Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 10 czerwca 2016

Poseł Jarosław Kaczyński, jak mi się wydaje - ale może wydaje mi się całkiem źle? przepraszam, ale ja już nie mam ani siły, ani ochoty, by podążać za strzelistymi myślami pana Kaczyńskiego i dokonywać ich egzegezy - wpadł na pomysł, jak tu wybrnąć z zamieszania w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, a jednocześnie zachować twarz. Temu ma służyć najnowszy PiSowski projekt, rozpatrywany na równi (niezły żart, ha, ha!) z projektami autorstwa KODu (sic!) i PSL. Otóż PiSowski projekt, jak rozumiem - ale patrz wyżej! - odwołuje tak PiSowską "ustawę naprawczą", jak i platformerską nowelizację z czerwca 2015. PiS wprowadza co prawda orzekanie zgodne z kolejnością wpływu spraw i większość kwalifikowaną w sprawach ustrojowych, ale pozwala Trybunałowi na ocenianie tej ustawy na podstawie przepisów sprzed "ustawy naprawczej". PiS - a tak naprawdę nie PiS, ale Jarosław Kaczyński, bo tylko jego wola się w tej partii liczy - godzi się na to, że Trybunał te przepisy obali, jak już to zrobił obalając "ustawę naprawczą". Kaczyński spodziewa się jednak, że Trybunał za niekonstytucyjne uzna tylko te przepisy, nie zaś obecnie procedowaną ustawę jako całość, a to będzie oznaczać, że obie nowelizacje z ostatniego roku stracą moc. To zaś, myśli Kaczyński - ale patrz wyżej, patrz wyżej! - będzie oznaczać, że i osoby prawidłowo wybrane jesienią przez poprzedni Sejm, i osoby nieprawidłowo* wybrane przez obecny Sejm w grudniu, przestaną być sędziami i PiS będzie mógł na nowo przeprowadzić wybory na trzy wakujące miejsca w Trybunale. Przy okazji Kaczyński pozwoli na publikację wyroków TK z 9 marca i następnych, bo będą one miały charakter "historyczny", jak to wielokrotnie powtarzał.

Z jednej strony oznacza to, że PiS się wycofuje z frontalnego ataku na Trybunał, choć broń Boże nie jest gotów tego przyznać! Z drugiej - jest kłopot, którego poseł Kaczyński zdaje się nie dostrzegać. Otóż nawet jeśli teraz okaże się, że nowelizacja z czerwca 2015 nie obowiązuje - a może się tak okazać, bo w samym fakcie przyjmowania i odwoływania przez ustawodawcę ustaw nie ma niczego niekonstytucyjnego - to obowiązywała ona jesienią 2015. Obowiązywała, bo PiS - ani grupa posłów, ani urzędujący już wówczas PiSowski funkcjonariusz, dr Andrzej Duda - nie oprotestował jej, gdy była po temu pora. A skoro obowiązywała, to prawidłowo wybrani sędziowie zostali wybrani prawidłowo i nie można ich odwołać, bo zgodnie z konstytucją są nieusuwalni.

PiS będzie twierdził, że sędziowie wybrani w październiku nie są sędziami, więc można wybierać nowych. Trybunał Konstytucyjny, a wraz z nim środowiska prawnicze i opozycja, że panowie ci są sędziami i prezydent Duda powinien niezwłocznie odebrać od nich przysięgę. Wrócimy więc, w najlepszym wypadku, do stanu z końca listopada 2015

Będzie to jakiś postęp w stosunku do stanu obecnego, ale można go było osiągnąć jednym ruchem, przez publikację wyroku z 9 marca. Oszczędziło by nam to całych miesięcy sporów, ułagodziło Komisję Wenecką i Komisję Europejską, nie zszargało w tak wielkim stopniu opinii o naszym państwie - niestety, wymagałoby to jednego: Jarosław Kaczyński musiałby otwarcie przyznać się do porażki. Gdyby zaś spełniły się jego obecne kalkulacje (nieustannie patrz wyżej!), nie musiałby tego robić. A Kaczyński jest organicznie niezdolny do przyznania się do błędu.

*Nawiasem mówiąc, jak ktoś zauważył, uchwały o wyborze trzech osób, których prezes Andrzej Rzepliński nie dopuszcza do orzekania, mają wadę prawną, mianowicie nie określają początku kadencji sędziego. Proszę porównać nieprawidłową uchwałę o wyborze Henryka Ciocha i prawidłową uchwałę o wyborze sędziego Pszczółkowskiego.

wtorek, 07 czerwca 2016

W Polsce panuje powszechne oczekiwanie, że jeśli popierasz jakąś partię, to popierasz ją we wszystkim. A jeśli krytykujesz, to także we wszystkim. A tymczasem to tak nie działa. Głosowałem na Platformę, ale dalece nie wszystko, co ta partia robiła, mi się podobało. W działaniach PiSu z kolei nie podoba mi się większość tego, co robią, ale jakby to ująć, nie podoba mi się na różnych poziomach.

Mamy oto ustawy godzące w fundamenty państwa i praw obywatelskich: kolejne warianty ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, ustawę inwigilacyjną, ustawę antyterrorystyczną, owoce zatrutego drzewa czy znaczne części ustawy o prokuraturze. Teraz pan Zbyszek szykuje zamach na sądownictwo powszechne (ustawa o KRS już jest w Sejmie), a do tego wszyscy spodziewają się manipulacji przy ordynacji wyborczej. PiS nie ma większości konstytucyjnej, przeprowadza więc te zmiany uniemożliwiając kontrolę ich konstytucyjności, a przy okazji łamiąc regulamin Sejmu, zasady przyzwoitości i dobre obyczaje.

Jednak inne projekty i ustawy obecny rząd przeprowadza w ramach legalnie posiadanych uprawnień. Można się z tymi projektami zgadzać, a można i nie zgadzać, ale ewentualna krytyka nie ma w tym wypadku charakteru fundamentalnego, ale pragmatyczny: ile będą kosztować, czy przyniosą zakładane skutki i czy ich faktyczne skutki będą korzystne. Mam tu na myśli takie kwestie, jak podniesienie wieku szkolnego (jestem przeciw), program 500+ (jestem umiarkowanie przeciw, bo choć program ten jest ekonomicznie nieefektywny, doceniam jego znaczenie symboliczne), podatek bankowy i podatek od handlu (umiarkowanie przeciw z uwagi na nieefektywność pierwszego i szkodliwe skutki drugiego), zmuszenie energetyki do finansowania górnictwa węgla kamiennego (przeciw), atak na OZE, zwłaszcza na wiatraki (raczej przeciw), groźby obniżenia wieku emerytalnego (zdecydowanie przeciw) czy zapowiedzi podniesienia godzinowej stawki minimalnej (byłbym entuzjastycznie za, ale rząd na razie zapowiada, zapowiada, ale niewiele z tego wynika).

Ustawy o przekształceniu mediów publicznych w media partyjne, o zastąpieniu służby cywilnej krewnymi i znajomymi Królika i o poddaniu obrotu ziemią pod arbitralną, niczym nie ograniczoną kontrolę urzędników Agencji Własności Rolnej, leżą gdzieś pomiędzy biegunami ustaw szkodliwych z powodów zasadniczych, powstałych w wyniku uzurpowania sobie przez PiS uprawnień, których nie posiada, a dopuszczalnych, choć raczej szkodliwych.

Piszę to wszystko po ogłoszeniu przez premier Beatę Szydło programu mieszkaniowego, zakładającego budowę przez państwo tanich mieszkań na wynajem. Program miałby być adresowany do osób, których nie stać na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożne, aby móc liczyć na mieszkania komunalne. Niewątpliwie wdrożenie takiego programu należy do uprawnień rządu. Trudno jednak napisać coś więcej, bo jego szczegóły, zwłaszcza finansowe, są jeszcze nieznane, dlatego dość gwałtowna krytyka, z jaką ten program się spotyka, wydaje mi się przedwczesna.

Istotne jest co innego: Oto rząd stara się przekonać ludzi, że wynajmowanie mieszkania jest czymś normalnym, że mieszkanie wynajęte także może być "swoje", że niekoniecznie każdy musi mieć dom czy mieszkanie będące jego własnością. Oczywiście, jeśli kogoś na to stać, to proszę bardzo! Ale dotąd banki, doradcy finansowi i deweloperzy przekonywali, że tylko własne się liczy, a jeśli trzeba do tego wziąć kredyt, to nie ma problemu, wszak rata kredytu jest niewiele większa od miesięcznego czynszu, a będzie się miało to własne! Wszystko pięknie, dopóki kredytobiorca zarabia tyle, że nie ma problemów ze spłatą. Gdy pojawią się kłopoty losowe lub spowodowane zmianą zewnętrznych warunków ekonomicznych, nieszczęśni kredytobiorcy, związani wieloletnią umową z bankiem, z której nie mogą się wycofać, mają potężny problem. Nie tylko finansowy, ale także psychologiczny. Prowadzący do niewolniczej wręcz zależności od toksycznej pracy. Albo uniemożliwiający rozstanie z małżonkiem, niegdyś ukochanym, a dziś już nie do zniesienia. A gdy kredytobiorca znajdzie się under water, to znaczy gdy wartość rynkowa kredytowanej nieruchomości spadnie poniżej pozostałego do spłaty kredytu, jest już bardzo źle. Dotyczy to zwłaszcza frankowiczów, ale potencjalnie może dotknąć każdego. Tymczasem najemca, jeśli pojawią się kłopoty, może z mieszkania zrezygnować, przeprowadzić się do mniejszego, przeprowadzić się do mniejszej miejscowości albo gdzieś na drugi koniec Polski czy za granicę, gdzie akurat będzie odpowiednia praca.

Tak więc to dobrze, że rząd zapowiada, iż będzie się starał zachęcić ludzi do wynajmowania mieszkań, nie tylko do kupowania ich na kredyt. Już poprzedni rząd coś takiego próbował, ale cichcem i półgębkiem, nie kwestionując zasadniczego paradygmatu, że tylko własne się liczy. Teraz powiedziano, że nie tylko. Brawo, PiS!

wtorek, 17 maja 2016

Muszę powiedzieć, że drażni mnie sformułowanie "spór wokół Trybunału Konstytucyjnego". Nie ma żadnego sporu, jeno nagi fakt, że PiSowscy funkcjonariusze, prezydent Duda i premier Szydło, działając na polecenie swojego zwierzchnika, posła Kaczyńskiego, łamią konstytucję. Złamanie konstytucji jest oczywiste (prezydent nie może wybierać, kogo zaprzysięże, a kogo nie; premier nie ma żadnych kompetencji do rozstrzygania, które wyroki Trybunału zostały wydane prawidłowo; jedno i drugie ma po prostu zrobić to, co konstytucja im nakazuje) i nie ma co do tego tematu wracać. Nie ma więc sporu, ale jest problem. Dla PiSu problem wizerunkowy, dla państwa problem grożącej niespójności systemu prawa. A skoro jest problem, trzeba go spróbować jakoś rozwiązać.

Jarosław Kaczyński ciągle coś mówi o jakichś kompromisach, ale kompromisy proponowane przez posła Kaczyńskiego to oszustwo i mydlenie oczu. Ich jedynym celem jest zamieszanie w głowach szerokiej publiczności, a przy odrobinie szczęścia także europejskim obserwatorom i urzędnikom. Ostatnio poseł Kaczyński zaproponował "daleko idący kompromis", polegający na tym, iż PiS łaskawie pozwala Trybunałowi rozpatrywać sprawy dotyczące nowelizacji ustawy o TK poza kolejnością, łagodzi też wymagania odnośnie do pełnego składu. PiS pozostawia jednak jaskrawie sprzeczny z konstytucją zapis o większości kwalifikowanej oraz wymóg, aby wszystkie inne sprawy, niż nowelizacja ustawy o TK, były rozpatrywane zgodnie z kolejnością wpływu. Gdyby więc ktoś teraz zakwestionował na przykład przepisy kagańcowej ustawy antyterrorystycznej, skarga ta byłaby rozpatrzona przez inny skład Trybunału, za kilka lat, może nawet po upływie bieżącej kadencji Sejmu. W praktyce oznaczałoby to odłożenie badania konstytucyjności przyjmowanych przez PiS ustaw ad calendas Graecas. Do tego czasu - hulaj dusza, piekła nie ma. Jest za to domniemanie konstytucyjności.

Jarosław Kaczyński obłudnie powiada, że najnowszy Pisowski projekt ustawy o TK

To jest ustawa uwzględniająca ogromną część postulatów zarówno Komisji Weneckiej, jak i postulatów formułowanych przez przedstawicieli Trybunału Konstytucyjnego

podczas gdy najważniejszym zaleceniem Komisji Weneckiej, jak i zasadniczym żądaniem (a nie jakimś "postulatem") stawianym przez Trybunał jest publikacja wyroku z 9 marca, tego zaś poseł Kaczyński nie przewiduje. Przy okazji Kaczyński mówi, że

Opozycja powinna dokonać aktu samokrytyki, ekspiacji i to będzie podstawa do tego, żeby polskie życie publiczne poprawiło się [...]

No i takie są te kompromisy Kaczyńskiego. Nie warto o nich nawet rozmawiać.

Problem jednak pozostaje. W tej sytuacji pozwolę sobie zaproponować własny wariant kompromisu. Niech nikt mi nie wyrzuca, że ja tylko narzekam i narzekam, nie proponując niczego konstruktywnego. Otóż kompromis à la pfg brzmi tak:

  • premier Szydło publikuje wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 9 marca 2016 i wszystkie następne wyroki TK
  • PiS przestaje forsować aktualną (najnowszą) wersję nowelizacji ustawy o TK
  • pan Zbyszek wycofuje się z projektu ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa (nie ma to bezpośredniego związku ze sprawą Trybunału, ale byłoby oznaką dobrej woli, a także antycypacją faktu, iż ustawa najprawdopodobniej padnie przed TK)
  • prawidłowo wybrani w czerwcu sędziowie, których dr Duda dotąd nie zaprzysiągł, składają rezygnacje
  • prezes Rzepliński dopuszcza do orzekania osoby wybrane w grudniu, które PiS uważa za sędziów Trybunału Konstytucyjnego (można by domagać się, aby i one złożyły rezygnacje, ale takiego poświęcenia i takiego poczucia odpowiedzialności za państwo po PiSowskich nominatach nie należy się spodziewać)

Punkty te należy realizować w takiej kolejności, w jakiej zostały tu zapisane.

Kompromis oznacza obustronne, niekiedy wielostronne, ustępstwo. Dla PiSu kompromis proponowany przeze mnie oznacza przyznanie się do prestiżowej porażki w sprawie "ustawy naprawczej", a dla opozycji prestiżowe zwycięstwo. Zarazem jednak opozycja godzi się na stan, do jakiego PiS, jak się wydaje, dążył na przełomie listopada i grudnia 2015. PiS miałby już sześciu wybranych przez siebie sędziów w Trybunale, a będzie miał ich więcej w miarę upływu kadencji kolejnych sędziów (gdyby PiS miał klasę, zgłosiłby przynajmniej niektórych kandydatów spośród tych czerwcowych - byłoby to możliwe, bo skoro PiS nie uważa ich za sędziów, nie byłoby mowy o wyborze na drugą kadencję), zyskałby też bardzo realną szansę na obsadę w grudniu stanowiska prezesa TK, następcy Andrzeja Rzeplińskiego. PiS wytrąca też z ręki jeden z najważniejszych oręży znienawidzonemu przez siebie KODowi. Wreszcie PiS przyjmuje do wiadomości, że część przepisów ustawy o prokuraturze, ustawy inwigilacyjnej i spodziewanej ustawy antyterrorystycznej zostanie przez Trybunał obalona, ale będą one mogły wrócić z kosmetycznymi zmianami w przyszłym roku, może za dwa lata, gdy zmieniony skład Trybunału kierowanego przez nowego prezesa ich nie obali. PiS będzie wtedy też mógł liczyć, iż Trybunał nie zakwestionuje zmian w kodeksie wyborczym, których w jakiejś formie coraz więcej osób się spodziewa.

To więc, czy w Polsce będziemy mieć za trzy i pół roku demokratyczne wybory, w ostatecznym rozrachunku zależeć będzie od sumień sędziów Trybunału, także (a może przede wszystkim?) tych PiSowskich z krwi i kości. Można jedynie mieś nadzieję, że sędziowie ci, gdy poczują się niezależni od woli posła Kaczyńskiego - nieusuwalni przez kilka lat, a potem prestiż, bardzo wysoka emerytura i immunitet do końca życia - zachowają się jak prawnicy-legaliści, nie jak partyjni funkcjonariusze.

To nie jest, przyznaję, wesoła perspektywa, ale innego wyjścia nie widzę. No, można jeszcze liczyć na to, iż PiS, a w szczególności jego prezes, poczuje wyrzuty sumienia, pokornie wycofa się ze swoich łamiących prawo przepisów i mocno postanowi nie wprowadzać następnych, lub też że archanioł mieczem ognistym wypędzi rządy PiS z kraju.

To drugie jest bardziej prawdopodobne.

środa, 06 kwietnia 2016

Pan Zbyszek nadal utrzymuje, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego obalający PiSowską "ustawę naprawczą" nie obowiązuje, a to dlatego, że Trybunał obalając ustawę, nie oparł się na przepisach obalanej ustawy. Niedorzeczność takiego stanowiska wykazało już wiele osób, ale ponieważ pan Zbyszek idzie w zaparte, a dziś nawet uciekł się do prób zastraszania sędziów TK, zrobię to raz jeszcze.

Zakładamy, że zdanie a jest prawdziwe. Wówczas

  1. Implikacja a → ~a jest niepoprawna (przy prawdziwym poprzedniku i fałszywym następniku, implikacja jest fałszywa).
  2. Przy tym samym założeniu, implikacje ~a → ~a oraz ~a → a są poprawne. Pierwsza jest tautologią, druga zastosowaniem zasady ex falso quodlibet. Przy fałszywym poprzedniku, każda implikacja jest prawdziwa.

Przenieśmy to na grunt obecnego sporu o Trybunał Konstytucyjny.

Niech a oznacza "Trybunał Konstytucyjny uznaje, że ustawa naprawcza jest zgodna z konstytucją". Wówczas, na mocy 1., TK nie mógłby poprawnie orzec jej niekonstytucyjności. Linia rozumowania jest taka: Wyrok TK powstałby w oparciu o ustawę, której konstytucyjność tenże wyrok zakwestionował, a zatem sam wyrok byłby nieważny. Wnioskowanie "ustawa naprawcza jest zgodna z konstytucją" "ustawa naprawcza jest niezgodna z konstytucją" jest niepoprawne. Domniemując konstytucyjność badanej ustawy, Trybunał poprawnie mógłby orzec jedynie jej zgodność z konstytucją.

Na odwrót, jeśli Trybunał wstępnie nie uznał konstytucyjności badanej ustawy, mógłby poprawnie uznać jej niekonstytucyjność (co zrobił) lub konstytucyjność (czego nie zrobił, choć formalnie mógł).

PiS, uchwalając swoją ustawę naprawczą z zerowym vacatio legis, spodziewał się, że TK, związany domniemaniem konstytucyjności przyjmowanych ustaw, nie będzie mógł orzec jej niekonstytucyjności. Jednak w rzeczywistości domniemanie konstytucyjności uchwalanych ustaw obowiązuje obywateli, administrację i inne organa państwa, a także inne sądy i trybunały, ale nie Trybunał Konstytucyjny. Gdyby domniemanie konstytucyjności rozciągnąć na TK, sprawowana przez niego kontrola konstytucyjności przepisów byłaby iluzoryczna, mógłby on bowiem, bez popadania w sprzeczność, stwierdzać tylko i wyłącznie zgodność z konstytucją każdego przedstawionego mu przepisu. To jednak oznaczałoby, że w Polsce, wbrew konstytucji, nie jest możliwa kontrola konstytucyjności uchwalanego prawa.

Na zarzut, iż zgodnie z Art. 197 konstytucji "tryb postępowania przed Trybunałem określa ustawa", a wobec tego Trybunał powinien obradować w trybie przewidzianym przez ustawę o TK, odpowiedź brzmi: Ależ tak! Trybunał obradował w trybie przewidzianym przez ustawę o TK w brzmieniu sprzed zmian dokonanych przez ustawę naprawczą, gdyż skoro ustawa naprawcza została zaskarżona, Trybunał nie był związany domniemaniem jej konstytucyjności.

Nie spodziewam się, że pan Zbyszek ogarnie przedstawione wyżej rozumowanie; poza wszystkim innym, pan Zbyszek nie jest osobą szczególnie bystrą. Zdanie prezydenta Dudy i premier Szydło z kolei się nie liczy, bo są to funkcjonariusze całkowicie niesamodzielni i robią tylko to, co im Jarosław Kaczyński każe (ale obietnica amnestii wciąż jest aktualna!). Sam Jarosław Kaczyński za to na pewno to rozumowanie zna, ale je odrzuca z powodów polityczno-ambicjonalnych. Nie próbuję też przekonać osób popierających PiS z powodów ideologicznych: ich nikt nie przekona.

Wpis ten adresuję przede wszystkim do tych Czytelników, którzy mają (lub zdobywają) wykształcenie ścisłe lub którzy przy innych okazjach zapoznali się z podstawowymi zasadami logiki.

środa, 23 marca 2016

Prezydent Andrzej Duda, odmawiając zaprzysiężenia prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, i premier Beata Szydło, uzurpując sobie prawo do orzekania, które wyroki Trybunału Konstytucyjnego zostały wydane prawidłowo, łamią konstytucję. Grozi im za to Trybunał Stanu. Marszałek Marek Kuchciński i poseł Marek Ast, wielokrotnie łamiąc Regulamin Sejmu podczas wyboru osób, które PiS nazywa sędziami TK i podczas prac nad "ustawą naprawczą", także dopuścili się przewinień, za które grozi odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu. Wiele osób publicznie pisze i mówi, że gdy PiS straci władzę, ci państwo zostaną przed Trybunałem postawieni. Ostatnio w ostry sposób stwierdził to Włodzimierz Cimoszewicz. Ja też swego czasu zapowiadałem Trybunał Stanu dla Andrzeja Dudy.

Doszedłem do wniosku, że to był błąd, mimo iż wymienione osoby na proces przed Trybunałem Stanu zasłużyły.

Jeśli chcemy przegnać intruza - na przykład złodzieja lub dzikie zwierzę - trzeba mu zostawić drogę ucieczki. Przegnać: nie zabić, zniszczyć, zmiażdżyć, zaorać, ale przegnać. Żeby sobie poszedł i żeby nam więcej nie zagrażał. Nie przeszkadzał. Jeśli nie zostawimy mu drogi ucieczki, zapędzimy w kozi róg, będzie walczył na śmierć i życie. Nawet jeśli go pokonamy, sami możemy nieźle oberwać. Nie warto ryzykować. Jeśli naszym głównym celem nie jest zemsta, ale to, byśmy mogli żyć tak, jak lubimy, robić to, co chcemy, wolni od zagrożeń, jakie przyniósł intruz, nie warto ryzykować śmiertelnego starcia.

Dla czołowych polityków PiSu pułapką bez wyjścia jest perspektywa odpowiedzialności konstytucyjnej w przypadku przegranych wyborów. Walka na śmierć i życie oznacza w tej sytuacji albo taką manipulację ordynacją wyborczą, aby PiS wyborów nie mógł przegrać (ordynacja mieszana z gerrymanderingiem i zaporowymi progami wyborczymi), albo masowe aresztowania przywódców, kandydatów i działaczy opozycji tuż przed wyborami, albo jedno i drugie. Doprowadzenie do sytuacji, w której PiS nie przegrywa wyborów, ale nawet pozory demokracji zostają zdruzgotane. Drogą ucieczki jest porzucenie Jarosława Kaczyńskiego i podporządkowanie się orzeczeniom Trybunału Konstytucyjnego.

Dlatego uważam, że Andrzejowi Dudzie, Beacie Szydło i innym politykom PiSu trzeba tę drogę ucieczki zostawić. Beato, opublikuj! Andrzeju, zaprzysiąż! Zróbcie to, a obiecujemy, że po przegranych wyborach nie postawimy was przed Trybunałem Stanu. Kuchcińskiego i Asta też nie. To nie znaczy, że zapomnimy wam wasze haniebne słowa i czyny i że zaczniemy was popierać. Nic z tych rzeczy. To znaczy tylko - i aż! - tyle, że po przegranych wyborach będziecie po prostu przegranymi politykami, jak tylu innych przed wami i po was.

Wasz wybór. Jeśli zdecydujecie się pozostać w kręgu zła, roztaczanym przez Jarosława Kaczyńskiego, a mimo to przegracie, Trybunał Stanu będzie dla was nieuchronny. I pamiętajcie: Polska to piękny i wspaniały kraj, nie tak łatwo ją sobie podporządkować!

Obietnica amnestii konstytucyjnej dotyczy tylko spraw związanych z Trybunałem Konstytucyjnym. Za wszystko inne, w szczególności za nadużycia władzy, jeżeli do nich dojdzie (a przy uchwalanym przez was prawie dojdzie prawie na pewno), obecny obóz rządzący odpowie. Ale to raczej będzie dotyczyć Antoniego Macierewicza, Mariusza Kamińskiego, pana Zbyszka i ich pomniejszych pomagierów. Jednak rozwiązanie sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego nie leży w ich rękach, ale w rękach prezydenta Dudy i premier Szydło.

Obietnica amnestii nie rozciąga się także na Jarosława Kaczyńskiego. Ten jednak, na kształt pierwszego sekretarza partii komunistycznej, którym funkcjonalnie jest, modulo terminologia, sprawuje władzę, ale za nic nie odpowiada. Dla Jarosława Kaczyńskiego największą karą i największym upokorzeniem będzie świadomość politycznej przegranej. I tego mu z całego serca życzę.

sobota, 12 marca 2016

Pięć lat temu, nawiązując do planów "pomnika świateł" na Krakowskim Przedmieściu, pisałem:

Cóż my tu jednak mamy? Państwo, które jest podstawowym narzędziem "suwerenności Narodu". Jedynego, niekwestionowanego przywódcę, w którym jest czyste dobro. Niechęć do mniejszości narodowych. Społeczno-ekonomiczny populizm w warstwie werbalnej, w praktyce zaś wspieranie bogatych kosztem pozostałych. Marsze z pochodniami. Lichtdom. Ta jedność inspiracji - jestem pewien, że nieuświadomiona; nie chodzi mi o ideowe (lub artystyczne) naśladownictwo, ale o podobny sposób myślenia - budzi we mnie i zdumienie, i przerażenie.

Kilka miesięcy temu PiS wrócił do władzy i zaraz okazało się, że wspominane wyżej inspiracje pięknie się rozwijają. Jeszcze w końcówce kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński powiedział, że uchodźcy roznoszą pasożyty i pierwotniaki. Później mieliśmy kanoniczną wypowiedź o Polakach najgorszego sortu, ostatnio twórczo zinterpretowaną przez prezydenta Rzeczypospolitej (sic!) na wiecu w Otwocku:

Czas najwyższy, abyśmy powiedzieli, że w Polsce to my jesteśmy ludźmi pierwszej kategorii, że nasze interesy muszą być przede wszystkim realizowane, że nasze interesy muszą być realizowane na arenie europejskiej.

A jeszcze w międzyczasie mieliśmy inną wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, tym razem w Łomży:

Ci, którzy z nami walczą przybierają, można powiedzieć, barwy ochronne. To są te barwy, które widać tutaj, na tej sali: biało-czerwone. Oni próbują być biało-czerwoni.

Jak widać, ci, którzy popierają PiS, są ludźmi pierwszej kategorii, ci, którzy nie popierają, są ludźmi gorszej kategorii (gorszego sortu), a ich interesy nie muszą być realizowane. To właściwie nie są Polacy, tylko indywidua, które Polaków udają.

Co ciekawe, pojawiło się już uzasadnienie teoretyczne dla tych wszystkich koncepcji: mianowicie pogląd, że nad prawem stanowionym, w tym nad konstytucją, stoi "dobro Narodu" (a o tym, co wchodzi w skład "dobra Narodu", decyduje siła rządząca, a konkretnie jej przywódca). Ryzykując, że zostanę zaatakowany prawem Godwina, muszę przypomnieć, że prawdziwym autorem tej przełomowej doktryny był Carl Schmitt, a służyła ona jako uzasadnienie bezterminowego zawieszenia konstytucji Republiki Weimarskiej przez Sami Wiecie Kogo. W naszym bieżącym kontekście po raz pierwszy zasadę tę explicite wypowiedział nieszczęsny Kornel Morawiecki - najprawdopodobniej zresztą nieświadom historycznych precedensów - za co otrzymał od posłów PiSu rzęsiste oklaski. Później zasada ta wracała w wielu wypowiedziach PiSowskich polityków i wspierających ich publicystów, aby wreszcie przebić się do prawa stanowionego: W PiSowskiej Ustawie o prokuraturze czytamy:

Art. 137. § 1. Za przewinienia służbowe, w tym za oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa i uchybienia godności urzędu, prokurator odpowiada dyscyplinarnie (przewinienia dyscyplinarne).

§ 2. Nie stanowi przewinienia dyscyplinarnego działanie lub zaniechanie prokuratora podjęte wyłącznie w interesie społecznym.

Interes społeczny wyłącza odpowiedzialność prokuratora. Ciekawe, czy stanowi to pozwolenie na stosowanie tortur? Powiedzmy, mamy podejrzanego o to, że podłożył bombę, która może zabić wiele niewinnych osób. W interesie społecznym leży dowiedzieć się, gdzie bomba jest ukryta i jak ją rozbroić. Czy w świetle cytowanego przepisu polski prokurator może wobec podejrzanego zastosować waterboarding albo staromodne bicie, żeby się tego dowiedzieć? A jeśli może wobec terrorysty, to czy może wobec porywacza dziecka? Wobec sprawcy napadu na bank? Wobec dziennikarza ujawniającego niewygodne dla rządu dokumenty?

Do czego to wszystko zmierza?

A za oknami szaro, buro, brudno. Siąpi deszczyk. Przedwiośnie.

piątek, 19 lutego 2016

Pani Kiszczakowa, wdowa po generale, z naiwnością przewyższającą nawet naiwność Lwa Rywina, poszła do IPN sprzedać kwity na Wałęsę. IPN, zresztą całkiem słusznie, niczego nie kupił, tylko poszedł do Kiszczakowej z policją i prokuratorem i zabrał sześć pudeł SBeckich dokumentów, które św. pamięci Czesław zostawił żonie na czarną godzinę. Z papierów tych wynika, że Lech Wałęsa był na początku lat '70 agentem Bolkiem.

Właściwie to nic nowego. To, że Wałęsa z SB rozmawiał i "coś tam podpisał", było wiadomo od dawna. Teraz mamy - rzekomo prawdziwe - zobowiązanie do współpracy, notatki z rozmów z SBkami i pokwitowania odbioru pieniędzy. Wałęsa mówi, że to fałszywki; skądinąd wiadomo, że w latach '80 SB fałszowała dokumenty mające go skompromitować. Obrońcy Wałęsy pytają, czemu SB wówczas fałszowała, zamiast posłużyć się oryginałami? Czyżby nie były jeszcze gotowe? Na to można odpowiedzieć, że komuchom do głowy nie przyszło, że kompromitujący będzie sam fakt współpracy, próbowali więc Wałęsę wrobić w jakieś przekręty finansowe i skandale obyczajowe. 

Zakładam jednak, że dokumenty są prawdziwe i Lech Wałęsa w pierwszej połowie lat '70 aktywnie z SB współpracował. Inni obrońcy Wałęsy tłumaczą, że był on wtedy młody, nie miał w nikim oparcia, był świadkiem strzelania do ludzi na Wybrzeżu, więc się załamał i współpracował, ale starał się ludziom zbytnio nie szkodzić. Na to można odpowiedzieć, że byli tacy, którzy nie dali się zastraszyć, na współpracę nie poszli i często zapłacili za to wielką cenę. Czy to więc dobrze, że Lech Wałęsa 40 lat temu współpracował z SB? No, niedobrze, nawet jeśli można zrozumieć powody, jakimi się kierował. Gdyby Lech Wałęsa na początku lat '90 przyznał się do współpracy, dziś nie mielibyśmy już tego problemu. Ale się nie przyznał, co także można częściowo zrozumieć: Był wtedy w ostrym sporze politycznym z braćmi Kaczyńskimi i innymi ludźmi, którzy najpierw zrobili z niego prezydenta i byli jego najbliższymi współpracownikami - nawiasem mówiąc, zapewne wiedząc o jego agenturalnej przeszłości, bo o tym w Gdańsku mówiło się już w późnych latach '70 - a później postanowili go zniszczyć, więc Wałęsa nie chciał dać im nawet patyczka. 

Nie o to chodzi. Wiadomo bowiem dobrze, że Wałęsa współpracę z SB zerwał najpóźniej w 76, a gdy SBcy zwrócili się do niego w 78, kategorycznie odmówił wszelkich kontaktów. W tymże 78 nawiązał współpracę z Wolnymi Związkami Zawodowymi. Andrzej Gwiazda i Krzysztof Wyszkowski, a także Anna Walentynowicz, dopóki żyła, mogli się wściekać, że to oni pracowali, organizowali, narażali się, a przyszedł taki Wałęsa i ukradł im show. Owszem, ukradł. Bo to Lech Wałęsa miał charyzmę i miał jaja, które pozwoliły mu stanąć na czele strajków w sierpniu 1980, zbudować dziesięciomilionowy ruch Solidarności, nie załamać się w samotnym internowaniu, będąc odciętym od wszelkich wieści ze świata i od ludzi, którzy mogli go wspierać, a wreszcie doprowadzić do Okrągłego Stołu i przełomu roku 1989. Kulminacyjnym punktem jego kariery, jeszcze przed objęciem prezydentury, było przemówienie w Kongresie Stanów Zjednoczonych, z owacjami na stojąco. Później było już, niestety, coraz gorzej.

Od roku 1990 Lech Wałęsa nie był bohaterem mojej bajki. Głosowałem na niego dwa razy, w 1990 i 1995, za każdym razem dopiero w drugiej turze. Czy gdybym w 1990 wiedział, że Wałęsa dwadzieścia lat wcześniej był agentem Bolkiem, też bym na niego zagłosował? Z całą pewnością tak, z tych samych powodów, dla jakich w ogóle na niego głosowałem. W 1995 o agencie Bolku wiedzieli już wszyscy, chociaż na ujawnienie dokumentów trzeba było czekać aż do przedwczoraj.

Ale nie chodzi nawet i o to. Dzisiejszym lustratorom Wałęsy nie chodzi o przeszłość tego człowieka, ale o odarcie go z legendy. Lecząc swoje kompleksy - bo nie działali, bo nie dość działali, bo może i działali, ale nie zostali docenieni, a może po prostu byli zbyt młodzi, by działać, jak dr Andrzej Duda  - chcą umniejszyć Wałęsę, bo nie mogą wywyższyć siebie. Chodzi im jeszcze o coś więcej: dla doraźnych celów politycznych chcą wmówić ludziom, że III RP, od czerwca 1989 do października 2015, była nieprawomocnym oszustwem (choć obecni lustratorzy byli w niej posłami, senatorami, premierami, ministrami i tak dalej). I teraz nie wiem, czy z głupoty, czy ze złej woli dezawuują w ten sposób jedne z największych osiągnięć Polski w jej całej historii: piękną legendę pierwszej Solidarności i bezkrwawe, pokojowe przekazanie władzy w roku 1989.

Gdy Adam Michnik nazwał kiedyś Czesława Kiszczaka człowiekiem honoru (bo dotrzymał porozumień Okrągłego Stołu), prawica zawyła z oburzenia. Gdy dziś wdowa po generale Kiszczaku otwiera swoją szafę, pani dr hab. Pawłowicz obwieszcza, że Kiszczakowa "dobrze przysłużyła się sprawie Polski".

Mali, podli, zawistni ludzie.

środa, 03 lutego 2016

Krytykowanie sztandarowego programu PiSu, 500+, to jak kopanie leżącego: nic się tam nie trzyma kupy. 500+ było głównym programem wyborczym PiSu, zapewne znacznie przyczyniło się do zwycięstwa wyborczego i nie można tego ot, tak porzucić, bo ludzie się wściekną. Można to ładnie opakować ideologicznie - pomagamy polskim rodzinom, to nie pomoc społeczna, ale inwestycja w przyszłość polskich dzieci, walczymy o zwiększenie dzietności Polaków - więc wśród fałszywych uśmiechów PiS prze z tym programem do przodu, nie zważając na to, że w tym roku da się go sfinansować tylko dzięki sztuczkom księgowym i zwiększonym podatkom, a z czego będzie finansowany w 2017 i później, Bóg raczy wiedzieć. PiSu nie interesuje też, że jak pokazują wszelkie badania i doświadczenia innych krajów, rozdawnictwo jest najmniej efektywnym sposobem osiągania pozytywnych celów społecznych. Nic to. Obiecali flaszkowe i flaszkowe musi być.

PiS i w kampanii wyborczej, i tuż po objęciu władzy oszukiwał, że wszystko jest przygotowane. Nic podobnego. Mieli tylko hasło i żadnych konkretów. PiS, pod wpływem powszechnej krytyki, wycofał się z niektórych najgłupszych rozwiązań (na przykład z tego, że wsparcie z 500+ może uniemożliwić najbiedniejszym otrzymywanie innych form pomocy społecznej, w tym pomocy rzeczowej, którą trudniej spieniężyć i przepić). Skoro zatem ten zły i niedopracowany projekt już musi - a najwyraźniej musi - wejść w życie, niechże wejdzie w jak najmniej szkodliwej formie. Dlatego pozwalam sobie na podniesienie następujących dwu punktów:

1. Pani Elżbieta Rafalska, minister do spraw rodziny, pracy, polityki społecznej i hamburgerów, w swojej głębokiej mądrości oświadczyła, że jeśli samotna matka z jednym dzieckiem (lub samotny mężczyzna z jednym dzieckiem, co też jest możliwe, choć rzadsze) wstąpi w związek małżeński, z którego urodzi się dziecko, rodzina taka na potrzeby programu 500+ będzie traktowana jak rodzina z jednym dzieckiem, tym małżeńskim, i pieniędzy nie dostanie.

Za to gdyby ta samotna matka z jednym dzieckiem pozostała matką samotną, ale urodziła drugie, to już do wsparcia finansowego by się kwalifikowała. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Jeśli wdowiec z jednym dzieckiem ożeni się z wdową z jednym dzieckiem - a ślub będzie katolicki, z mszą przy głównym ołtarzu, trzema księżmi i tak dalej - na potrzeby programu 500+ będą traktowani jako małżeństwo bezdzietne, choć będą wychowywać dwoje dzieci. Nawet gdy im się urodzi trzecie dziecko, wsparcia finansowego nie dostaną, bo pani minister od hamburgerów uzna, że mają jedno. Wniosek: program 500+ nie wspiera małżeństw i trwałych związków.

Za to jeśli ten sam wdowiec zrobi wdowie drugie dziecko, ale żadnego związku nie założą i wdowiec sobie gdzieś pójdzie, ona będzie samotną matką z dwójką dzieci i wsparcie dostanie. Wniosek - cały czas ten sam.

Niepojęta jest dla mnie ta PiSowska logika.

Podobno w Polsce już 1/3 dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich. Tymczasem pani minister od hamburgerów, pani premier Szydło, wyjątkowo arogancka pani rzecznik PiSu i reszta towarzystwa zdają się mentalnie żyć w XIX-wiecznej prowincjonalnej parafii, gdzie dzieci rodzą się tylko w małżeństwach. Owszem, od czasu do czasu trafi się jakaś samotna dziewucha z dzieckiem, ale takiej to się nic nie należy, bo to zła i niemoralna kobieta jest.

2. Drugim punktem budzącym wątpliwości jest sztywny próg dochodowy. Wsparcie na drugie i każde następne dziecko przysługuje niezależnie od dochodów. Na pierwsze tylko jeśli dochód na członka rodziny nie przekracza 800 zł (1200 w przypadku dziecka niepełnosprawnego). Zatem kobieta zarabiająca najniższą krajową na kasie w Tesco i samotnie wychowująca dziecko wsparcia nie dostanie. (Jej znacznie lepiej zarabiający przełożony, mający dwójkę, dostanie 500 zł.) Jeśli dochód na członka rodziny wyniesie 800 zł, wsparcie na pierwsze dziecko będzie. Jeśli dochód wyniesie 801 zł, wsparcia nie będzie. Taka sprawiedliwość.

Pani minister od hamburgerów zapytana o to, powiedziała, że

Jest określony próg i nie będzie indywidualnego uwzględniania takich spraw.

E, tam, po co od razu jakieś "indywidualne uwzględnianie"? Ludzkość od dawna wie, jak ten problem rozwiązać. Magicznym terminem jest interpolacja liniowa. Nie przypuszczam, żeby pani minister do spraw rodziny i hamburgerów o tym słyszała, ale to nie szkodzi. Wystarczy jedynie wiedzieć, że świadczenie należy zmniejszyć o tyle, o ile dochód na głowę przekracza ustawowy próg. Możemy to jeszcze uprościć i wprowadzić przedziały 50-złotowe: Jeśli dochód na członka rodziny przekracza 800 zł od 1 do 50 zł, świadczenie wynosi 450 zł. Jeśli dochód przekracza 800 zł od 51 do 100 zł, świadczenie wynosi 400 zł. I tak dalej, aż do dochodu przekraczającego próg o 500 (a tak naprawdę o 451) zł. Proste? Proste. Każdy urzędnik w gminie to zrozumie, a odpowiednią formułę do arkusza kalkulacyjnego powinien umieć wpisać nawet gimnazjalista.

Nie sądzę, żeby PiS wprowadził to rozwiązanie. Nie sądzę też, żeby w bardziej cywilizowany sposób podszedł do dzieci z poprzednich związków. Nie sądzę, bo to by po prostu zwiększyło wypłaty z programu 500+. A program ten, jako się rzekło, nijak się nie bilansuje.

Zrozumiałem za to, dlaczego zła macocha chciała się pozbyć Kopciuszka: Kopciuszek, jako dziecko z poprzedniego związku, nie kwalifikowała się do wsparcia z programu 500+, a gęba do wyżywienia była.

wtorek, 19 stycznia 2016

Co najmniej od czasów rewelacji Edwarda Snowdena nie mam wątpliwości, że władze nas śledzą, a przynajmniej chciałyby śledzić. Naszą największą obroną jest anonimowość w oceanie danych. Choć możliwości przechowywania, efektywnego przeszukiwania i analizowania danych rosną w zawrotnym tempie, wciąż prawdą jest to, co przenikliwie opisał Stanisław Lem w opowiadaniu o tym Jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, aby zbójcę Gębona pokonać: znalezienie informacji użytecznej w gigantycznym zbiorze informacji prawdziwych, lecz nieustrukturyzowanych, jest zadaniem przytłaczającym.

Co innego, gdy władza chce śledzić kogoś konkretnego, nie zaś szukać na ślepo: Wówczas obserwując jego zachowania elektroniczne (aktywność w internecie, w tym odwiedzane strony, serwisy i sklepy, bilingi i geolokalizacje telefonu komórkowego, płatności kartami kredytowymi itd), może się o nim dowiedzieć bardzo, bardzo wiele.

Uchwalana właśnie przez PiS ustawa inwigilacyjna znosi właściwie wszelkie ograniczenia w inwigilacji elektronicznej, czyniąc kontrolę sądową zupełnie iluzoryczną, podając policji i licznym (sic!) służbom specjalnym wszelkie informacje o aktywności obywateli na tacy. Różnica w stosunku do stanu poprzedniego polega przede wszystkim na tym, że dawniej była jakaś kontrola: pewnie kiepska i ułomna, możliwa do obejścia, ale jednak była. Funkcjonariusze nie mogli sobie ot, tak sprawdzać dowolnego internauty, a jeśli to robili - bo zapewne od czasu do czasu robili - to jednak musieli liczyć się z karą i nie mogli oficjalnie wykorzystać informacji zdobytych bez zgody sądu przeciwko obywatelowi. Teraz - hulaj dusza, piekła nie ma.

Policja i służby specjalne twierdzą, że nowe przepisy są im koniecznie potrzebne do tropienia terrorystów, szpiegów, pedofilów, handlarzy narkotykami i innych bardzo groźnych przestępców. To jest mydlenie oczu. Po pierwsze, jestem pewien, że profesjonalni przestępcy używają oprogramowania i innych technik, które bardzo skutecznie utrudniają inwigilację elektroniczną. Po drugie, nie wątpię, że w pewnych sytuacjach inwigilacja elektroniczna najgroźniejszych przestępców jest jednak potrzebna. Jest zatem rzeczą prawników i polityków takie sformułowanie przepisów, które umożliwiłyby sądownie kontrolowaną inwigilację tam, gdzie jest ona potrzebna. Zamiast tego dostajemy ustawę, na mocy której policja i służby będą mogły śledzić dosłownie wszystko, a potem wyławiać z tego cenne tropy do wyśledzenia sprawców ciężkich przestępstw. 

To oczywiście nie zadziała. Próba śledzenia wszystkiego skończy się tak, jak dla zbójcy Gębona: śmiercią pod nawałem danych. Ale inwigilować kogoś konkretnego będzie już można lekko, łatwo, przyjemnie i, co najważniejsze, legalnie. Do diabła idzie bowiem zasada owocu zatrutego drzewa (dowodu nielegalnie zdobytego nie można użyć w sądzie), o wprowadzeniu której wiele osób marzyło. Przeciwnie, teraz każdy dowód zdobyty na drodze inwigilacji staje się de facto legalny i żadne drzewo nie jest już zatrute.

Równie łatwo, co terrorystów i baronów narkotykowych - a w praktyce zapewne znacznie łatwiej - będzie można śledzić opozycyjnych polityków, aktywistów sprzeciwiających się jakiejś miłej władzy inicjatywie lub niechętnych rządowi dziennikarzy - żeby im przeszkodzić w działaniu lub żeby ich skompromitować (na przykład: Iksiński taki szlachetny, a odwiedza strony z gejowską pornografią). Tego boi się obecna opozycja i tak na pewno będzie się działo. Ale jeszcze częściej będzie się działo coś innego: Mąż na dostatecznie wysokim stanowisku w policji (niezbyt wysokim, choć pewnie powyżej funkcjonariusza służby patrolowej) będzie mógł dowiedzieć się, że podejrzewana o romans żona godzinami czatuje nie z przyjaciółką z liceum, ale z kimś zupełnie innym. Inny funkcjonariusz będzie mógł tworzyć profile konsumenckie i sprzedawać je organizacjom handlowym. Zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych co prawda nie będzie można umieścić w spisie lokatorów nazwiska osób mieszkających pod siódemką, ale usłużny policjant będzie mógł sprawdzić, że często odwiedzają sklepy internetowe z elektroniką i biżuterią, a posługując się danymi geolokalizacyjnymi upewni się, że codziennie od 900 do 1800 przebywają poza domem. Szemrany kolega szwagra tego policjanta może się tym zainteresować. Zgodnie ze wspomnianą Ustawą o ochronie danych osobowych wykładowca na uczelni nie będzie mógł wywiesić listy z wynikami kolokwium, bo ktoś mógłby się dowiedzieć, że student Kowalski oblał, ale sąsiad-policjant, pokłócony z młodym Kowalskim o to, że pies nasrał na wycieraczkę, łatwo może się dowiedzieć, że Kowalski, zamiast się uczyć, wieczorami odwiedza serwisy z grami hazardowymi. No i tak się może złożyć, że wśród znajomych i rodziny nielubianego Kowalskiego rozejdzie się plotka...

Ja nie oskarżam wszystkich policjantów i funkcjonariuszy służb o niecne zamiary. Przeciwnie, sądzę, że większość z nich to ludzie uczciwi. Jednak jak w każdej dostatecznie dużej zbiorowości, znajdzie się wśród nich grupa osób mniej uczciwych. Przypuszczam, że niewielu zdecydowałoby się na współpracę z terrorystami lub przestępcami planującymi morderstwo, jednak przekazanie informacji o zwyczajach i zachowaniach ludzi zamożnych to co innego. A próg powstrzymujący przed sprzedażą profili konsumenckich lub śledzeniem niewiernego małżonka czy też nielubianego sąsiada, skoro samo tworzenie profili lub śledzenie będzie łatwe, może mieć pozory legalności i być praktycznie niekaralne, może być bardzo niski. Czy twórcy nowych przepisów inwigilacyjnych w ogóle zdają sobie sprawę z tego zagrożenia? Zapewne tak, ale uznają je za cenę, jaką społeczeństwo musi zapłacić za ich komfort i pewność sprawowania władzy.

***

Kilka uwag na koniec:

1. Proszę nie pisać, że PiSowska ustawa opiera się na propozycjach Platformy z wiosny tego roku. Po pierwsze, owszem, zdominowany przez Platformę Senat wystąpił z inicjatywą ustawodawczą, która została w całości przejęta przez PiS i włączona do aktualnego projektu. Ale poprzedni Sejm nie procedował projektu senackiego ze względu na podejrzenia (sic!), iż jest on niezgodny z konstytucją i prawem unijnym. Po drugie, włączona do projektu inwigilacja internetu jest całkiem nowym pomysłem PiSu. W senacko-platformerskim projekcie nie było.

2. PiS wprowadził poprawkę, zgodnie z którą policja i służby bez zgody sądu mogą pobierać tylko metadane, natomiast na wgląd w treść korespondencji każdorazowo potrzeba zgody sądu. To rzekomo ma nas chronić przed nadużyciami. Nic podobnego. Jeśli władza chce skompromitować działacza opozycji, wystarczy informacja, że regularnie odwiedzał on strony pornograficzne, a które konkretnie obrazki ściągał nie ma już takiego znaczenia. Jeśli władza chce dowiedzieć się skąd nielubiany dziennikarz czerpie informacje, wystarczy sprawdzić bilingi i geolokalizacje, a treści rozmów nie trzeba znać. Śledzącemu żonę mężowi wystarczy informacja, że wbrew solennym zapewnieniom nie czatuje ona z przyjaciółką, ale z jakimś facetem, a co konkretnie do siebie piszą nie musi być takie ważne. Lub też, posługując się przykładem amerykańskim, władza dowie się, że najpierw dzwoniłeś do przychodni wykonującej testy na HIV, potem do swojego lekarza, a zaraz potem do prawnika. Ale treści rozmów nie poznają. Uff, czujemy się bardzo bezpiecznie.

3. Wielu komentatorów rwie włosy z głowy, że ci, którzy kilka lat temu protestowali przeciwko umowie ACTA, teraz milczą. Niektórzy spodziewają się, że protesty z tej strony zaraz się zaczną, inni biadają, że sympatie młodzieży przesunęły się mocno na prawo. Tymczasem chodzi o coś zupełnie innego. ACTA przewidywała finansowe kary za piractwo. Ściąganie nielegalnych plików na własny użytek jest w Polsce legalne (o ile się ich nie udostępnia, co wyklucza na przykład korzystanie z torrentów), jednak ACTA, jako umowa międzynarodowa, brałaby precedencję nad prawem krajowym, więc byłaby finansowo niebezpieczna dla dziesiątek tysięcy użytkowników internetu. Nowa ustawa inwigilacyjna nie przewiduje kar za piractwo. Większość użytkowników internetu nie jest ani terrorystami, ani pedofilami, ani nie pierze brudnych pieniędzy, ani nie dokonuje innych groźnych przestępstw. Za to wszyscy młodzi ściągają seriale, co z punktu widzenia ustawy inwigilacyjnej jest akurat obojętne. Myślą więc sobie, że ich ta ustawa nie dotyczy. I dlatego nie protestują.

Gdy Snowden ogłaszał swoje rewelacje, protestowała tylko mniejszość. Większość nie miała oporów przed poświęceniem prywatności w zamian za złudę bezpieczeństwa. To błędna postawa. Zakupy internetowe są legalne, ale jeśli charakter tych zakupów pozna skorumpowany i praktycznie bezkarny policjant, może nas to narazić na włamanie. Czatowanie z koleżanką z pracy jest legalne, ale wiele osób wolałoby, aby nie dowiedziały się o tym ich żony. Odwiedzanie "ryzykownych" stron też jest legalne, choć niezbyt chwalebne moralnie, ale na pewno nie chcielibyśmy, aby dowiedział się o tym skłócony z nami sąsiad lub członek rodziny. A jeśli podejmujemy działania publiczne, informacja o naszych w pełni legalnych, ale postrzeganych jako niepoprawne działaniach w internecie może posłużyć do skompromitowania nas. Nawet niewinny profil konsumencki może narazić nas na zalew niechcianych reklam i spamów.

Nawiasem mówiąc, surowe kary finansowe za ściąganie "nielegalnych treści" (muzyki, filmów i seriali) najprawdopodobniej przewiduje umowa TTIP. Jest ona wciąż tajna (sic!), więc nikt nie wie, co konkretnie przewiduje. Jej przyjęcie może być groźne dla wielu internautów. Jej odrzucenie może doprowadzić do wojny handlowej Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi. Będzie się działo.

Dr Andrzej Duda, jeszcze jako europoseł, był za jak najszybszym przyjęciem umowy TTIP.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

W mediach, które czytam lub oglądam, ciągle zadawane jest pytanie: Czy PiS nie widzi, że odpychając Polskę od Unii Europejskiej i NATO, odpycha nas od jedynych sił, które mogłyby obronić nas w razie jakiejś katastrofy? Dobitnie napisał to Ziemowit Szczerek:

W tym wszystkim tej "zdroworozsądkowej" prawicy umyka to, że oddalając się od europejskich standardów, zniechęcamy do siebie NATO i Unię. Naszych jedynych - jedynych! - gwarantów bezpieczeństwa. Z tego prostego powodu, że odrzucając zachodnie wartości, po prostu przestajemy być częścią Zachodu. Stajemy się tym, czego Zachód nie lubi, czyli nieprzewidywalnym, agresywnym Wschodem. I do tego jeszcze wyszli z nas niewdzięczni, dwulicowi hipokryci, którzy, jak oburzał się dopiero co "Dresdner Neueste Nachrichten", "najedli się przy unijnym stole, a teraz wstają, bekając" [...] Tacy ludzie nie mają z Zachodem nic wspólnego, a zatem - myśli Zachód - nie ma żadnego sensu ich bronić, pomagać im i tak dalej.

Rzecz w tym, iż PiS - a konkretnie, Jarosław Kaczyński - sądzi, że nie ma zagrożeń, przed którymi Unia i NATO mogłyby nas obronić. Uważam, że Kaczyński tak właśnie sądzi.

Cóż bowiem mogłoby zagrozić Polsce? Według Kaczyńskiego, dwie siły: Rosja i... Unia Europejska. Zacznijmy od Unii. Dla Kaczyńskiego i czołówki PiSu Unia to Niemcy. Niemcy nie zagrażają nam militarnie, ale chcą nas wpędzić (o ile już tego nie zrobiły!) w relację postkolonialną. Chcą, abyśmy byli dla nich rynkiem zbytu i dostarczycielem taniej siły roboczej, a nawet aby zyski wypracowywane w Polsce dzięki unijnym (niemieckim) inwestycjom były transferowane do Europy Zachodniej (do Niemiec). Ale Zachodnia Europa (Niemcy) chce zrobić coś jeszcze gorszego: chce zatruć polską duszę, zniszczyć nas od wewnątrz, subwersywnie wprowadzając u nas swoje pedalskie multi-kulti, gendery, wegetarianizmy i bicyklizmy, wywołać w nas poczucie winy za pańszczyznę, sarmatyzm i antysemityzm, za dawne i współczesne zacofanie, wreszcie zniszczyć cywilizację łacińską, której winniśmy być ostoją, wszystko zaś po to, abyśmy duchowo zniewoleni nie mogli się z relacji postkolonialnej wyrwać. No i dla dobra międzynarodowych koncernów.

Drugą siłą zagrażającą Polsce jest Rosja. Tyle że - tak uważa Kaczyński - w przewidywalnej przyszłości, powiedzmy przez trzydzieści lat, to zagrożenie się nie ziści. Nie dlatego, że Rosja się ucywilizowała, co to, to nie, ale dlatego, że nie da rady. Gospodarka rosyjska się sypie, budżet trzeszczy w szwach na skutek ogromnego spadku cen surowców energetycznych, państwo zaś będzie musiało się przeciwstawiać islamizmowi i tendencjom separatystycznym na Kaukazie (już to robi, płacąc tamtejszym watażkom gigantyczne pieniądze) i chińskiej ekspansji na Dalekim Wschodzie. Nawet inwazja na Krym i wschodnią Ukrainę przekonała Putina, że agresywna polityka się nie opłaca: Krym co prawda udało się zająć bardzo łatwo - nie tylko dzięki "zielonym ludzikom", ale także uprzedniej obecności rosyjskich wojsk (Flota Czarnomorska), autentycznej przychylności miejscowej ludności, wątpliwym związkom Krymu z Ukrainą i silnym sentymentalnym związkom Krymu z Rosją (nie mówię o jakichś legendarnych opowieściach o chrzcie św. Włodzimierza w Chersoniu, ale o krwawych wojnach, jakie Rosja toczyła w XVIII i XIX wieku w celu zdobycia i utrzymania Krymu), zresztą plany tej operacji musiały być od dawna gotowe - ale już wywołanie masowego antyukraińskiego powstania w Noworosji zupełnie się nie powiodło. Putin zyskał jedynie fragmenty obwodów donieckiego i ługańskiego, no i zdestabilizował ukraińską gospodarkę. Poniósł przy tym i nadal ponosi wielkie koszta wizerunkowe, na wschodniej Ukrainie realne straty wojskowe, przedłużająca się operacja wojskowa dużo kosztuje, Rosja musi utrzymywać Krym, a w dodatku rosyjska gospodarka cierpi na skutek nałożonych sankcji. Pokonanie i późniejsza okupacja Polski, z militarnego punktu widzenia jak najbardziej możliwe, musiałyby kosztować znacznie, znacznie więcej. Nie opłaca się.

Jak się ma do tego NATO? Teoretycznie jesteśmy objęci gwarancjami Artykułu V Traktatu Waszyngtońskiego, ale zachodni alianci mogliby być niechętni do udzielenia Polsce realnej pomocy w wypadku rosyjskiego ataku. Oczywiście krzyczeli by głośno, wprowadzili surowe sankcje, ale my i tak znaleźlibyśmy się pod okupacją. Historia, myśli Jarosław Kaczyński, nauczyła nas, że zachodnim sojusznikom nie należy ufać. Nawet wojna rosyjsko-gruzińska z 2008 pokazała, że państwa NATOwskie, w tym Stany Zjednoczone, dużo mówią i zapewniają o swoim poparciu, ale gdy przyjdzie co do czego, podkulają ogon, nie ryzykując konfliktu z Rosją. To samo stało się z "gwarancjami integralności terytorialnej", jakich Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (i Rosja) udzieliły Ukrainie. Jednak, jako się rzekło, Rosja militarnie nam nie zagraża.

No właśnie: nam. Sytuacja krajów nadbałtyckich jest zupełnie inna. Po pierwsze, sentymentalne związki Rosji z krajami bałtyckimi są dużo silniejsze, niż związki z Polską, po drugie, w Estonii i Łotwie mieszka naprawdę duża mniejszość rosyjska, po trzecie, Rosja zyskałaby lądowe połączenie ze strategicznie ważnym Obwodem Kaliningradzkim, zarazem, po czwarte, okrążając i już zupełnie podporządkowując sobie Białoruś. W dodatku w wypadku jakiegoś kryzysu wewnętrznego "operacja bałtycka" mogłaby być bardzo skutecznym narzędziem mobilizacji poparcia rosyjskiej opinii na rzecz władz. Koszta tego wszystkiego byłyby bardzo duże (choć mniejsze, niż w wypadku ataku na Polskę), ale zyski też niebagatelne. A ponieważ Rosja jest nieprzewidywalna, nie można takiego scenariusza wykluczyć.

Zachodni alianci nie udzieliliby Bałtom realnego i skutecznego poparcia wojskowego, ale, kto wie, może popchnęliby do tego Polskę? Zresztą Polska, ze swoim frajerskim poczuciem honoru, sama mogłaby porwać się do wypełniania zobowiązań traktatowych i rozpocząć wojnę z Rosją, co skończyłoby się dla nas militarną katastrofą. Nie okupacją, ale wielkimi stratami, koniecznością opuszczenia NATO i wpadnięciem w rosyjską strefę wpływów na długie lata. I dlatego Kaczyński uważa, że Traktat Waszyngtoński nie jest dla nas gwarancją, ale zagrożeniem. Nie warto umierać za Tallin.

A co będzie za owe umowne trzydzieści lat? Może Polsce, zjednoczonej moralnie i patriotycznie wokół nowej siły przewodniej, uda się wyrosnąć na regionalne mocarstwo pomiędzy Wschodem i Zachodem, a zachowując poprawne stosunki z Rosją, skłoni ją raczej do współpracy (Rosja współpracuje tylko z silnymi) niż do agresji?

A zatem skoro Rosja nie stanowi zagrożenia, a innych zagrożeń militarnych Kaczyński nie dostrzega, nie potrzebujemy francuskich śmigłowców, amerykańskich rakiet czy współpracy wywiadowczej ze Słowacją w ramach NATO. Potrzebujemy jedynie formalnego członkostwa w NATO aby zaznaczyć swoją odrębność od Rosji i przyjaźń z Ameryką. Skoro z Rosją należy zachować poprawne stosunki aby kiedyś móc z nią współpracować, antyrosyjska propaganda w prawicowych mediach jest wyciszana, w Polskim Radio ważne stanowiska obejmują ludzie znani z otwarcie proputinowskich sympatii, a dawne ruskie trolle (sądząc po nickach) mogą bez przeszkód pracować dla PiSu. Nawet o wrak już się nie upominamy. W dodatku Rosja jest nastawiona antyunijnie i antyliberalnie co najmniej tak samo, jak PiS, więc w tym obszarze można  by z Rosją współpracować już teraz. Bo to Unia Europejska, czyli Zachodnia Europa, czyli Niemcy, jest największym zagrożeniem dla Polski.

Jeśli ktoś sądzi, że bredzę twierdząc, iż według PiSu Unia Europejska i NATO są zagrożeniami dla Polski, przypominam wypowiedź dr. Andrzeja Dudy, którą już zresztą przywoływałem :

Jak podkreślił prezydent „konstytucja z 1997 roku była przyjęta przed wstąpieniem Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego i wstąpieniem do Unii Europejskiej" i „nie uwzględnia tych elementów". 

Dodał też, że konstytucyjnego wzmocnienia wymagają także niektóre prawa obywatelskie. –Żeby w konstytucji wzmocnić także gwarancje naszej suwerenności – powiedział.

Jak widać, dla prezydenta Dudy przynależność Polski do Unii i NATO oznacza zagrożenie suwerenności.

Co zatem z Unią? Według Jarosława Kaczyńskiego (jeszcze raz przepraszam za konieczność linkowania tego portalu), 

Niemcy są nam winni bardzo dużo w każdym wymiarze, począwszy od moralnego, a skończywszy na ekonomicznym. Rachunek krzywd jest ogromny. Od wojny te sprawy nie zostały wyjaśnione, a w sensie prawnym są aktualne.

Unia (Niemcy) powinni nam płacić, bo to jest ich zobowiązanie moralne - to staje się oficjalnym elementem PiSowskiej retoryki, podobnie w ostatnich dniach mówili Tomasz Terlikowski, Bartosz Kownacki z MON, Zbigniew Ziobro i Paweł Kukiz - ale dla Polski żadne (moralne, polityczne, ekonomiczne) obligacje z tego nie wynikają. Póki więc Unia będzie płacić, czyli do końca obecnej perspektywy budżetowej, póty Polska w Unii pozostanie. A potem nasze członkostwo będzie wygaszane.

Jarosław Kaczyński, PiS i ich zwolennicy nie dostrzegają innych zagrożeń: Tych związanych z IS i sytuacją a Bliskim Wschodzie, klimatycznych, migracyjnych, ekonomicznych wynikających z trendów globalnych (globalizacja i postęp techniczny, eliminujące miejsca pracy), ekonomicznych wynikających z wewnętrznej sytuacji Unii, ekonomicznych wynikających z niepewnych perspektyw na Dalekim Wschodzie, ekologicznych, konsekwencji ewentualnej - Boże, uchowaj! - katastrofy gospodarczej Rosji, niczego. Nie rozumieją, że to właśnie próba budowy "niezależnej" gospodarki w opozycji do Unii Europejskiej skaże nas na peryferyjność. Nie dostrzegają, że niektórym zagrożeniom Europa będzie się mogła przeciwstawić albo wspólnie, albo wcale.

Chciałbym, naprawdę chciałbym, aby było prawdą, iż Rosja nam militarnie nie zagraża, ale nie mam takiej pewności: Państwo rosyjskie jest Polsce bardzo niechętne, przede wszystkim zaś nieprzewidywalne i wszystkie z pozoru racjonalne dywagacje mogą wziąć w łeb. Kaczyński i PiS nie rozumieją, że osłabiając NATO i Unię Europejską, grają przede wszystkim na rzecz interesów Putina, a osłabiając pozycję Polski w strukturach Zachodu, popychają nas w stronę popadnięcia w zależność od Rosji. Zapewne robią tak wbrew swoim najszczerszym intencjom, ale po owocach poznacie go.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30