Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 19 lutego 2016

Pani Kiszczakowa, wdowa po generale, z naiwnością przewyższającą nawet naiwność Lwa Rywina, poszła do IPN sprzedać kwity na Wałęsę. IPN, zresztą całkiem słusznie, niczego nie kupił, tylko poszedł do Kiszczakowej z policją i prokuratorem i zabrał sześć pudeł SBeckich dokumentów, które św. pamięci Czesław zostawił żonie na czarną godzinę. Z papierów tych wynika, że Lech Wałęsa był na początku lat '70 agentem Bolkiem.

Właściwie to nic nowego. To, że Wałęsa z SB rozmawiał i "coś tam podpisał", było wiadomo od dawna. Teraz mamy - rzekomo prawdziwe - zobowiązanie do współpracy, notatki z rozmów z SBkami i pokwitowania odbioru pieniędzy. Wałęsa mówi, że to fałszywki; skądinąd wiadomo, że w latach '80 SB fałszowała dokumenty mające go skompromitować. Obrońcy Wałęsy pytają, czemu SB wówczas fałszowała, zamiast posłużyć się oryginałami? Czyżby nie były jeszcze gotowe? Na to można odpowiedzieć, że komuchom do głowy nie przyszło, że kompromitujący będzie sam fakt współpracy, próbowali więc Wałęsę wrobić w jakieś przekręty finansowe i skandale obyczajowe. 

Zakładam jednak, że dokumenty są prawdziwe i Lech Wałęsa w pierwszej połowie lat '70 aktywnie z SB współpracował. Inni obrońcy Wałęsy tłumaczą, że był on wtedy młody, nie miał w nikim oparcia, był świadkiem strzelania do ludzi na Wybrzeżu, więc się załamał i współpracował, ale starał się ludziom zbytnio nie szkodzić. Na to można odpowiedzieć, że byli tacy, którzy nie dali się zastraszyć, na współpracę nie poszli i często zapłacili za to wielką cenę. Czy to więc dobrze, że Lech Wałęsa 40 lat temu współpracował z SB? No, niedobrze, nawet jeśli można zrozumieć powody, jakimi się kierował. Gdyby Lech Wałęsa na początku lat '90 przyznał się do współpracy, dziś nie mielibyśmy już tego problemu. Ale się nie przyznał, co także można częściowo zrozumieć: Był wtedy w ostrym sporze politycznym z braćmi Kaczyńskimi i innymi ludźmi, którzy najpierw zrobili z niego prezydenta i byli jego najbliższymi współpracownikami - nawiasem mówiąc, zapewne wiedząc o jego agenturalnej przeszłości, bo o tym w Gdańsku mówiło się już w późnych latach '70 - a później postanowili go zniszczyć, więc Wałęsa nie chciał dać im nawet patyczka. 

Nie o to chodzi. Wiadomo bowiem dobrze, że Wałęsa współpracę z SB zerwał najpóźniej w 76, a gdy SBcy zwrócili się do niego w 78, kategorycznie odmówił wszelkich kontaktów. W tymże 78 nawiązał współpracę z Wolnymi Związkami Zawodowymi. Andrzej Gwiazda i Krzysztof Wyszkowski, a także Anna Walentynowicz, dopóki żyła, mogli się wściekać, że to oni pracowali, organizowali, narażali się, a przyszedł taki Wałęsa i ukradł im show. Owszem, ukradł. Bo to Lech Wałęsa miał charyzmę i miał jaja, które pozwoliły mu stanąć na czele strajków w sierpniu 1980, zbudować dziesięciomilionowy ruch Solidarności, nie załamać się w samotnym internowaniu, będąc odciętym od wszelkich wieści ze świata i od ludzi, którzy mogli go wspierać, a wreszcie doprowadzić do Okrągłego Stołu i przełomu roku 1989. Kulminacyjnym punktem jego kariery, jeszcze przed objęciem prezydentury, było przemówienie w Kongresie Stanów Zjednoczonych, z owacjami na stojąco. Później było już, niestety, coraz gorzej.

Od roku 1990 Lech Wałęsa nie był bohaterem mojej bajki. Głosowałem na niego dwa razy, w 1990 i 1995, za każdym razem dopiero w drugiej turze. Czy gdybym w 1990 wiedział, że Wałęsa dwadzieścia lat wcześniej był agentem Bolkiem, też bym na niego zagłosował? Z całą pewnością tak, z tych samych powodów, dla jakich w ogóle na niego głosowałem. W 1995 o agencie Bolku wiedzieli już wszyscy, chociaż na ujawnienie dokumentów trzeba było czekać aż do przedwczoraj.

Ale nie chodzi nawet i o to. Dzisiejszym lustratorom Wałęsy nie chodzi o przeszłość tego człowieka, ale o odarcie go z legendy. Lecząc swoje kompleksy - bo nie działali, bo nie dość działali, bo może i działali, ale nie zostali docenieni, a może po prostu byli zbyt młodzi, by działać, jak dr Andrzej Duda  - chcą umniejszyć Wałęsę, bo nie mogą wywyższyć siebie. Chodzi im jeszcze o coś więcej: dla doraźnych celów politycznych chcą wmówić ludziom, że III RP, od czerwca 1989 do października 2015, była nieprawomocnym oszustwem (choć obecni lustratorzy byli w niej posłami, senatorami, premierami, ministrami i tak dalej). I teraz nie wiem, czy z głupoty, czy ze złej woli dezawuują w ten sposób jedne z największych osiągnięć Polski w jej całej historii: piękną legendę pierwszej Solidarności i bezkrwawe, pokojowe przekazanie władzy w roku 1989.

Gdy Adam Michnik nazwał kiedyś Czesława Kiszczaka człowiekiem honoru (bo dotrzymał porozumień Okrągłego Stołu), prawica zawyła z oburzenia. Gdy dziś wdowa po generale Kiszczaku otwiera swoją szafę, pani dr hab. Pawłowicz obwieszcza, że Kiszczakowa "dobrze przysłużyła się sprawie Polski".

Mali, podli, zawistni ludzie.

środa, 03 lutego 2016

Krytykowanie sztandarowego programu PiSu, 500+, to jak kopanie leżącego: nic się tam nie trzyma kupy. 500+ było głównym programem wyborczym PiSu, zapewne znacznie przyczyniło się do zwycięstwa wyborczego i nie można tego ot, tak porzucić, bo ludzie się wściekną. Można to ładnie opakować ideologicznie - pomagamy polskim rodzinom, to nie pomoc społeczna, ale inwestycja w przyszłość polskich dzieci, walczymy o zwiększenie dzietności Polaków - więc wśród fałszywych uśmiechów PiS prze z tym programem do przodu, nie zważając na to, że w tym roku da się go sfinansować tylko dzięki sztuczkom księgowym i zwiększonym podatkom, a z czego będzie finansowany w 2017 i później, Bóg raczy wiedzieć. PiSu nie interesuje też, że jak pokazują wszelkie badania i doświadczenia innych krajów, rozdawnictwo jest najmniej efektywnym sposobem osiągania pozytywnych celów społecznych. Nic to. Obiecali flaszkowe i flaszkowe musi być.

PiS i w kampanii wyborczej, i tuż po objęciu władzy oszukiwał, że wszystko jest przygotowane. Nic podobnego. Mieli tylko hasło i żadnych konkretów. PiS, pod wpływem powszechnej krytyki, wycofał się z niektórych najgłupszych rozwiązań (na przykład z tego, że wsparcie z 500+ może uniemożliwić najbiedniejszym otrzymywanie innych form pomocy społecznej, w tym pomocy rzeczowej, którą trudniej spieniężyć i przepić). Skoro zatem ten zły i niedopracowany projekt już musi - a najwyraźniej musi - wejść w życie, niechże wejdzie w jak najmniej szkodliwej formie. Dlatego pozwalam sobie na podniesienie następujących dwu punktów:

1. Pani Elżbieta Rafalska, minister do spraw rodziny, pracy, polityki społecznej i hamburgerów, w swojej głębokiej mądrości oświadczyła, że jeśli samotna matka z jednym dzieckiem (lub samotny mężczyzna z jednym dzieckiem, co też jest możliwe, choć rzadsze) wstąpi w związek małżeński, z którego urodzi się dziecko, rodzina taka na potrzeby programu 500+ będzie traktowana jak rodzina z jednym dzieckiem, tym małżeńskim, i pieniędzy nie dostanie.

Za to gdyby ta samotna matka z jednym dzieckiem pozostała matką samotną, ale urodziła drugie, to już do wsparcia finansowego by się kwalifikowała. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Jeśli wdowiec z jednym dzieckiem ożeni się z wdową z jednym dzieckiem - a ślub będzie katolicki, z mszą przy głównym ołtarzu, trzema księżmi i tak dalej - na potrzeby programu 500+ będą traktowani jako małżeństwo bezdzietne, choć będą wychowywać dwoje dzieci. Nawet gdy im się urodzi trzecie dziecko, wsparcia finansowego nie dostaną, bo pani minister od hamburgerów uzna, że mają jedno. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Za to jeśli ten sam wdowiec zrobi wdowie drugie dziecko, ale żadnego związku nie założą i wdowiec sobie gdzieś pójdzie, ona będzie samotną matką z dwójką dzieci i wsparcie dostanie. Wniosek - cały czas ten sam.

Niepojęta jest dla mnie ta PiSowska logika.

Podobno w Polsce już 1/3 dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich. Tymczasem pani minister od hamburgerów, pani premier Szydło, wyjątkowo arogancka pani rzecznik PiSu i reszta towarzystwa zdają się mentalnie żyć w XIX-wiecznej prowincjonalnej parafii, gdzie dzieci rodzą się tylko w małżeństwach. Owszem, od czasu do czasu trafi się jakaś samotna dziewucha z dzieckiem, ale takiej to się nic nie należy, bo to zła i niemoralna kobieta jest.

2. Drugim punktem budzącym wątpliwości jest sztywny próg dochodowy. Wsparcie na drugie i każde następne dziecko przysługuje niezależnie od dochodów. Na pierwsze tylko jeśli dochód na członka rodziny nie przekracza 800 zł (1200 w przypadku dziecka niepełnosprawnego). Zatem kobieta zarabiająca najniższą krajową na kasie w Tesco i samotnie wychowująca dziecko wsparcia nie dostanie. (Jej znacznie lepiej zarabiający przełożony, mający dwójkę, dostanie 500 zł.) Jeśli dochód na członka rodziny wyniesie 800 zł, wsparcie na pierwsze dziecko będzie. Jeśli dochód wyniesie 801 zł, wsparcia nie będzie. Taka sprawiedliwość.

Pani minister od hamburgerów zapytana o to, powiedziała, że

Jest określony próg i nie będzie indywidualnego uwzględniania takich spraw.

E, tam, po co od razu jakieś "indywidualne uwzględnianie"? Ludzkość od dawna wie, jak ten problem rozwiązać. Magicznym terminem jest interpolacja liniowa. Nie przypuszczam, żeby pani minister do spraw rodziny i hamburgerów o tym słyszała, ale to nie szkodzi. Wystarczy jedynie wiedzieć, że świadczenie należy zmniejszyć o tyle, o ile dochód na głowę przekracza ustawowy próg. Możemy to jeszcze uprościć i wprowadzić przedziały 50-złotowe: Jeśli dochód na członka rodziny przekracza 800 zł od 1 do 50 zł, świadczenie wynosi 450 zł. Jeśli dochód przekracza 800 zł od 51 do 100 zł, świadczenie wynosi 400 zł. I tak dalej, aż do dochodu przekraczającego próg o 500 (a tak naprawdę o 451) zł. Proste? Proste. Każdy urzędnik w gminie to zrozumie, a odpowiednią formułę do arkusza kalkulacyjnego powinien umieć wpisać nawet gimnazjalista.

Nie sądzę, żeby PiS wprowadził to rozwiązanie. Nie sądzę też, żeby w bardziej cywilizowany sposób podszedł do dzieci z poprzednich związków. Nie sądzę, bo to by po prostu zwiększyło wypłaty z programu 500+. A program ten, jako się rzekło, nijak się nie bilansuje.

Zrozumiałem za to, dlaczego zła macocha chciała się pozbyć Kopciuszka: Kopciuszek, jako dziecko z poprzedniego związku, nie kwalifikowała się do wsparcia z programu 500+, a gęba do wyżywienia była.

wtorek, 19 stycznia 2016

Co najmniej od czasów rewelacji Edwarda Snowdena nie mam wątpliwości, że władze nas śledzą, a przynajmniej chciałyby śledzić. Naszą największą obroną jest anonimowość w oceanie danych. Choć możliwości przechowywania, efektywnego przeszukiwania i analizowania danych rosną w zawrotnym tempie, wciąż prawdą jest to, co przenikliwie opisał Stanisław Lem w opowiadaniu o tym Jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, aby zbójcę Gębona pokonać: znalezienie informacji użytecznej w gigantycznym zbiorze informacji prawdziwych, lecz nieustrukturyzowanych, jest zadaniem przytłaczającym.

Co innego, gdy władza chce śledzić kogoś konkretnego, nie zaś szukać na ślepo: Wówczas obserwując jego zachowania elektroniczne (aktywność w internecie, w tym odwiedzane strony, serwisy i sklepy, bilingi i geolokalizacje telefonu komórkowego, płatności kartami kredytowymi itd), może się o nim dowiedzieć bardzo, bardzo wiele.

Uchwalana właśnie przez PiS ustawa inwigilacyjna znosi właściwie wszelkie ograniczenia w inwigilacji elektronicznej, czyniąc kontrolę sądową zupełnie iluzoryczną, podając policji i licznym (sic!) służbom specjalnym wszelkie informacje o aktywności obywateli na tacy. Różnica w stosunku do stanu poprzedniego polega przede wszystkim na tym, że dawniej była jakaś kontrola: pewnie kiepska i ułomna, możliwa do obejścia, ale jednak była. Funkcjonariusze nie mogli sobie ot, tak sprawdzać dowolnego internauty, a jeśli to robili - bo zapewne od czasu do czasu robili - to jednak musieli liczyć się z karą i nie mogli oficjalnie wykorzystać informacji zdobytych bez zgody sądu przeciwko obywatelowi. Teraz - hulaj dusza, piekła nie ma.

Policja i służby specjalne twierdzą, że nowe przepisy są im koniecznie potrzebne do tropienia terrorystów, szpiegów, pedofilów, handlarzy narkotykami i innych bardzo groźnych przestępców. To jest mydlenie oczu. Po pierwsze, jestem pewien, że profesjonalni przestępcy używają oprogramowania i innych technik, które bardzo skutecznie utrudniają inwigilację elektroniczną. Po drugie, nie wątpię, że w pewnych sytuacjach inwigilacja elektroniczna najgroźniejszych przestępców jest jednak potrzebna. Jest zatem rzeczą prawników i polityków takie sformułowanie przepisów, które umożliwiłyby sądownie kontrolowaną inwigilację tam, gdzie jest ona potrzebna. Zamiast tego dostajemy ustawę, na mocy której policja i służby będą mogły śledzić dosłownie wszystko, a potem wyławiać z tego cenne tropy do wyśledzenia sprawców ciężkich przestępstw. 

To oczywiście nie zadziała. Próba śledzenia wszystkiego skończy się tak, jak dla zbójcy Gębona: śmiercią pod nawałem danych. Ale inwigilować kogoś konkretnego będzie już można lekko, łatwo, przyjemnie i, co najważniejsze, legalnie. Do diabła idzie bowiem zasada owocu zatrutego drzewa (dowodu nielegalnie zdobytego nie można użyć w sądzie), o wprowadzeniu której wiele osób marzyło. Przeciwnie, teraz każdy dowód zdobyty na drodze inwigilacji staje się de facto legalny i żadne drzewo nie jest już zatrute.

Równie łatwo, co terrorystów i baronów narkotykowych - a w praktyce zapewne znacznie łatwiej - będzie można śledzić opozycyjnych polityków, aktywistów sprzeciwiających się jakiejś miłej władzy inicjatywie lub niechętnych rządowi dziennikarzy - żeby im przeszkodzić w działaniu lub żeby ich skompromitować (na przykład: Iksiński taki szlachetny, a odwiedza strony z gejowską pornografią). Tego boi się obecna opozycja i tak na pewno będzie się działo. Ale jeszcze częściej będzie się działo coś innego: Mąż na dostatecznie wysokim stanowisku w policji (niezbyt wysokim, choć pewnie powyżej funkcjonariusza służby patrolowej) będzie mógł dowiedzieć się, że podejrzewana o romans żona godzinami czatuje nie z przyjaciółką z liceum, ale z kimś zupełnie innym. Inny funkcjonariusz będzie mógł tworzyć profile konsumenckie i sprzedawać je organizacjom handlowym. Zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych co prawda nie będzie można umieścić w spisie lokatorów nazwiska osób mieszkających pod siódemką, ale usłużny policjant będzie mógł sprawdzić, że często odwiedzają sklepy internetowe z elektroniką i biżuterią, a posługując się danymi geolokalizacyjnymi upewni się, że codziennie od 900 do 1800 przebywają poza domem. Szemrany kolega szwagra tego policjanta może się tym zainteresować. Zgodnie ze wspomnianą Ustawą o ochronie danych osobowych wykładowca na uczelni nie będzie mógł wywiesić listy z wynikami kolokwium, bo ktoś mógłby się dowiedzieć, że student Kowalski oblał, ale sąsiad-policjant, pokłócony z młodym Kowalskim o to, że pies nasrał na wycieraczkę, łatwo może się dowiedzieć, że Kowalski, zamiast się uczyć, wieczorami odwiedza serwisy z grami hazardowymi. No i tak się może złożyć, że wśród znajomych i rodziny nielubianego Kowalskiego rozejdzie się plotka...

Ja nie oskarżam wszystkich policjantów i funkcjonariuszy służb o niecne zamiary. Przeciwnie, sądzę, że większość z nich to ludzie uczciwi. Jednak jak w każdej dostatecznie dużej zbiorowości, znajdzie się wśród nich grupa osób mniej uczciwych. Przypuszczam, że niewielu zdecydowałoby się na współpracę z terrorystami lub przestępcami planującymi morderstwo, jednak przekazanie informacji o zwyczajach i zachowaniach ludzi zamożnych to co innego. A próg powstrzymujący przed sprzedażą profili konsumenckich lub śledzeniem niewiernego małżonka czy też nielubianego sąsiada, skoro samo tworzenie profili lub śledzenie będzie łatwe, może mieć pozory legalności i być praktycznie niekaralne, może być bardzo niski. Czy twórcy nowych przepisów inwigilacyjnych w ogóle zdają sobie sprawę z tego zagrożenia? Zapewne tak, ale uznają je za cenę, jaką społeczeństwo musi zapłacić za ich komfort i pewność sprawowania władzy.

***

Kilka uwag na koniec:

1. Proszę nie pisać, że PiSowska ustawa opiera się na propozycjach Platformy z wiosny tego roku. Po pierwsze, owszem, zdominowany przez Platformę Senat wystąpił z inicjatywą ustawodawczą, która została w całości przejęta przez PiS i włączona do aktualnego projektu. Ale poprzedni Sejm nie procedował projektu senackiego ze względu na podejrzenia (sic!), iż jest on niezgodny z konstytucją i prawem unijnym. Po drugie, włączona do projektu inwigilacja internetu jest całkiem nowym pomysłem PiSu. W senacko-platformerskim projekcie nie było.

2. PiS wprowadził poprawkę, zgodnie z którą policja i służby bez zgody sądu mogą pobierać tylko metadane, natomiast na wgląd w treść korespondencji każdorazowo potrzeba zgody sądu. To rzekomo ma nas chronić przed nadużyciami. Nic podobnego. Jeśli władza chce skompromitować działacza opozycji, wystarczy informacja, że regularnie odwiedzał on strony pornograficzne, a które konkretnie obrazki ściągał nie ma już takiego znaczenia. Jeśli władza chce dowiedzieć się skąd nielubiany dziennikarz czerpie informacje, wystarczy sprawdzić bilingi i geolokalizacje, a treści rozmów nie trzeba znać. Śledzącemu żonę mężowi wystarczy informacja, że wbrew solennym zapewnieniom nie czatuje ona z przyjaciółką, ale z jakimś facetem, a co konkretnie do siebie piszą nie musi być takie ważne. Lub też, posługując się przykładem amerykańskim, władza dowie się, że najpierw dzwoniłeś do przychodni wykonującej testy na HIV, potem do swojego lekarza, a zaraz potem do prawnika. Ale treści rozmów nie poznają. Uff, czujemy się bardzo bezpiecznie.

3. Wielu komentatorów rwie włosy z głowy, że ci, którzy kilka lat temu protestowali przeciwko umowie ACTA, teraz milczą. Niektórzy spodziewają się, że protesty z tej strony zaraz się zaczną, inni biadają, że sympatie młodzieży przesunęły się mocno na prawo. Tymczasem chodzi o coś zupełnie innego. ACTA przewidywała finansowe kary za piractwo. Ściąganie nielegalnych plików na własny użytek jest w Polsce legalne (o ile się ich nie udostępnia, co wyklucza na przykład korzystanie z torrentów), jednak ACTA, jako umowa międzynarodowa, brałaby precedencję nad prawem krajowym, więc byłaby finansowo niebezpieczna dla dziesiątek tysięcy użytkowników internetu. Nowa ustawa inwigilacyjna nie przewiduje kar za piractwo. Większość użytkowników internetu nie jest ani terrorystami, ani pedofilami, ani nie pierze brudnych pieniędzy, ani nie dokonuje innych groźnych przestępstw. Za to wszyscy młodzi ściągają seriale, co z punktu widzenia ustawy inwigilacyjnej jest akurat obojętne. Myślą więc sobie, że ich ta ustawa nie dotyczy. I dlatego nie protestują.

Gdy Snowden ogłaszał swoje rewelacje, protestowała tylko mniejszość. Większość nie miała oporów przed poświęceniem prywatności w zamian za złudę bezpieczeństwa. To błędna postawa. Zakupy internetowe są legalne, ale jeśli charakter tych zakupów pozna skorumpowany i praktycznie bezkarny policjant, może nas to narazić na włamanie. Czatowanie z koleżanką z pracy jest legalne, ale wiele osób wolałoby, aby nie dowiedziały się o tym ich żony. Odwiedzanie "ryzykownych" stron też jest legalne, choć niezbyt chwalebne moralnie, ale na pewno nie chcielibyśmy, aby dowiedział się o tym skłócony z nami sąsiad lub członek rodziny. A jeśli podejmujemy działania publiczne, informacja o naszych w pełni legalnych, ale postrzeganych jako niepoprawne działaniach w internecie może posłużyć do skompromitowania nas. Nawet niewinny profil konsumencki może narazić nas na zalew niechcianych reklam i spamów.

Nawiasem mówiąc, surowe kary finansowe za ściąganie "nielegalnych treści" (muzyki, filmów i seriali) najprawdopodobniej przewiduje umowa TTIP. Jest ona wciąż tajna (sic!), więc nikt nie wie, co konkretnie przewiduje. Jej przyjęcie może być groźne dla wielu internautów. Jej odrzucenie może doprowadzić do wojny handlowej Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi. Będzie się działo.

Dr Andrzej Duda, jeszcze jako europoseł, był za jak najszybszym przyjęciem umowy TTIP.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

W mediach, które czytam lub oglądam, ciągle zadawane jest pytanie: Czy PiS nie widzi, że odpychając Polskę od Unii Europejskiej i NATO, odpycha nas od jedynych sił, które mogłyby obronić nas w razie jakiejś katastrofy? Dobitnie napisał to Ziemowit Szczerek:

W tym wszystkim tej "zdroworozsądkowej" prawicy umyka to, że oddalając się od europejskich standardów, zniechęcamy do siebie NATO i Unię. Naszych jedynych - jedynych! - gwarantów bezpieczeństwa. Z tego prostego powodu, że odrzucając zachodnie wartości, po prostu przestajemy być częścią Zachodu. Stajemy się tym, czego Zachód nie lubi, czyli nieprzewidywalnym, agresywnym Wschodem. I do tego jeszcze wyszli z nas niewdzięczni, dwulicowi hipokryci, którzy, jak oburzał się dopiero co "Dresdner Neueste Nachrichten", "najedli się przy unijnym stole, a teraz wstają, bekając" [...] Tacy ludzie nie mają z Zachodem nic wspólnego, a zatem - myśli Zachód - nie ma żadnego sensu ich bronić, pomagać im i tak dalej.

Rzecz w tym, iż PiS - a konkretnie, Jarosław Kaczyński - sądzi, że nie ma zagrożeń, przed którymi Unia i NATO mogłyby nas obronić. Uważam, że Kaczyński tak właśnie sądzi.

Cóż bowiem mogłoby zagrozić Polsce? Według Kaczyńskiego, dwie siły: Rosja i... Unia Europejska. Zacznijmy od Unii. Dla Kaczyńskiego i czołówki PiSu Unia to Niemcy. Niemcy nie zagrażają nam militarnie, ale chcą nas wpędzić (o ile już tego nie zrobiły!) w relację postkolonialną. Chcą, abyśmy byli dla nich rynkiem zbytu i dostarczycielem taniej siły roboczej, a nawet aby zyski wypracowywane w Polsce dzięki unijnym (niemieckim) inwestycjom były transferowane do Europy Zachodniej (do Niemiec). Ale Zachodnia Europa (Niemcy) chce zrobić coś jeszcze gorszego: chce zatruć polską duszę, zniszczyć nas od wewnątrz, subwersywnie wprowadzając u nas swoje pedalskie multi-kulti, gendery, wegetarianizmy i bicyklizmy, wywołać w nas poczucie winy za pańszczyznę, sarmatyzm i antysemityzm, za dawne i współczesne zacofanie, wreszcie zniszczyć cywilizację łacińską, której winniśmy być ostoją, wszystko zaś po to, abyśmy duchowo zniewoleni nie mogli się z relacji postkolonialnej wyrwać. No i dla dobra międzynarodowych koncernów.

Drugą siłą zagrażającą Polsce jest Rosja. Tyle że - tak uważa Kaczyński - w przewidywalnej przyszłości, powiedzmy przez trzydzieści lat, to zagrożenie się nie ziści. Nie dlatego, że Rosja się ucywilizowała, co to, to nie, ale dlatego, że nie da rady. Gospodarka rosyjska się sypie, budżet trzeszczy w szwach na skutek ogromnego spadku cen surowców energetycznych, państwo zaś będzie musiało się przeciwstawiać islamizmowi i tendencjom separatystycznym na Kaukazie (już to robi, płacąc tamtejszym watażkom gigantyczne pieniądze) i chińskiej ekspansji na Dalekim Wschodzie. Nawet inwazja na Krym i wschodnią Ukrainę przekonała Putina, że agresywna polityka się nie opłaca: Krym co prawda udało się zająć bardzo łatwo - nie tylko dzięki "zielonym ludzikom", ale także uprzedniej obecności rosyjskich wojsk (Flota Czarnomorska), autentycznej przychylności miejscowej ludności, wątpliwym związkom Krymu z Ukrainą i silnym sentymentalnym związkom Krymu z Rosją (nie mówię o jakichś legendarnych opowieściach o chrzcie św. Włodzimierza w Chersoniu, ale o krwawych wojnach, jakie Rosja toczyła w XVIII i XIX wieku w celu zdobycia i utrzymania Krymu), zresztą plany tej operacji musiały być od dawna gotowe - ale już wywołanie masowego antyukraińskiego powstania w Noworosji zupełnie się nie powiodło. Putin zyskał jedynie fragmenty obwodów donieckiego i ługańskiego, no i zdestabilizował ukraińską gospodarkę. Poniósł przy tym i nadal ponosi wielkie koszta wizerunkowe, na wschodniej Ukrainie realne straty wojskowe, przedłużająca się operacja wojskowa dużo kosztuje, Rosja musi utrzymywać Krym, a w dodatku rosyjska gospodarka cierpi na skutek nałożonych sankcji. Pokonanie i późniejsza okupacja Polski, z militarnego punktu widzenia jak najbardziej możliwe, musiałyby kosztować znacznie, znacznie więcej. Nie opłaca się.

Jak się ma do tego NATO? Teoretycznie jesteśmy objęci gwarancjami Artykułu V Traktatu Waszyngtońskiego, ale zachodni alianci mogliby być niechętni do udzielenia Polsce realnej pomocy w wypadku rosyjskiego ataku. Oczywiście krzyczeli by głośno, wprowadzili surowe sankcje, ale my i tak znaleźlibyśmy się pod okupacją. Historia, myśli Jarosław Kaczyński, nauczyła nas, że zachodnim sojusznikom nie należy ufać. Nawet wojna rosyjsko-gruzińska z 2008 pokazała, że państwa NATOwskie, w tym Stany Zjednoczone, dużo mówią i zapewniają o swoim poparciu, ale gdy przyjdzie co do czego, podkulają ogon, nie ryzykując konfliktu z Rosją. To samo stało się z "gwarancjami integralności terytorialnej", jakich Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (i Rosja) udzieliły Ukrainie. Jednak, jako się rzekło, Rosja militarnie nam nie zagraża.

No właśnie: nam. Sytuacja krajów nadbałtyckich jest zupełnie inna. Po pierwsze, sentymentalne związki Rosji z krajami bałtyckimi są dużo silniejsze, niż związki z Polską, po drugie, w Estonii i Łotwie mieszka naprawdę duża mniejszość rosyjska, po trzecie, Rosja zyskałaby lądowe połączenie ze strategicznie ważnym Obwodem Kaliningradzkim, zarazem, po czwarte, okrążając i już zupełnie podporządkowując sobie Białoruś. W dodatku w wypadku jakiegoś kryzysu wewnętrznego "operacja bałtycka" mogłaby być bardzo skutecznym narzędziem mobilizacji poparcia rosyjskiej opinii na rzecz władz. Koszta tego wszystkiego byłyby bardzo duże (choć mniejsze, niż w wypadku ataku na Polskę), ale zyski też niebagatelne. A ponieważ Rosja jest nieprzewidywalna, nie można takiego scenariusza wykluczyć.

Zachodni alianci nie udzieliliby Bałtom realnego i skutecznego poparcia wojskowego, ale, kto wie, może popchnęliby do tego Polskę? Zresztą Polska, ze swoim frajerskim poczuciem honoru, sama mogłaby porwać się do wypełniania zobowiązań traktatowych i rozpocząć wojnę z Rosją, co skończyłoby się dla nas militarną katastrofą. Nie okupacją, ale wielkimi stratami, koniecznością opuszczenia NATO i wpadnięciem w rosyjską strefę wpływów na długie lata. I dlatego Kaczyński uważa, że Traktat Waszyngtoński nie jest dla nas gwarancją, ale zagrożeniem. Nie warto umierać za Tallin.

A co będzie za owe umowne trzydzieści lat? Może Polsce, zjednoczonej moralnie i patriotycznie wokół nowej siły przewodniej, uda się wyrosnąć na regionalne mocarstwo pomiędzy Wschodem i Zachodem, a zachowując poprawne stosunki z Rosją, skłoni ją raczej do współpracy (Rosja współpracuje tylko z silnymi) niż do agresji?

A zatem skoro Rosja nie stanowi zagrożenia, a innych zagrożeń militarnych Kaczyński nie dostrzega, nie potrzebujemy francuskich śmigłowców, amerykańskich rakiet czy współpracy wywiadowczej ze Słowacją w ramach NATO. Potrzebujemy jedynie formalnego członkostwa w NATO aby zaznaczyć swoją odrębność od Rosji i przyjaźń z Ameryką. Skoro z Rosją należy zachować poprawne stosunki aby kiedyś móc z nią współpracować, antyrosyjska propaganda w prawicowych mediach jest wyciszana, w Polskim Radio ważne stanowiska obejmują ludzie znani z otwarcie proputinowskich sympatii, a dawne ruskie trolle (sądząc po nickach) mogą bez przeszkód pracować dla PiSu. Nawet o wrak już się nie upominamy. W dodatku Rosja jest nastawiona antyunijnie i antyliberalnie co najmniej tak samo, jak PiS, więc w tym obszarze można  by z Rosją współpracować już teraz. Bo to Unia Europejska, czyli Zachodnia Europa, czyli Niemcy, jest największym zagrożeniem dla Polski.

Jeśli ktoś sądzi, że bredzę twierdząc, iż według PiSu Unia Europejska i NATO są zagrożeniami dla Polski, przypominam wypowiedź dr. Andrzeja Dudy, którą już zresztą przywoływałem :

Jak podkreślił prezydent „konstytucja z 1997 roku była przyjęta przed wstąpieniem Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego i wstąpieniem do Unii Europejskiej" i „nie uwzględnia tych elementów". 

Dodał też, że konstytucyjnego wzmocnienia wymagają także niektóre prawa obywatelskie. –Żeby w konstytucji wzmocnić także gwarancje naszej suwerenności – powiedział.

Jak widać, dla prezydenta Dudy przynależność Polski do Unii i NATO oznacza zagrożenie suwerenności.

Co zatem z Unią? Według Jarosława Kaczyńskiego (jeszcze raz przepraszam za konieczność linkowania tego portalu), 

Niemcy są nam winni bardzo dużo w każdym wymiarze, począwszy od moralnego, a skończywszy na ekonomicznym. Rachunek krzywd jest ogromny. Od wojny te sprawy nie zostały wyjaśnione, a w sensie prawnym są aktualne.

Unia (Niemcy) powinni nam płacić, bo to jest ich zobowiązanie moralne - to staje się oficjalnym elementem PiSowskiej retoryki, podobnie w ostatnich dniach mówili Tomasz Terlikowski, Bartosz Kownacki z MON, Zbigniew Ziobro i Paweł Kukiz - ale dla Polski żadne (moralne, polityczne, ekonomiczne) obligacje z tego nie wynikają. Póki więc Unia będzie płacić, czyli do końca obecnej perspektywy budżetowej, póty Polska w Unii pozostanie. A potem nasze członkostwo będzie wygaszane.

Jarosław Kaczyński, PiS i ich zwolennicy nie dostrzegają innych zagrożeń: Tych związanych z IS i sytuacją a Bliskim Wschodzie, klimatycznych, migracyjnych, ekonomicznych wynikających z trendów globalnych (globalizacja i postęp techniczny, eliminujące miejsca pracy), ekonomicznych wynikających z wewnętrznej sytuacji Unii, ekonomicznych wynikających z niepewnych perspektyw na Dalekim Wschodzie, ekologicznych, konsekwencji ewentualnej - Boże, uchowaj! - katastrofy gospodarczej Rosji, niczego. Nie rozumieją, że to właśnie próba budowy "niezależnej" gospodarki w opozycji do Unii Europejskiej skaże nas na peryferyjność. Nie dostrzegają, że niektórym zagrożeniom Europa będzie się mogła przeciwstawić albo wspólnie, albo wcale.

Chciałbym, naprawdę chciałbym, aby było prawdą, iż Rosja nam militarnie nie zagraża, ale nie mam takiej pewności: Państwo rosyjskie jest Polsce bardzo niechętne, przede wszystkim zaś nieprzewidywalne i wszystkie z pozoru racjonalne dywagacje mogą wziąć w łeb. Kaczyński i PiS nie rozumieją, że osłabiając NATO i Unię Europejską, grają przede wszystkim na rzecz interesów Putina, a osłabiając pozycję Polski w strukturach Zachodu, popychają nas w stronę popadnięcia w zależność od Rosji. Zapewne robią tak wbrew swoim najszczerszym intencjom, ale po owocach poznacie go.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Prezydent Andrzej Duda podpisał PiSowską ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Tak więc skończyła się w Polsce wolność i demokracja.

Dlaczego skończyła się wolność i demokracja? Co się takiego stało, jakie wolności zostały zagrożone? Posłużę się przykładem: Jeśli popsujemy komuś hamulce w samochodzie, to sam ten czyn jeszcze nie wyrządzi krzywdy pasażerom i kierowcy - teoretycznie możliwe jest, że samochód przejedzie całą drogę bez wypadku. Możliwe, ale bardzo mało prawdopodobne. Przestępca uszkadzający hamulce robi to po to, aby nie zapobiegły one wypadkowi, bezpośrednio spowodowanemu przez coś innego. I drugi przykład, autorstwa jednego z komentatorów poprzedniego wpisu: Jeśli uzbrojony osobnik w banku woła do ochroniarzy "Rzućcie broń!", to spodziewamy się, że za chwilę dokona rabunku, choć teoretycznie jest możliwe, że będzie chciał na przykład wpłacić 500 zł na głodne dzieci, a tylko nie lubi, jak mu się faceci z bronią za plecami wałęsają.

PiS będzie mógł teraz robić co będzie chciał. Co Jarosław Kaczyński będzie chciał. Nie ma już mechanizmów prawnych, które mogłyby ich powstrzymać. Ustawa o policji, dająca nieograniczone i niekontrolowane prawo do inwigilacji obywateli, już jest zapowiedziana. Zapowiedziane jest połączenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, co da bezpośrednią możliwość politycznego wpływania na prowadzone śledztwa; dla porządku dodam, że w tym wypadku PiS jest uczciwy w tym sensie, że tę akurat zmianę zapowiadał. Dalej należy się spodziewać podporządkowania rządowi mediów (to też zapowiadali), sądów powszechnych, a w końcu zmiany ordynacji - zapewne na wzór węgiersko-turecki, gerrymandering i prohibitywnie wysokie progi wyborcze - aby zapewnić PiSowi zwycięstwo w następnych wyborach, z zachowaniem fasadowych, pozornych instytucji i procedur demokratycznych.

Dr Andrzej Duda miał ostatnią szansę zachować się jak prezydent, jak strażnik konstytucji, na wierność której przysięgał. Jak człowiek mężny. Jak przywódca starający się łagodzić spory, stający ponad podziałami politycznymi, rozwiewający najmniejsze wątpliwości odnośnie do stosowania ustawy zasadniczej: mógł odesłać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, a przynajmniej poczekać na opinię Komisji Weneckiej (nawet pomijając to, że kolejny wybitny inaczej minister, Witold Waszczykowski, wysłał Komisji Weneckiej nieaktualny projekt). Zamiast tego dr Andrzej Duda stał się trzeciorzędnym sługusem prezesa swojej partii. Głuchy na głos bodaj wszystkich liczących się gremiów prawniczych w Polsce, opowiedział się po jednej stronie sporu, okazując pogardę politycznym przeciwnikom Jarosława Kaczyńskiego.

Z szacunku, jaki żywię dla urzędu prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, stwierdzam, że pan dr Andrzej Duda zajmuje co prawda to stanowisko i pewnie będzie je zajmował jeszcze przez długie lata, ale prezydentem nie jest. I nie powinien być tak tytułowany.

Pan dr Andrzej Duda swoją prezydencką przysięgę zakończył słowami "Tak mi dopomóż Bóg!". Jak widać, Bóg opuścił Andrzeja Dudę. Panu Andrzejowi Dudzie nie pozostaje więc nic innego, jak podejść do okna Pałacu Prezydenckiego i rzucić okiem na Polskę, którą właśnie traci.

niedziela, 20 grudnia 2015

Pani premier Beata Szydło, a z nią cała reszta PiSu, powtarza, że Platforma Obywatelska złamała konstytucję w sprawie wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Trzeba w tym miejscu uczynić dwie uwagi.

Po pierwsze, zagranie nie fair przez jedną osobę w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, że przeciwnik gra jeszcze bardziej nie fair.

Po drugie i ważniejsze, w sprawie Trybunału Konstytucyjnego Platforma nie złamała konstytucji. Dopóki istnieje możliwość faktycznej konstytucyjnej kontroli, unieważnienia i odwrócenia skutków działań niezgodnych z konstytucją, dopóty nie ma mowy o złamaniu konstytucji. Uchwalenie ustawy niezgodnej z konstytucją jest błędem, który rzecz jasna należy naprawić i dlatego prezydent, odpowiednio liczna grupa posłów i inne organa państwa mają możliwość zaskarżenia podejrzewanej o niekonstytucyjność ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Taka jest procedura. Wszystkim Sejmom zdarzało się uchwalać ustawy, które potem Trybunał Konstytucyjny obalał w całości lub w części. Nikt tych Sejmów nie oskarżał o łamanie konstytucji, a jedynie o uchwalanie niekonstytucyjnego prawa. Nie, to nie to samo. Na przykład PiS w czasie swoich pierwszych rządów uchwalił ustawę lustracyjną, którą Trybunał później zakwestionował. Nikt w związku z tym nie mówił, że PiS złamał konstytucję, a jedynie, że uchwalił niekonstytucyjną ustawę. PiS zresztą się tamtemu wyrokowi grzecznie podporządkował, choć sarkał.

Platforma i PSL uchwaliły ustawę, która okazała się częściowo niezgodna z konstytucją i na jej podstawie dokonała nieprawidłowego, jak się okazało (choć można to było z góry podejrzewać), wyboru dwóch sędziów. PiS i prezydent Duda mieli możliwość zaskarżenia wadliwej, ich zdaniem, ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, i to jeszcze przed kontrowersyjnym wyborem nowych sędziów. Mieli możliwość, ale z niej nie skorzystali. Ba, posłowie PiS złożyli nawet stosowny wniosek do Trybunału, ale potem sami go wycofali z powodów czysto politycznych, zorientowawszy się, że utrzymywanie sytuacji niejasnej prawnie będzie dla nich bardziej opłacalne. Ustawę - własną ustawę! - ostatecznie zaskarżyli posłowie Platformy, aby Trybunał mógł potwierdzić, że trzech sędziów zostało wybranych prawidłowo, natomiast wybór dwóch należy powtórzyć.

Rekapitulując, Platforma i PSL uchwalili ustawę częściowo niekonstytucyjną, ale była możliwość skutecznego jej zakwestionowania. PiS nie chciał z tej możliwości skorzystać. Platforma zachowała się nieelegancko, próbując wybrać więcej sędziów, niż miała do tego prawo - w tym zakresie można mówić, że Platforma spróbowała wykonać "skok na Trybunał". Wreszcie Platforma zachowała się głupio, dając PiSowi pretekst do prowadzenia eskalujących działań odwetowych.

PiS natomiast łamie konstytucję, stara się bowiem uniemożliwić konstytucyjną kontrolę swych poczynań.

  • Prezydent Duda, marszałek Kuchciński i prokurator-poseł Piotrowicz uzurpują sobie prawo do orzekania o konstytucyjności ustaw. Nie do wypowiadania opinii, do czego mieliby prawo, ale do orzekania w sposób wiążący, rodzący skutki prawne.
  • Prezydent Duda odmówił zaprzysiężenia sędziów wybranych przez poprzedni Sejm, także tych prawidłowo wybranych. Podtrzymał odmowę nawet po publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego, nakazującego zaprzysiężenie tej trójki. Prezydent Duda w ten sposób uzurpuje sobie prawo do współdecydowania o obsadzie Trybunału, podczas gdy konstytucja jedynie nakazuje mu przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm. Te działania prezydenta Dudy - a także inne, równie skandaliczne czyny marszałka Kuchcińskiego, minister Kempy i pozostałych - może osądzić tylko Trybunał Stanu. I osądzi. Nie w tej kadencji, może nawet nie w następnej, ale osądzi na pewno. Chwilowo jednak państwo jest bezradne wobec niekonstytucyjnych czynów najwyższych funkcjonariuszy państwowych.
  • Sejm, głosami PiS i Kukizowców, w sposób urągający wszelkim standardom (zasada niedziałania prawa wstecz, zasada nieusuwalności sędziów TK zapisana w konstytucji expressis verbis, brak podstawy prawnej - domniemanie konstytucyjności przepisów, na podstawie których zostali oni wybrani) unieważnił dokonany przez poprzedni Sejm wybór całej piątki sędziów, nie czekając na wyrok TK w sprawie prawidłowości tamtego wyboru. PiS twierdzi, że uchwały, w przeciwieństwie do ustaw, nie podlegają ocenie TK. Gdyby zgodzić się z tym stanowiskiem - co nie jest wcale oczywiste, Trybunał bowiem "orzeka o zgodności z konstytucją ustaw i innych aktów normatywnych" - oznaczałoby to, że PiSowska większość w Sejmie może zrobić wszystko w drodze rodzących realne skutki prawne uchwał i nie podlega żadnej kontroli ze strony Trybunału.
  • Sejm, głosami PiSu, wybrał osoby, które nazywa nowymi sędziami Trybunału Konstytucyjnego, prezydent zaś natychmiast, w środku nocy, je zaprzysiągł.  Sejm zrobił to na bardzo wątpliwej podstawie prawnej: Po pierwsze, sama sprawa istnienia wakatów w składzie Trybunału była wątpliwa. Po drugie, Sejm oparł się na tej samej ustawie, którą chwilę temu przedstawiciele PiSu uznali za niekonstytucyjną. Po trzecie, PiS zignorował postanowienie TK zobowiązujące (w sposób wiążący) Sejm do powstrzymania się od dokonania wyboru do czasu, aż Trybunał rozstrzygnie o konstytucyjności dotychczasowych przepisów. Z tych samych powodów wątpliwe prawnie było zaprzysiężenie tych osób przez prezydenta. PiS oczywiście twierdzi, że pomimo tych wszystkich wątpliwości, wybór nowych sędziów, który dokonany został w formie uchwały, nie może podlegać kontroli ze strony TK. W tej sytuacji okolicznościami drugorzędnymi jest to, że sama procedura wyboru nowych sędziów przebiegała w sposób skandaliczny, uniemożliwiający jakąkolwiek dyskusję nad zgłoszonymi kandydaturami, a także fakt, iż co najmniej trzy z nowowybranych osób mają wątpliwe kwalifikacje merytoryczne i moralne do sprawowania funkcji sędziów Trybunału. Mandat PiSowskiej piątki sędziów jest wątpliwy i wyroki wydane z ich udziałem mogłyby w przyszłości być podważane.
  • PiS próbował nie dopuścić do publikacji - a więc wejścia w życie - niekorzystnych dla siebie wyroków TK, to jednak było szyte tak grubymi nićmi, że im się nie udało.
  • PiS różnymi chwytami proceduralnymi próbuje, na razie bezskutecznie, uniemożliwić pracę Trybunału. Obecnie PiS przygotował zupełnie nową ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, de facto paraliżującą jego prace. Mimo miażdżących opinii Sądu Najwyższego i innych instytucji, PiS zapewne ją uchwali, wprowadzając możliwie najkrótsze vacatio legis, co zmusi Trybunał do oceniania konstytucyjności nowej ustawy pod rygorami tejże nowej ustawy. To zaś praktycznie przesądza, iż Trybunał nie zdoła ustawy obalić. (Ale nie stwierdzi też jej zgodności z konstytucją - sprawa zawiśnie więc w próżni prawnej.) Prezydent Andrzej Duda będzie miał ostatnią - ostatnią! - szansę na stanięcie ponad logiką rozgrywki partyjnej, kierując nową ustawę do TK przed jej podpisaniem. To bowiem spowoduje, że Trybunał będzie oceniał konstytucyjność ustawy na podstawie obecnie obowiązujących przepisów.

Jak zatem widzimy, jest zasadnicza różnica pomiędzy działaniami Platformy i PSL w poprzedniej kadencji, a działaniami PiS w obecnej. Wadliwą ustawę Platformy i PSL można było skutecznie zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego, PiS natomiast robi wszystko, aby ich działania kontroli konstytucyjnej nie podlegały. W skrajnych przypadkach PiS po prostu ignoruje niekorzystne dla siebie wyroki i postanowienia TK. Mamy większość sejmową i co nam, k..., zrobicie?

wtorek, 15 grudnia 2015

Od wielu lat uważam Jarosława Kaczyńskiego za antykomunistycznego bolszewika.

Kaczyński mentalnie ukształtował się w czasach Władysława Gomułki i tak już mu zostało. W jego przemówieniach często słychać retorykę towarzysza Wiesława, a ostatnio nawet Józefa Cyrankiewicza, mianowicie gdy na urodzinach Radia Maryja powiedział, iż 

Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę.

Co jednak najważniejsze, Jarosławowi Kaczyńskiemu nie przeszkadza i nigdy nie przeszkadzało główne założenie władzy komunistycznej, że oto siła rządząca ma prawo narzucać ogółowi jedynie słuszną rację. Przeszkadzała mu treść - komunizm - nie przeszkadzała istota - to, że rządzący mają prawo narzucać społeczeństwu obowiązujący sposób myślenia, gdyż rządzący z jakichś metafizycznych powodów - działania Weltgeista, obiektywnych praw historii czy też błogosławionego zrządzenia Opatrzności Bożej ("We mnie jest czyste dobro") - wiedzą lepiej. Różnica jest jedynie taka, że zamiast komunizmu mamy ideologię narodową podlaną katolicyzmem, czy też raczej tym, co się Kaczyńskiemu i - niestety - znacznej części instytucjonalnego Kościoła w Polsce katolicyzmem wydaje. Samego faktu istnienia obowiązującego sposobu myślenia, obowiązującej ideologii czy obowiązującej polityki historycznej Kaczyński nie kwestionuje.

Jarosław Kaczyński nie jest i nigdy nie był demokratą. W tym roku PiS uzyskał w wyborach demokratyczny mandat do sprawowania władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ja uważam, że wyborcy zbłądzili powierzając władzę tej partii, ale sam fakt, iż mogli dokonać wyboru, uważam za wielką wartość. Kaczyński - nic z tych rzeczy. Gdy w wyniku przedterminowych wyborów stracił władzę w 2007, zamiast pogodzić się z wolą wyborców, twierdził, a co najmniej sugerował, że przegrał na skutek spisków i ukrytych machinacji. O Bronisławie Komorowskim twierdził, że prezydentem został wybrany "przez przypadek". Gdy w zeszłym roku PiS nie wygrał wyborów samorządowych, Jarosław Kaczyński wprost oświadczył, że zostały one sfałszowane, choć nie miał po temu żadnych podstaw. Dla Kaczyńskiego demokratyczne wybory to proces, dzięki któremu mógł zdobyć władzę, ale szacunku dla prawa do wyboru nie ma za grosz. Teraz cynicznie oszukuje nawet własnych wyborców. W kampanii wyborczej na twarz PiSu kreowana była pani Beata Szydło, o której już w czasie ustalania składu "jej" gabinetu widać było, że nie ma nic do powiedzenia, teraz zaś pokazuje się jako osoba całkowicie pozbawiona jakiejkolwiek własnej pozycji i inicjatywy. Andrzej Duda, który przedstawiał się jako młody i dynamiczny kandydat do urzędu prezydenta, a po zaprzysiężeniu - nieudolnie, ale jednak - zapowiadał odbudowę poczucia wspólnoty, teraz - być może ku swemu wielkiemu przerażeniu - został skutecznie zredukowany do roli trzeciorzędnego funkcjonariusza partyjnego. Z programu wyborczego PiS ostały się tylko rujnujące budżet obietnice socjalne, których realizację PiS wciąż zapowiada, a nawet zaczął się za nie zabierać, ale tak, by je rozwodnić, sprawiając wrażenie, że daje się wszystko, co się zapowiedziało, a nawet jeszcze więcej, choć w istocie daje się mniej. Tego, co Kaczyński naprawdę po wyborach robi - atak na Trybunał Konstytucyjny, całkowite podporządkowanie sobie służb specjalnych wedle kryterium smoleńsko-lojalnościowego (akurat tego można się było spodziewać i w tym zakresie nie jestem zaskoczony), marginalizacja parlamentarnej opozycji, powrót Zbigniewa Ziobry do Ministerstwa Sprawiedliwości, powrót haniebnie ułaskawionego Mariusza Kamińskiego do służb specjalnych, mianowanie Antoniego Macierewicza Ministrem Obrony Narodowej, zapowiedzi ideologizacji oświaty, a nawet zapowiedzi likwidacji gimnazjów, wyborczy program PiS nie zapowiadał, a jeśli zapowiadał (jak w przypadku gimnazjów), to w sposób marginalny i ukryty.

Z czasów gomułkowskich Jarosław Kaczyński przejął też koncepcję jednolitej władzy państwowej. PRLowska konstytucja głosiła, że Sejm jest najwyższą władzą w Polsce. Obecna Konstytucja niczego takiego nie mówi, ale PiS, czy to ustami pomniejszych funkcjonariuszy, czy ustami tytularnego prezydenta Dudy, wprost do tej PRLowskiej doktryny nawiązuje.  Coraz wyraźniej widać też, że podobnie jak w PRLu mamy instytucje fasadowe: Radę Państwa z Henrykiem Jabłońskim, Radę Ministrów z Piotrem Jaroszewiczem, ale naprawdę o wszystkim decydowała wola I Sekretarza, który w dodatku nie ponosił odpowiedzialności za swoje decyzje, gdyż formalnie żadnej eksponowanej funkcji nie pełnił. Tak jest i dzisiaj, tylko zamiast Jabłońskiego mamy Dudę, zamiast Jaroszewicza Szydło, a zamiast I Sekretarza Prezesa.

W przemówieniach, politycznej retoryce i publicznych wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego i jego przybocznych mamy ciągłe dzielenie obywateli, przepraszam, zwykłych Polaków, na lepszych i gorszych, przy czym ci gorsi są albo zdrajcami, albo ludźmi ograniczonymi umysłowo. Mamy wciąż szukanie wrogów. Mamy ciągoty do wprowadzenia cenzury, na razie obyczajowej. Mamy dominację ideologii nad pragmatyką. Mamy nieustanne powoływanie się na wolę Narodu, której emanacją jest obecna większość sejmowa. Dlatego PiS, choć tak naprawdę głosowała na niego mniejszość, uważa się za wyraziciela interesów wszystkich zwykłych Polaków, poza, rzecz jasna, zaprzańcami i ludźmi niespełna rozumu.

To są poglądy bolszewickie. To jest bolszewicki sposób myślenia. Dlatego Jarosław Kaczyński jest antykomunistycznym bolszewikiem. Antykomunistycznym, gdyż komunizm odrzuca. Bolszewikiem, gdyż bez zastrzeżeń przyjmuje bolszewicki sposób myślenia, bolszewicki model instytucji państwowych i bolszewicką retorykę. Czas pokaże, czy skłoni się także do bolszewickich metod.

Sir Karl Raimund Popper, gdyby żył i gdyby zajmował się pomniejszymi dyktatorami, bez wątpienia zaliczyłby Jarosława Kaczyńskiego do wrogów społeczeństwa otwartego. Byłaby to zresztą dla Kaczyńskiego swoista nobilitacja.

Są jednak sytuacje, w których Jarosław Kaczyński przekracza sam siebie. Może się chwilowo dekompensuje? Tak było kilka dni temu w wywiadzie dla TV Republika. (Niechętnie linkuję ten portal, potencjalnie zwiększając im klikalność, ale nie chciałbym, aby ktoś mnie oskarżył o przeinaczanie słów Kaczyńskiego.) Powiedział on tam mianowicie, że

Niemcy są nam winni bardzo dużo w każdym wymiarze, począwszy od moralnego, a skończywszy na ekonomicznym. Rachunek krzywd jest ogromny. Od wojny te sprawy nie zostały wyjaśnione, a w sensie prawnym są aktualne.

Jarosław Kaczyński jest złym, chorym z nienawiści, niebezpiecznym człowiekiem. Groźnym dla Polski. Jedną z ostatnich rzeczy, jakich Polska potrzebuje, jest wywoływanie konfliktu z Niemcami.

Gorsze byłoby tylko wywoływanie otwartego konfliktu z Rosją. Pożyjemy, zobaczymy? Nawiasem mówiąc, dywagacje Antoniego Macierewicza na temat sprowadzenia broni jądrowej na teren Polski musiały wzbudzić euforię w Moskwie. Tamtejsza propaganda, przejąwszy zresztą tę tezę od propagandy sowieckiej, od dawna głosi, że NATO chce Rosję okrążyć i ma wobec niej agresywne zamiary. Głośno wyrażane nuklearne marzenia polskiego rządu, znanego w całej Europie ze swojej graniczącej z paranoją rusofobii, są jedynie potwierdzeniem tego twierdzenia.

Zauważmy przy okazji, że choć Kaczyński powołuje się na Kościół Katolicki, wypomina "rachunek krzywd", jaki Niemcy mają wobec Polski, który "od wojny nie został wyjaśniony". Tym samym Jarosław Kaczyński odżegnuje się od listu biskupów polskich do biskupów niemieckich "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". To także jest język Władysława Gomułki.

Na zakończenie oznajmię rzecz trywialną: W oczach Jarosława Kaczyńskiego z całą pewnością należę do najgorszego sortu Polaków. I jestem z tego dumny.

sobota, 14 listopada 2015

Jedno jest pewne: Skutkiem wczorajszych zamachów w Paryżu będzie wzrost nastrojów antyislamskich w Europie, jeszcze większy sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców i wzrost znaczenia radykalnych partii nacjonalistycznych. We Francji Front Narodowy zapewne wygra kolejne wybory, w Polsce jeszcze bardziej wzrośnie popularność PiSu, a śladowy - na razie - Ruch Narodowy zyska rangę węgierskiego Jobbiku. Zarazem spadnie znaczenie uniwersalnych praw człowieka, policja we wszystkich krajach będzie domagać się jeszcze większych uprawnień do kontrolowania obywateli, jedne kraje będą mieć coraz więcej pretensji do drugich - mówiąc w uproszczeniu, my do Zachodu, że chce nas islamizować i skazywać na ryzyko zamachów terrorystycznych, Zachód do nas, że nawet palcem nie kiwniemy, aby rozwiązać kryzys migracyjny i kryzys na Bliskim Wschodzie. Swoboda podróżowania w strefie Schengen zaniknie lub zostanie mocno ograniczona. Wzrośnie wzajemna nieufność pomiędzy państwami europejskimi, tymi zachodnimi też. Europa zostanie osłabiona.

I to będzie dokładnie to, o co terrorystom chodzi.

Tylko silna, zjednoczona Europa, będzie w stanie przeciwstawić się zagrożeniom, zresztą nie tylko ze strony Państwa Islamskiego, ale i zagrożeniom ekologicznym, demograficznym i gospodarczym, a także zagrożeniom ze strony Rosji. To prawda, na razie Europa nie ma pomysłu na rozwiązanie tych kryzysów, co więcej, kieruje się krótkowzroczną logiką doraźnych interesów - czy to w sprawie uchodźców, czy to w sprawie kryzysu greckiego (ktoś jeszcze o tym pamięta?), czy "działań mitygacyjnych" przeciwko globalnemu ociepleniu, czy na potęgę handlując z krajami całkiem otwarcie wspierającymi terroryzm - ale jeśli się podzieli, nie będzie mieć ich tym bardziej. Ani pomysłów, ani sposobów na ich ewentualną realizację.

Tymczasem u nas jeden PiSowski idiota  mówi, że 

Polska nie widzi politycznych możliwości wykonania decyzji o relokacji uchodźców

podczas gdy nic nie wskazuje na to, aby zamachowcy z Paryża byli uchodźcami, czy też raczej przybyli podając się za uchodźców, ukrywając się wśród nich. Przeciwnie, jak - na razie nieoficjalnie - mówią francuskie służby, byli to obywatele francuscy, przynajmniej niektórzy z nich, wychowani we Francji, ale wyszkoleni przez ISIS, którzy wrócili tu, aby dokonać zamachów. Inny rzekomo miał syryjski paszport, ale to mogłoby świadczyć, że wjechał do Francji oficjalnie. Uchodźcy uciekają z Bliskiego Wschodu do Europy właśnie przed takimi ludźmi, jak paryscy zamachowcy. A Witold "nie zabijajcie nas" Waszczykowski, przyszły minister spraw zagranicznych, mówi

już słyszę od rana dyskusję tego oszalałego lewactwa, które nam tłumaczy że to my jesteśmy winni, że to państwa zachodnie są winne, to myśmy nie stworzyli warunków do życia, do integracji dla tych ludzi, że jeśli oni są na tyle sfrustrowani, że sięgają po kałasznikowa, po pasy szahida, to na pewno są jakieś błędy w naszym społeczeństwie.

Więc myśli pan, panie ministrze, że z nami jest wszystko w porządku, że we Francji, Wielkiej Brytanii, Polsce, Niemczech czy innych krajach nie ma ani śladu rasizmu i nietolerancji? Gratuluję samopoczucia.

Ale lewica też nie jest bez winy. I nie mam tu na myśli lewicy polskiej, z kuriozalną wypowiedzią Leszka Millera, lecz lewicę europejską. To ona powinna znaleźć odpowiedź na spodziewany wzrost nastrojów nacjonalistycznych i prawicowych. Ale to znaczy, że lewica sama musi zrewidować swoje myślenie. To prawda, że w Europie jest mnóstwo nietolerancji i rasizmu, ale nie każda krytyka muzułmańskich imigrantów (także imigrantów w drugim, trzecim pokoleniu) za brak poszanowania dla naszych praw i naszej kultury jest oznaką rasizmu. Nie każda krytyka wyłudzania pomocy socjalnej bierze się z ksenofobii czy zwierzęcego neoliberalizmu. Fanatyzmy i fundamentalizmy religijne (czy to islamskie, czy to katolickie, czy to jakiekolwiek inne) są złe i szkodliwe, niewłaściwe jest tuszowanie przestępstw w imię źle pojętej solidarności religijnej (czy narodowej), a uzurpowanie sobie przez jakąkolwiek religię uprzywilejowanej pozycji w państwie jest niedopuszczalne, ale religie jako takie nie zasługują ani na potępienie, ani na wyśmiewanie. Warunki życia w krajach ogarniętych wojnami i w przeludnionych, biednych obozach dla uchodźców są fatalne, ale to nie znaczy, że do Europy może przyjechać dosłownie każdy, kto sobie tego zażyczy. Trzeba wreszcie przyznać, że skoro to islamiści, znacznie częściej, niż jakiekolwiek inne grupy, w odpowiedzi na doznane krzywdy - niekiedy urojone, niekiedy wyolbrzymione, ale niekiedy bardzo prawdziwe - sięgają po bombę i AK-47, kierując furię przeciw Bogu ducha winnym ludziom, to zapewne w ich kulturze jest coś, co ich do tego skłania.

Nie wiem, jakie lewica znajdzie odpowiedzi, ale życzę i sobie, i Polsce, i Europie, żeby znalazła je jak najszybciej. I żeby były adekwatne do wyzwań, przed jakimi wszyscy stoimy.

wtorek, 03 listopada 2015

Prof. Piotr Gliński zapowiada likwidację gimnazjów. Mówi, że ich wygaszanie "jest przesądzone". Proszę mi przypomnieć, kiedy i który z najważniejszych liderów PiS mówił o tym w kampanii wyborczej? Czy ważna reforma systemu oświaty była tematem kampanijnych dyskusji? Wydaje mi się, że nie. Jest to więc typowe zachowanie PiSu: zwodzą ludzi obietnicami socjalnymi, żeby na nich głosowali, a potem zabierają się za coś, co jest dla nich ideologicznie ważne, a o czym milczeli.

Oczywiście można pomyśleć, że z tego, że coś zapowiada profesor Gliński, niewiele wynika. Gdyby to powiedział pan Kaczyński, szanse na wcielenie tego pomysłu w życie byłyby o wiele większe, z tym, że też nie na pewno. Ten typ tak ma.

Wróćmy jednak do meritum, czyli do gimnazjów. Może się wydawać, że likwidacja gimnazjów to element "odbudowy Polski od piwnic" po rujnujących rządach Platformy - ale gimnazja nie były pomysłem PO. Wprowadził je AWS z udziałem licznych obecnych polityków PiS, potem sobie trwały za rządów SLD, za rządów PiS w latach 2005-07, wreszcie za rządów Platformy. Nagle okazały się czarnym ludem, którego należy przepędzić w pierwszej kolejności, zanim nawet zrobi się inne rzeczy. Ciekawe.

Nie jestem pewien, czy wprowadzenie gimnazjów było co do zasady dobrym pomysłem. Mówiło się wtedy - pamiętam - że okres 13-16 lat to trudny wiek, tych dzieci nie powinno się mieszać ani z małymi dziećmi z podstawówek, ani z młodzieżą z liceów. Powinno się dla nich stworzyć osobne szkoły, najlepiej wyposażone, z najlepszymi nauczycielami, potrafiącymi przeprowadzić dzieci przez trudny okres dojrzewania. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Nauczyciele są dość przypadkowi, zamiast dzieciom pomagać, walczą z nimi, szkoły są wyposażone jak wszystkie, czyli źle. W dodatku ponieważ gimnazja są oceniane po wynikach, czyli po liczbie laureatów rozmaitych konkursów i, przede wszystkim, po liczbie absolwentów przyjętych do liceów, w dużych miastach tworzone są klasy w zamyśle elitarne, które przynajmniej starają się czegoś uczyć. Jednocześnie gimnazja mają funkcję szkół rejonowych, więc muszą przyjmować wszystkich absolwentów podstawówek ze swojej okolicy. Tych uczniów grupuje się w osobnych klasach, gdzie, zdaje się, dba się tylko o to, aby nie zrobili sobie zbyt dużej krzywdy. Tak się dzieje wszędzie, w "najlepszych" gimnazjach Warszawy, Krakowa, Wrocławia też.

Nie jestem więc pewien, czy idea gimnazjów była jako taka słuszna. Wiem, że pomysł ten zrealizowano źle. Ale jeszcze bardziej wiem, że likwidacja gimnazjów będzie szkodliwa. Systemowi szkolnemu potrzeba jest stabilizacja, nie zaś ciągłe - naprawdę ciągłe! - reformy, zamieszanie polityczno-organizacyjno-ekonomiczne. Proszę przy tym pamiętać, że prawdziwe problemy stwarza nie typ szkoły, ale dzieci, z których jakaś część nadal będzie w trudnym wieku dojrzewania (nie tylko fizycznego, ale także społecznego). Rozparcelowanie ich pomiędzy nową-starą podstawówkę a nowymi-starymi szkołami ponadpodstawowymi co najwyżej rozwodni, zamaskuje problem, ale go nie rozwiąże.

Likwidacja gimnazjów jest dla PiSu przejawem nostalgii za starymi, dobrymi czasy. Ech, dawniej (za komuny, gdy liderzy PiS, z panem Kaczyńskim na czele, mentalnie się ukształtowali i tak już im zostało) była ośmioklasowa podstawówka i czteroklasowe liceum i było tak dobrze! Nikt co prawda nie chce pamiętać, że do tych liceów szło nie więcej, niż 40% każdego rocznika, nie 80%, jak obecnie. Dziś w radio słyszałem, jak jakaś pani z PiSu mówiła, że gimnazja to "pruska szkoła", anachroniczna, z 45-minutowymi lekcjami i dzwonkami. Zaraz, to w podstawówkach i liceach też zlikwiduje się 45-minutowe lekcje i dzwonki? Polska oświata ma poważne problemy, o czym jeszcze napiszę, ale istnienie gimnazjów nie wydaje się być najważniejszym z nich. Bezrefleksyjne, mechaniczne przywracanie starego systemu istniejących problemów nie rozwiąże. Gdyby w drodze dyskusji okazało się, że jakiś system bezgimnazjalny jest lepszy od obecnego, należałoby go wprowadzić. No, ale taka dyskusja się nie odbyła, a PiS najwyraźniej jej nie planuje. Oni po prostu wiedzą lepiej.

niedziela, 01 listopada 2015

Na platformerskich forach trwa nieśmiała próba analizy przyczyn porażki wyborczej. Dominuje skarga na fatalny PR, na nieumiejętność wykazania fałszu tez i obietnic PiSu, wreszcie na nie dość przekonywające przedstawianie osiągnięć ostatnich ośmiu lat. To wszystko też przyczyniło się do klęski Platformy, ale w stopniu mniejszym, niż inne czynniki. Weźmy na przykład niedostatki narracji o tym, co w Polsce udało się podczas rządów Platformy osiągnąć. Otóż wczoraj wysłuchałem kpin pewnej zwolenniczki zmiany: Czy PiS zamknie autostrady i zburzy Stadion Narodowy? No przecież wiadomo, że nie. Z drugiej strony PiSowskie przedstawienie  "Polski w ruinie" zupełnie się nie udało, ale ani nie odebrało to PiSowi wielu głosów, ani nie przydało ich Platformie. Ludzie nie kwestionują osiągnięć materialnych, ale skoro one już dokonały się, nie są argumentem na przyszłość. Na pierwszy plan wysuwa się raczej to, czego Platforma nie zrobiła, co zrobiła źle i w czym zawiodła. 

Jedną z ważniejszych przyczyn porażki PO była afera taśmowa, nielegalne podsłuchy z warszawskich restauracji, upublicznione przez sprzyjające PiSowi media. Nie chodzi jednak o to, co podsłuchani politycy mówili: usiłowano się tam dopatrywać niemalże planów zamachu stanu czy złamania konstytucji, ale nic takiego nie miało miejsca. Także język tych nagrań, choć miejscami dość wulgarny, a przynajmniej dosadny, nie zrobił wielkiego wrażenia - dużo ludzi w wypowiedziach prywatnych, w gronie znajomych, mówi podobnie. Nie chodzi też o to, iż politycy płacili służbowymi kartami kredytowymi - no, to faktycznie niezbyt piękne, aby za prywatne posiłki płacić z budżetu instytucji państwowych, ale kultura wyłudzania czegoś od państwa - od nienależnych zwrotów kosztów poselskich podróży (posłów ze wszystkich partii - Jakie czasy, taki prezydent), do afery SKOKów, gdzie senator Bierecki jego koledzy biznesowi i polityczni wzbogacili się nie kosztem zwykłych ludzi, których można wskazać z imienia i nazwiska, ale kosztem abstrakcyjnego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego - jest, czy nam się to podoba, czy nie, dość ugruntowana. Płacenie służbowymi kartami za prywatne wydatki, choć niewątpliwie jest zachowaniem moralnie nagannym, nie jest traktowane jako wybryk oburzający, byle tylko nie przesadzić, jak poseł Adam Hofman, no i nie dać się złapać, bo to wstyd.

Niszczycielskie dla Platformy okazały się dwa inne aspekty.

Według klasycznej definicji Maxa Webera, państwo jest instytucją dążącą do monopolizacji przemocy. Wydobywanie od obywateli informacji, których ci nie chcą zdradzić, jest formą przemocy, choć nie musi temu od razu towarzyszyć przemoc fizyczna. Państwo do wydobywania informacji ma swoje służby policyjne i prokuratorskie. Za odmowę zeznań lub za zeznania fałszywe może obywatela spotkać kara. Państwowe służby specjalne mogą też obywateli podsłuchiwać (teoretycznie za zgodą sądu), ale nielegalne podsłuchy są karane za bezprawne pogwałcenie prywatności obywateli: bezprawne, czyli naruszające prerogatywy państwa w zakresie monopolu na dostęp do skrywanych sekretów obywateli. Jeśli podsłuchanymi są ważni urzędnicy państwowi, w tym minister spraw wewnętrznych, któremu formalnie podlega policja i służby specjalne, a państwo jest bezradne, nie może powstrzymać wycieku nielegalnie zdobytych informacji ani ukarać sprawców, ani nawet w sposób nie budzący wątpliwości wykryć tych sprawców i ich mocodawców, znaczy to, że państwo w istotnym aspekcie nie działa. Ktoś złamał monopol państwa na wydobywanie informacji od obywateli wbrew ich woli. Państwo i jego funkcjonariusze zostali ośmieszeni, co uzasadnia postulat radykalnej zmiany. To już trafnie zauważył Cezary Michalski.

Nie zwrócił on jednak uwagi na drugi, równie destruktywny dla Platformy element afery taśmowej: ośmiorniczki. Początkowo ośmiorniczki, element menu podsłuchanych ministrów, były wymieniane mimochodem, jako nieistotna ciekawostka. Z czasem niemalże zapomniano co ci politycy mówili, ale o ośmiorniczkach pamiętają wszyscy. Stały się symbolem całej afery. Dlaczego? Nie na darmo w opisie upadku i dekadencji wszelkich elit poczesne miejsce zajmują uczty i wykwintne potrawy, które elity spożywają, podczas gdy lud głoduje, a przynajmniej musi zadowalać się znacznie prostszą żywnością. Ośmiorniczki i policzki wołowe, popijane drogimi winami - owszem, w połączeniu z dosadnym językiem, ujawniającym brak nabożnego szacunku dla państwa - dowodzą alienacji, oderwania i zepsucia platformianych elit. A skoro elity są wyalienowane i zepsute, należy je wymienić. Ich merytoryczne kompetencje i dokonania przestają mieć znaczenie.

Jestem przekonany, że gdyby ministrowie jedli schabowego i popijali go zwykłą wódką, skutki afery byłyby znacznie mniejsze. Politycy chętnie pokazują się w czasie różnych imprez ludowych, targów żywności, gdzie jedzą zwykłe potrawy: ogórka kiszonego, kaszę, kiełbasę, gdyż ma to dowodzić ich zwykłości, bliskości z wyborcami. Premier Ewa Kopacz w czasie kampanii wyborczej - nie wiem, czy świadomie, czy tylko intuicyjnie - zaglądała do talerza podróżnym w wagonach restauracyjnych. Miało to pokazać, że jest ona taka sama, jak zwykli ludzie. Niestety, było już za późno. Nieodwracalna szkoda już się dokonała.

Hm, w Krakowie jest taka włoska restauracja, która podaje doskonałe ośmiorniczki. Mam się bać tam chodzić? Mam się wstydzić?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29