Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
piątek, 23 października 2015

Za dwa dni wybory. Niby-to wciąż mówi się o jakichś programach (co prawda PiS przestał już wspominać o swoich obietnicach socjalnych, żeby się ludzie do nich zbytnio nie przyzwyczaili - PiS doskonale wie, że ich nie zrealizuje), ale wiadomo, że chodzi tylko o to, czy Jarosław Kaczyński zdobędzie w Polsce pełnię władzy, czy nie. Niektórzy publicyści snują plany wielkiej sejmowej koalicji anty-PiS, ale to scenariusz wielce optymistyczny, możliwy przy założeniu, że PiS z przystawkami (Kukiz i Korwin, jeśli wejdą do Sejmu - tyle będzie waszej antysystemowości, drodzy kukizowcy, i tyle "walki z socjalizmem", drodzy korwiniści) nie zdobędzie większości bezwzględnej. Ja się poważnie obawiam, że PiS tę większość zdobędzie. A co wtedy?

Wtedy PiS spróbuje zbudować państwo autorytarne, podporządkowane ideologii narodowej, z dominującą rolą państwowego katolicyzmu (nie dlatego, że Jarosław Kaczyński jest religijny, ale dlatego, że cynicznie będzie wykorzystywał Kościół do swoich celów ideologicznych i propagandowych). Będzie tryumf ideologii nad rozsądkiem; w imię tego tryumfu rząd - przynajmniej na początku - będzie marnował publiczne pieniądze na budowę "narodowych czempionów", opartych na anachronicznych gałęziach przemysłu. Będzie totalna wymiana kadr w instytucjach podległych rządowi, od ministra do sprzątaczki i od dyrektora do woźnego. PiS będzie rozluźniał nasze związki z Unią Europejską, choć oczywiście wciąż będzie chciał brać unijne pieniądze. Będzie próbował budować jakiś blok środkowoeuropejski, rzecz jasna pod przywództwem Polski, choć nikt - poza polskimi narodowcami - tego nie chce. Zamiast realizacji obietnic socjalnych, ludzie dostaną igrzyska w postaci walki z dawnymi ludźmi PO - i to nie tylko zwalniania ze stanowisk czy wsadzania do więzienia, ale publicznego ośmieszania i upokarzania. Będzie cenzura obyczajowa, ponowne podporządkowanie prokuratury rządowi (aby mogła realizować śledztwa dla celów politycznych), naciski na sądy pod groźbą objęcia sądownictwa jakimś specjalnym nadzorem, być może będzie przywrócony pobór do wojska (wspominała o tym nowa rzeczniczka PiS). Będzie upadek mediów publicznych, przekształconych w media państwowe, służące jedynie państwowej oficjalnej ideologii. Będą próby zmiany ordynacji wyborczej na modłę węgierską, to znaczy premiującą partię rządzącą i utrudniającą opozycji przejęcie władzy. Będzie państwowy kult katastrofy pod Smoleńskiem, pardon, "zbrodni smoleńskiej". Będą podsłuchy, inwigilacja, niszczenie więzi społecznych (jak za komuny: ma być rodzina i Naród Polski ucieleśniony w państwie, nic pomiędzy), dewastacja wzajemnego zaufania. Będą chaotyczne ataki na zupełnie przypadkowe osoby, które ten i ów z obozu władzy uzna za zagrożenie. Wreszcie - będzie próba zmiany konstytucji. Co prawda PiSowski, skrajnie antyliberalny projekt konstytucji znikł ostatnio z ich stron internetowych, ale o potrzebie zmiany konstytucji mówił prezydent Duda:

Jak podkreślił prezydent „konstytucja z 1997 roku była przyjęta przed wstąpieniem Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego i wstąpieniem do Unii Europejskiej" i „nie uwzględnia tych elementów".

Dodał też, że konstytucyjnego wzmocnienia wymagają także niektóre prawa obywatelskie. –Żeby w konstytucji wzmocnić także gwarancje naszej suwerenności – powiedział.

Zatem prezydent Polski postrzega Unię Europejską i NATO jako zagrożenia naszej suwerenności. Ta Unia Europejska nawet mnie nie dziwi: PiS europejski liberalizm i prawa człowieka postrzega jako zagrożenie, prowadzące do moralnej degeneracji i osłabienia pozycji państwa. PiS byłby gotów stowarzyszyć się tu z Putinem, który Europę postrzega całkiem podobnie, ale na przeszkodzie stoją polsko-rosyjskie zaszłości historyczne i wciąż aktualny, wybitnie niechętny stosunek Rosji do Polski, która bezprawnie wyrwała się z rosyjskiej strefy wpływów. Tak więc Unia Europejska, rozumiem. Ale NATO?! W jaki sposób NATO miałoby zagrażać polskiej suwerenności? Ano, tylko w jeden sposób: zmuszając nas, wbrew naszej woli, do wypełnienia zobowiązań V artykułu Traktatu Waszyngtońskiego, gdyby doszło do wojny. (Oczywiście gdybyśmy to my zostali zaatakowani, PiS oczekuje, że inne państwa swoje zobowiązania sojusznicze wypełnią.) No, to już jest groźne. Bardzo groźne. PiS - zapewne nieświadomie, zapewne wbrew najszczerszym intencjom - pakuje nas z powrotem do rosyjskiej strefy wpływów.

Do zmiany konstytucji raczej nie dojdzie, ale całą resztę otrzymamy wraz z PiSowską większością bezwzględną.

Szkoda, że główną siłą przeciwstawiającą się tym zapędom jest zużyta, zmęczona, wyprana nawet nie tyle z ideologii, ile z jakichkolwiek porywających pomysłów Platforma Obywatelska, unurzana w ośmiorniczkach partia władzy, dla której nawet wobec nadciągającej PiSowskiej nawały największym przeciwnikiem jest przedstawiciel innej koterii w tejże samej Platformie. Cóż, taką przebodli nas ojczyzną.

Jeśli PiS (z przystawkami) nie zdobędzie bezwzględnej większości, to... nie wiem, co będzie. Mniejszościowy rząd PiSu? Możliwe tylko jeśli głównym pragnieniem Jarosława Kaczyńskiego jest zemsta, zemsta, zemsta na wroga oraz zapewnienie stanowisk wygłodniałym działaczom; jeżeli PiS chce przede wszystkim dokonać zmian ustrojowych, mniejszościowy rząd mu tego nie umożliwi. Więc może "koalicja strachu", wszyscy przeciwko PiS? Mało prawdopodobne. Taka koalicja byłaby dysfunkcjonalna, co gołym okiem widać. Przedterminowe wybory? Niewykluczone.

Sądzę jednak, że PiS+przystawki większość bezwzględną zdobędą. Cóż, będzie źle. Zniszczenia we wszystkich sferach - gospodarczej, społecznej, a zwłaszcza w międzynarodowej pozycji Polski i w zakresie naszych stosunków z innymi państwami europejskimi - będą znaczne. Będzie też brzydko, straszno i ponuro. Ale Polska to wspaniały kraj, z tego też się podniesie.

Jeśli jednak PiS zdobędzie większość konstytucyjną i utrwali swoją władzę oraz izolację Polski na pokolenie, będzie tragedia. Na następne okienko dające nam szanse europeizacji, odwrócenia przekleństwa struktury długiego trwania, podziału Europy na Zachodnią i Wschodnią (a raczej na przesunięcie granicy tego podziału na naszą wschodnią granicę), będziemy musieli czekać wiele, wiele lat. Późne wnuki nigdy nam tego nie wybaczą.

I o to chodzi w tych wyborach.

poniedziałek, 14 września 2015

Nie napiszę (prawie) nic nowego w stosunku poprzedniej notki, ale powtórzę rzecz najważniejszą, żeby nikt z P.T.Czytelników nie mówił, że mu nie tłumaczono: Nasi sąsiedzi i partnerzy z Unii Europejskiej, kraje, które nam pomagały, pomagają i których pomocy nadal będziemy oczekiwać, mają problem z setkami tysięcy (!) imigrantów, którzy przybyli do Europy w tym roku. Oczekują, że w tej sytuacji my, Polska, im pomożemy, bo oni już fizycznie nie dają rady: nawet jeśli mają pieniądze, to nie mają gdzie tych imigrantów lokować. Ośrodki dla imigrantów są przepełnione, a nawet hale sportowe i inne obiekty, które doraźnie można przystosować, już nie wystarczają.

Polska powinna przyjąć ileś tam tysięcy imigrantów. Ile? Nie wiem. Może dziesięc tysięcy, może dwadzieścia. Tylu, ilu będzie trzeba i zarazem tylu, ilu będziemy w stanie obsłużyć. Może Niemcy coś zapłacą, a może nie - nieważne. Powinniśmy okazać solidarność z naszymi europejskimi partnerami, pomóc im. Wszelkie dywagacje, czy aby na pewno wszyscy ci imigranci powini mieć prawo do zamieszkania w Europie, są całkowicie nie na miejscu. Oni już tu są,  a będzie ich jeszcze więcej: choćby Europa stanęła na głowie, choćby wdrożyła nie wiedzieć jak przemyślaną i skuteczną politykę, choćby natychmiast zaczęła ładować miliony euro w poprawę bytu mieszkańców obozów dla uchodźców w Turcji, Jordanii i Libanie, efekty przyjdą najwcześniej po kilku miesiącach. Jasne, długofalowo powinniśmy się zastanawiać, jak oddzielić tych, którzy w imię racji humanitarnych powinni mieć prawo do osiedlenia się w Europie, od tych, których ewentualnie, z kwaśnymi minami, możemy tolerować, i od tych, których tu zwyczajnie nie chcemy, podobnie jak powinniśmy się zastanawiać, jak zminimalizować przyczyny, które skłaniają ludzi do migracji, ale teraz, dzisiaj - a także jutro, za tydzień i za pół roku - musimy się uporać z ludźmi, którzy tu dotarli czy za chwilę dotrą. (Co implicite zakłada odesłanie tych, których można bezpiecznie dla nich samych odesłać - no, ale tymczasowo trzeba ich gdzieś zakwaterować, dać im jeśc i tak dalej.) Węgry same sobie nie radzą, Włochy same sobie nie radzą, Grecja sama sobie nie radzi, Austria sama sobie nie radzi, ba, nawet Niemcy same sobie nie radzą, więc pomóc powinniśmy my: Polska, Słowacja, Litwa, Bułgaria. I pozostałe kraje Unii.

Nie będzie lekko. Przeciwnie, będzie ciężko. Ale tu nie chodzi tylko o solidarność z ludźmi cierpiącymi - tymi uciekającymi przed bombami, tymi tonącymi w Morzu Śródziemnym, tymi uciekającymi od beznadziei i biedy obozów dla uchodźców, a nawet tymi, którzy jedynie uciekają od nędzy swoich krajów - ale także o międzynarodową pozycję Polski. Będziemy potrzebować wsparcia Austrii, Niemiec, Włoch i pozostałych krajów, gdy negocjowany będzie kolejny budżet Unii. Będziemy ich potrzebować, gdy zechcemy podtrzymania sankcji nałożonych na Rosję. Ale przede wszystkim, nasza odmowa i fochy w kwestii uchodźców wywołują najgorsze upiory przeszłości, obraz Polaków-ksenofobów i szmalcowników, o czym świadczą wypowiedzi zachodniej prasy i zachodnich polityków. A także głosy w rodzaju Jana Tomasza Grossa. Widać, jak cieniutka jest warstwa oddzielająca nas w oczach Zachodu od najgorszych antypolskich stereotypów. Jakże łatwo ją zniszczyć!

Nie pojmuję, jak polska klasa polityczna in gremio może tego nie dostrzegać.

poniedziałek, 07 września 2015

Europa zmaga się z największym od wielu lat kryzysem migracyjnym. W Polsce, jak zawsze, nie ma na ten temat żadnej rozmowy. Są tylko manifestacje trybalizmów.

Jeden głosi, że Ciapaci pchają się do Europy, żeby za niemiecki socjal wprowadzać tu szariat. Według drugiego, Mamy moralny obowiązek przyjąć absolutnie wszystkich, którzy zechcą tu przyjechać, a jeśli ktoś ma co do tego najmniejsze zastrzeżenia, jest odrażającym rasistą. W Polsce, która jest bardzo ksenofobiczna i nietolerancyjna (ograniczam się do konstatacji, że tak jest, pomijając możliwe tłmaczenia, jak do tego mogło dojść), ten pierwszy głos słychać donośniej. Ale też zwolennicy drugiego stanowiska są tym bardziej pyncypialni i nie oddadzą nawet guzika. Głosów pośrednich niemalże nie słychać.

Nawet agencyjny przekaz wizualny jest dostosowany do tych treści: Albo widzimy zdjęcia kobiet lub niemłodych facetów z małymi dziećmi, niekiedy wręcz zdjęcia zwłok dzieci, albo zdjęcia tłumu młodych, na oko zdrowych mężczyzn, wśród których kobiet i dzieci prawie w ogóle nie ma. Nie widziałem materiału, który pokazywałby obie kategorie zdjęć. I to, jak się wydaje, odnosi się do ogółu mediów europejskich.

Myślę, że na problem migrantów należy patrzeć z dwu perspektyw: doraźnej i długoterminowej.

Doraźnie trzeba sobie uświadomić, że ci ludzie już tu są, ba, nie dość, że są, to nadal będą przybywać całymi tysiącami, dopóki nie zostaną rozwiązane - przynajmniej w jakimś zakresie - problemy, które ich do migracji skłoniły. Żadne dywagacje, że być może nie wszyscy z nich powinni się w Europie znaleźć, nie zmieni tego prostego faktu: oni już tu są. Nawet jeśli się strasznie natężymy, ci ludzie w sposób magiczny z Europy nie znikną. A Europa powinna coś z nimi zrobić.

No właśnie, Europa. Nie tylko kraje, w których obecnie przebywają setki tysięcy tegorocznych imigrantów - Włochy, Grecja, Węgry - ani kraje, do których oni zmierzają, głównie Niemcy, ale wszystkie kraje Unii Europejskiej. W tym Polska. To straszny skandal i obciach, że Polska tak się wzdraga przed udzieleniem pomocy tym ludziom. Solidarność europejska nie polega na tym, że my bierzemy od Unii pieniądze, domagamy się dla naszych obywateli prawa do osiedlania się, pracy i opieki społecznej w krajach unijnych, a także oczekujemy, że kraje te, często wbrew swoim interesom, nałożą sankcje na Rosję. Solidarność wymaga także i od nas ponoszenia ciężarów, jeśli zajdzie taka potrzeba. A właśnie zachodzi. Uchylanie się od tej odpowiedzialności przynosi ujmę Polsce i wystawia nam jak najgorsze świadectwo.

Polska powinna natychmiast wyrazić gotowość przyjęcia, czy ja wiem, dziesięciu tysięcy imigrantów. I nie oczekiwać, że inne kraje nam za to zapłacą. Ja wiem, będzie trudno. No, ale co zrobić? Wymienionym wyżej krajom też nie jest łatwo, więc powinniśmy im pomóc. (Przypominam, że ja już dwa lata temu pisałem coś podobnego.)

Również doraźnie trzeba zapobiegać tragediom na morzu: śmierci migrantów w Morzu Śródziemnym. Tonących, zagrożonych śmiercią trzeba ratować, co nie musi oznaczać transportowania ich do Europy, ale o tym za chwilę. Polska i w tym powinna uczestniczyć: Wysłać (w porozumieniu Z Grecją, Włochami, Turcją - w końcu to nasi partnerzy z UE - Turcja jest krajem stowarzyszonym - i NATO) polskie statki ratownictwa morskiego lub okręty patrolowe Straży Granicznej. I też nie powinniśmy oczekiwać, że ktoś nam za to zapłaci. Te działania doraźne to jest po prostu nasz obowiązek. Obowiązek moralny i obowiązek wynikający z uczestnictwa w Unii Europejskiej.

Długoterminowo trzeba spróbować tę migrację ograniczyć, z pełną świadomością, że skutki nie przyjdą natychmiast, ale dopiero po kilku miesiącach, jeśli dobrze pójdzie. Europa powinna przyjmować uchodźców, uciekających przed wojną i prześladowaniami, ale nie wszyscy migranci są uchodźcami. Są wśród nich zwykli imigranci ekonomiczni, ale jest też całe spektrum stanów pośrednich. Powiedzmy, ludzie, którzy uciekli przed wojną z Syrii do Turcji niewątpliwie byli uchodźcami. Trafili do obozu, gdzie ich życie nie było już zagrożone, ale warunki były bardzo podłe. W dodatku nie widzieli żadnej perspektywy na poprawę swojego losu. Więc częśc z nich - ci zamożniejsi, lepiej zorganizowani, przedsiębiorczy, a może tylko bardziej zdesperowani - postanowiła pójść dalej. Technicznie rzecz biorąc, nie byli już wówczas uchodźcami, ale czy można ich winić za próbę wyrwania się z beznadziei obozów? Tu jednak widać realny sposób na próbę ograniczenia imigracji: należy radykalnie poprawić warunki życia w obozach i położenie ich mieszkańców. Tam nie ma pracy, szkół dla dzieci. To także będzie kosztować, więc Europa, w tym Polska, powinna za to zapłacić, bo sama Turcja, Jordania, Liban tego nie zrobią. Dla Europy i tak będzie to tańsze, niż zajmowanie się imigrantami już w naszych granicach. Ponadto trzeba otworzyć legalną szansę ubiegania się o status uchodźcy już w obozach na terenie krajów sąsiadujących z Syrią; ci, którzy taki status otrzymają, powinni być transportowani do wybranego/wyznaczonego kraju europejskiego. Dalej, należy zadbać o to, aby było gdzie odwozić rozbitków wyłowionych z morza, bo niekoniecznie trzeba ich transportować do Europy. Ponieważ dotąd tak właśnie się działo, migranci często sami niszczyli, podpalali swoje łodzie, aby skłonić przepływające statki do podjęcia ich i bezpiecznego odtransportowania do Europy. Należy przyspieszyć procedury imigracyjne, przyspieszyć i ujednolicić pomiędzy poszczególnymi państwami UE. Wreszcie, aby sugerowany czy też planowany przez Komisję Europejską system kwot natychmiast się nie załamał, nowym imigrantom i uchodźcom trzeba na kilka lat ograniczyć prawo do swobodnego podróżowania po Europie i osiedlania się.

Przede wszystkim trzeba zlikwidować wojny i źródla konfliktów na Bliskim Wschodzie, ale nawet nie będę udawał, że mam pomysł, jak się do tego zabrać.

Na koniec, trzeba pamiętać, że nawet gdy wojny i inne konflikty ustaną, a przynajmniej zostaną mocno ograniczone, i tak wielu ludzi będzie się chciało przenieść do Europy. Różnice w poziomie życia pomiędzy Europą z jednej, a Bliskim Wschodem, Azją Środkową i Afryką z drugiej strony są tak duże, że ciągle będą stanowić pokusę.

Tym bardziej należy więc zadbać o sprawną "obsługę" nowych migrantów.

I jeszcze jedno: Wszystkim imigrantom, uchodźcom i innym kategoriom przybyszów trzeba wyraźnie powiedzieć, że próby wprowadzania szariatu, wielożeństwa, obrzezania dziewczynek czy praktykowania "zabójstw honorowych", podobnie jak powiązania z organizacjami terrorystycznymi i inne ciężkie przestępstwa kryminalne z użyciem przemocy, będą przesłanką do deportacji dorosłych przybyszów i karania (zgodnie z kodeksem, ale bez deportacji) osób urodzonych w krajach Unii bądź przybyłych tu jako małe dzieci. Trzeba to powiedzieć, a później egzekwować. Doświadczenia z muzułmańskimi imigrantami w pierwszym, drugim, trzecim pokoleniu w Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii i innych krajach świadczą, że nie jest to problem wydumany w odniesieniu do części (być może niewielkiej, ale niezaniedbywalnej) przybyszów i ich potomków.

czwartek, 03 września 2015

Platforma Obywatelska najwyraźniej realizuje strategię Kto nie z Kaczyńskim, ten z nami i bierze na listy każdego, kto coś znaczy lub kiedyś znaczył, ale został sponiewierany przez Jarosława Kaczyńskiego. Robił to już Tusk, ale teraz zaczyna to przybierać rozmiary karykaturalne. Michał Kamiński, z ryngrafem dla Pinocheta i implikowaniem, że Platformie nie podoba się polska flaga nad Szczecinem? Ludwik Dorn, wysyłający wykształciuchów w kamasze? Roman Giertych ze swoją amnestią maturalną? Grzegorz Napieralski - akurat z drugiej strony, przedstawiany zawsze jako reprezentant SLDowskiego betonu, ale Leszek Miller okazał się jeszcze bardziej groteskowy i betonowy?

Brakuje tylko Jacka Kurskiego. I, dla równowagi, Romana Kotlińskiego. No dajcie spokój.

Jak wyborcy Platformy mają na nich głosować? I na odwrót, jak Dorn czy Napieralski mieliby teraz bronić najważniejszych reform rządów Platformy, na przykład ustalenia wieku emerytalnego na 67 lat, przeciwko czemu gwałtownie swego czasu protestowali?

Jaki potencjał ci panowie mają? Ilu wyborców zdołają przyciągnąć - zwłaszcza Dorn i Kamiński, bo wybory do Senatu rządzą się trochę innymi prawami, a Giertych i Napieralski będą startować z cichym poparciem Platformy, która nie wystawi w ich okręgach swoich kandydatów.

Ja rozumiem, że, po pierwsze, PiS stanowi zagrożenie dla naszych wolności (nie żartuję i nie przesadzam - stanowi), ale używanie akurat tych osób do ich obrony może się okazać przeciwskuteczne. Rozumiem też, że przynajmniej niektórych z nich - zwłaszcza najbystrzejszego z nich, Giertycha - warto utrzymać w polityce, choćby po to, aby mogli raz czy drugi dopiec Kaczyńskiemu czy pomniejszym PiSowcom. Żeby "miękkim" PiSowcom pokazać, że poza PiSem też jest życie. Ale to może wręcz zaszkodzić szansom wyborczym Platformy. Dla postronnego obserwatora wygląda to tak, jakby Platforma była zbiorem kompletnie bezideowych osób, którym zależy już tylko na stanowiskach, a za jedyne usprawiedliwienie mają, że ci drudzy będą jeszcze gorsi. No, będą. Ale kogo to przekona? Jeśli PiS zdobędzie większość konstytucyjną, to niech nas Ręka Boska broni.

Źle to widzę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Jak donosi Newsweek, prezydent Andrzej Duda, jeszcze jako poseł, pobierał refundacje kosztów podróży do Poznania. Parlamentarzystom przysługuje refundacja na podróże "związane z wykonywaniem mandatu poselskiego", nic zaś nie wiadomo o takich zajęciach Andrzeja Dudy w Poznaniu. Za to jego terminy wyjazdów i rezerwacje hoteli, też opłacane z pieniędzy sejmowych, pokrywały się z terminami prowadzonych przez niego zajęć dydaktycznych w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji im. Mieszka I w Poznaniu, filia w Nowym Tomyślu. Można wobec tego przypuszczać, że ówczesny poseł Duda tak naprawdę jeździł do Poznania pracować na uczelni, a więc refundacje kosztów podróży "związanych z wypelnianiem mandatu posła" pobierał nieprawnie. Innymi słowy, Andrzej Duda wyłudzał pieniądze z Kancelarii Sejmu.

Ten atak na prezydenta Andrzeja Dudę wydaje mi się całkowicie chybiony. Piszę to bez cienia ironii.

Po pierwsze, z pewnością znajdą się działacze PiSu z Poznania, którzy potwierdzą, że Andrzej Duda konsultował z nimi jakieś ważne sprawy polityczne, projekty ustaw itp. Podobno już się znaleźli.

Po drugie, sądzę, że PiS odkryje, iż Kopacz, Schetyna czy inny znany poseł Platformy za pieniądze sejmowe pojechali, powiedzmy, do Kutna, gdzie nie robili nic "związanego z wykonywaniem mandatu posła", ale akurat mieli imieniny wujka. Myślę, że nadużywanie tego przywileju poselskiego było dość powszechne i piętnowanie akurat Andrzeja Dudy, podczas gdy inni postępowali podobnie, jest w pokrętnym sensie nieuczciwe. Adam Hofman i koledzy zostali ukarani za aferę madrycką nie dlatego, że zrobili coś wyjątkowego, ale dlatego, że przesadzili: pozwolili, aby ich niezbyt trzeźwe żony awanturowały się na pokładzie samolotu, a potem ostentacyjnie zjawili się na posiedzeniu Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Madrycie tylko po to, aby podpisać listę obecności.

Po trzecie wreszcie, redukowanie wszystkiego do wymiaru finansowego oznacza upadek intelektualny i upadek obyczajów, tak jakby jedynym grzechem była kradzież, a o uczciwości w innych znaczeniach nie warto było wspominać. Nikt nie zrozumie, nikt się nie przejmie, tylko kasa się liczy. W tle słychać stłumiony chichot chciwych banksterów.

Czy bowiem praca posła, później europosła Andrzeja Dudy we wspomnianej szkole wyższej była nieuczciwością? O, tak - ale nie ze względów finansowych. W każdym razie to nie względy finansowe powinny być najważniejsze.

Dr Andrzej Duda, asystent na Uniwersytecie Jagiellońskim, wziął urlop bezpłatny, aby móc się bez reszty poświęcić sprawowaniu mandatu posła, później europosła. Każdy poseł ma do tego prawo. Z chwilą uzyskania urlopu bezpłatnego od pracodawcy, poseł traktowany jest jako poseł zawodowy, w związku z czym przysługuje mu znacznie wyższe uposażenie poselskie. Poseł Duda jednak zatrudnił się w czasie urlopu bezpłatnego z UJ na tej nieszczęsnej Wyższej Szkole Tego i Owego. Jego rozliczenia finansowe były w porządku: w ramach etatu przyszły prezydent zarabiał około tysiąca złotych miesięcznie i te pieniądze skrupulatnie odliczał od swojej diety poselskiej. Kilkukrotnie większe kwoty dr Duda otrzymywał w postaci honorariów autorskich za przygotowane zajęcia, a honorariów autorskich od diety odliczać nie musiał. Dr Duda oszukał jednak Uniwersytet Jagielloński, twierdził bowiem, że sprawowanie mandatu uniemożliwia mu prowadzenie zajęć i prowadzenie badań naukowych na UJ, miał jednak czas na prowadzenie zajęć (choć nie na prowadzenie badań naukowych - o takie bezeceństwo nikt dr. Dudy nie pomawia) w Nowym Tomyślu. Gdyby Andrzej Duda chciał się zachować uczciwie, powinien był zrezygnować z etatu na UJ, a wtedy mógłby, gdyby chciał, zatrudnić się w Wyższej Szkole im. Mieszka I. No, ale tego nie zrobił. "Wykładowca UJ" brzmi bowiem lepiej, niż "wykładowca w Nowym Tomyślu". Z drugiej strony Nowy Tomyśl płaci znacznie lepiej, niż UJ, a mniej od swoich pracowników wymaga.

To był ten zarzut "blokowania etatu na UJ" podniesiony w trakcie pierwszej debaty z Bronisławem Komorowskim. Niestety, nikt nie potrafił tego zarzutu poprawnie sformułować i przedstawić.

Jest jednak jeszcze coś więcej. Otóż plagą polskiego systemu szkolnictwa wyższego są bardzo słabe szkoły, które swoim studentom, w zamian za całkiem realne czesne, dają jedynie pozór wykształcenia. Bezwartościowy dyplom. To absolwenci takich szkół, których przez kilka lat oszukiwano, że słono opłacony dyplom zagwarantuje im świetną pracę i awans społeczny, zderzywszy się z realiami rynku pracy, czują się rozczarowani i mają wielki żal. Nie do swoich szkół, nie do swoich wykładowców, ale do Polski, która na taki szwindel pozwoliła. Absolwenci takich szkół narzekają, że Polska nie jest im w stanie zaoferować satysfakcjonującej pracy, więc masowo emigrują "na zmywak". Media zaś nagłaśniają ich żale, biadając, jak to Polska traci swoją świetnie wykształconą młodzież.

Wyższa Szkoła Pedagogiki i Administracji im. Mieszka I jest jedną z najsłabszych polskich szół de nomine wyższych. Dr Andrzej Duda, pracując w tej szkole, osobiście uczestniczył w oszukiwaniu studentów. Ba, dr Andrzej Duda osobiście przyczyniał się do degeneracji polskiego systemu szkolnictwa wyższego, do deprecjonowania poziomu edukacji wyższej, do dewaluacji nadawanych w szkołach wyższych tytułów zawodowych licencjata i magistra. I tego nie mogę mu wybaczyć.

Do tego jeszcze dr Duda okazał się małym kombinatorkiem, który chciał przyoszczędzić kilkaset złotych miesięcznie na kosztach podróży, jak - zapewne - tylu innych jego kolegów-parlamentarzystów. Nie sądzę jednak, aby na zarzutach finansowych dało się oprzeć solidny atak na Andrzeja Dudę. Drobne oszustwa, takie kombinowanie, nie są może pochwalane, ale są tolerowane, bo "wszyscy" tak robią. Z drugiej strony od posła, zwłaszcza zaś od prezydenta, powinno się oczekiwać, że będzie wzorem wypełniania obowiązków wobec państwa. Cóż, jakie czasy, taki prezydent.

piątek, 31 lipca 2015

Jestem dumny, że głosowałem na Bronisława Komorowskiego - i pięć lat temu, i w ostatnich wyborach, w maju.

Bronisław Komorowski był - jest - dobrym prezydentem. Kompetencje prezydenta sprowadzają się przede wszystkim do dbałości o zewnętrzne interesy Polski, do starań o jej bezpieczeństwo i do pilnowania ustroju konstytucyjnego, a to Bronisław Komorowski robił bez zarzutu. Przegrał wybory po części dlatego, że on i jego sztab prowadzili fatalną, beznadziejnie złą kampanię, po części dlatego, że stał się obiektem niewybrednych i niesprawiedliwych ataków, po części wreszcie dlatego, że w osobie Komorowskiego ukarano całą dotychczasową władzę i jej alienację, oderwanie od codzienności zwykłych ludzi. Nie mam jednak wątpliwości, że Komorowski był kandydatem o wiele lepszym, niż wszyscy jego konkurenci. Powtórzę, co już pisałem: to nie Andrzej Duda wybory wygrał, ale Bronisław Komorowski przegrał.

Być może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: Mogę się zgodzić, że gdyby nie przegrana Komorowskiego, nie byłoby ani ustawy o in vitro, ani obecnej dyskusji o umowach śmieciowych; ciekawe zresztą, co z niej wyniknie.

Oburzająca jest postawa hierarchów Kościoła: W kampanii wyborczej nikt z nich nie okazał najmniejszego wsparcia dla Bronisława Komorowskiego, wierzącego i praktykującego katolika, podczas gdy wielu biskupów ostentacyjnie popierało Andrzeja Dudę. Sądzę, że Kościół, stawiając na jednego konia, popełnia duży błąd. Liderzy PiS religię traktują czysto instrumentalnie i gdy poparcie Kościoła przestanie im być potrzebne, z łatwością się od Kościoła odwrócą. Kościół, współpracując z PiSowską władzą, być może doraźnie osiągnie jakieś doczesne zyski, ale odrzuci od siebie kolejne rzesze wiernych. Chcecie mieć, przewielebni biskupi, puste kościoły za kilkanaście lat? Róbcie tak dalej. Róbcie tak dalej.

Teraz msza dziękczynna za prezydenturę Komorowskiego się odbędzie, gdyż zamówiła ją grupa wiernych, ale ani kardynał Nycz, ani bodaj żaden z biskupów, nie będzie w niej uczestniczył. Róbcie tak dalej...

Tymczasem jednak Bronisław Komorowski, podpisując ustawę o in vitro, wcześniej zaś ratyfikując konwencję antyprzemocową, dołączył do wysoce elitarnego, dwuosobowego (!) grona współczesnych polskich polityków, którzy skutecznie potrafili przeciwstawić się Kościołowi. Pierwszym był... Jarosław Kaczyński, blokując wraz z bratem nominację abp. Wielgusa na metropolitę warszawskiego, później zaś blokując wpisanie zakazu aborcji do konstytucji.

Prezydent Bronisław Komorowski

Panie prezydencie Bronisławie Komorowski! Dziękuję Panu za udaną prezydenturę!

czwartek, 18 czerwca 2015

Chciałem zażartować, iż dobrym tematem dla postmodernistycznej humanistyki byłaby Lacanowska analiza apokalipsy zombie. Zażartować, dobre sobie. Okazuje się, że już to zrobiono. Wiele razy.

Skąd u mnie nagłe zainteresowanie tym tematem, wyjaśnię może przy innej okazji.

Prokrastynuję. Czytam przypadkowo znaleziony artykuł, którego autor, Gary A. Mullen, amerykański filozof młodego pokolenia, omawia poglądy Slavoja Žižka i Theodora W. Adorno na temat znaczenia symboliki zombie we współczesnej kulturze. Punktem wspólnym jest, że zombie, nieumarły, to coś, co biologicznie żyje, ale życie to straciło swój ludzki sens. To coś, nie ktoś.

The zombie represents the no man's land between the social, symbolic, meaningful life and bare, biological existence.

Dalej obaj filozofowie się różnią i nie będę tego tutaj dyskutował. Wspomnieć muszę, że czy to jedynie Mullen, czy także ci dwaj filozofowie pomijają jeden bardzo istotny aspekt: Zombie są agresywne, atakują ludzi, "chcą" ich zredukować do swojego statusu. To bardzo odróżnia nieumarłych od, powiedzmy, ludzi w ostatniej fazie choroby Alzheimera, którzy także żyją biologicznie, choć życie to straciło swój social, symbolic, meaningful status. Jednak chorzy nie chcą, aby inni popadli w ich stan. Chorzy nie budzą też fascynacji.

Dodam od razu, że jest rzeczą frapującą narastająca obecność duchów, zjaw, upiorów, wampirów, zombie we współczesnej kulturze. W kulturze popularnej, ale nie tylko. Całkiem poważni ludzie piszą o widmach i upiorach. Jeśli, dla przykładu, powiemy, że "nawiedzają nas upiory przeszłości", to czy tylko figuratywnie wyrażamy fakt, że pewne zdarzenia z przeszłości, trwające i przekształcane w naszej pamięci indywidualnej lub zbiorowej, wywierają jakiś niekorzystny wpływ na nasze dzisiejsze decyzje, wybory, działania, czy też owym przeszłym zdarzeniom przydajemy jakiś aktywny modus existendi? Jeśli to pierwsze, to ciekawe jest, dlaczego uciekamy się do takiego języka, co język mówi o nas samych. Jeśli wszakże to drugie, to nieodwołanie opuszczamy obszar nauki, lokując się już to w rozważaniach religijnych, już to w sztuce.

Popatrzmy się także na Kościół: w czasach mojego dzieciństwa uczono, iż grzechem jest wierzyć w duchy, wróżki i przesądy, bo to oznaczałoby uzurpację mocy boskich i wiara w nie byłaby złamaniem pierwszego przykazania. Protestanccy fundamentaliści dalej tak uważają, jednak dzisiejszy Kościół Katolicki całkiem poważnie powiada, że grzechem jest nie wierzyć w to wszystko. Jednocześnie jednak grzechem jest korzystać z ich mocy, którą one, a jakże, posiadają. Trzeba więc w nie wierzyć, ale nie wolno nimi się posługiwać. A więc Kościół naprawdę jest ofiarą postmodernizmu!

Wracam do artykułu. Jak pisze Mullen, Adorno i Žižek porównywali zombie do muzułmanów (patrz Primo Levi czy Tadeusz Borowski) z niemieckich obozów koncentracyjnych: skrajnie wychudzonych, wyczerpanych, odrętwiałych, zdehumanizowanych przez obozowy terror. Biologicznie (jeszcze) istniejących, ale prawie pozbawionych człowieczeństwa. Brak nam języka, aby oddać w nim ogrom tego cierpienia - podobnie jak brak języka, aby poprawnie opisać fenomen nieumarłych.

Coś jest na rzeczy: I obozowa prawie kompletna dehumanizacja, redukcja muzułmanów do czystej biologii, w dodatku dysfunkcjonalnej, i nieadekwatność języka są podobne, jak w przypadku zombie. Myślę wszakże, że gdyby nie fizyczne podobieństwo - zniekształcone ciała przypominające zwłoki, niezborność ruchów, apatia - nikt by na to porównanie nie wpadł. Zauważmy jednak rzecz kluczową: zombie nie cierpią, bo nie są ludźmi. Ofiary obozów koncentracyjnych cierpiały straszliwie, bo nawet jeśli prawie odarto je z człowieczeństwa, nie zrobiono tego do końca. Zombie są wymyślone, obozowi muzułmanie i ich niewysłowione cierpienia były prawdziwe. Adorno i Žižek twierdzą co prawda, że my, ludzkość, wymyśliliśmy sobie zombie nie tyle (nie tylko) dla rozrywki, ile żeby w ten sposób powiedzieć coś o stanie, w którym nasze człowieczeństwo zostaje zaprzeczone, widzę w tym jednak coś wysoce niewłaściwego: lekceważenie, ignorowanie cierpienia, jakiego doświadczali więźniowie obozów koncentracyjnych. Zombie, jak powiadam, nie cierpią - po pierwsze dlatego, że nie są prawdziwe, po drugie, bo są przedstawiane (konstruowane) jako nieumarłe ciała, całkowicie pozbawione ludzkich uczuć. Poza agresją.

I tu dochodzimy do kulminacji. Mullen za Žižkiem, ten zaś za Jorge Semprunem, przytacza szczególnie poruszającą scenę, w której dwoje dzieci, ofiar Holocaustu, ginie, ale ocala swoje człowieczeństwo. (Nawiasem mówiąc, musiało się to dziać raczej w Buchenwaldzie, nie w Auschwitz, wbrew temu, co pisze Mullen.) Podobnych świadectw o ocaleniu człowieczeństwa godzinie śmierci w obozach koncentracyjnych jest zresztą więcej, choćby we wstrząsającym filmie Lanzmana. I w tym miejscu Mullen, niejako na jednym oddechu, przechodzi do analizy epizodu serialu The Walking Dead, gdzie główny bohater pokazuje swoje człowieczeństwo przeżywając chwilę wahania przed zabiciem pewnego partykularnego zombie.

Otóż to wydaje mi się głęboko niestosowne. Zestawianie najstraszniejszych ludzkich cierpień z produktem czysto rozrywkowym, jakim jest serial telewizyjny. Traktowanie ich tak samo, jak botanik traktuje rośliny w swoim zielniku: Tu okaz, tam okaz. Tu strach i cierpienie, tu wymyślona historyjka. Jest to niestosowne niezależnie od tego, co Adorno, Žižek i Bóg wie, kto jeszcze, sądzą na temat tego, po co wymyśliliśmy zombie.

Baśnie, legendy mają podobno pomóc oswoić nasz strach. W porządku. Jeżeli więc figura apokalipsy zombie ma nam pomóc oswoić nasz strach przed tym, co z człowiekiem dzieje się po śmierci - jakaś szczątkowa biologia wciąż jest, ale ludzkiego życia już nie ma; agresja ze strony zombie zapewne symbolizuje nieuchronność śmierci, fakt, że i my się kiedyś w takim stanie znajdziemy - nie protestuję. Nie protestuję tym bardziej, że w wieku masowych mordów ludzie doświadczali masowej obecności świeżo zabitych ciał, a przynajmniej zdawali sobie sprawę, że gdzieś tak się działo i wciąż dzieje. Jeśli tak, to chodzi nie tyle o wspomniany na początku no man's land, ile o oswojenie obecności tysięcy trupów. Czuję jednak przy tym wielki dyskomfort, niesmak, poczucie naruszenia tabu, bowiem zombie są instrumentem służącym opanowaniu naszego strachu. O strach i cierpienie obozowych muzułmanów, ofiar Holocaustu i pozostałych masowych zbrodni nikt w tej baśni nie dba. Liczymy się tylko my, żywi. 

Czy nie o tym pisał Tadeusz Borowski?

A przy okazji postać Theodora W. Adorno przypomniała mi Cortazara, czy też raczej czas, gdy czytałem Cortazara i poczułem się nostalgicznie. Odczuwać nostalgię w takim momencie - brrr...

Gary A. Mullen, "Adorno, Žižek and the Zombie: Representing Mortality in an Age of Mass Killing" in Journal for Cultural and Religious Studies vol. 13 no 2. (Spring 2014), 48-57

czwartek, 11 czerwca 2015

Nie komentuję bieżących wydarzeń. Może jeszcze do nich wrócę. Na razie, gdy obserwuję dynamikę upadku PO, partyjne zaangażowanie nawołującego do skaralnej jedności narodu prezydenta-elekta Dudy, rosnące poparcie dla Pawła Kukiza i jałowe samozadowolenie PiSu, któremu wydaje się, że wszystko kontroluje, przychodzi mi do głowy taki oto scenariusz:

Jesienne wybory, ku niekłamanemu zdumieniu PiSu, wygrają ciasteczkowe potwory. Drugi będzie PiS, a do Sejmu wejdzie jeszcze szczątkowa Platforma, z kilkunastoprocentowym poparciem. No i jeden obligatoryjny poseł mniejszości niemieckiej. Nikt więcej. Kukiz i PiS utworzą rząd, z marszałkiem Kaczyńskim, premier Szydło i wicepremierem Kukizem, bądź na odwrót. Jak się wkrótce okaże, nie będzie to miało większego znaczenia.

Dopóki nowa koalicja będzie zajmować się budowaniem pomników smoleńskich, wsadzaniem do więzienia kolejnych działaczy Platformy i okolic, obietnicami rozdawnictwa finansowego i chóralnym śpiewaniem pieśni patriotycznych, dopóty wszystko będzie jakoś działać. Budżet na 2016, przygotowany w zasadzie przez Platformę, zostanie uchwalony przy wtórze płaczów, że niestety w tak krótkim horyzoncie czasowym nic nie dało się zrobić - ach, gdyby szkodliwa premier Kopacz (aktualnie w więzieniu za łgarstwa w sprawie identyfikacji zwłok) rozwiązała Sejm w czerwcu 2015, byłaby inna rozmowa. Trudno, na razie musimy obiecywać, a sprawiedliwość przyjdzie w 2017.

Potem jednak do głosu dojdzie Realne: PiS uruchomi resztki rozumu i zauważy, że przyobiecanych rzeczy nie da się zrealizować żadnymi siłami. W koalicji dojdzie do tarć, które przerodzą się w dość spektakularne kłótnie. Większość rządowa się rozpadnie. Budżet na 2017 nie zostanie uchwalony. Prezydent Andrzej Duda rozwiąże Sejm. Dojdzie do przedterminowych wyborów, w których Kukiz zyska większość bezwzględną (kosztem PiSu; poobijana Platforma mniej więcej zachowa swój stan posiadania), a może nawet konstytucyjną.

Ale to będzie dopiero początek. Jak dziesięciocentówka z profilem Joego Chipa.

niedziela, 31 maja 2015

Wybory prezydenckie tydzień temu nie tyle Andrzej Duda wygrał, ile Bronisław Komorowski przegrał.

To był majstersztyk polityczny: Jak, bez żadnej klęski czy spektakularnej wpadki, z popularnego, skutecznego, lubianego prezydenta w kilka miesięcy zrobić przegranego kandydata. Powody na pewno będą analizowane długie lata; część już wskazano, ale, moim zdaniem, jeszcze nie wszystkie.

Na początek mamy grupę przyczyn związanych z samą kampanią:

  • Sztab Komorowskiego działał bardzo kiepsko, chaotycznie.
  • Przez większą część kampanii prezydent zachowywał się tak, jakby kampania go nudziła i drażniła, bo re-elekcja mu się należała, i tyle.
  • W kampanię bardzo słabo, o ile w ogóle, włączała się pani premier, prominentni działacze i posłowie Platformy, a także jej struktury terenowe.
  • Źle się stało, że Komorowski nie miał poparcia PSL, który z dziwnych powodów wystawił własnego kandydata. Zebrał on zresztą bardzo niewiele głosów, odcinając się przy tym od Platformy i urzędującego prezydenta. W tej sytuacji nikt nie kontrował przekazu PiSu, który głównie ustami Janusza Wojciechowskiego rysował - kompletnie nieprawdziwy! - obraz apokaliptycznego upadku wsi polskiej. Ostatecznie to Andrzej Duda zdobył zdecydowaną większość głosów wiejskich, które mogły przeważyć o wyniku wyborów. (Konsekwencje braku poparcia PSLu nie są dość mocno podkreślane w dotychczasowych analizach.)
  • Zupełnie nie wypaliły jedyne dwa pomysły, jakie sztabowcy Bronisława Komorowskiego mieli na pierwszą część kampanii: próba sprowokowania PiSu do reakcji smoleńskiej (chodzi o nowe odczyty stenogramów z kokpitu Tupolewa - tak, tak, prokuratura działa wedle kalendarza ściennego, ale w kalendarzu znalazły się dni kampanii); bardzo skuteczne schowanie na czas kampanii Kaczyńskiego, Macierewicza i reszty towarzystwa było genialnym chwytem PiSu. Drugim niewypałem były państwowe uroczystości na Westerplatte z okazji rocznicy zakończenia WWII, o których chyba nikt nie słyszał.
  • Ogłoszony dzień po pierwszej turze pomysł referendum w sprawie JOWów był całkowicie chybionym objawem paniki w sztabie Komorowskiego. Raczej odebrał on prezydentowi głosy niż mu ich przysporzył.
  • Jedyny w miarę celny cios, jaki Bronisław Komorowski zadał Andrzejowi Dudzie, dotyczył blokowania etatu na UJ, ale i ta kwestia nie została przez Komorowskiego skutecznie rozegrana.

Wskazane wyżej błędy "techniczne" nie tłumaczą wyniku Komorowskiego, ale ostateczna różnica między nim a Andrzejem Dudą nie była bardzo duża: 8,1 do 8,5 mln. Dobrze poprowadzona kampania mogła była, mimo wszystko, zniwelować przewagę Andrzeja Dudy i przynieść zwycięstwo ustępującemu prezydentowi. O wyniku wyborów - bo nawet gdyby nie była to porażka, zwycięstwo byłoby minimalne - przesądziły dwa inne czynniki. 

Bronisław Komorowski został bezlitośnie zaatakowany przez nowe media elektroniczne. Przez internety, a raczej przez internautów. I nieważne, czy były to "pisowskie trolle", czy reakcja spontaniczna (zapewne było i jedno, i drugie). Nikt w Paltformie czy w sztabie Komorowskiego nie umiał na to zareagować, ba, nikt nie zrozumiał wagi tego ataku. Komorowski był atakowany za dwie rzeczy: Po pierwsze, za politykę rządu, za niespełnione obietnice i zawiedzone nadzieje związane z Platformą, za arogancję władzy, w tym ośmiorniczki Sienkiewicza, zegarek Nowaka i pozwolenie na broń Grabarczyka, za szaleństwa komorników, za deficyty w służbie zdrowia, za unikanie dyskusji z wyborcami. Platforma miała rację i w sprawie emerytur, i w sprawie sześciolatków, i w sprawie górników, miała cząstkowe racje w sprawie OFE, ale niemalże nie próbowała tych racji tłumaczyć. Zachowywała się tak, jakby mówiła "my jesteśmy władzą, my wiemy lepiej, a kto się z nami nie zgadza, ten jest głupi". Powtarzała zatem to, co robił PiS w okresie swoich rządów. Treść była inna, ale forma ta sama. Oberwał za to wszystko Bronisław Komorowski, bo był pierwszy na linii strzału.

Po wtóre, Komorowski był atakowany, ośmieszany i wyszydzany jako anachroniczny dziadek, nierozgarnięty, popełniający gafy na każdym kroku. I co z tego, że oskarżenia te były wyssane z palca? Popularne wśród młodzieży serwisy, takie jak Demotywatory czy Wiedza Bezużyteczna, wprost ociekały niechęcią do Komorowskiego. Głosowanie na Komorowskiego było tam przedstawiane jak coś obciachowego, nieskończenie głupiego. Ta niechęć w końcu zaczęła oddziaływać na media tradycyjne. Doszło do tego, że ludzie całkiem dorośli i poważni w ostatniej fazie kampanii wręcz wstydzili się napisać czy powiedzieć coś korzystnego o Bronisławie Komorowskim, nawet jeśli zamierzali na niego głosować.

No i wreszcie rzecz ostatnia, najważniejsza: Całkowicie zawiodła narracja Platformy i Bronisława Komorowskiego o Polsce jako o kraju sukcesu, który w kolejnych latach powinien pracowicie i systematycznie poprawiać swoje wskaźniki statystyczne, za co jesteśmy tak bardzo chwaleni w świecie. Tu nawet nie chodzi o to, że zwyciężyła PiSowska narracja spalonej ziemi - wcale nie zwyciężyła, może poza terenami wiejskimi, jak wyżej wspomniałem - ale narracja sukcesu przestała do ludzi przemawiać. Dlatego próba pokonania Andrzeja Dudy za pomocą argumentów merytorycznych i statystycznych okazała się nieskuteczna. Dlaczego tak się stało będzie zapewne przedmiotem wnikliwych badań socjologicznych. Do mnie przemawia diagnoza Andrzeja Rycharda, który między innymi wskazuje, że system się zamknął, że dotychczasowa obietnica rozwoju (nie sam rozwój!) wyczerpała swój potencjał, okazało się bowiem, że pewne aspiracje pozostają niezaspokojone, a dotychczasowy model awansu, przez wykształcenie, przestał działać. (Nawiasem mówiąc, z tego powodu praca dr. Andrzeja Dudy w jakiejś bardzo podłej szkole zasługuje na szczególne potępienie. Jeszcze do tego wrócę.)

W pierwszej turze głosy niechęci do Bronisława Komorowskiego poszły do Pawła Kukiza - nie dlatego, że proponował coś sensownego, ale że mówił Platformie i Komorowskiemu "wyp...", a zarazem nie był PiSem. W drugiej turze większość tych głosów przejął Duda. Kampania Andrzeja Dudy też się nie rozwijała, jego argumenty (na przykład o tym, że Komorowski chce wprowadzić euro) nie trafiały, jego zwolenicy ograniczali się do twardego jądra wyborców PiSu - do czasu, gdy okazało się, jak silna jest niechęć do Bronisława Komorowskiego, do niego jako do niego i do niego jako do eksponenta dotychczasowej władzy. Ostatecznie Andrzej Duda wygrał nie dlatego, że był Dudą, ale że był nie-Komorowskim. To ciekawe odwrócenie sytuacji, w której dotąd to Platforma wygrywała, bo była nie-PiSem. A co z tego wyniknie, na razie nie wiadomo.

Ja nie jestem dobrej myśli.

środa, 20 maja 2015

Straszenie PiSem nie działa, powiadacie.

Gdzie więc są Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Anna Fotyga, Mariusz Kamiński, Beata Kempa, Antoni Macierewicz, Krystyna Pawłowicz, Anna Sobecka, Janusz Wojciechowski, Marzena Wróbel, Zbigniew Ziobro, a przede wszystkim sam Jarosław Kaczyński? Czemu nie promują swojego kandydata, Andrzeja Dudy? Czemu publicznie nie zabiegają dla niego o głosy wyborców? Czyżby im na tej kandydaturze nie zależało?

Wręcz przeciwnie, zależy im bardzo i dlatego schowali się. Sami wiedzą, iż mają negatywny potencjał wyborczy, że mogą wyborców od tej kandydatury odstraszyć. Proszę więc pamiętać, że jeśli Andrzej Duda wygra, zwłasza zaś jeśli w wyborach parlamentarnych także wygra PiS z aktualnymi przystawkami, wszystkie te osoby wyjdą z ukrycia, pojawią się publicznie, aby zmieniać Polskę na swój obraz i podobieństwo. I nie będzie żadnej ludzkiej siły, aby je schować przez najbliższe pięć lat.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29