, jego przywódców i nominatów. "Uwalimy komuchów", pomyśleli, a że dla nich komuchem jest każdy, kto choć przez moment współpracował z PRLem i jego służbami (o ile nie otrzymał osobistego rozgrzeszenia od Jarosława Kaczyńskiego), nie zważali na to, że ujawniają ludzi, którzy niekiedy z narażeniem życia, a na ogół w dobrej wierze i z pożytkiem dla Polski służyli właśnie Polsce już po odzyskaniu przez nią niezależności.

PiSowcom, w ich bolszewickiej gorliwości, nawet nie przyszło do głowy, że po raz wtóry i kto wie, czy nie ostateczny, zniechęcają wszystkich do podejmowania jakiejkolwiek współpracy z państwem polskim. Jaką bowiem wiarygodność ma państwo, które po zmianie wewnętrznej sytuacji politycznej ujawnia swoich agentów, którzy nie służyli przecież tej czy innej partii będącej u władzy, ale właśnie państwu? Ano, żadną. PiSowcy okazali się przy tym głupsi od prawdziwych bolszewików, którzy przejąwszy akta carskiej Ochrany, wcale ich nie ujawnili: przeciwnie, strzegli ich jak oka w głowie i sami z tej agentury korzystali. 

Polska ma zresztą fatalną tradycję niechronienia danych: Okazuje się, że we wrześniu 1939, na skutek niekompetencji polskich władz, w ręce Niemców wpadły niemal kompletne archiwa polskiego wywiadu, z łatwymi do przewidzenia konsekwencjami dla osób pracujących na terenie III Rzeszy na rzecz Polski.

***

Nad Antonim Macierewiczem zbierają się chmury. Coraz więcej osób krytykuje go za to, co wyczynia w polskiej armii - kilka przykładów w komantarzach do wpisu Hucpa - coraz więcej osób publicznie mówi, że Macierewicz zachowuje się jak agent obcego państwa (wiadomo, którego). Ważne, że w samym PiSie narasta krytyka Macierewicza: najpierw zdano sobie sprawę, że "pozawojskowe" działania Macierewicza przynoszą duże szkody wizerunkowe, później powołana przez Jarosława Kaczyńskiego komisja wyrzuciła Bartłomieja Misiewicza, młodego faworyta Macierewicza, z PiS i zakazała mu pełnienia wszelkich funkcji w firmach nadzorowanych przez MON, a wreszcie okazało się, że prezydent Duda zaczął wysyłać do Macierewicza gniewne listy. Oczywiście dr Duda nie ośmieliłby się na taki krok, gdyby nie wiedział, że mu wolno (por. J 19:11). Jednocześnie w PiS ujawiła się walka frakcyjna, mianowicie podnoszą się mocne głosy w obronie ministra. To jednak musi nie podobać się Człowieczkowi Wolności, który chce całkowicie i jednoosobowo kontrolować swoją partię. Z drugiej strony za Macierewiczem stoi pan dyrektor Rydzyk i jego wpływowa organizacja medialna. Utrata głosów, które pan Rydzyk może zmobilizować, mogłaby być sporą stratą dla PiSu. Jak sądzę, decydujące będzie to, że Macierewicz zaczął wyrastać na drugą osobę w PiS, co nie podoba się jego partyjnym kolegom, w dodatku zaczęło się wydawać, że uzyskuje pozycję polityczną niezależną od autorytetu Jarosława Kaczyńskiego, a to z pewnością nie podoba się temu ostatniemu.

Na froncie smoleńskim też Macierewiczowi ostatnio się nie wiedzie. Jego ulubiona podkomisja smoleńska, kierowana przez dr. Wacława Berczyńskiego, zamiast na siódmą rocznicę katastrofy przedstawić jakiekolwiek dowody na zamach czy spisek, pokazała tylko żałosny filmik z wysadzenia blaszanego garażu z domalowanymi (sic!) oknami, mającego udawać kadłub Tupolewa. Dr Berczyński powiedział, że katastrofa prawie na pewno została spowodowana przez wybuch bomby termobarycznej, którą polski lud internetowy natychmiast przechrzcił na bombę eskobaryczną. Choć Jarosław Kaczyński nazwał ten film "naukowym dowodem" na hipotezę zamachu, przekonało to chyba tylko tych już niezachwianie przekonanych. Dużo osób, które dotąd skłonne były uznać, że w Smoleńsku doszło do zamachu, teraz zaczyna w to wątpić.

Mało tego! Dr Berczyński udzielił wywiadu, w którym przypisał sobie zaslugi w zerwaniu przez Polskę negocjacji na zakup francuskich śmigłowców Caracal:

Nie wiem, czy pani wie, ale to ja wykończyłem caracale. Znam się na tym, znam się na śmigłowcach, znam się na lotnictwie. Pamiętam, jak przeczytałem o tych caracalach, o tym, że polski rząd zamierza je kupić, to mi włosy stanęły dęba. Markowi Pyzie w piśmie „wSieci” powiedziałem, że to jest przekręt, że Polska nie może tak strasznie przepłacać – i się zaczęło. To był kwiecień 2015 r., jeszcze rządziła PO. Potem wybory wygrał PiS, ministrem obrony został Antoni Macierewicz, który powiedział: „Bądź moim pełnomocnikiem w sprawie śmigłowców”.

Stoi to w jaskrawej sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem Polski, iż do zerwania negocjacji doszło, gdyż Airbus, producent Caracali (nb, Berczyński wiele lat pracował dla Boeinga, głównego konkurenta Airbusa), nie wywiązywał się z umowy offsetowej. MON natychmiast wydał oświadczenie, cytowane tutaj, iż Berczyński nie miał nic z Caracalami wspólnego. Albo więc zaufany ekspert Antoniego Macierewicza, dr Wacław Berczyński, ujawnił, że PiSowski rząd Polski publicznie łgał w sprawie kontraktu i w ogóle negocjował z Airbusem w złej wierze (skądinąd wiele wskazuje, że tak właśnie było), albo też Berczyński jest kłamcą i mitomanem, a MON mimo to toleruje go na stanowisku szefa ważnej podkomisji. Tak czy siak, skandal.

Po tym wszystkim widzę dwie możliwości: Albo Macierewicz zostanie odwołany z funkcji ministra, a przynajmniej jego faktyczna władza i pozycja zostaną poważnie ograniczone a część jego decyzji cofnięta, albo też Macierewicz otrzyma jedynie jakąś karę symboliczną i Kaczyński nakaże mu przez kilka tygodni czy miesięcy siedzieć cicho, jednak żadne faktyczne działania Macierewicza, jak na przykład budowa Obrony Terytorialnej jako formacji podlegającej bezpośrednio ministrowi, nie Sztabowi Generalnemu, nie zostaną zatrzymane. 

To pierwsze byłoby znakiem, że Jarosław Kaczyński odzyskał kontrolę nad swoją partią. To drugie utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że Antoni Macierewicz ma jakieś mocne haki na Kaczyńskiego, a wobec tego jest nie do ruszenia.

Stawiam na tę drugą możliwość.

Edit, 20 kwietnia: Dr Wacław Berczyński podał się do dymisji.

czwartek, 06 kwietnia 2017

Napiszę rzecz, jak mi się wydaje, oczywistą, a jednak nikt chyba jeszcze nie zwrócił na to uwagi. 

Andrzej Przyłębski, ambasador Polski w Niemczech, jest niewątpliwie osobą wykształconą - jest profesorem filozofii, przebywając na stypendium w Niemczech pracował pod kierunkiem Gadamera - a przy tym podobno bardzo inteligentną i ambitną. Jest chyba dobrze przygotowany do swojej funkcji, ma nawet doświadczenie dyplomatyczne: w latach 1996-2001 był polskim attaché kulturalnym i naukowym w Niemczech. Poglądy ma, jakie ma, no trudno, a to, że pełnienie swojej obecnej funkcji zaczął od publicznych połajanek pod adresem gospodarzy i organizowania pokazu filmu "Smoleńsk", w żadnym razie nie budzi mojego zachwytu, ale jest w jakiejś mierze zrozumiałe. W koncu ambasador, choć formalnie reprezentuje Polskę, faktycznie reprezentuje swój rząd, a rząd mamy, niestety, jaki mamy.

Andrzej Przyłębski ma jednak potężną wizerunkową plamę w życiorysie: W latach 1979-80 był zarajestrowany jako współpracownik SB o pseudonimie Wolfgang. Przyłębski twierdzi teraz, że SB wymusiła na nim współpracę szantażem (mogli mu odmówić paszportu), a poza tym nie pamięta, czy przyznał się do niej składając jako kandydat na ambasadora oświadczenie lustracyjne. SBeckie papiery Przyłębskiego zachowały się w formie szczątkowej, wiadomo jednak, że zobowiązanie do współpracy podpisał i jakieś donosy składał.

PiS nie za takie rzeczy niszczył ludziom kariery. Wystarczy przypomnieć sobie postać Andrzeja Krawczyka: był ministrem w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, zrezygnował, gdy wyszło na jaw, że w stanie wojennym, szantażowany, podpisał zobowiązanie do współpracy ze służbami, choć faktycznie współpracy tej nigdy nie podjął. A potem Lech Kaczyński długo blokował jego nominację na ambasadora w Słowacji. Albo abp. Wielgusa, który nie objął metropolii warszawskiej (i dobrze! to strasznie radiomaryjny biskup), gdy okazało się, że lata całe współpracował z SB, też szantażowany odmową paszportu.

PiS ochoczo wykorzystuje choć cień podejrzenia o kontakty z SB do niszczenia osób, które mu nie odpowiadają. Z drugiej strony Człowieczek Wolności, Jarosław Kaczyński, uzurpując sobie moce boskie przyznał sobie prawo do odpuszczania grzechu współpracy z PRLem i jego służbami. Człowieczek Wolności rozciąga jednak ten przywilej tylko na osoby, które w obecnej dobie to jemu zaprzedały duszę.

Andrzej Przyłębski, domniemany TW Wolfgang, tkwi tymczasem w zawieszeniu: Jego postępowanie lustracyjne niby-to się toczy, za samo złożenie fałszywego oświadczenia lustracyjnego grozi kara, ale toczy się bardzo wolno, Człowieczek Wolności zaś nie udzielił mu publicznego rozgrzeszenia. Jeśli sprawy potoczą się po myśli Przyłębskiego, postępowanie lustracyjne nie zakończy się przed uplywem kadencji, jednocześnie jednak rząd w dowolnej chwili może uznać Przyłębskiego za okropnego ubeka i odwołać go z funkcji w mgnieniu oka.

O co tutaj chodzi?

O jego żonę, Julię Przyłębską.

Julia Przyłębska jest sędzią Trybynału Konstytucyjnego. Wybrana została wraz z PiSowskimi dublerami, ale akurat ona i sędzia Pszczółkowski zostali wybrani prawidłowo. Potem PiS siódmą czy ósmą wersję swojej "ustawy naprawczej" skonstruował tak, aby tylko Przyłębska mogła zostać następnym prezesem TK. Ustawa weszła w życie dosłownie niecałą godzinę po zakończeniu kadencji Andrzeja Rzeplińskiego, ale PiSowscy sędziowie i dublerzy nie dopełnili własnych (!) przepisów - sędzia Pszczółkowski się zbuntował - i to, czy pani Przyłębska została prawomocnie powołana na funkcję prezesa TK, jest wielce wątpliwe. Faktycznie to jednak Przyłębska rządzi w Trybunale i robi to, co jej partia każe: wsyłała wiceprezesa Biernata na przymusowy urlop, odsuwając go od orzekania, odsuwa od orzekania trzech "starych" sędziów Trybunału pod pretekstem, iż pan Zbyszek zakwestionował prawidłowość ich wyboru (pan Zbyszek stanie za to przed Trybunałem Stanu, co się odwlecze, to nie uciecze), zmienia składy orzekające, słowem, dba o to, aby Trybunal Konstytucyjny stał się własną atrapą, która broń Boże nie zakwestionuje PiSowskich uzurpacji prawnych. Zachowuje się przy tym jak wulgarna przekupka. Przypadek sędziego Pszczółkowskiego pokazuje, że raz wybrany sędzia Trybunału, mając świadomość swojej nieusuwalności, chąc zachować twarz i poczucie przynależności do elity prawników polskich, może się zbuntować i odmówić bezwolnego wykonywania partyjnych dyrektyw. Co by to było, gdyby i osoba kierująca Trybunałem Konstytucyjnym poczuła się niezależna?! Nie można do tego dopuścić. Pani Julia Przyłębska dobrze rozumie, że gdyby w najmniejszym stopniu sprzeciwiła się PiSowi, PiS w istocie może w mgnieniu oka uznać jej męża za ubeka i odwołać go z funkcji ambasadora. A jeśli będzie posłuszna, to go nie odwoła. No i tyle.

Jestem przekonany, że PiS wiedział o domniemanej agenturalnej przeszłości Andrzeja Przyłębskiego. Wiedział, a mimo to powołał go na ambasadora po to, aby w ten sposób zyskać możliwość nacisku na Julię Przyłębską, którą z kilkmiesięcznym wyprzedzeniem widział w fotelu prezesa TK.

Piotr Pszczółkowski

Piotr Pszczółkowski, sędzia Trybunału Konstytucyjnego

niedziela, 02 kwietnia 2017

Kilka dni temu rozmawiałem z filmowcami planującymi zrobić program o Marianie Smoluchowskim. Ci filmowcy wiedzą wszystko o Europie przełomu stuleci, o Wiedniu, Lwowie i Krakowie, o rodzinie Smoluchowskiego, o jego wyczynach alpinistycznych i narciarskich, o podróżach i zainteresowaniach artystycznych, wiedzą to i umieją opowiedzieć. Nie widzą tylko jednego: dlaczego Marian Smoluchowski uważany jest za najwybitniejszego polskiego fizyka. To właśnie usiłowaliśmy im wytłumaczyć.

Smoluchowski zrobił w fizyce wiele wspaniałych rzeczy, z których najbardziej znane jest wyjaśnienie ruchów Browna (zobacz także artykuł w Fotonie). Cząsteczki Brownowskie, na przykład pyłki roślinne czy inne drobinki w zawiesinie wodnej, nam wydają się malutkie, ale są bardzo duże w porównaniu z cząsteczkami wody, których za to jest bardzo wiele. Cząsteczki Brownowskie zderzają się z nimi, a skumulowany, uśredniony efekt tych zderzeń widzimy jako chaotyczne, bardzo nieregularne ruchy elementów zawiesiny. Albert Einstein i Marian Smoluchowski, pracując niezależnie, podali nie tylko to wyjaśnienie, ale także teorię matematyczną pozwalającą opisać to zjawisko. Dziś tę teorię uznajemy za początki teorii procesów stochastycznych i stochastycznych równań różniczkowych (w tym momencie filmowcy odmówili współpracy).

Rzecz w tym, że cząsteczek wody jest naprawdę kolosalnie wiele i nie sposób śledzić ich wszystkich. Widać tylko uśredniony efekt wielu takich zderzeń. Istota podejścia Smoluchowskiego sprowadza się do tego, że mamy bardzo, bardzo wiele obiektów "małych", których nie sposób śledzić indywidualnie, które wpływają na na coś "dużego", co nas interesuje i co możemy obserwować. Teoria zapoczątkowana przez Smoluchowskiego pozwala przewidzieć (przynajmniej w sensie statystycznym) zachowania obiektu "dużego", zwłaszcza jeśli oprócz przypadkowych impulsów pochodzących od obiektów "małych", działa jeszcze jakiś mechanizm deterministyczny - fizyk zainteresuje się przede wszystkim oddziaływaniami, ekonomista trendami i sezonowością, a statystyk korelacjami. Wszystko to stanowi podstawę modelowania stochastycznego (Monte Carlo), jednego z najważniejszcy narzędzi badawczych nie tylko w fizyce, ale także w ekonomii, naukach przyrodniczych i w technice.

Zmieńmy temat. Ludzie przewidujący rozwój informatyki i jej zastosowań zapowiadają rychłe nadejście Internetu rzeczy, IoT. Sztandarowym przykładem jest "inteligentna lodówka", która sama stwierdzi, że kończy nam się mleko, sok i jajka, sama złoży zamówienie, a inteligentny dron sam dostarczy nam zakupy wprost do domu. Inny przykład to ekspres do kawy, który uruchomimy za pomocą aplikacji w telefonie, tak aby po wejściu do domu czekała na nas gorąca, świeżutka, pachnąca kawa. Albo inteligentny piec w łazience, który uruchomimy inną aplikacją, abyśmy mieli wodę nagrzaną na czas (zagrzana za wcześnie będzie stygnąć, czyli albo będzie zbyt zimna, jak na nasz gust, albo trzeba ją będzie podgrzewać, czyli marnować energię; zagrzana zbyt późno sprawi, że będziemy musieli czekać). Oczywiście inteligentny ekspres i inteligentny piec same zamówią serwisanta do swojego przeglądu, a gdy uznają, że są już zużyte, zasugerują nam zakup swoich następców. Inteligentne sprzęty domowe nie będą bać się śmierci. HAL 9000 jest oczywistym wyjątkiem.

Ale to nie wszystko. Dziś większość z nas ma smartfony, niektórzy smartwatche, a będzie tego więcej. Inteligentne okulary, które będą nam coś wyświetlać, inteligentne klucze, które będzie można zaprogramować tak, aby otwierały kolejne drzwi, inteligentny portfel, inteligentne urządzenia monitorujące nasz stan zdrowia, inteligentna obroża psa, żeby nie zgubił się na spacerze, inteligentne Bóg wie co jeszcze. Celem, jak mówią wizjonerzy IoT, ma być, abyśmy byli "bez przerwy zanurzeni w przestrzeni Internetu, bez potrzeby logowania". Szczerze powiedziawszy nie wiem, co dobrego mogłoby z tego wyniknąć, ale obawiam się, że ludzkość może spróbować to zrealizować.

Problemem - a może właśnie nadzieją?! - mogą okazać się wymagania sieciowe. Wszystkie te inteligentne urządzenia będą musiały bardzo często łączyć się z siecią, choćby po to, aby powiedzieć "Hej, jestem, czekam!". Zapewne nie będą robić tego tak często, jak dzisiejsze połączone z siecią komputery, ale ponieważ ma być ich naprawdę dużo, i tak wygenerują gigantyczny ruch. Duże i całkiem małe urządzenia podłączone do IoT będą się ze sobą komunikować także bez żadnej świadomej akcji z naszej strony, aby zapewnić nam to "zanurzenie w przestrzeni Internetu". Aby całego IoT szlag nie trafił, potrzebne będą nie tylko bardzo wydajne serwery, ale także inteligentne - no jakże by inaczej - algorytmy obsługi ruchu. I tu wracamy do paradygmatu ruchów Browna: mnóstwo "małych", czyli impulsów pochodzących od tych wszystkich inteligentnych gadżetów, a imię ich Legion, może zauważalnie wpływać na coś "dużego", czyli na sieć łączącą te wszystkie "małe" i na zarządzające nią serwery, choć wpływ każdego "małego" z osobna jest pomijalny. Co więcej, stany urządzeń IoT nie będą w pełni niezależne: nasza inteligentna lodówka raczej nie wyjdzie z kuchni, ale inteligentne okulary będą się wraz z nami przemieszczać naszymi inteligentnymi samochodami, a wraz z inteligentnymi okularami zazwyczaj będą to robić nasze inteligentne klucze i portfel. Aby to wszystko inteligentnie obsłużyć, sięgnąć trzeba będzie do zaawansowanych modeli matematycznych, wyrosłych z teorii, którą Marian Smoluchowski wymyślił nieco ponad sto lat temu aby wyjaśnić ruchy Browna.

Uzupełnienie: Obecny stan internetu rzeczy dobrze ilustruje smutna historia programisty, który przez 11 godzin usiłował uruchomić swój nowy czajnik podłączony do WiFi.

Marian Smoluchowski, 1872-1917

Marian Smoluchowski, 1872-1917

sobota, 01 kwietnia 2017

Temat w sam raz na dziś. Oglądam TVNowski serial Belle Epoque. Oglądam, bo zacząłem, a zacząłem, bo po wielkiej akcji reklamowej ciekaw byłem, jak będzie wyglądać kostiumowy serial kryminalny w wydaniu polskim. Serial nie dorasta do zapowiedzi. Drakaina na swoim blogu pisze celne recenzje kolejnych odcinków, a ja dodaję u niej swoje komentarze. Oto jednak wyobraziłem sobie jak rozwiną się romansowe wątki główne, a to zasługuje na oddzielny wpis.

Konstancja okaże się kobietą złą. To ona, wraz z Facetem Bez Kapelusza, spiskowała przeciwko swemu bratu, Lucjanowi, wrabiając w jego śmierć Jana, aby pozbyć się obu za jednym zamachem. Po nieoczekiwanym powrocie Jana do Krakowa udawała z nim romans. Była w związku z Misią - to wiadomo - ale w tej parze to Konstancja byłą tą złą i bardziej zepsutą. Konstancja i Facet Bez Kapelusza zamordowali Misię pozorując jej samobójstwo, a w końcowych odcinkach serialu Konstancja będzie próbowała zniszczyć Jana. To jej się jednak nie uda, a jej przewrotność wyjdzie na jaw. Jeśli jednak serial ma mieć drugi sezon, nie wykluczam, że w ostatnim odcinku pierwszego sezonu Jan zostanie wtrącony do lochu za jakieś zbrodnie nie popełnione. W pierwszym odcinku drugiego sezonu Weronika i dr Skarżyński, ku uciesze komisarza Jellinka, udowodnią, że Jan jest niewinny.

W drugim sezonie Konstancja będzie się pojawiać sporadycznie, knując przeciwko pozostaym bohaterom. Jan zaręczy się z Weroniką (o ile wcześniej, zgodnie z życzeniami drakainy, ktoś jej nie odstrzeli), a przeczysta prostytutka Mila z dr. Sakrżyńskim.

Jeśli drugiego sezonu nie będzie, wszystkie wątki romansowe rozstrzygną się jak wyżej w ostatnim odcinku.

środa, 22 lutego 2017

Mój dziadek Józef był bardzo biednym galicyjskim chłopem. Miał jakieś malutkie gospodarstwo w Gołąbkowicach pod Nowym Sączem (dziś jest to część Sącza), ale ponieważ nie zapewniało ono utrzymania rodzinie, Józef zatrudnił się jako robotnik kolejowy, z dumnym tytułem pomocnika maszynisty. Na starość dziadek Józef chodził w mundurze kolejarskim, pobierał kolejarską emeryturę i był bardzo dumny ze swojego statusu emeryta Polskich Kolei Państwowych. A ze mną, kilkuletnim, grywał "w noża" na parkiecie w bloku. Urodził się chyba w 1883, umarł w 1968.

O moich pradziadkach ze strony taty nic nie wiem. Zapewne otarli się o pańszczyznę, a jeśli nie oni, to ich rodzice na pewno. A może nawet o rabację.

Piszę to po dzisiejszym wystąpieniu sejmowym Człowieczka Wolności, Jarosława Kaczyńskiego. Powiedział on

Tak, jesteśmy ludzkimi panami. Bo jesteśmy panami, w przeciwieństwie do niektórych.

Ludzie PiS mają jakiś problem ze swoim pochodzeniem. Suski bredzący o "genetycznych patriotach", Kaczyński chwalący się, że nie wychował się na podwórku, ale w trochę lepszych miejscach, Kaczyński nazywający przeciwników "gorszym sortem" (ach, jaki piękny rusycyzm), dzisiaj [my] jesteśmy panami. Jak pisze pewien znajomy, dziś już wyraźnie zobaczyliśmy obraz Polski jako folwarku zarządzanego przez ludzkich panów z PiSu. Skojarzenia z ideologią sarmacką, wedle której szlachta wywodziła się z lepszego sortu, z narodu najeźdźców, Sarmatów, którzy podbili i zniewolili pańszczyzną ciemny lud, a przy tym uważała się za "przedmurze chrześcijaństwa", broniące Zachodu przed muzułmańską agresją i jednocześnie wszelkie wpływy Zachodu uznawała za niebezpieczne, są oczywiste.

Otóż ja nie mam problemu ze swoim pochodzeniem. Chłop pfg nie będzie przed "panem" Kaczyńskim czapkował. "Panu" Kaczyńskiemu chłop pfg może okazać tylko to, na co "pan" Kaczyński zasłużył: wzgardę i obrzydzenie.

Józef Góra, pomocnik maszynisty

niedziela, 19 lutego 2017

Jeśli chodzi o Antoniego Macierewicza, jedyne istotne pytanie brzmi: Czy on jest obłąkany, czy też jest ruskim agentem?

Mój tato uczył mnie, żeby w postępkach każdego człowieka zawsze starać się znaleźć jakieś dobro. Może się nie udać, ale zawsze należy próbować. Moja późniejsza praca nauczyła mnie z kolei, że zawsze należy starać się zrozumieć obserwowane zjawisko. W tym duchu chciałem napisać o tym, co Antoni Macierewicz robi z Wojskiem Polskim (polecam, nawiasem mówiąc, świetny tekst Agnieszki Magdziak-Miszewskiej z "Laboratorium Więzi"), ale minister Macierewicz wystąpił ostatnio Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, gdzie powiedział (dziwna rzecz, media podporządkowane rządowi, zwane narodowymi, niechętnie o tym akurat fragmencie wystąpienia Macierewicza informują):

NATO jest jedynym sposobem powstrzymania agresji rosyjskiej, której kolejne etapy od 2008 roku były symbolizowane takimi dramatycznymi wydarzeniami jak agresja na Gruzję w 2008 r., jak tragedia smoleńska w 2010 r., w której poległo 2 prezydentów RP i całe dowództwo, jak wreszcie agresja na Ukrainę.

Polscy komentatorzy - ci ze wstrętnych mediów nienarodowych - zwracają uwagę, że skoro, według Macierewicza, katastrofa smoleńska była rosyjskim aktem agresji, równym wojnie z Gruzją, aneksji Krymu i wojną w Donbasie, Polska, członek NATO, powinna być w stanie wojny z Rosją, ze wszystkimi tego konsekwencjami. A skoro nie jest, to z jednej strony Polska, jej rząd i minister narażają się na śmieszność, z drugiej zaś niepotrzebnie prowokują Rosję.

Ja, zainspirowany dzisiejszym wystąpieniem Jerzego Buzka w TVN24, powiem tak: W interesie Polski jest uświadamianie Zachodowi, że Rosja jest nieobliczalna, agresywna i niebezpieczna; zagrożenie rosyjską agresją przeciwko Polsce lub krajom bałtyckim jest co prawda niewielkie, ale nie można go lekceważyć (patrz także mój wpis sprzed roku). Dlatego Zachodowi należy przypominać o wojnie z Gruzją i rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie, gdyż dowodzą one agresywnej postawy Rosji. Z drugiej strony wszyscy przytomni ludzie na Zachodzie wiedzą, że opowieści o rosyjskim zamachu na polski samolot pod Smoleńskiem to hucpa. Tak IATA, jak i państwowe agencje zajmujące się wypadkami lotniczymi w krajach zachodnich, przeanalizowały raport Komisji Millera i dobrze wiedzą, jak mają się jego tezy do kolejnych rewelacji (czy też, w gruncie rzeczy, ich braku) zespołu parlamentarnego, podkomisji i komisji Macierewicza. 

No i jak teraz ktoś może się zgodzić z ministrem Macierewiczem, że wojny z Gruzją i Ukrainą dowodzą złej woli Rosji, skoro tym samym musiałby mu przyznać rację w sprawie Smoleńska? Wojny z Gruzją i Ukrainą niewątpliwie miały miejsce, ale może to faktycznie gnębiący Abchazów i Ostetyńców źli Gruzini w jednym, a ukraińscy faszyści-banderowcy, prześladujący rosyjskojęzycznych mieszkańców Noworosji w drugim przypadku je sprowokowali? Wystąpienie Antoniego Macierewicza, zrównujące katastrofę smoleńską z wojnami przeciwko Gruzji i Ukrainie, w warstwie powierzchownej wybitnie antyrosyjskie - i, co nie bez znaczenia, utwierdzające w oczach PiSowskiego elektoratu obraz Macierewicza jako niezłomnego przeciwnika Rosji - w gruncie rzeczy osłabia ostrzeżenie przeciwko agresywnej postawie Rosji.

Antoni Macierewicz, po owocach go poznacie.

środa, 15 lutego 2017

Henryk Goryszewski - działacz ZChN i wicepremier w latach '90 - zasłynął powiedzeniem, że

Nie jest ważne czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt. Najważniejsze, żeby Polska była katolicka.

Wyśmiewano się z Goryszewskiego okrutnie - to znaczy jedni się wyśmiewali, inni rwali włosy z głowy przerażeni tym, jacy ludzie rządzą Polską - ale jedno trzeba Goryszewskiemu przyznać: Odwoływał się do pewnej idei uniwersalnej. Jasne, było to odwołanie zupełnie anachroniczne - tak, jakby trzysta pięćdziesiąt lat wcześniej nie zawarto pokoju westfalskiego, później nie pojawiła się koncepcja uniwersalnych praw człowieka, a na świecie nie rozwinęła się nowoczesna gospodarka -  i zachodziły poważne obawy, że sam wicepremier ideę, do której się odwoływał, rozumiał opacznie, ale przynajmniej brał za punkt odniesienia coś, co jego samego przekraczało i co, teoretycznie, winno było być zrozumiałe dla ponad miliarda ludzi na świecie. 

Kilka tygodni temu Człowieczek Wolności, Jarosław Kaczyński, udzielił wywiadu Reutersowi, gdzie powiedział

Byłbym skłonny zdecydować się na jakieś spowolnienie wzrostu ekonomicznego, jeżeli byłoby ono ceną przeforsowania mojej wizji Polski.

"Mojej wizji Polski". Nieważne nawet, jaka ta wizja jest - a wizja Polski zamkniętej w sobie, nieufnej, ksenofobicznej, zaściankowej, zwróconej ku zmitologizowanej przeszłości, snującej obłąkane wizje własnej wyjątkowości, utrwalającej peryferyjną wobec Zachodu pozycję gospodarczą, politycznie zaś i obyczajowo zwracającej się w stronę Rosji, jest pod każdym względem szkodliwa - ważne, że jest to osobista wizja Jarosława Kaczyńskiego, który w dodatku ma władzę, by wcielić ją w życie ("byłbym skłonny zdecydować").

Ludwik XIV mówił "państwo to ja", ale dzisiaj, przynajmniej w naszej części świata, politycy twierdzą, że ich najważniejszą troską jest dobro obywateli. W kanonicznej dla amerykańskiej demokracji - ale i szerzej, dla całego euro-atlantyckiego systemu politycznego - Przemowie Gettysburskiej, Abraham Lincoln mówił o 

government of the people, by the people, for the people

i takie rozumienie demokracji, jak się wydaje, u nas po 1989 obowiązywało.

Politykę można rozumieć na wiele sposobów, ale zazwyczaj mówi się o jakimś dobru wspólnym, o metodach rozwiązywania konfliktów, które uniemożliwiałyby (lub utrudniały) osiąganie wspólnych celów. PiS od dawna mówił co innego: Jest Naród, w imieniu którego się rządzi, a kto nie rozpoznaje woli Narodu, ten się do Narodu nie zalicza, wszyscy zaś się mają tej woli podporządkować (nie jest to, zauważmy, demokracja, ale system wzorowany na bolszewickiej dyktaturze proletariatu). Kaczyński konstruował pojęcie "suwerena", w imieniu którego PiS i on sam występował, pani premier Szydło opowiadała o pragnieniach i potrzebach "Polaków" (Boże broń "obywateli"). Teraz jednak Jarosław Kaczyński poszedł dalej, zrzucił maskę: Nieważne są pragnienia i dobro Narodu, suwerena, "Polaków", nikt się ich o zdanie nie pyta ani nie zastanawia, czego by oni chcieli. Ba, dopuszcza się postępowanie wbrew - niekiedy wprost artykułowanym, niekiedy tylko domniemanym - interesom mieszkańców Polski, którzy narzekają na brak perspektyw, rozwarstwienie ekonomiczne, boją się o swoje kredyty, unijne dopłaty i przyszłe emerytury, a tu bach, niech będzie spowolnienie wzrostu gospodarczego, gdyż liczy się jedynie realizacja osobistej wizji Jarosława Kaczyńskiego.

Mam rozumieć, że Jarosław Kaczyński ucieleśnia dążenia Narodu Polskiego, jedynie Kaczyński prawidłowo rozpoznaje jego wolę? Naród to ja? Boże drogi...

Drodzy wyborcy PiSu! OK, Platforma popełniała błędy, była arogancka, jadła ośmiorniczki, a po ośmiu latach rządzenia była trudna do zniesienia, neoliberalizm wyczerpał swoje możliwości rozwojowe (nie tylko w Polsce), perspektywy dla młodych były ponure (to znów nie tylko polskie doświadczenie), pewne konsekwencje dzikiego kapitalizmu i podziału (nie tylko geograficznego) na Polskę A i Polskę B były moralnie nie do zaakceptowania, rozwarstwienie rosło a państwo niewiele - lub nic zgoła - miało do zaoferowania milionom ludzi, którzy dotąd nie skorzystali na reformach 26 lat. Poza tym "liberałowie" nie pojęli ogromu reakcyjnego potencjału w polskim Kościele katolickim, nie umieli go okiełznać, a nawet głupio się do niego przymilali. W dodatku Donald Tusk nie dość szanował Lecha Kaczyńskiego, a Gazeta Wyborcza zbyt często pisała o gejach i o brzydkich rzeczach, które Polacy w czasie wojny robili Żydom. Straszne, straszne. Ale, drodzy wyborcy PiSu, czy naprawdę uważacie, że właściwą odpowiedzią na to są osobiste, niczym niepohamowane rządy jednego starszego pana, owładniętego manią wielkości i uzurpującego sobie moce boskie, mściwego, lubującego się w poniewieraniu ludźmi, pełnego kompleksów i resentymentów? Życiowego i - gdyby nie splot przypadkowych okoliczności - także politycznego nieudacznika?

Wczoraj Jarosław Kaczyński wychwalał Mariusza Błaszczaka, którego opozycja chciałaby odwołać ze stanowiska Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. A zadań jest przed Błaszczakiem moc, gdyż, według Kaczyńskiego,

rozkład aparatu państwowego zaczął się jeszcze w latach 70.

Innymi słowy, według Kaczyńskiego aparat państwowy za Bieruta i Gomułki działał lepiej, niż kiedykolwiek później, w szczególności lepiej, niż po 1989. Mnie to nie dziwi, przecież to bolszewik. Dziwią mnie dwie inne rzeczy: Po pierwsze to, że Jarosław Kaczyński nie dostrzega sprzeczności pomiędzy pochwałą dla stalinowskiego aparatu państwowego a podziwem dla "żołnierzy wyklętych", którzy z tym jakże wydajnym aparatem państwowym walczyli. Po drugie zaś, że prawica może osobę o takich poglądach i takim stanie umysłu nazywać Człowiekiem Wolności.

Człowieczek Wolności

poniedziałek, 06 lutego 2017

Jak donosi prasa, Fundacja Życie i Rodzina, znana dotąd głównie z planów wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, domaga się, w trybie dostępu do informacji publicznej, aby uczelnie ujawniły "listę pracowników prowadzących zajęcia z gender studies". Dość powszechnie odbiera się to jako początek nagonki na naukowców prowadzących badania lub zajęcia z tematów, które nie podobają się naszej ultrakonserwatywnej prawicy.

Ciekawe, jak na to odpowie rektor UJ? Gdyby mnie spytano o radę, zaproponowałbym, aby wskazać, że, po pierwsze, elementy badań nad płcią kulturową mogą być zawarte w szeregu kursów na bardzo wielu kierunkach studiów i nikt nie prowadzi takiej ewidencji, podobnie jak - na przykład - nikt nie prowadzi ewidencji kursów, w których pojawiają się elementy statystyki, po drugie, plany studiów, sylabusy poszczególnych kursów i nazwiska wykładowców informacją publicznie dostępną na stronach UJ (w systemie USOS), więc jeśli ktoś chce, może sobie samodzielnie poszukać, a po trzecie, plany te i sylabusy są, zgodnie z zasadami wolności akademickiej, zatwierdzane przez poszczególne Rady Wydziałów i władze rektorskie w zasadzie nie mogą wpływać na ich zawartość. No i tyle.

Tymczasem jednak żałuję, że nie mogę zgłosić się na ochotnika na przedstawiciela złych dżenderów. Nie te zainteresowania naukowe...

Martwiąc się swą nie-dżenderowością, postanowiłem coś dżenderowego napisać, okazując w ten sposób wsparcie moim tropionym przez prawicową fundację kolegom. Może Fundacja Życie i Rodzina znajdzie mnie i napiętnuje? Pretekst dał mi znajomy: uczony ten człowiek ma małe dziecko i chyba z tej okazji przypomniał w internetach filmik o tym Jak Żwirek i Muchomorek urządzili koncert dla Wróżki. Proszę obejrzeć:

 

Ładna, przyjemna, spokojna bajka, z elementami zabawnymi, ale i dydaktycznymi: Żwirek i Muchomorek karmią ptaszki, dobry uczynek zostaje oddany, złośliwy psikus prowadzi do groźnej retorsji. Czy aby tylko tyle?

Mamy wyraźne postacie męskie, Żwirka i Muchomorka, oraz postać żeńską, Wróżkę. Wróżka jest śliczna, co jest mocno podkreślane, a zajmuje się zabawianiem postaci męskich (tańczy dla nich). Ale nie za darmo: Postacie męskie muszą na to zapracować (zbudować organy, przygrywać do tańca), a także chronić Wróżkę przed niebezpieczeństwem. 

Przecież tu jeden stereotyp na temat społecznych ról płci goni drugi! Są jednak i myśli postępowe: Wróżka okazuje się znacznie bystrzejsza od postaci męskich (to ona kieruje budową organów), które z kolei, choć poczciwe, nie są zbyt rozgarnięte i choć dzielnie próbują ratować Wróżkę, są w tym bardzo nieudolne. Ostateczny tryumf nad siłami zła jest udziałem sił przyrody (ptaszka wdzięcznego za dokarmianie).

Nie podejrzewam czechosłowackich twórców tej kreskówki sprzed blisko pięćdziesięciu lat o świadome utrwalanie stereotypów płciowych. Po prostu przedstawiali role męskie i żeńskie w naturalny dla nich sposób, przynajmniej w warstwie zewnętrznej. Bo subwersywne przemycanie idei postępowych (dziewczynka jest bystrzejsza od chłopców) było zapewne świadomą decyzją.

Muszę się wszakże zapytać: Drogi M! Czego ty uczysz swojego synka?!

***

Eskapadę w stronę dżendera niechże usprawiedliwi także to, że w niedzielę, gdy przyszedł mi pomysł na tę notkę, aż do wyjścia na koncert wzorowo realizowaliśmy model breadwinner - homemaker: ja zrobiłem śniadanie i obiad, prałem i trochę sprzątałem, a Elżbieta, która jest biegłym sądowym, kilka godzin pisała ekspertyzy dla sądu. 

sobota, 04 lutego 2017

Stanisław Moniuszko, Halka (wersja "wileńska"), reżyseria Cezary Tomaszewskiobsada.

W napuszonym tekście autorstwa Aldony Kopkiewicz, współautorki scenicznej koncepcji tego przedstawienia umieszczonym w książeczce programowej, czytamy, że

Opera [w wersji wileńskiej] - surowa, bez wokalnych i tanecznych popisów - pozwala zająć się losem samej Halki, a zarazem przeobrazić ów los w uniwersalną historię o śpiewie i reżyserii, głosie i geście [...]

Nic z tych rzeczy. Spektakl ma formę pastiszu? burleski?! cholera wie, czego. W każdym razie są elementy komediowe. Bardzo  śmieszne. Są też, jak sądzę, zapożyczenia z innych dzieł, których autorzy tego spektaklu nie zrozumieli - jak jakiś upiorny, absurdalny taniec, powracający w różnych momentach, tańczony a to przodem, a to bokiem do widowni (Kantor). W końcowej scenie pierwszego aktu Halka zostaje rozebrana i wytarzana w pierzu - i już w tych piórach i ze skrwawionymi udami (gwałt? poród?) paraduje do końca. Czy to jest Ptasiek, czy może Jagienka z Chłopów - a, diabli wiedzą. W każdym razie Halka w tychże piórach przygotowuje rosół - fizycznie kroi marchewki i tasakiem rąbie kurczaka - żeby zaraz zaśpiewać rzewną arię o tym jak to jej dzieciątko z głodu umiera. Uniwersalizm opowieści polega, zdaje się, na tym, że w scenografii drugiego aktu, oprócz monstrualnych, uszminkowanych ust, jak z bardzo kiepskiego show telewizyjnego, widzimy nagrobki tragicznych heroin operowych, Toski, Traviaty, Butterfly, no i Halki. Aktorzy w losowych momentach miotają różnymi przedmiotami. Chaos, bezład, straszliwa pomyłka.

Na to wszystko nałożyła się kiepska akustyka Sali Teatralnej krakowskiego ICE. 

I choć Capella Cracoviensis w dużym składzie, pod batutą Jana Tomasza Adamusa w absurdalnej peruce, grała dobrze, a Natalia Kawałek (Halka) i Jakub Pawlik (Jontek) śpiewali pięknie (o ile było ich słychać), spektakl jako całość to jedna wielka katastrofa.

Wspomniana Aldona Kopkiewicz, jak wynika z zestawienia jej stron w różnych miejscach internetów, jest doktorantką na Wydziale Polonistyki UJ, poetką (opublikowała jeden poemat), a poza tym

Prowadzi Zakład Wróżbiarski „No Future”, w którym stawia katastroficzne taroty.

Obawiam się, że inscenizacja Halki, za którą współ-odpowiada pani Aldona Kopkiewicz, jest rzetelnym obrazem młodej, polskiej humanistyki.

środa, 01 lutego 2017

IPN wczoraj ogłosił, że znalezione w szafie Kiszczaka dokumenty agenta Bolka były pisane ręką Lecha Wałęsy.

To, że Wałęsa we wczesnych latach '70 podjął współpracę z SB - nawet nie tyle podjął, ile został do niej zmuszony - było mniej-więcej wiadomo od dawna. Wałęsa był wtedy młodym robotnikiem, był sam, nie miał się kogo poradzić, pamiętał, że władza strzelała do robotników, a SB wydawała się wszechwładna. No więc podjął współpracę, donosił, a nawet brał za to pieniądze. Podobno opozycjoniści z kręgów WZZ wiedzieli to lub się tego domyślali już pod koniec lat '70. Sam Wałęsa w 92 przyznał, że "coś tam podpisał". No i co z tego? Ważne jest to, że sam Wałęsa współpracę z SB zerwał, a gdy SB zaczęła go nachodzić pod koniec lat '70 żeby odnowić współpracę, wyrzucił ich.

A najważniejsze są zasługi Wałęsy dla Polski od Sierpnia 80 do czerwca 89. Tego nikt Wałęsie nie odbierze. Ani sierpniowych strajków, ani karnawału Solidarności, ani tego, że nie załamał się - znów samotny - w trakcie internowania, ani że nie poddał się szykowanym przeciwko niemu w latach '80 SBeckim fałszywkom i prowokacjom, ani Okrągłego Stołu. Pokojowej Nagrody Nobla i przemówienia w Kongresie Stanów Zjednoczonych też nie. 

Nie wątpię, że lepiej by było, gdyby Wałęsa się wtedy, w 1992, przyznał do współpracy z SB dwadzieścia lat wcześniej, gdyż ta współpraca w niczym nie umniejszała jego późniejszych zasług. No, ale nie przyznał się. Szkoda.

Pewien mój znajomy przytomnie zauważył, że łatwiej jest napisać "Wałęsa był TW i mamy na to dowody" niż wdawać się w te wszystkie rozważania. Łatwiej napisać, a i przekaz jest prostszy.

No właśnie, jaki to przekaz? 

Po pierwsze, można się zapytać, co w latach '70 robili dzisiejsi Katoni? Ano, nie robili nic lub bardzo niewiele - bo byli za młodzi, bo zanadto się bali, bo nie wiedzieli, że w ogóle można coś robić, bo nie wierzyli w skuteczność oporu, bo im w ówczesnym systemie było całkiem dobrze, powodów pewnie było wiele - ale dzisiaj ich ówczesna małość aż parzy w zestawieniu z wielkością Lecha Wałęsy z samego roku 1970 i później, od końca lat '70 aż do 1989. Ponieważ siebie wywyższyć nie mogą, usiłują poniżyć i splugawić Wałęsę, żeby ich małość nie kłuła w oczy i żeby, dajmy na to, nasz żałosny Człowieczek Wolności mógł wyglądać na prawdziwego przywódcę.

Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Jest jednak drugie dno.

Rządząca nami prawica, mała i nikczemna, próbuje bowiem wprost powiedzieć, a jeśli nie powiedzieć, to przynajmniej dać do zrozumienia, że skoro Wałęsa kiedyś tam był Bolkiem, to SB stale nim sterowała, że jego prezydentura służyła budowie III RP pod dyktando komunistycznych służb specjalnych, że ostatecznie tylko dzięki temu władzę mógł objąć zbrodniczy rząd PO-PSL. Zastanówmy się nad tym.

Czy w otoczeniu prezydenta Wałęsy mogli być agenci SB? Mogli. Wałęsa - zwłaszcza po zerwaniu ze swoimi doradcami, Mazowieckim, Geremkiem i całą resztą - miał skłonność do otaczania się nieciekawymi postaciami. Mogli tam być SBcy, i prawie na pewno byli. A czy mogli coś Wałęsie podszeptywać? No, skoro byli, to tak. A czy Wałęsa ich słuchał? Niewykluczone, że niekiedy tak.

Ale co ci agenci podszeptywali? Czy coś w duchu "więcej kasy i więcej osobistych gwarancji dla mnie", a poza tym - żeby zacytować klasyka, nieżyjącego już działacza SLD - "chwała nam i naszym kolegom", czy też snuli jakiś misterny, niezwykle złożony plan podporządkowania sobie Polski, a właściwie utrzymania nad nią kontroli? Czy zgarniali pod siebie, czy rękami Wałęsy rozgrywali jakąś skomplikowaną grę? Jeśli to pierwsze, to przykre, ale w gruncie rzeczy niegroźne, zwłaszcza z perspektywy tak wielu lat. Jeśli to drugie, to znacznie gorzej. Ale na to drugie, na istnienie skomplikowanego, wieloletniego planu komunistycznych służb specjalnych realizowanego rękami prezydenta Wałęsy, nie ma żadnych dowodów. Ani nawet żadnych przesłanek świadczących o tym, że taki plan w ogóle mógł powstać.

Istnienie takiego planu zakładałoby uznanie, że PRLowskie służby specjalne miały wielkie kompetencje intelektualne, organizacyjne i analityczne. A przecież gołym okiem widać, że nie miały. Nie przewidziały załamania gospodarczego Polski, upadku komunizmu w Polsce, ZSRR i reszcie bloku sowieckiego, nie przewidziały zwycięstwa Solidarności w wyborach 4 czerwca - no przecież ordynacja była tak skonstruowana, żeby Solidarność nie mogła wygrać, a jednak wygrała! - nie miały spójnego planu co zrobić po objęciu władzy przez Solidarność (czego też nie przewidziały), poza "ratuj się, kto może", czyli palmy teczki i uwłaszczajmy nomenklaturę. Oczywiście, zostały jakieś grupy, może nawet jakieś struktury post-specjalne, ale one zajęły się ratowaniem własnych tyłków i robieniem pieniędzy w niezliczonych aferach wczesnych lat '90. (Zauważmy w nawiasie, że po jakimś czasie nawet i to się wyczerpało: w Polsce nie powstała oligarchia na wzór rosyjsko-ukraiński, nie zaczęli rządzić nieusuwalni satrapowie - to się akurat być może zmienia - a nawet mafia bardzo straciła na wpływach i znaczeniu.) Przypuszczać, że zakonspirowane pozostałości służb wcielały w życie jakiś skomplikowany, rozpisany na kilkanaście lat plan, penetrujący i chaos rozpadającego się świata postsowieckiego, i problemy gospodarcze i społeczne, z jakimi nigdy się wcześniej nie zetknęli, interesy krajów zachodnich, które nagle zaczęły mieć dla nas znaczenie, a wreszcie trudne do ogarnięcia turbulencje naszej własnej polityki, to nie byłaby nawet teoria spiskowa, ale zwykła naiwność.

Nie ma o czym mówić.

Wracając do ogłoszonych przez IPN rewelacji, to w warstwie faktograficznej mamy do czynienia albo z bardzo dobrze spreparowaną fałszywką, albo trzeba przyznać, że Lech Wałęsa ponad czterdzieści lat temu był agentem Bolkiem. Tylko że z tego niewiele już dzisiaj wynika. Ani nie odbiera Lechowi Wałęsie jego wielkich zasług dla Polski w latach '80, ani nie czyni jego prezydentury gorszą (lub lepszą), niż była, ani nie stanowi dowodu, że III RP była wynikiem spisku służb specjalnych.

W warstwie symbolicznej jest to natomiast atak na jedną z postaci ucieleśniających czas miniony, wobec którego Człowieczek Wolności jest jedynie śmieszny. Nawet jeśli każe sobie kupić wyższą drabinkę lub urządzić pięć następnych gali w stylu Kim Ir Sena.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31