Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 15 czerwca 2009

Jak donosi prasa, minister Barbara Kudrycka planuje zmiany w ustawie o szkolnictwie wyższym, a tam

Ten drugi punkt jest tak głupi, że aż nie warto z nim dyskutować. Toż to jest czysty socjalizm. Minister wie lepiej, wszak jest ministrem. Słusznie, jak sądzę, krytycy zarzucają minister Kudryckiej, że jest eksponentem interesów uczelni prywatnych i wobec niżu demograficznego, chce w ten sposób walczyć o interesy uczelni prywatnych kosztem publicznych. Mam nadzieję, że Tusk - który oby nie kandydował na prezydenta - ma na tyle rozsądnych doradców, że wytłumaczą mu, iż to rozwiązanie nie ma nic wspólnego z liberalizmem i wolnym rynkiem, nawet w dobie kryzysu.

Punkt pierwszy wymaga większej uwagi. Co do zasady, jestem za częściową odpłatnością za studia, obojętne, czy jest to pierwszy, czy piąty kierunek. Z racji pełnionej na uczelni funkcji sam przy tym stykam się z najdziwniejszymi kombinacjami podejmowanymi przez studentów. Jestem jednak fizykiem, fizyka zaś uczy szacunku do warunków brzegowych. Warunkiem brzegowym jest to, iż w Polsce wyjątkowo mało osób podejmuje studia ścisłe i techniczne. Uważam, że w tej sytuacji ludzi należy zachęcać do studiowania takich kierunków. Zwolnienie z opłaty za studia - w tym wypadku z opłaty za drugi kierunek - byłoby formą takiej zachęty. Problem jest najprawdopodobniej marginalny z finansowego punktu widzenia - trochę, ale tylko trochę osób studiuje po dwa z trójki kierunków matematyka-informatyka-fizyka, sporadycznie zdarzają się przypadki łączenia innych kierunków ścisłych, osób, które po studiach humanistycznych lub w ich trakcie podejmują studia ścisłe jest jeszcze mniej, nie wiem jednak, jak to jest z podejmowaniem drugiego kierunku technicznego w ramach tej samej uczelni - chodzi jednak o to, żeby państwo polskie wysłało jasny sygnał: tak, zachęcamy ludzi do studiowania kierunków technicznych i ścisłych.

P.s. Tutaj znajdują się ministerialne założenia do reformy systemu edukacji wyższej w Polsce. Jest tam trochę ciekawych danych statystycznych.

Uważam, że kandydatem Platformy Obywatelskiej w najbliższych wyborach prezydenckich powinien być Jerzy Buzek. Buzek budzi szacunek i sympatię, posłując w Europarlamencie - a jeśli szczęście dopisze, także mu szefując - zdobył międzynarodowe poważanie, w polityce wewnętrznej potrafiłby, jak sądzę, wznieść się ponad podziały partyjne, raczej łączyć, niż dzielić, za to z racji wieku i temperamentu nie mieszałby się w codzienne rządzenie państwem, nie jest obwieszony tłumem politycznych klientów, którym koniecznie musiałby załatwić ważne stanowiska, ma wreszcie "prezydencką" prezencję, co też nie jest bez znaczenia. Jerzy Buzek jest postacią na tyle znaną i obdarzoną własnym znaczeniem politycznym, że jego kandydatura nie będzie wyglądać jak królik wyciągnięty z kapelusza. Jerzy Buzek nie będzie też protestował przeciwko zmianie konstytucji, redukującej uprawnienia prezydenta, jednoznacznie pozostawiając realną władzę wykonawczą w rękach rządu i premiera.

Nie ukrywam jednak, iż głównym motywem na rzecz lansowania kandydatury Jerzego Buzka jest zniechęcenie Donalda Tuska do kandydowania. Tusku, nie kandyduj! Zamiast tego, jako pierwszy premier po odzyskaniu wolności, wygraj drugą kadencję parlamentarną! To byłby wyczyn zapewniający Tuskowi trwałe miejsce w historii. Przede wszystkim byłby to sukces dla Polski, uniknęlibyśmy bowiem koniecznego miotania się kadrowego, organizacyjnego i programowego, bałaganu i raptownej zmiany priorytetów politycznych, nieuchronnych po każdej zmianie na stanowisku premiera. W ten sposób, mając perspektywę stabilnych rządów przez kolejną kadencję, a z wyklarowanymi strukturami i ich obsadą personalną, ze sprzyjającym rządowi prezydentem, ale nie z prezydentem-polityczną kukiełką, Polska mogłaby naprawdę dużo zyskać, uczynić znaczny krok na drodze rozwoju cywilizacyjnego.

Tusk, kandydując na prezydenta, wystawiłby siebie i Platformę na bardzo łatwy atak: Jak to, Donald Tusk jako premier dążył do osłabienia relanej władzy prezydenta, a teraz sam na ten urząd kandyduje? Przecież to albo oznacza, że Tusk-prezydent będzie prowadził inną politykę, niż Tusk-premier, albo jest dowodem na to, iż Donek faktycznie jest leniwy i chce zająć stanowisko, na którym nie będzie się musiał wysilać. Jest to, moim zdaniem, kolejny poważny argument przeciwko kandydaturze Tuska. Platforma powinna wystawić kogoś innego. Jedynym problemem był brak dostatecznie wyrazistego i godnego kandydata, który mógłby pokonać Kaczyńskich w wyborach prezydenckich, nie umniejszając zarazem roli Tuska w państwie (premier Tusk zapewne nie zgodziłby się na popieranie kandydata, który go będzie umniejszał). Ale oto jest - Jerzy Buzek.

Buzek ma oczywiście wady, z których największą są złe wspomnienia związane z rządami AWS i z czterema wielkimi reformami, głównie z reformą szkolnictwa. Cóż, trzebaby nad poprawą wizerunku Buzka popracować, trzebaby popracować nad nad wskazaniem pozytywnych skutków reform, a jest ich niemało (w szkolnictwie, niestety, najmniej), trzebaby wskazać, że Jerzy Buzek to nie to samo, co warcholski AWS, którego zresztą najbardziej warcholska część wylądowała w PiS. To się da zrobić. Tak więc - Jerzy Buzek moim kandydatem.

A Donald Tusk niech także zostanie prezydentem. W roku 2015.

wtorek, 09 czerwca 2009

Prezes Kaczyński wraca do formy. Oświadczył dzisiaj, że on jest z AK, a inni - tu konkretnie pracownicy Radia Zet - "z innych środowisk". Przy całej mojej niechęci do Kaczyńskiego nie uważam, że prezes oszalał i roi sobie, że walczył w szeregach AK. Nie, on zaledwie przypisuje sobie reprezentowanie tradycji AKowskiej, przeciwnikom zaś tradycji tej odmawia. To jest ten sam styl, ten sam duch, ta sama uzurpacja, co w kanonicznym już "my jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO".

W dzisiejszej Polityce Adam Szostkiewicz pisze tak:

...kościół pisowski jawi się jako kontrreformacja, siła próbująca cofnąć Polskę  do epoki masowych wykluczeń innowierców i każąca wierzyć, że prawdziwymi Polakami są tylko wyznawcy prezesa Kaczyńskiego. Obywatele III RP nienależący do kościoła PiS są dysydentami, heretykami lub poganami, niezasługującymi na zaufanie i współpracę. Tylko w PiS jest prawda o narodzie i historii, tylko tam przechowuje się arkę polskości i patriotyzmu.

Trafna diagnoza. Szkoda, że Szostkiewicz nie wskazuje na źródło tych przekonań. Przypomnijmy sobie słynny wywiad Jarosława Kaczyńskiego z jego stwierdzeniem, że "w nim jest czyste dobro". Wtedy myślałem, że Kaczyński żartuje, że to tylko taka figura retoryczna. Po kilku miesiącach zacząłem rozumieć, że on wcale nie żartował, on naprawdę tak uważa. "We mnie jest czyste dobro". Jeśli w kimś jest czyste dobro, dobro absolutne, bez najmniejszej domieszki zła, to, po pierwsze, ci, którzy się z nosicielem dobra nie zgadzają, robią to albo ze złych pobudek, albo na skutek przyrodzonego braku zdolności umysłowych i moralnych do rozpoznawania dobra. Tak czy siak, są oni niewarci dyskusji, nie mogą też mieć żadnej racji, nawet cząstkowej, bo czyste dobro musi być doskonałe - w przeciwnym razie nie byłoby czyste. Po drugie, bycie depozytariuszem czystego dobra daje rację moralną, władzę iście nadprzyrodzoną, do orzekania kto jest prawdziwym Polakiem, prawdziwym patriotą, spadkobiercą tradycji AKowskiej, kto zaś jest z KPP, z ZOMO, z grona wspólników mordercy Popiełuszki i z wszelkiego zaprzaństwa. Dalej, daje to też prawo do orzekania komu pochodzenie i przeszłe grzechy przestają ciążyć (sędzia Kryże, minister Jasiński etc), kto zaś nimi jest nadal skażony, zapewne wiekuiście. "Komu grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, komu zatrzymacie, są im zatrzymane", panie prezesie?

Jarosław Kaczyński nie żartuje. On naprawdę uważa, że ma taką moralną władzę. I dlatego Jarosław Kaczyński jest taki groźny.

poniedziałek, 08 czerwca 2009

Wszystkie media obwieszczają, że "Ziobro wygrał w Krakowie". Jaki wstyd! Na szczęście ktoś podał link do strony PKW, z którego wynika, iż w Krakowie wygrała Platforma (50% głosów), PiS był drugi (32%). W Krakowie była też dość przyzwoita, jak na te wybory, frekwencja (39%). Natomiast w całym okręgu świętokrzysko-małopolskim wygrał PiS i osobiście Zbigniew Ziobro.

Ziobro, postać wyjątkowo antypatyczna i szkodliwa, będzie się i tak pysznił i puszył, ale trudno, przynajmniej Kraków nie zawiódł. Kamień spadł mi z serca.

środa, 03 czerwca 2009

Wczoraj drogą służbową (sic!) otrzymalem drukowaną wersję tego oto komunikatu Działu Socjalnego UJ. Czytam i oczom nie wierzę: Uniwersytet Jagielloński zakupił jakiś trenażer wibracyjny, który nas wszystkich wyleczy z bólów stawów, zgagi i padaczki, a do tego odchudzi, ujędrni i zapewni odpowiedni poziom szczęścia poprzez kontrolowany wyrzut endorfin, wszystko jak u radzieckich kosmonautów? I skąd Uniwersytet Jagielloński miał na to pieniądze? A, rozumiem, z funduszy na naukę. Jasne.

Formalnie wszystko jest zapewne w porządku: Uniwersytet Jagielloński jest dużym pracodawcą, jako taki musi tworzyć fundusz socjalny, a zakup "sprzętu rehabilitacyjnego" niewątpliwie mieści się w celach funduszu socjalnego. Mogę sobie co prawda wyobrazić bardziej sensowne sposoby wydawania tych środków, drażni mnie też fakt, iż administracja centralna UJ tworzy dla siebie (de facto dla siebie, bo kto z odległych budynków będzie tam jeździł?) fitness club w Collegium Novum, ale najbardziej złości mnie co innego:

Tekst z komunikatu UJ brzmi jak reklama z Top Shopa, został chyba żywcem przepisany z ulotki dołączonej do zakupionego urządzenia. Whole body vibration, przedstawiane tu jako metoda terapeutyczna, jest tak naprawdę techniką - i to dość drogą techniką! - stosowaną w klubach fitness. Zapewne odpowiednio stosowana nie powoduje większych szkód, ale nie udowodniono też żadnej przydatności terapeutycznej tej metody, poza dość ekstremalną sytuacją kosmonautów, którym grozi zanik mięśni i rzeszotowienie kości w warunkach mikrograwitacji. Tymczasem Uniwersytet Jagielloński, wydając oficjalny komunikat i umieszczając go na swoich oficjalnych stronach, niejako legitymizuje tę metodę. Ktoś może pomyśleć - no, skoro UJ kupił takie urządzenie dla swoich pracowników, to ja wydam X złotych na sesję z tym-czymś w moim klubie fitness. A Uniwersytet Jagielloński wychodzi na durnia, który marnuje pieniądze i, pośrednio, wciska ludziom ciemnotę.

Magnificencjo, Panowie Dziekani, Panie i Panowie!

Dziekuję Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za to, że jest - od bez mała sześciuset pięćdziesięciu lat. Dziekuję naszym opiekunom naukowym, naszym współpracownikom starszym i młodszym, z Polski i zza granicy, bez których nie byłoby nas tu dzisiaj. Dziękuję naszym rodzinom za wyrozumiałość i cierpliwość. Dziekuję naszym studentom.

Proszę Państwa, nauka jest piękna, jest trudna, jest ciekawa, bywa także pożyteczna. W tym sensie nauka jest narzędziem do czynienia sobie ziemi poddaną. Ale nauka jest także częścią cywilizacji i kultury, kultura zaś, o czym się często zapomina, jest jednym z czynników decydujących o znaczeniu i bogactwie narodów. Tak więc czyńmy sobie ziemię poddaną, ale twórzmy także kulturę - kulturę polską, będącą częścią kultury europejskiej, będącej częścią kultury światowej. I wszystko, co robimy, starajmy się robić doskonale.

Podziękowanie, jakie wygłosiłem wczoraj na laudacji habilitacyjnej w imieniu naszego Wydziału. Po dwu latach zmuszono mnie do uczestnictwa w tej uroczystości, mało tego, kazano mi przemawiać.

P.s Tak to wyglądało :-)

niedziela, 31 maja 2009

Media od jakichś dwu lub trzech dni ekscytują się milionowymi "pożyczkami", jakie rzekomo miały płynąć dziwnymi kanałami od tajemniczych spółek w karaibskich rajach podatkowych do posła Janusza Palikota. PiS i okolice zacierają ręce, że oto nadszedł koniec najbardziej znienawidzonego posła Platformy.

Rozumiem, iż nikt Palikota nie oskarża o to, że on te pieniądze ukradł lub że są to łapówki od członków "układu" lub przedstawicieli wrażych mocarstw. Rzekomo są to pieniądze samego Palikota, które ten ukrył przed swoją byłą żoną w ramach toczącego się postępowania o podział majątku. I choć państwo polskie mogło ponieść na tej operacji jakieś straty na skutek uprzedniego wyprowadzenia pieniędzy do raju podatkowego, nie sądzę, aby Palikotowi stała się z tego powodu krzywda - do więzienia nie pójdzie, z Platformy nikt go raczej nie wyrzuci, może nawet zostanie wybrany na następną kadencję (sam bym na niego głosował). Tym niemniej jest to kres marzeń Janusza Palikota o wielkiej karierze politycznej.

Powiada się bowiem, że w Platformie toczy się ostra rywalizacja pomiędzy Schetyną a Palikotem o schedę po Tusku. Mianowicie, należy się spodziewać, że Tusk wygra najbliższe wybory prezydenckie (nawiasem mówiąc, lepiej dla Tuska byłoby, gdyby nie kandydował, tylko gdyby Platforma wygrała kolejne wybory parlamentarne i Tusk przez drugą kadencję był premierem), a zatem, Tusk wygra wybory prezydenckie, a ktoś będzie musiał zostać przywódcą partii i premierem. Naturalnym kandydatem jest Grzegorz Schetyna, ale powiada się, że Janusz Palikot także miał na to stanowisko chrapkę. I kto wie, przy swojej inteligencji, medialności i popularności, mógłby z dość bezbarwnym Schetyną wygrać. Czy udałoby mu się potem poprowadzić Platformę do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, to już inna sprawa, ale oto wszelkie ambitne plany Palikota wzięły w łeb. Nie może być bowiem poważnym kandydatem na premiera facet, którego oskarżono o unikanie podatków. No, chyba że stanie się cud, prawdziwy cud, i Palikot całkowicie, bezdyskusyjnie i bez cienia wątpliwości oczyści się ze stawianych mu teraz zarzutów. A w to chyba nikt nie uwierzy. Nie w Polsce.

A tak przy okazji, zauważam, że popularne określenie raj podatkowy jest zapewne wynikiem błędnego tłumaczenia. W świecie anglojęzycznym bardzo popularne jest określenie tax haven; haven oznacza port, zatokę, ale także, w sensie przenośnym, bezpieczne schronienie. Tax haven to miejsce, w którym można ochronić swoje pieniądze przed podatkowym mieczem. I oto komuś najwyraźniej pomyliło się haven z heaven, czyli z niebem, rajem. A że "raj podatkowy" dobrze brzmi, z całą pewnością lepiej, niż jakaś "podatkowa przystań", "podatkowe schronienie", tak już zostało.

środa, 27 maja 2009

Dzisiejsza Gazeta Wyborcza pisze w tonie alarmistycznym:

Afgańscy talibowie rozpracowują polskich żołnierzy [...]. MON prosi o pomoc Amerykanów.

Dalej czytamy, że

do końca czerwca [polscy] żołnierze dostaną 13 nowych Rosomaków. Więcej nie mamy i nie stać nas

mówi "wysoki urzędnik MON". Żałosne! Czyżbym miał zmienić zdanie o wzroście wartości polskiej armii, wyrażone w przedostatniej notce? Co więcej, Polacy proszą Amerykanów o wypozyczenie 80 nowoczesnych wozów opancerzonych, jednak

Amerykanie rozumieją nasze potrzeby, ale mają własne priorytety.

Czyli wciąż nas lekceważą, wciąż jesteśmy dla nich co najwyżej sojusznikiem drugiej kategorii. Ja jednak wciąż wierzę, że w perspektywie najbliższych kilkudziesięciu lat, tylko Ameryka będzie nam w stanie pomóc. Credo, quia absurdum.

wtorek, 26 maja 2009

Jak wiadomo (albo i nie), w Wielkiej Brytanii szaleje właśnie skandal związany z refundowaniem wydatków paramentarzystów. Ofiarą kryzysu padł między innymi speaker Izby Gmin, Michael Martin, pierwszy speaker od 314 lat, który został zmuszony do ustąpienia. Pośród innych kuriozów, którymi ekscytuje się prasa, typu dom dla kaczek, miska dla psa czy marmurowe stoły - wszystko refundowane z pieniędzy publicznych! - przypadkiem trafiłem na szczególnie zabawną informację. Oto brytyjski minister finansów, Alistair Darling, zażądał zwrotu wydatków poniesionych na księgowego, który wypełniał formularz podatkowy ministra, ichni PIT. Zgdodnie z brytyjskim prawem o zwrot tego typu wydatków posłom ubiegać się nie wolno, to jednak zostawmy brytyjskiej prasie. Ale pomyślmy: minister finansów potrzebuje pomocy księgowego, żeby wypelnić PITa? Jasne, jasne, minister jest od ustalania ogólnych zasad i od planowania budżetu państwa, nie od szczegółowej znajomości wszystkich ulg i odliczeń, tym niemniej jest to zabawne.

Muszę jednak napisać, co skłoniło mnie do tych poszukiwań. O skandalu wiedziałem, a ponieważ najbardziej podobają nam się te piosenki, które znamy, zacząłem czytać  artykuł w najnowszym numerze Newsweeka. Zaczyna się tak:

"Right and honorable" (Prawy i honorowy) – tak zwracają się do siebie posłowie w Izbie Gmin.

Ech... Pomijam już to, że nie "honorowy", ale "czcigodny" (honorowy może być patronat prezydenta), ale brytyjscy posłowie na pewno nie zwracają się do siebie "honorable", ale "honourable". Podobnie, prawidłowy adres specjalnej strony poświęconej piętnowaniu nadużyć brytyjskich parlamentarzystów, powinien brzmieć http://www.dishonourable.org.uk/. O różnicach pomiędzy brytyjskim a amerykańskim angielskim uczą przecież w szkołach.

Uzupełnienie, 27 maja: Przypomniałem sobie (a nastepnie sprawdziłem), że tytuł Right Honourable nie przysługuje wszystkim poslom do brytyjskiego parlamentu, a tylko niektórym, mianowicie obecnym i byłym premierom oraz ministrom. Zwykli MPs są zaledwie Honourable. Prawi być nie muszą :-)

poniedziałek, 25 maja 2009

Andrzej Brzeziecki, w przywoływanym już tutaj artykule, cytuje Bartka Sienkiewicza, który w Dzienniku pisał tak:

Łatwość, z jaką Polacy włączyli się w międzynarodowe działania bez wyraźnie zdefiniowanego interesu (albo z jego błędną definicją), każe przypuszczać, że nasz kraj nie jest sterowną maszynerią, zdolną do obrony swego stanu posiadania (nawet jeśli ten stan posiadania nie dotyczy terytorium, lecz splotu interesów na mapie Europy). 

To, że polskie zaangażowanie  w misje międzynarodowe obnażyło szereg naszych słabości, nie podlega dyskusji. To, że Polska nie jest "sterowną maszynerią", niestety też. Sienkiewicz sugeruje jednak, że sam nasz udział w misjach był błędem.

Nie zgadzam się z tym. Rzecz rozbija się się o pojmowanie naszego interesu narodowego.

Po pierwsze, wiele osób nasz "interes narodowy" rozumie w tym kontekscie jako sumę kontraktów, jakie polskie firmy mogłyby otrzymać, plus mierzalną pomoc wojskową. Sam Sienkiewicz częściowo - podkreślam, częściowo - podziela ten pogląd, pisze bowiem o misji w Iraku:

Mimo rozbudzonych przez Amerykanów oczekiwań nie przyniosła ona Polsce właściwie żadnych gospodarczych korzyści

chociaż

rysowała się szansa na [...] uzyskanie znacznych profitów gospodarczych (kontrakty zbrojeniowe, dostęp do złóż ropy naftowej).

Następnie Sienkiewicz pisze, że Polska u boku Francji zaangażowała się w Czadzie

nie zyskując w zamian nic, nawet zwy kłych w takich wypadkach bilateralnych profitów.

Proponenci takiego pojmowania interesu narodowego zdają się kalkulować: Kontrakty i dostawy sprzętu wojskowego za tyle a tyle setek milionów dolarów - polski interes narodowy jest obroniony; kontrakty i dostawy z mniejsze sumy - nie, w związku z tym polski rząd, przed powzięciem decyzji o udziale w inwazji, powinien był Polsce zagwarantować odpowiednie wpływy. Takie rozumienie interesu narodowego jest po prostu haniebne. Stawia polskie wojsko w roli najemników, walczących za pieniądze. Naraża Polskę na uzasadnione ataki ze strony rodzimych i międzynarodowych organizacji pacyfistycznych tudzież pogrobowców endecji, takich jak LPR i rydzykowcy (Roman Dmowski na myśl o nich w grobie się przewraca), świadomie bądź nie realizującyh interesy Rosji.

Otóż może ja jestem strasznie naiwny, ale wydaje mi się, że decyzja o udziale Polaków w interwencji w Iraku miała przede wszystkim charakter strategiczny (o czym niżej) i moralny, nie biznesowy. Tak przynajmniej ja, w swojej naiwności, chcę ją interpretować. Z jednej strony mieliśmy trudną decyzję o udziale w wojnie, z wszystkimi potwornościami, jakie wojna niesie, z drugiej - zgodę na trwanie władzy Saddama, który nawet jeśli nie miał broni masowego rażenia, to był okrutnikiem i tyranem, mającym na sumieniu śmierć tysięcy ludzi, drwił sobie ze społeczności międzynarodowej i stwarzał zagrożenie międzynarodowe, choć zapewne nie na taką skalę, jak to administracja Busha wówczas światu wmawiala, z trzeciej - bo jest i trzecia strona - Polska mogła obłudnie krytykować barbarzyństwo Amerykanów, a zarazem cieszyć się, że Amerykanie problem Saddama rozwiązali. Nie! Jeśli uważamy, że był problem, powinniśmy za jego rozwiązanie wziąć współodpowiedzialność. Wiem, że wiele osób twierdzi, że w Iraku chodziło wyłącznie o ropę. Oskarżenie to nie jest zresztą bezzasadne, biorąc pod uwagę późniejsze interesy i zyski Halliburtona i jego powiązania z administracją amerykańską poprzez osobę wiceprezydenta Dicka Cheney'a. Może więc polskie władze - a rządzili wówczas Kwaśniewski z Millerem, do których ani osobiście, ani do ichniej formacji, nie odczuwam najmniejszej sympatii - faktycznie wyszły na naiwnych druniów. Lepiej być jednak durniem niż cynicznym przywódcą najemników, kondotierem.

Nie chcę przy tym Polaków wybielać. Wiadomo, że w Iraku była co najmniej jedna wielka afera łapówkarska z udziałem polskich oficerów. Wiadomo, że wojsko polskie było oskarżane o bezmyślne zniszczenie stanowisk archeologicznych w Babilonie (Polacy dość niemrawo bronili się, że prawdziwe zniszczenia spowodowała podjęta za Saddama "rekonstrukcja"). W Afganistanie mieliśmy wciąż niewyjaśnioną i dosyć zagmatwaną afereą Nangar Khel, gdzie oprócz uwarunkowań lokalnych, najprawdopodobniej doszło do zamieszania spowodowanego walką ludzi dawnych WSI z nowymi ludźmi Macierewicza. Polscy żołnierze to nie sami idealistyczni bojownicy, co to nie zważając na trud i znoje, bić się będą za wolność waszą i naszą. Na pewno wśród polskich żołnierzy na misjach było całkiem sporo zabijaków, którzy chcieli przeżyć męską przygodę, a przede wszystkim takich, którzy pojechali tam wyłącznie za żołd. Nie chcę jednak nikogo obrażać. Każda indywidualna decyzja o udziale w misji wojskowej wymagała odwagi. Nie piszę jednak o motywacjach indywidualnych, ale o motywach, jakimi kierowało się państwo polskie. 

Wróćmy jednak do owego interesu narodowego i załóżmy, że pytanie o to, czy Polska coś na udziale w misjach zyskała, jest zasadne, a przynajmniej uznajmy, że rządzący powinni sobie to pytanie zadawać. Czy więc Polska coś zyskała? Bezpośrednio - być może nie, albo niewiele. Ale deklarując się w czynach jako sojusznik Stanów, może - kiedyś, w przyszłości, która oby w takiej formie nigdy nie nadeszła! - liczyć na wzajemność. Nie chodzi mi o korzyści handlowe, ale o strategiczne korzyści dla bezpieczeństwa naszego państwa. Teraz Polsce nikt nie zagraża, ale kto wie, co będzie za dwadzieścia, za pięćdziesiąt lat. Och, jasne, gdyby Polsce wówczas zagroził jakiś wróg, cały świat powinien nam przyjść z pomocą, bo to byłoby moralnie słuszne, niezależnie od tego, co myśmy wcześniej uczylili. Guzik prawda. W naszym interesie narodowym jest być bardziej amerykańscy niż Amerykanie, licząc na to, że gdyby kiedyś, Boże uchowaj, zaszła taka konieczność, oni pomogą nam. Pewności, że tak się stanie, nigdy mieć nie będziemy, ale jeśli my Amerykanom nie będziemy pomagać, nasze szanse na ich pomoc straszliwie maleją. 

Sienkiewicz w cytowanym tu artykule biada, że

Dla nas Sojusz [Północnoatlantycki] ma znaczenie tylko wtedy, gdy jest w naszym regionie faktyczną przeciwwagą dla Rosji, utrzymując równocześnie swój militarny charakter, lub gdy jest elementem wciągania w obręb Zachodu krajów leżących między Rosją a Polską. Tymczasem oba te elementy stają się coraz bardziej wątpliwe.

Sienkiewicz może, niestety, mieć rację, ale być może zadziałały tu procesy silniejsze od nas. Moim zdaniem Polska mimo to słusznie zrobiła angażując się u boku Stanów w misje zagraniczne. Nawet jeżeli chwilowa korzyść z tego jest niewielka, nawet jeśli nie ma gwarancji korzyści długoterminowych w postaci realnych gwarancji NATO dla Polski, gdyby Polska nie uczestniczyła w misjach, tym samym zrezygnowałaby z próby wywarcia wpływu na przyszłość NATO.

Po drugie armia, która siedzi wyłącznie w koszarach i na poligonach, po kilku latach przestaje być armią. Większość komentatorów w Polsce zgadza się, że powinniśmy mieć sprawną armię. Otóż to, że dzięki udziałom w misjach zaczynamy mieć zaczątki prawdziwej armii, nie zaś tylko niewiele warte koszarowe wojsko, jest bodaj jedyną korzyścią bezpośrednią, jaką Polska na udziale w misjach międzynarodowych odniosła. Wydaje mi się to zupełnie jasne i nadziwić się nie mogę, że nikt z poważnych publicystów dotąd tego nie napisał. Implicite przyznaje to sam Bartek Sienkiewicz, pisząc, że w Iraku

okazało się, że polskie wojsko nie jest zdolne do efektywnego współdziałania w operacjach ofensywnych [...]. Każdy poważny kryzys na naszym terenie kończył się wezwaniem pomocy wojsk amerykańskich.

No tak, bo do Iraku pojechało polskie "wojsko koszarowe", nie prawdziwa armia. (Nawiasem mówiąc, kiepska przydatność polskiego wojska w Iraku była zapewne powodem umiarkowanej "wdzięczności" Amerykanów.) Znamienne, że Sienkiewicz, krytykując polskie zaangażowanie w Afganistanie, argumentu o nieprzydatności polskiego wojska w akcjach bojowych nie podnosi. Jak sądzę, polska armia czegoś się w międzyczasie - czyli w Iraku - nauczyła.