Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
czwartek, 16 czerwca 2016

E, tam. Miałem dalej pisać o uchodźcach, imigrantach i ustawie antyterrorystycznej, niech ją piekło pochłonie. Po co? Lepiej obejrzyjmy teledysk.

środa, 15 czerwca 2016

Mój stosunek do problemu przybywających do Europy uchodźców wyraziłem trzy lata temu w notce Lampedusa. I nie zmieniłem w tej sprawie zdania. Kilka miesięcy temu argumentowałem natomiast, że Polska powinna włączyć się w rozwiązywanie kryzysu związanego z olbrzymim napływem uchodźców, jeśli nie ze względów humanitarnych, to z uwagi na solidarność europejską. Także i to zdanie podtrzymuję.

Po ataku w Orlando, gdzie napastnik pochodzenia afgańskiego zabił 50 osób bawiących się w klubie gejowskim, a drugie tyle ranił, napisał do mnie mój prawicowy przyjaciel, jeden z niewielu, którzy wciąż się do mnie odzywają:

nie będziemy mieć dużej mniejszości muzułmańskiej w Polsce, nie będziemy mieć tego typu zamachów co dziś w US

Mój przyjaciel łączy to z problemem przyjmowania uchodźców. Związek ten jest dosyć luźny.

Po pierwsze, napastnik z Orlando nie był uchodźcą: Urodził się w Nowym Jorku i całe życie mieszkał w Ameryce. Uchodźcami, choć może w tym wypadku lepiej powiedzieć, emigrantami politycznymi, byli jego rodzice. Po drugie, ta zbrodnia nie była aktem terroru politycznego (zabijamy przypadkowe osoby żeby wywołać chaos i panikę w znienawidzonym społeczeństwie), ale miała podłoże homofobiczne: Strzelano nie w jakimś dowolnie wybranym klubie nocnym, ale w klubie gejowskim, a sprawca w przeszłości wiele razy wyrażał swą nienawiść do homoseksualistów. Wiele osób zapewne powie, że homofobia jest wbudowana w islam, więc w gruncie rzeczy wszystko jedno. Cóż, gdyby posłuchać głosów wielu prominentnych przedstawicieli polskiego Kościoła z ostatnich lat i poczytać komentarze, jakie po zbrodni w Orlando zalały polski internet, można by dojść do wniosku, że homofobia jest równie mocno wbudowana w katolicyzm i naszą kulturę narodową. I jaki stąd miałby płynąć wniosek? To, że zamachowiec z Orlando w rozmowie telefonicznej tuż przed atakiem złożył przysięgę na wierność Państwu Islamskiemu, nie musi być szczególnie istotne: ludzie, nawet realizując swoje prywatne obsesje, lubią czuć przynależność do jakiejś wielkiej Sprawy, bo to w ich oczach przydaje im znaczenia.

Po trzecie, zamachowiec z Orlando nie zabił 50 osób gołymi rękami. Ani nawet nie z pistoletu, który miał jako pracownik agencji ochrony. Posłużył się półautomatycznym karabinkiem szturmowym, jaki w Ameryce można legalnie w ciągu kilku minut  kupić.

Liberalna (czyli lewicowa) prasa w Ameryce  zwraca przy tym uwagę, że sprawca z Orlando, z uwagi na swoje pochodzenie, natychmiast został nazwany terrorystą, podczas gdy biali sprawcy równie potwornych zbrodni są inaczej traktowani. Zbrodniarz z Charleston sprzed kilku miesięcy nazywany był na przykład "ogłupiałym dzieciakiem" (whacked-out kid), co brzmiałoby nieledwie pieszczotliwie, gdyby nie dotyczyło gościa, który wtargnąwszy do kościoła zabił dziewięć osób tylko dlatego, że były czarne.

Mój przyjaciel pisze, że choć od dawna można było sprawcę z Orlando podejrzewać o złe zamiary, nikt z tym nic nie zrobił z uwagi na polityczną poprawność. Reakcje na sprawy z Orlando i Charleston świadczą raczej o politycznej poprawności à rebours.

Ameryka to dziwny kraj, wróćmy więc do Europy, którą rozumiem o wiele lepiej, niż Stany Zjednoczone.

Zamachowcy z Brukseli, z Paryża czy z Londynu też nie byli uchodźcami, imigrantami. Jedni byli urodzeni w Belgii, drudzy w UK. Posiadali od urodzenia obywatelstwo swoich krajów. (Przy ciele jednego z zamachowców z Paryża znaleziono paszport syryjski, więc ten człowiek mógł być uchodźcą. Jednak równie dobrze paszport mógł być fałszywy - przy innej okazji wykryto całą siatkę na masową skalę handlującą podrabianymi dokumentami syryjskimi - a terrorysta użył go aby wzbudzić nienawiść do uchodźców.) "Duże mniejszości muzułmańskie" pojawiły się dlatego, że po drugiej wojnie światowej kraje europejskie, cierpiące na brak rąk do pracy, wręcz zachęcały ludzi z krajów muzułmańskich do osiedlania się w Europie. Część z przybyszów miała zresztą obywatelstwo swoich krajów metropolitalnych i po prostu mogła tam przyjechać. Tylko w krajach skandynawskich imigranci, a później ich dzieci, pojawili się na skutek polityki humanitarnej; w ostatnich latach, zwłaszcza w 2015, nasilił się też napływ uchodźców do kontynentalnej Europy. Idiotycznie - co trzeba przyznać - prowadzona polityka imigracyjna, łączenie (rzekomych i bardzo szeroko rozumianych) rodzin, doprowadziła do eksplozji. W dodatku ludzie niegdyś zapraszani, stali się zbędni. Ich dzieci i wnuki na każdym kroku spotykały się z dyskryminacją, co nie sprzyjało integracji, a wręcz przeciwnie, wrogość okazywana przez społeczeństwo europejskie rodziła zamknięcie się i wrogość społeczności muzułmańskich. Powstawały dzielnice biedy, zacofania i wykluczenia, z których wycofywały się szkoły, policja i inne instytucje państwowe, a Kościoły chrześcijańskie w ogóle tam nie zaglądały. Zostawali tylko radykalni islamiści, którzy tłumaczyli młodym ludziom, że nie mają pracy, że ich życie jest trudne, bo Europejczycy nienawidzą ich z powodu ich religii. Podawali przykłady, że Johny ukradł samochód i dostał kuratora, a Abdul za to samo trafił do więzienia, gdzie był upokarzany. Wystarczyło, żeby ułamek procenta osób poddanych takiej indoktrynacji w to uwierzyło...

Nawiasem mówiąc, podobny mechanizm został dobrze opisany w odniesieniu do Brzegu nad Odrą, gdzie działała słynąca z radykalizmu "brygada" ONR. Od "trudnej młodzieży" - polskiej, białej młodzieży - odwróciło się państwo, szkoła, Kościół i organizacje społeczne. Policja ich aresztowała, poniżała, a potem wypuszczała, żeby za jakiś czas znowu aresztować. Z młodzieżą zostali tylko narodowcy, którzy dosłownie organizowali im życie, sącząc przy okazji jad swojej propagandy, że Żydzi, kapitaliści i wszelkiego rodzaju lewacy nienawidzą ich za to, że są Polakami i stąd bierze się całe spotykające ich zło.

Cóż więc robić? Uczyć się na błędach, nie powielać chybionych rozwiązań nieskutecznie stosowanych przez naszych europejskich partnerów, ale też nie uchylać się od odpowiedzialności. Polska powinna przyjmować uchodźców, choć na pewno nie wszystkich: samotni mężczyźni z podejrzanymi papierami, podający się za niepełnoletnie sieroty wojenne, nie powinni być mile widziani. Zresztą na razie chętnych do przyjazdu do Polski nie ma i nie będzie zbyt wielu: nie ten klimat, nie ten poziom życia i nie ta atmosfera społeczna, co w krajach Zachodu. Jeśli więc ktoś chce przyjechać do Polski, to widać jest tak zdesperowany, że powinniśmy mu pomóc. A gdy już przyjadą, nie powinni doświadczać wrogości i dyskryminacji ze strony Polaków. Nie należy dopuszczać do powstawania zamkniętych, radykalizujących się gett etnicznych.

No i nie wolno odwracać się od naszej własnej młodzieży i naszych własnych wykluczonych. Praca u podstaw...

Nie będzie łatwo, przeciwnie, będzie bardzo trudno, ale musimy w tym uczestniczyć - tak ze względu na tragedię uchodźców, jak i przez wzgląd na solidarność z naszymi europejskimi partnerami. Nawet jeśli te kraje popełniły liczne błędy i w polityce imigracyjnej, i w reakcji na zeszłoroczny kryzys uchodźczy.

Polska powinna też uczestniczyć w wysiłkach na rzecz zlikwidowania przyczyn masowych migracji. Uczestniczyć finansowo i organizacyjnie. To będzie kosztować, to zapewne będzie dużo kosztować, ale powinniśmy się z tym pogodzić. 

piątek, 10 czerwca 2016

Poseł Jarosław Kaczyński, jak mi się wydaje - ale może wydaje mi się całkiem źle? przepraszam, ale ja już nie mam ani siły, ani ochoty, by podążać za strzelistymi myślami pana Kaczyńskiego i dokonywać ich egzegezy - wpadł na pomysł, jak tu wybrnąć z zamieszania w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, a jednocześnie zachować twarz. Temu ma służyć najnowszy PiSowski projekt, rozpatrywany na równi (niezły żart, ha, ha!) z projektami autorstwa KODu (sic!) i PSL. Otóż PiSowski projekt, jak rozumiem - ale patrz wyżej! - odwołuje tak PiSowską "ustawę naprawczą", jak i platformerską nowelizację z czerwca 2015. PiS wprowadza co prawda orzekanie zgodne z kolejnością wpływu spraw i większość kwalifikowaną w sprawach ustrojowych, ale pozwala Trybunałowi na ocenianie tej ustawy na podstawie przepisów sprzed "ustawy naprawczej". PiS - a tak naprawdę nie PiS, ale Jarosław Kaczyński, bo tylko jego wola się w tej partii liczy - godzi się na to, że Trybunał te przepisy obali, jak już to zrobił obalając "ustawę naprawczą". Kaczyński spodziewa się jednak, że Trybunał za niekonstytucyjne uzna tylko te przepisy, nie zaś obecnie procedowaną ustawę jako całość, a to będzie oznaczać, że obie nowelizacje z ostatniego roku stracą moc. To zaś, myśli Kaczyński - ale patrz wyżej, patrz wyżej! - będzie oznaczać, że i osoby prawidłowo wybrane jesienią przez poprzedni Sejm, i osoby nieprawidłowo* wybrane przez obecny Sejm w grudniu, przestaną być sędziami i PiS będzie mógł na nowo przeprowadzić wybory na trzy wakujące miejsca w Trybunale. Przy okazji Kaczyński pozwoli na publikację wyroków TK z 9 marca i następnych, bo będą one miały charakter "historyczny", jak to wielokrotnie powtarzał.

Z jednej strony oznacza to, że PiS się wycofuje z frontalnego ataku na Trybunał, choć broń Boże nie jest gotów tego przyznać! Z drugiej - jest kłopot, którego poseł Kaczyński zdaje się nie dostrzegać. Otóż nawet jeśli teraz okaże się, że nowelizacja z czerwca 2015 nie obowiązuje - a może się tak okazać, bo w samym fakcie przyjmowania i odwoływania przez ustawodawcę ustaw nie ma niczego niekonstytucyjnego - to obowiązywała ona jesienią 2015. Obowiązywała, bo PiS - ani grupa posłów, ani urzędujący już wówczas PiSowski funkcjonariusz, dr Andrzej Duda - nie oprotestował jej, gdy była po temu pora. A skoro obowiązywała, to prawidłowo wybrani sędziowie zostali wybrani prawidłowo i nie można ich odwołać, bo zgodnie z konstytucją są nieusuwalni.

PiS będzie twierdził, że sędziowie wybrani w październiku nie są sędziami, więc można wybierać nowych. Trybunał Konstytucyjny, a wraz z nim środowiska prawnicze i opozycja, że panowie ci są sędziami i prezydent Duda powinien niezwłocznie odebrać od nich przysięgę. Wrócimy więc, w najlepszym wypadku, do stanu z końca listopada 2015

Będzie to jakiś postęp w stosunku do stanu obecnego, ale można go było osiągnąć jednym ruchem, przez publikację wyroku z 9 marca. Oszczędziło by nam to całych miesięcy sporów, ułagodziło Komisję Wenecką i Komisję Europejską, nie zszargało w tak wielkim stopniu opinii o naszym państwie - niestety, wymagałoby to jednego: Jarosław Kaczyński musiałby otwarcie przyznać się do porażki. Gdyby zaś spełniły się jego obecne kalkulacje (nieustannie patrz wyżej!), nie musiałby tego robić. A Kaczyński jest organicznie niezdolny do przyznania się do błędu.

*Nawiasem mówiąc, jak ktoś zauważył, uchwały o wyborze trzech osób, których prezes Andrzej Rzepliński nie dopuszcza do orzekania, mają wadę prawną, mianowicie nie określają początku kadencji sędziego. Proszę porównać nieprawidłową uchwałę o wyborze Henryka Ciocha i prawidłową uchwałę o wyborze sędziego Pszczółkowskiego.

wtorek, 07 czerwca 2016

W Polsce panuje powszechne oczekiwanie, że jeśli popierasz jakąś partię, to popierasz ją we wszystkim. A jeśli krytykujesz, to także we wszystkim. A tymczasem to tak nie działa. Głosowałem na Platformę, ale dalece nie wszystko, co ta partia robiła, mi się podobało. W działaniach PiSu z kolei nie podoba mi się większość tego, co robią, ale jakby to ująć, nie podoba mi się na różnych poziomach.

Mamy oto ustawy godzące w fundamenty państwa i praw obywatelskich: kolejne warianty ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, ustawę inwigilacyjną, ustawę antyterrorystyczną, owoce zatrutego drzewa czy znaczne części ustawy o prokuraturze. Teraz pan Zbyszek szykuje zamach na sądownictwo powszechne (ustawa o KRS już jest w Sejmie), a do tego wszyscy spodziewają się manipulacji przy ordynacji wyborczej. PiS nie ma większości konstytucyjnej, przeprowadza więc te zmiany uniemożliwiając kontrolę ich konstytucyjności, a przy okazji łamiąc regulamin Sejmu, zasady przyzwoitości i dobre obyczaje.

Jednak inne projekty i ustawy obecny rząd przeprowadza w ramach legalnie posiadanych uprawnień. Można się z tymi projektami zgadzać, a można i nie zgadzać, ale ewentualna krytyka nie ma w tym wypadku charakteru fundamentalnego, ale pragmatyczny: ile będą kosztować, czy przyniosą zakładane skutki i czy ich faktyczne skutki będą korzystne. Mam tu na myśli takie kwestie, jak podniesienie wieku szkolnego (jestem przeciw), program 500+ (jestem umiarkowanie przeciw, bo choć program ten jest ekonomicznie nieefektywny, doceniam jego znaczenie symboliczne), podatek bankowy i podatek od handlu (umiarkowanie przeciw z uwagi na nieefektywność pierwszego i szkodliwe skutki drugiego), zmuszenie energetyki do finansowania górnictwa węgla kamiennego (przeciw), atak na OZE, zwłaszcza na wiatraki (raczej przeciw), groźby obniżenia wieku emerytalnego (zdecydowanie przeciw) czy zapowiedzi podniesienia godzinowej stawki minimalnej (byłbym entuzjastycznie za, ale rząd na razie zapowiada, zapowiada, ale niewiele z tego wynika).

Ustawy o przekształceniu mediów publicznych w media partyjne, o zastąpieniu służby cywilnej krewnymi i znajomymi Królika i o poddaniu obrotu ziemią pod arbitralną, niczym nie ograniczoną kontrolę urzędników Agencji Własności Rolnej, leżą gdzieś pomiędzy biegunami ustaw szkodliwych z powodów zasadniczych, powstałych w wyniku uzurpowania sobie przez PiS uprawnień, których nie posiada, a dopuszczalnych, choć raczej szkodliwych.

Piszę to wszystko po ogłoszeniu przez premier Beatę Szydło programu mieszkaniowego, zakładającego budowę przez państwo tanich mieszkań na wynajem. Program miałby być adresowany do osób, których nie stać na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożne, aby móc liczyć na mieszkania komunalne. Niewątpliwie wdrożenie takiego programu należy do uprawnień rządu. Trudno jednak napisać coś więcej, bo jego szczegóły, zwłaszcza finansowe, są jeszcze nieznane, dlatego dość gwałtowna krytyka, z jaką ten program się spotyka, wydaje mi się przedwczesna.

Istotne jest co innego: Oto rząd stara się przekonać ludzi, że wynajmowanie mieszkania jest czymś normalnym, że mieszkanie wynajęte także może być "swoje", że niekoniecznie każdy musi mieć dom czy mieszkanie będące jego własnością. Oczywiście, jeśli kogoś na to stać, to proszę bardzo! Ale dotąd banki, doradcy finansowi i deweloperzy przekonywali, że tylko własne się liczy, a jeśli trzeba do tego wziąć kredyt, to nie ma problemu, wszak rata kredytu jest niewiele większa od miesięcznego czynszu, a będzie się miało to własne! Wszystko pięknie, dopóki kredytobiorca zarabia tyle, że nie ma problemów ze spłatą. Gdy pojawią się kłopoty losowe lub spowodowane zmianą zewnętrznych warunków ekonomicznych, nieszczęśni kredytobiorcy, związani wieloletnią umową z bankiem, z której nie mogą się wycofać, mają potężny problem. Nie tylko finansowy, ale także psychologiczny. Prowadzący do niewolniczej wręcz zależności od toksycznej pracy. Albo uniemożliwiający rozstanie z małżonkiem, niegdyś ukochanym, a dziś już nie do zniesienia. A gdy kredytobiorca znajdzie się under water, to znaczy gdy wartość rynkowa kredytowanej nieruchomości spadnie poniżej pozostałego do spłaty kredytu, jest już bardzo źle. Dotyczy to zwłaszcza frankowiczów, ale potencjalnie może dotknąć każdego. Tymczasem najemca, jeśli pojawią się kłopoty, może z mieszkania zrezygnować, przeprowadzić się do mniejszego, przeprowadzić się do mniejszej miejscowości albo gdzieś na drugi koniec Polski czy za granicę, gdzie akurat będzie odpowiednia praca.

Tak więc to dobrze, że rząd zapowiada, iż będzie się starał zachęcić ludzi do wynajmowania mieszkań, nie tylko do kupowania ich na kredyt. Już poprzedni rząd coś takiego próbował, ale cichcem i półgębkiem, nie kwestionując zasadniczego paradygmatu, że tylko własne się liczy. Teraz powiedziano, że nie tylko. Brawo, PiS!

wtorek, 17 maja 2016

Muszę powiedzieć, że drażni mnie sformułowanie "spór wokół Trybunału Konstytucyjnego". Nie ma żadnego sporu, jeno nagi fakt, że PiSowscy funkcjonariusze, prezydent Duda i premier Szydło, działając na polecenie swojego zwierzchnika, posła Kaczyńskiego, łamią konstytucję. Złamanie konstytucji jest oczywiste (prezydent nie może wybierać, kogo zaprzysięże, a kogo nie; premier nie ma żadnych kompetencji do rozstrzygania, które wyroki Trybunału zostały wydane prawidłowo; jedno i drugie ma po prostu zrobić to, co konstytucja im nakazuje) i nie ma co do tego tematu wracać. Nie ma więc sporu, ale jest problem. Dla PiSu problem wizerunkowy, dla państwa problem grożącej niespójności systemu prawa. A skoro jest problem, trzeba go spróbować jakoś rozwiązać.

Jarosław Kaczyński ciągle coś mówi o jakichś kompromisach, ale kompromisy proponowane przez posła Kaczyńskiego to oszustwo i mydlenie oczu. Ich jedynym celem jest zamieszanie w głowach szerokiej publiczności, a przy odrobinie szczęścia także europejskim obserwatorom i urzędnikom. Ostatnio poseł Kaczyński zaproponował "daleko idący kompromis", polegający na tym, iż PiS łaskawie pozwala Trybunałowi rozpatrywać sprawy dotyczące nowelizacji ustawy o TK poza kolejnością, łagodzi też wymagania odnośnie do pełnego składu. PiS pozostawia jednak jaskrawie sprzeczny z konstytucją zapis o większości kwalifikowanej oraz wymóg, aby wszystkie inne sprawy, niż nowelizacja ustawy o TK, były rozpatrywane zgodnie z kolejnością wpływu. Gdyby więc ktoś teraz zakwestionował na przykład przepisy kagańcowej ustawy antyterrorystycznej, skarga ta byłaby rozpatrzona przez inny skład Trybunału, za kilka lat, może nawet po upływie bieżącej kadencji Sejmu. W praktyce oznaczałoby to odłożenie badania konstytucyjności przyjmowanych przez PiS ustaw ad calendas Graecas. Do tego czasu - hulaj dusza, piekła nie ma. Jest za to domniemanie konstytucyjności.

Jarosław Kaczyński obłudnie powiada, że najnowszy Pisowski projekt ustawy o TK

To jest ustawa uwzględniająca ogromną część postulatów zarówno Komisji Weneckiej, jak i postulatów formułowanych przez przedstawicieli Trybunału Konstytucyjnego

podczas gdy najważniejszym zaleceniem Komisji Weneckiej, jak i zasadniczym żądaniem (a nie jakimś "postulatem") stawianym przez Trybunał jest publikacja wyroku z 9 marca, tego zaś poseł Kaczyński nie przewiduje. Przy okazji Kaczyński mówi, że

Opozycja powinna dokonać aktu samokrytyki, ekspiacji i to będzie podstawa do tego, żeby polskie życie publiczne poprawiło się [...]

No i takie są te kompromisy Kaczyńskiego. Nie warto o nich nawet rozmawiać.

Problem jednak pozostaje. W tej sytuacji pozwolę sobie zaproponować własny wariant kompromisu. Niech nikt mi nie wyrzuca, że ja tylko narzekam i narzekam, nie proponując niczego konstruktywnego. Otóż kompromis à la pfg brzmi tak:

  • premier Szydło publikuje wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 9 marca 2016 i wszystkie następne wyroki TK
  • PiS przestaje forsować aktualną (najnowszą) wersję nowelizacji ustawy o TK
  • pan Zbyszek wycofuje się z projektu ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa (nie ma to bezpośredniego związku ze sprawą Trybunału, ale byłoby oznaką dobrej woli, a także antycypacją faktu, iż ustawa najprawdopodobniej padnie przed TK)
  • prawidłowo wybrani w czerwcu sędziowie, których dr Duda dotąd nie zaprzysiągł, składają rezygnacje
  • prezes Rzepliński dopuszcza do orzekania osoby wybrane w grudniu, które PiS uważa za sędziów Trybunału Konstytucyjnego (można by domagać się, aby i one złożyły rezygnacje, ale takiego poświęcenia i takiego poczucia odpowiedzialności za państwo po PiSowskich nominatach nie należy się spodziewać)

Punkty te należy realizować w takiej kolejności, w jakiej zostały tu zapisane.

Kompromis oznacza obustronne, niekiedy wielostronne, ustępstwo. Dla PiSu kompromis proponowany przeze mnie oznacza przyznanie się do prestiżowej porażki w sprawie "ustawy naprawczej", a dla opozycji prestiżowe zwycięstwo. Zarazem jednak opozycja godzi się na stan, do jakiego PiS, jak się wydaje, dążył na przełomie listopada i grudnia 2015. PiS miałby już sześciu wybranych przez siebie sędziów w Trybunale, a będzie miał ich więcej w miarę upływu kadencji kolejnych sędziów (gdyby PiS miał klasę, zgłosiłby przynajmniej niektórych kandydatów spośród tych czerwcowych - byłoby to możliwe, bo skoro PiS nie uważa ich za sędziów, nie byłoby mowy o wyborze na drugą kadencję), zyskałby też bardzo realną szansę na obsadę w grudniu stanowiska prezesa TK, następcy Andrzeja Rzeplińskiego. PiS wytrąca też z ręki jeden z najważniejszych oręży znienawidzonemu przez siebie KODowi. Wreszcie PiS przyjmuje do wiadomości, że część przepisów ustawy o prokuraturze, ustawy inwigilacyjnej i spodziewanej ustawy antyterrorystycznej zostanie przez Trybunał obalona, ale będą one mogły wrócić z kosmetycznymi zmianami w przyszłym roku, może za dwa lata, gdy zmieniony skład Trybunału kierowanego przez nowego prezesa ich nie obali. PiS będzie wtedy też mógł liczyć, iż Trybunał nie zakwestionuje zmian w kodeksie wyborczym, których w jakiejś formie coraz więcej osób się spodziewa.

To więc, czy w Polsce będziemy mieć za trzy i pół roku demokratyczne wybory, w ostatecznym rozrachunku zależeć będzie od sumień sędziów Trybunału, także (a może przede wszystkim?) tych PiSowskich z krwi i kości. Można jedynie mieś nadzieję, że sędziowie ci, gdy poczują się niezależni od woli posła Kaczyńskiego - nieusuwalni przez kilka lat, a potem prestiż, bardzo wysoka emerytura i immunitet do końca życia - zachowają się jak prawnicy-legaliści, nie jak partyjni funkcjonariusze.

To nie jest, przyznaję, wesoła perspektywa, ale innego wyjścia nie widzę. No, można jeszcze liczyć na to, iż PiS, a w szczególności jego prezes, poczuje wyrzuty sumienia, pokornie wycofa się ze swoich łamiących prawo przepisów i mocno postanowi nie wprowadzać następnych, lub też że archanioł mieczem ognistym wypędzi rządy PiS z kraju.

To drugie jest bardziej prawdopodobne.

środa, 06 kwietnia 2016

Pan Zbyszek nadal utrzymuje, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego obalający PiSowską "ustawę naprawczą" nie obowiązuje, a to dlatego, że Trybunał obalając ustawę, nie oparł się na przepisach obalanej ustawy. Niedorzeczność takiego stanowiska wykazało już wiele osób, ale ponieważ pan Zbyszek idzie w zaparte, a dziś nawet uciekł się do prób zastraszania sędziów TK, zrobię to raz jeszcze.

Zakładamy, że zdanie a jest prawdziwe. Wówczas

  1. Implikacja a → ~a jest niepoprawna (przy prawdziwym poprzedniku i fałszywym następniku, implikacja jest fałszywa).
  2. Przy tym samym założeniu, implikacje ~a → ~a oraz ~a → a są poprawne. Pierwsza jest tautologią, druga zastosowaniem zasady ex falso quodlibet. Przy fałszywym poprzedniku, każda implikacja jest prawdziwa.

Przenieśmy to na grunt obecnego sporu o Trybunał Konstytucyjny.

Niech a oznacza "Trybunał Konstytucyjny uznaje, że ustawa naprawcza jest zgodna z konstytucją". Wówczas, na mocy 1., TK nie mógłby poprawnie orzec jej niekonstytucyjności. Linia rozumowania jest taka: Wyrok TK powstałby w oparciu o ustawę, której konstytucyjność tenże wyrok zakwestionował, a zatem sam wyrok byłby nieważny. Wnioskowanie "ustawa naprawcza jest zgodna z konstytucją" "ustawa naprawcza jest niezgodna z konstytucją" jest niepoprawne. Domniemując konstytucyjność badanej ustawy, Trybunał poprawnie mógłby orzec jedynie jej zgodność z konstytucją.

Na odwrót, jeśli Trybunał wstępnie nie uznał konstytucyjności badanej ustawy, mógłby poprawnie uznać jej niekonstytucyjność (co zrobił) lub konstytucyjność (czego nie zrobił, choć formalnie mógł).

PiS, uchwalając swoją ustawę naprawczą z zerowym vacatio legis, spodziewał się, że TK, związany domniemaniem konstytucyjności przyjmowanych ustaw, nie będzie mógł orzec jej niekonstytucyjności. Jednak w rzeczywistości domniemanie konstytucyjności uchwalanych ustaw obowiązuje obywateli, administrację i inne organa państwa, a także inne sądy i trybunały, ale nie Trybunał Konstytucyjny. Gdyby domniemanie konstytucyjności rozciągnąć na TK, sprawowana przez niego kontrola konstytucyjności przepisów byłaby iluzoryczna, mógłby on bowiem, bez popadania w sprzeczność, stwierdzać tylko i wyłącznie zgodność z konstytucją każdego przedstawionego mu przepisu. To jednak oznaczałoby, że w Polsce, wbrew konstytucji, nie jest możliwa kontrola konstytucyjności uchwalanego prawa.

Na zarzut, iż zgodnie z Art. 197 konstytucji "tryb postępowania przed Trybunałem określa ustawa", a wobec tego Trybunał powinien obradować w trybie przewidzianym przez ustawę o TK, odpowiedź brzmi: Ależ tak! Trybunał obradował w trybie przewidzianym przez ustawę o TK w brzmieniu sprzed zmian dokonanych przez ustawę naprawczą, gdyż skoro ustawa naprawcza została zaskarżona, Trybunał nie był związany domniemaniem jej konstytucyjności.

Nie spodziewam się, że pan Zbyszek ogarnie przedstawione wyżej rozumowanie; poza wszystkim innym, pan Zbyszek nie jest osobą szczególnie bystrą. Zdanie prezydenta Dudy i premier Szydło z kolei się nie liczy, bo są to funkcjonariusze całkowicie niesamodzielni i robią tylko to, co im Jarosław Kaczyński każe (ale obietnica amnestii wciąż jest aktualna!). Sam Jarosław Kaczyński za to na pewno to rozumowanie zna, ale je odrzuca z powodów polityczno-ambicjonalnych. Nie próbuję też przekonać osób popierających PiS z powodów ideologicznych: ich nikt nie przekona.

Wpis ten adresuję przede wszystkim do tych Czytelników, którzy mają (lub zdobywają) wykształcenie ścisłe lub którzy przy innych okazjach zapoznali się z podstawowymi zasadami logiki.

środa, 23 marca 2016

Prezydent Andrzej Duda, odmawiając zaprzysiężenia prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, i premier Beata Szydło, uzurpując sobie prawo do orzekania, które wyroki Trybunału Konstytucyjnego zostały wydane prawidłowo, łamią konstytucję. Grozi im za to Trybunał Stanu. Marszałek Marek Kuchciński i poseł Marek Ast, wielokrotnie łamiąc Regulamin Sejmu podczas wyboru osób, które PiS nazywa sędziami TK i podczas prac nad "ustawą naprawczą", także dopuścili się przewinień, za które grozi odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu. Wiele osób publicznie pisze i mówi, że gdy PiS straci władzę, ci państwo zostaną przed Trybunałem postawieni. Ostatnio w ostry sposób stwierdził to Włodzimierz Cimoszewicz. Ja też swego czasu zapowiadałem Trybunał Stanu dla Andrzeja Dudy.

Doszedłem do wniosku, że to był błąd, mimo iż wymienione osoby na proces przed Trybunałem Stanu zasłużyły.

Jeśli chcemy przegnać intruza - na przykład złodzieja lub dzikie zwierzę - trzeba mu zostawić drogę ucieczki. Przegnać: nie zabić, zniszczyć, zmiażdżyć, zaorać, ale przegnać. Żeby sobie poszedł i żeby nam więcej nie zagrażał. Nie przeszkadzał. Jeśli nie zostawimy mu drogi ucieczki, zapędzimy w kozi róg, będzie walczył na śmierć i życie. Nawet jeśli go pokonamy, sami możemy nieźle oberwać. Nie warto ryzykować. Jeśli naszym głównym celem nie jest zemsta, ale to, byśmy mogli żyć tak, jak lubimy, robić to, co chcemy, wolni od zagrożeń, jakie przyniósł intruz, nie warto ryzykować śmiertelnego starcia.

Dla czołowych polityków PiSu pułapką bez wyjścia jest perspektywa odpowiedzialności konstytucyjnej w przypadku przegranych wyborów. Walka na śmierć i życie oznacza w tej sytuacji albo taką manipulację ordynacją wyborczą, aby PiS wyborów nie mógł przegrać (ordynacja mieszana z gerrymanderingiem i zaporowymi progami wyborczymi), albo masowe aresztowania przywódców, kandydatów i działaczy opozycji tuż przed wyborami, albo jedno i drugie. Doprowadzenie do sytuacji, w której PiS nie przegrywa wyborów, ale nawet pozory demokracji zostają zdruzgotane. Drogą ucieczki jest porzucenie Jarosława Kaczyńskiego i podporządkowanie się orzeczeniom Trybunału Konstytucyjnego.

Dlatego uważam, że Andrzejowi Dudzie, Beacie Szydło i innym politykom PiSu trzeba tę drogę ucieczki zostawić. Beato, opublikuj! Andrzeju, zaprzysiąż! Zróbcie to, a obiecujemy, że po przegranych wyborach nie postawimy was przed Trybunałem Stanu. Kuchcińskiego i Asta też nie. To nie znaczy, że zapomnimy wam wasze haniebne słowa i czyny i że zaczniemy was popierać. Nic z tych rzeczy. To znaczy tylko - i aż! - tyle, że po przegranych wyborach będziecie po prostu przegranymi politykami, jak tylu innych przed wami i po was.

Wasz wybór. Jeśli zdecydujecie się pozostać w kręgu zła, roztaczanym przez Jarosława Kaczyńskiego, a mimo to przegracie, Trybunał Stanu będzie dla was nieuchronny. I pamiętajcie: Polska to piękny i wspaniały kraj, nie tak łatwo ją sobie podporządkować!

Obietnica amnestii konstytucyjnej dotyczy tylko spraw związanych z Trybunałem Konstytucyjnym. Za wszystko inne, w szczególności za nadużycia władzy, jeżeli do nich dojdzie (a przy uchwalanym przez was prawie dojdzie prawie na pewno), obecny obóz rządzący odpowie. Ale to raczej będzie dotyczyć Antoniego Macierewicza, Mariusza Kamińskiego, pana Zbyszka i ich pomniejszych pomagierów. Jednak rozwiązanie sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego nie leży w ich rękach, ale w rękach prezydenta Dudy i premier Szydło.

Obietnica amnestii nie rozciąga się także na Jarosława Kaczyńskiego. Ten jednak, na kształt pierwszego sekretarza partii komunistycznej, którym funkcjonalnie jest, modulo terminologia, sprawuje władzę, ale za nic nie odpowiada. Dla Jarosława Kaczyńskiego największą karą i największym upokorzeniem będzie świadomość politycznej przegranej. I tego mu z całego serca życzę.

sobota, 12 marca 2016

Pięć lat temu, nawiązując do planów "pomnika świateł" na Krakowskim Przedmieściu, pisałem:

Cóż my tu jednak mamy? Państwo, które jest podstawowym narzędziem "suwerenności Narodu". Jedynego, niekwestionowanego przywódcę, w którym jest czyste dobro. Niechęć do mniejszości narodowych. Społeczno-ekonomiczny populizm w warstwie werbalnej, w praktyce zaś wspieranie bogatych kosztem pozostałych. Marsze z pochodniami. Lichtdom. Ta jedność inspiracji - jestem pewien, że nieuświadomiona; nie chodzi mi o ideowe (lub artystyczne) naśladownictwo, ale o podobny sposób myślenia - budzi we mnie i zdumienie, i przerażenie.

Kilka miesięcy temu PiS wrócił do władzy i zaraz okazało się, że wspominane wyżej inspiracje pięknie się rozwijają. Jeszcze w końcówce kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński powiedział, że uchodźcy roznoszą pasożyty i pierwotniaki. Później mieliśmy kanoniczną wypowiedź o Polakach najgorszego sortu, ostatnio twórczo zinterpretowaną przez prezydenta Rzeczypospolitej (sic!) na wiecu w Otwocku:

Czas najwyższy, abyśmy powiedzieli, że w Polsce to my jesteśmy ludźmi pierwszej kategorii, że nasze interesy muszą być przede wszystkim realizowane, że nasze interesy muszą być realizowane na arenie europejskiej.

A jeszcze w międzyczasie mieliśmy inną wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, tym razem w Łomży:

Ci, którzy z nami walczą przybierają, można powiedzieć, barwy ochronne. To są te barwy, które widać tutaj, na tej sali: biało-czerwone. Oni próbują być biało-czerwoni.

Jak widać, ci, którzy popierają PiS, są ludźmi pierwszej kategorii, ci, którzy nie popierają, są ludźmi gorszej kategorii (gorszego sortu), a ich interesy nie muszą być realizowane. To właściwie nie są Polacy, tylko indywidua, które Polaków udają.

Co ciekawe, pojawiło się już uzasadnienie teoretyczne dla tych wszystkich koncepcji: mianowicie pogląd, że nad prawem stanowionym, w tym nad konstytucją, stoi "dobro Narodu" (a o tym, co wchodzi w skład "dobra Narodu", decyduje siła rządząca, a konkretnie jej przywódca). Ryzykując, że zostanę zaatakowany prawem Godwina, muszę przypomnieć, że prawdziwym autorem tej przełomowej doktryny był Carl Schmitt, a służyła ona jako uzasadnienie bezterminowego zawieszenia konstytucji Republiki Weimarskiej przez Sami Wiecie Kogo. W naszym bieżącym kontekście po raz pierwszy zasadę tę explicite wypowiedział nieszczęsny Kornel Morawiecki - najprawdopodobniej zresztą nieświadom historycznych precedensów - za co otrzymał od posłów PiSu rzęsiste oklaski. Później zasada ta wracała w wielu wypowiedziach PiSowskich polityków i wspierających ich publicystów, aby wreszcie przebić się do prawa stanowionego: W PiSowskiej Ustawie o prokuraturze czytamy:

Art. 137. § 1. Za przewinienia służbowe, w tym za oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa i uchybienia godności urzędu, prokurator odpowiada dyscyplinarnie (przewinienia dyscyplinarne).

§ 2. Nie stanowi przewinienia dyscyplinarnego działanie lub zaniechanie prokuratora podjęte wyłącznie w interesie społecznym.

Interes społeczny wyłącza odpowiedzialność prokuratora. Ciekawe, czy stanowi to pozwolenie na stosowanie tortur? Powiedzmy, mamy podejrzanego o to, że podłożył bombę, która może zabić wiele niewinnych osób. W interesie społecznym leży dowiedzieć się, gdzie bomba jest ukryta i jak ją rozbroić. Czy w świetle cytowanego przepisu polski prokurator może wobec podejrzanego zastosować waterboarding albo staromodne bicie, żeby się tego dowiedzieć? A jeśli może wobec terrorysty, to czy może wobec porywacza dziecka? Wobec sprawcy napadu na bank? Wobec dziennikarza ujawniającego niewygodne dla rządu dokumenty?

Do czego to wszystko zmierza?

A za oknami szaro, buro, brudno. Siąpi deszczyk. Przedwiośnie.

piątek, 19 lutego 2016

Pani Kiszczakowa, wdowa po generale, z naiwnością przewyższającą nawet naiwność Lwa Rywina, poszła do IPN sprzedać kwity na Wałęsę. IPN, zresztą całkiem słusznie, niczego nie kupił, tylko poszedł do Kiszczakowej z policją i prokuratorem i zabrał sześć pudeł SBeckich dokumentów, które św. pamięci Czesław zostawił żonie na czarną godzinę. Z papierów tych wynika, że Lech Wałęsa był na początku lat '70 agentem Bolkiem.

Właściwie to nic nowego. To, że Wałęsa z SB rozmawiał i "coś tam podpisał", było wiadomo od dawna. Teraz mamy - rzekomo prawdziwe - zobowiązanie do współpracy, notatki z rozmów z SBkami i pokwitowania odbioru pieniędzy. Wałęsa mówi, że to fałszywki; skądinąd wiadomo, że w latach '80 SB fałszowała dokumenty mające go skompromitować. Obrońcy Wałęsy pytają, czemu SB wówczas fałszowała, zamiast posłużyć się oryginałami? Czyżby nie były jeszcze gotowe? Na to można odpowiedzieć, że komuchom do głowy nie przyszło, że kompromitujący będzie sam fakt współpracy, próbowali więc Wałęsę wrobić w jakieś przekręty finansowe i skandale obyczajowe. 

Zakładam jednak, że dokumenty są prawdziwe i Lech Wałęsa w pierwszej połowie lat '70 aktywnie z SB współpracował. Inni obrońcy Wałęsy tłumaczą, że był on wtedy młody, nie miał w nikim oparcia, był świadkiem strzelania do ludzi na Wybrzeżu, więc się załamał i współpracował, ale starał się ludziom zbytnio nie szkodzić. Na to można odpowiedzieć, że byli tacy, którzy nie dali się zastraszyć, na współpracę nie poszli i często zapłacili za to wielką cenę. Czy to więc dobrze, że Lech Wałęsa 40 lat temu współpracował z SB? No, niedobrze, nawet jeśli można zrozumieć powody, jakimi się kierował. Gdyby Lech Wałęsa na początku lat '90 przyznał się do współpracy, dziś nie mielibyśmy już tego problemu. Ale się nie przyznał, co także można częściowo zrozumieć: Był wtedy w ostrym sporze politycznym z braćmi Kaczyńskimi i innymi ludźmi, którzy najpierw zrobili z niego prezydenta i byli jego najbliższymi współpracownikami - nawiasem mówiąc, zapewne wiedząc o jego agenturalnej przeszłości, bo o tym w Gdańsku mówiło się już w późnych latach '70 - a później postanowili go zniszczyć, więc Wałęsa nie chciał dać im nawet patyczka. 

Nie o to chodzi. Wiadomo bowiem dobrze, że Wałęsa współpracę z SB zerwał najpóźniej w 76, a gdy SBcy zwrócili się do niego w 78, kategorycznie odmówił wszelkich kontaktów. W tymże 78 nawiązał współpracę z Wolnymi Związkami Zawodowymi. Andrzej Gwiazda i Krzysztof Wyszkowski, a także Anna Walentynowicz, dopóki żyła, mogli się wściekać, że to oni pracowali, organizowali, narażali się, a przyszedł taki Wałęsa i ukradł im show. Owszem, ukradł. Bo to Lech Wałęsa miał charyzmę i miał jaja, które pozwoliły mu stanąć na czele strajków w sierpniu 1980, zbudować dziesięciomilionowy ruch Solidarności, nie załamać się w samotnym internowaniu, będąc odciętym od wszelkich wieści ze świata i od ludzi, którzy mogli go wspierać, a wreszcie doprowadzić do Okrągłego Stołu i przełomu roku 1989. Kulminacyjnym punktem jego kariery, jeszcze przed objęciem prezydentury, było przemówienie w Kongresie Stanów Zjednoczonych, z owacjami na stojąco. Później było już, niestety, coraz gorzej.

Od roku 1990 Lech Wałęsa nie był bohaterem mojej bajki. Głosowałem na niego dwa razy, w 1990 i 1995, za każdym razem dopiero w drugiej turze. Czy gdybym w 1990 wiedział, że Wałęsa dwadzieścia lat wcześniej był agentem Bolkiem, też bym na niego zagłosował? Z całą pewnością tak, z tych samych powodów, dla jakich w ogóle na niego głosowałem. W 1995 o agencie Bolku wiedzieli już wszyscy, chociaż na ujawnienie dokumentów trzeba było czekać aż do przedwczoraj.

Ale nie chodzi nawet i o to. Dzisiejszym lustratorom Wałęsy nie chodzi o przeszłość tego człowieka, ale o odarcie go z legendy. Lecząc swoje kompleksy - bo nie działali, bo nie dość działali, bo może i działali, ale nie zostali docenieni, a może po prostu byli zbyt młodzi, by działać, jak dr Andrzej Duda  - chcą umniejszyć Wałęsę, bo nie mogą wywyższyć siebie. Chodzi im jeszcze o coś więcej: dla doraźnych celów politycznych chcą wmówić ludziom, że III RP, od czerwca 1989 do października 2015, była nieprawomocnym oszustwem (choć obecni lustratorzy byli w niej posłami, senatorami, premierami, ministrami i tak dalej). I teraz nie wiem, czy z głupoty, czy ze złej woli dezawuują w ten sposób jedne z największych osiągnięć Polski w jej całej historii: piękną legendę pierwszej Solidarności i bezkrwawe, pokojowe przekazanie władzy w roku 1989.

Gdy Adam Michnik nazwał kiedyś Czesława Kiszczaka człowiekiem honoru (bo dotrzymał porozumień Okrągłego Stołu), prawica zawyła z oburzenia. Gdy dziś wdowa po generale Kiszczaku otwiera swoją szafę, pani dr hab. Pawłowicz obwieszcza, że Kiszczakowa "dobrze przysłużyła się sprawie Polski".

Mali, podli, zawistni ludzie.

środa, 03 lutego 2016

Krytykowanie sztandarowego programu PiSu, 500+, to jak kopanie leżącego: nic się tam nie trzyma kupy. 500+ było głównym programem wyborczym PiSu, zapewne znacznie przyczyniło się do zwycięstwa wyborczego i nie można tego ot, tak porzucić, bo ludzie się wściekną. Można to ładnie opakować ideologicznie - pomagamy polskim rodzinom, to nie pomoc społeczna, ale inwestycja w przyszłość polskich dzieci, walczymy o zwiększenie dzietności Polaków - więc wśród fałszywych uśmiechów PiS prze z tym programem do przodu, nie zważając na to, że w tym roku da się go sfinansować tylko dzięki sztuczkom księgowym i zwiększonym podatkom, a z czego będzie finansowany w 2017 i później, Bóg raczy wiedzieć. PiSu nie interesuje też, że jak pokazują wszelkie badania i doświadczenia innych krajów, rozdawnictwo jest najmniej efektywnym sposobem osiągania pozytywnych celów społecznych. Nic to. Obiecali flaszkowe i flaszkowe musi być.

PiS i w kampanii wyborczej, i tuż po objęciu władzy oszukiwał, że wszystko jest przygotowane. Nic podobnego. Mieli tylko hasło i żadnych konkretów. PiS, pod wpływem powszechnej krytyki, wycofał się z niektórych najgłupszych rozwiązań (na przykład z tego, że wsparcie z 500+ może uniemożliwić najbiedniejszym otrzymywanie innych form pomocy społecznej, w tym pomocy rzeczowej, którą trudniej spieniężyć i przepić). Skoro zatem ten zły i niedopracowany projekt już musi - a najwyraźniej musi - wejść w życie, niechże wejdzie w jak najmniej szkodliwej formie. Dlatego pozwalam sobie na podniesienie następujących dwu punktów:

1. Pani Elżbieta Rafalska, minister do spraw rodziny, pracy, polityki społecznej i hamburgerów, w swojej głębokiej mądrości oświadczyła, że jeśli samotna matka z jednym dzieckiem (lub samotny mężczyzna z jednym dzieckiem, co też jest możliwe, choć rzadsze) wstąpi w związek małżeński, z którego urodzi się dziecko, rodzina taka na potrzeby programu 500+ będzie traktowana jak rodzina z jednym dzieckiem, tym małżeńskim, i pieniędzy nie dostanie.

Za to gdyby ta samotna matka z jednym dzieckiem pozostała matką samotną, ale urodziła drugie, to już do wsparcia finansowego by się kwalifikowała. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Jeśli wdowiec z jednym dzieckiem ożeni się z wdową z jednym dzieckiem - a ślub będzie katolicki, z mszą przy głównym ołtarzu, trzema księżmi i tak dalej - na potrzeby programu 500+ będą traktowani jako małżeństwo bezdzietne, choć będą wychowywać dwoje dzieci. Nawet gdy im się urodzi trzecie dziecko, wsparcia finansowego nie dostaną, bo pani minister od hamburgerów uzna, że mają jedno. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Za to jeśli ten sam wdowiec zrobi wdowie drugie dziecko, ale żadnego związku nie założą i wdowiec sobie gdzieś pójdzie, ona będzie samotną matką z dwójką dzieci i wsparcie dostanie. Wniosek - cały czas ten sam.

Niepojęta jest dla mnie ta PiSowska logika.

Podobno w Polsce już 1/3 dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich. Tymczasem pani minister od hamburgerów, pani premier Szydło, wyjątkowo arogancka pani rzecznik PiSu i reszta towarzystwa zdają się mentalnie żyć w XIX-wiecznej prowincjonalnej parafii, gdzie dzieci rodzą się tylko w małżeństwach. Owszem, od czasu do czasu trafi się jakaś samotna dziewucha z dzieckiem, ale takiej to się nic nie należy, bo to zła i niemoralna kobieta jest.

2. Drugim punktem budzącym wątpliwości jest sztywny próg dochodowy. Wsparcie na drugie i każde następne dziecko przysługuje niezależnie od dochodów. Na pierwsze tylko jeśli dochód na członka rodziny nie przekracza 800 zł (1200 w przypadku dziecka niepełnosprawnego). Zatem kobieta zarabiająca najniższą krajową na kasie w Tesco i samotnie wychowująca dziecko wsparcia nie dostanie. (Jej znacznie lepiej zarabiający przełożony, mający dwójkę, dostanie 500 zł.) Jeśli dochód na członka rodziny wyniesie 800 zł, wsparcie na pierwsze dziecko będzie. Jeśli dochód wyniesie 801 zł, wsparcia nie będzie. Taka sprawiedliwość.

Pani minister od hamburgerów zapytana o to, powiedziała, że

Jest określony próg i nie będzie indywidualnego uwzględniania takich spraw.

E, tam, po co od razu jakieś "indywidualne uwzględnianie"? Ludzkość od dawna wie, jak ten problem rozwiązać. Magicznym terminem jest interpolacja liniowa. Nie przypuszczam, żeby pani minister do spraw rodziny i hamburgerów o tym słyszała, ale to nie szkodzi. Wystarczy jedynie wiedzieć, że świadczenie należy zmniejszyć o tyle, o ile dochód na głowę przekracza ustawowy próg. Możemy to jeszcze uprościć i wprowadzić przedziały 50-złotowe: Jeśli dochód na członka rodziny przekracza 800 zł od 1 do 50 zł, świadczenie wynosi 450 zł. Jeśli dochód przekracza 800 zł od 51 do 100 zł, świadczenie wynosi 400 zł. I tak dalej, aż do dochodu przekraczającego próg o 500 (a tak naprawdę o 451) zł. Proste? Proste. Każdy urzędnik w gminie to zrozumie, a odpowiednią formułę do arkusza kalkulacyjnego powinien umieć wpisać nawet gimnazjalista.

Nie sądzę, żeby PiS wprowadził to rozwiązanie. Nie sądzę też, żeby w bardziej cywilizowany sposób podszedł do dzieci z poprzednich związków. Nie sądzę, bo to by po prostu zwiększyło wypłaty z programu 500+. A program ten, jako się rzekło, nijak się nie bilansuje.

Zrozumiałem za to, dlaczego zła macocha chciała się pozbyć Kopciuszka: Kopciuszek, jako dziecko z poprzedniego związku, nie kwalifikowała się do wsparcia z programu 500+, a gęba do wyżywienia była.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30