Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
czwartek, 03 września 2015

Platforma Obywatelska najwyraźniej realizuje strategię Kto nie z Kaczyńskim, ten z nami i bierze na listy każdego, kto coś znaczy lub kiedyś znaczył, ale został sponiewierany przez Jarosława Kaczyńskiego. Robił to już Tusk, ale teraz zaczyna to przybierać rozmiary karykaturalne. Michał Kamiński, z ryngrafem dla Pinocheta i implikowaniem, że Platformie nie podoba się polska flaga nad Szczecinem? Ludwik Dorn, wysyłający wykształciuchów w kamasze? Roman Giertych ze swoją amnestią maturalną? Grzegorz Napieralski - akurat z drugiej strony, przedstawiany zawsze jako reprezentant SLDowskiego betonu, ale Leszek Miller okazał się jeszcze bardziej groteskowy i betonowy?

Brakuje tylko Jacka Kurskiego. I, dla równowagi, Romana Kotlińskiego. No dajcie spokój.

Jak wyborcy Platformy mają na nich głosować? I na odwrót, jak Dorn czy Napieralski mieliby teraz bronić najważniejszych reform rządów Platformy, na przykład ustalenia wieku emerytalnego na 67 lat, przeciwko czemu gwałtownie swego czasu protestowali?

Jaki potencjał ci panowie mają? Ilu wyborców zdołają przyciągnąć - zwłaszcza Dorn i Kamiński, bo wybory do Senatu rządzą się trochę innymi prawami, a Giertych i Napieralski będą startować z cichym poparciem Platformy, która nie wystawi w ich okręgach swoich kandydatów.

Ja rozumiem, że, po pierwsze, PiS stanowi zagrożenie dla naszych wolności (nie żartuję i nie przesadzam - stanowi), ale używanie akurat tych osób do ich obrony może się okazać przeciwskuteczne. Rozumiem też, że przynajmniej niektórych z nich - zwłaszcza najbystrzejszego z nich, Giertycha - warto utrzymać w polityce, choćby po to, aby mogli raz czy drugi dopiec Kaczyńskiemu czy pomniejszym PiSowcom. Żeby "miękkim" PiSowcom pokazać, że poza PiSem też jest życie. Ale to może wręcz zaszkodzić szansom wyborczym Platformy. Dla postronnego obserwatora wygląda to tak, jakby Platforma była zbiorem kompletnie bezideowych osób, którym zależy już tylko na stanowiskach, a za jedyne usprawiedliwienie mają, że ci drudzy będą jeszcze gorsi. No, będą. Ale kogo to przekona? Jeśli PiS zdobędzie większość konstytucyjną, to niech nas Ręka Boska broni.

Źle to widzę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Jak donosi Newsweek, prezydent Andrzej Duda, jeszcze jako poseł, pobierał refundacje kosztów podróży do Poznania. Parlamentarzystom przysługuje refundacja na podróże "związane z wykonywaniem mandatu poselskiego", nic zaś nie wiadomo o takich zajęciach Andrzeja Dudy w Poznaniu. Za to jego terminy wyjazdów i rezerwacje hoteli, też opłacane z pieniędzy sejmowych, pokrywały się z terminami prowadzonych przez niego zajęć dydaktycznych w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji im. Mieszka I w Poznaniu, filia w Nowym Tomyślu. Można wobec tego przypuszczać, że ówczesny poseł Duda tak naprawdę jeździł do Poznania pracować na uczelni, a więc refundacje kosztów podróży "związanych z wypelnianiem mandatu posła" pobierał nieprawnie. Innymi słowy, Andrzej Duda wyłudzał pieniądze z Kancelarii Sejmu.

Ten atak na prezydenta Andrzeja Dudę wydaje mi się całkowicie chybiony. Piszę to bez cienia ironii.

Po pierwsze, z pewnością znajdą się działacze PiSu z Poznania, którzy potwierdzą, że Andrzej Duda konsultował z nimi jakieś ważne sprawy polityczne, projekty ustaw itp. Podobno już się znaleźli.

Po drugie, sądzę, że PiS odkryje, iż Kopacz, Schetyna czy inny znany poseł Platformy za pieniądze sejmowe pojechali, powiedzmy, do Kutna, gdzie nie robili nic "związanego z wykonywaniem mandatu posła", ale akurat mieli imieniny wujka. Myślę, że nadużywanie tego przywileju poselskiego było dość powszechne i piętnowanie akurat Andrzeja Dudy, podczas gdy inni postępowali podobnie, jest w pokrętnym sensie nieuczciwe. Adam Hofman i koledzy zostali ukarani za aferę madrycką nie dlatego, że zrobili coś wyjątkowego, ale dlatego, że przesadzili: pozwolili, aby ich niezbyt trzeźwe żony awanturowały się na pokładzie samolotu, a potem ostentacyjnie zjawili się na posiedzeniu Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Madrycie tylko po to, aby podpisać listę obecności.

Po trzecie wreszcie, redukowanie wszystkiego do wymiaru finansowego oznacza upadek intelektualny i upadek obyczajów, tak jakby jedynym grzechem była kradzież, a o uczciwości w innych znaczeniach nie warto było wspominać. Nikt nie zrozumie, nikt się nie przejmie, tylko kasa się liczy. W tle słychać stłumiony chichot chciwych banksterów.

Czy bowiem praca posła, później europosła Andrzeja Dudy we wspomnianej szkole wyższej była nieuczciwością? O, tak - ale nie ze względów finansowych. W każdym razie to nie względy finansowe powinny być najważniejsze.

Dr Andrzej Duda, asystent na Uniwersytecie Jagiellońskim, wziął urlop bezpłatny, aby móc się bez reszty poświęcić sprawowaniu mandatu posła, później europosła. Każdy poseł ma do tego prawo. Z chwilą uzyskania urlopu bezpłatnego od pracodawcy, poseł traktowany jest jako poseł zawodowy, w związku z czym przysługuje mu znacznie wyższe uposażenie poselskie. Poseł Duda jednak zatrudnił się w czasie urlopu bezpłatnego z UJ na tej nieszczęsnej Wyższej Szkole Tego i Owego. Jego rozliczenia finansowe były w porządku: w ramach etatu przyszły prezydent zarabiał około tysiąca złotych miesięcznie i te pieniądze skrupulatnie odliczał od swojej diety poselskiej. Kilkukrotnie większe kwoty dr Duda otrzymywał w postaci honorariów autorskich za przygotowane zajęcia, a honorariów autorskich od diety odliczać nie musiał. Dr Duda oszukał jednak Uniwersytet Jagielloński, twierdził bowiem, że sprawowanie mandatu uniemożliwia mu prowadzenie zajęć i prowadzenie badań naukowych na UJ, miał jednak czas na prowadzenie zajęć (choć nie na prowadzenie badań naukowych - o takie bezeceństwo nikt dr. Dudy nie pomawia) w Nowym Tomyślu. Gdyby Andrzej Duda chciał się zachować uczciwie, powinien był zrezygnować z etatu na UJ, a wtedy mógłby, gdyby chciał, zatrudnić się w Wyższej Szkole im. Mieszka I. No, ale tego nie zrobił. "Wykładowca UJ" brzmi bowiem lepiej, niż "wykładowca w Nowym Tomyślu". Z drugiej strony Nowy Tomyśl płaci znacznie lepiej, niż UJ, a mniej od swoich pracowników wymaga.

To był ten zarzut "blokowania etatu na UJ" podniesiony w trakcie pierwszej debaty z Bronisławem Komorowskim. Niestety, nikt nie potrafił tego zarzutu poprawnie sformułować i przedstawić.

Jest jednak jeszcze coś więcej. Otóż plagą polskiego systemu szkolnictwa wyższego są bardzo słabe szkoły, które swoim studentom, w zamian za całkiem realne czesne, dają jedynie pozór wykształcenia. Bezwartościowy dyplom. To absolwenci takich szkół, których przez kilka lat oszukiwano, że słono opłacony dyplom zagwarantuje im świetną pracę i awans społeczny, zderzywszy się z realiami rynku pracy, czują się rozczarowani i mają wielki żal. Nie do swoich szkół, nie do swoich wykładowców, ale do Polski, która na taki szwindel pozwoliła. Absolwenci takich szkół narzekają, że Polska nie jest im w stanie zaoferować satysfakcjonującej pracy, więc masowo emigrują "na zmywak". Media zaś nagłaśniają ich żale, biadając, jak to Polska traci swoją świetnie wykształconą młodzież.

Wyższa Szkoła Pedagogiki i Administracji im. Mieszka I jest jedną z najsłabszych polskich szół de nomine wyższych. Dr Andrzej Duda, pracując w tej szkole, osobiście uczestniczył w oszukiwaniu studentów. Ba, dr Andrzej Duda osobiście przyczyniał się do degeneracji polskiego systemu szkolnictwa wyższego, do deprecjonowania poziomu edukacji wyższej, do dewaluacji nadawanych w szkołach wyższych tytułów zawodowych licencjata i magistra. I tego nie mogę mu wybaczyć.

Do tego jeszcze dr Duda okazał się małym kombinatorkiem, który chciał przyoszczędzić kilkaset złotych miesięcznie na kosztach podróży, jak - zapewne - tylu innych jego kolegów-parlamentarzystów. Nie sądzę jednak, aby na zarzutach finansowych dało się oprzeć solidny atak na Andrzeja Dudę. Drobne oszustwa, takie kombinowanie, nie są może pochwalane, ale są tolerowane, bo "wszyscy" tak robią. Z drugiej strony od posła, zwłaszcza zaś od prezydenta, powinno się oczekiwać, że będzie wzorem wypełniania obowiązków wobec państwa. Cóż, jakie czasy, taki prezydent.

piątek, 31 lipca 2015

Jestem dumny, że głosowałem na Bronisława Komorowskiego - i pięć lat temu, i w ostatnich wyborach, w maju.

Bronisław Komorowski był - jest - dobrym prezydentem. Kompetencje prezydenta sprowadzają się przede wszystkim do dbałości o zewnętrzne interesy Polski, do starań o jej bezpieczeństwo i do pilnowania ustroju konstytucyjnego, a to Bronisław Komorowski robił bez zarzutu. Przegrał wybory po części dlatego, że on i jego sztab prowadzili fatalną, beznadziejnie złą kampanię, po części dlatego, że stał się obiektem niewybrednych i niesprawiedliwych ataków, po części wreszcie dlatego, że w osobie Komorowskiego ukarano całą dotychczasową władzę i jej alienację, oderwanie od codzienności zwykłych ludzi. Nie mam jednak wątpliwości, że Komorowski był kandydatem o wiele lepszym, niż wszyscy jego konkurenci. Powtórzę, co już pisałem: to nie Andrzej Duda wybory wygrał, ale Bronisław Komorowski przegrał.

Być może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: Mogę się zgodzić, że gdyby nie przegrana Komorowskiego, nie byłoby ani ustawy o in vitro, ani obecnej dyskusji o umowach śmieciowych; ciekawe zresztą, co z niej wyniknie.

Oburzająca jest postawa hierarchów Kościoła: W kampanii wyborczej nikt z nich nie okazał najmniejszego wsparcia dla Bronisława Komorowskiego, wierzącego i praktykującego katolika, podczas gdy wielu biskupów ostentacyjnie popierało Andrzeja Dudę. Sądzę, że Kościół, stawiając na jednego konia, popełnia duży błąd. Liderzy PiS religię traktują czysto instrumentalnie i gdy poparcie Kościoła przestanie im być potrzebne, z łatwością się od Kościoła odwrócą. Kościół, współpracując z PiSowską władzą, być może doraźnie osiągnie jakieś doczesne zyski, ale odrzuci od siebie kolejne rzesze wiernych. Chcecie mieć, przewielebni biskupi, puste kościoły za kilkanaście lat? Róbcie tak dalej. Róbcie tak dalej.

Teraz msza dziękczynna za prezydenturę Komorowskiego się odbędzie, gdyż zamówiła ją grupa wiernych, ale ani kardynał Nycz, ani bodaj żaden z biskupów, nie będzie w niej uczestniczył. Róbcie tak dalej...

Tymczasem jednak Bronisław Komorowski, podpisując ustawę o in vitro, wcześniej zaś ratyfikując konwencję antyprzemocową, dołączył do wysoce elitarnego, dwuosobowego (!) grona współczesnych polskich polityków, którzy skutecznie potrafili przeciwstawić się Kościołowi. Pierwszym był... Jarosław Kaczyński, blokując wraz z bratem nominację abp. Wielgusa na metropolitę warszawskiego, później zaś blokując wpisanie zakazu aborcji do konstytucji.

Prezydent Bronisław Komorowski

Panie prezydencie Bronisławie Komorowski! Dziękuję Panu za udaną prezydenturę!

czwartek, 18 czerwca 2015

Chciałem zażartować, iż dobrym tematem dla postmodernistycznej humanistyki byłaby Lacanowska analiza apokalipsy zombie. Zażartować, dobre sobie. Okazuje się, że już to zrobiono. Wiele razy.

Skąd u mnie nagłe zainteresowanie tym tematem, wyjaśnię może przy innej okazji.

Prokrastynuję. Czytam przypadkowo znaleziony artykuł, którego autor, Gary A. Mullen, amerykański filozof młodego pokolenia, omawia poglądy Slavoja Žižka i Theodora W. Adorno na temat znaczenia symboliki zombie we współczesnej kulturze. Punktem wspólnym jest, że zombie, nieumarły, to coś, co biologicznie żyje, ale życie to straciło swój ludzki sens. To coś, nie ktoś.

The zombie represents the no man's land between the social, symbolic, meaningful life and bare, biological existence.

Dalej obaj filozofowie się różnią i nie będę tego tutaj dyskutował. Wspomnieć muszę, że czy to jedynie Mullen, czy także ci dwaj filozofowie pomijają jeden bardzo istotny aspekt: Zombie są agresywne, atakują ludzi, "chcą" ich zredukować do swojego statusu. To bardzo odróżnia nieumarłych od, powiedzmy, ludzi w ostatniej fazie choroby Alzheimera, którzy także żyją biologicznie, choć życie to straciło swój social, symbolic, meaningful status. Jednak chorzy nie chcą, aby inni popadli w ich stan. Chorzy nie budzą też fascynacji.

Dodam od razu, że jest rzeczą frapującą narastająca obecność duchów, zjaw, upiorów, wampirów, zombie we współczesnej kulturze. W kulturze popularnej, ale nie tylko. Całkiem poważni ludzie piszą o widmach i upiorach. Jeśli, dla przykładu, powiemy, że "nawiedzają nas upiory przeszłości", to czy tylko figuratywnie wyrażamy fakt, że pewne zdarzenia z przeszłości, trwające i przekształcane w naszej pamięci indywidualnej lub zbiorowej, wywierają jakiś niekorzystny wpływ na nasze dzisiejsze decyzje, wybory, działania, czy też owym przeszłym zdarzeniom przydajemy jakiś aktywny modus existendi? Jeśli to pierwsze, to ciekawe jest, dlaczego uciekamy się do takiego języka, co język mówi o nas samych. Jeśli wszakże to drugie, to nieodwołanie opuszczamy obszar nauki, lokując się już to w rozważaniach religijnych, już to w sztuce.

Popatrzmy się także na Kościół: w czasach mojego dzieciństwa uczono, iż grzechem jest wierzyć w duchy, wróżki i przesądy, bo to oznaczałoby uzurpację mocy boskich i wiara w nie byłaby złamaniem pierwszego przykazania. Protestanccy fundamentaliści dalej tak uważają, jednak dzisiejszy Kościół Katolicki całkiem poważnie powiada, że grzechem jest nie wierzyć w to wszystko. Jednocześnie jednak grzechem jest korzystać z ich mocy, którą one, a jakże, posiadają. Trzeba więc w nie wierzyć, ale nie wolno nimi się posługiwać. A więc Kościół naprawdę jest ofiarą postmodernizmu!

Wracam do artykułu. Jak pisze Mullen, Adorno i Žižek porównywali zombie do muzułmanów (patrz Primo Levi czy Tadeusz Borowski) z niemieckich obozów koncentracyjnych: skrajnie wychudzonych, wyczerpanych, odrętwiałych, zdehumanizowanych przez obozowy terror. Biologicznie (jeszcze) istniejących, ale prawie pozbawionych człowieczeństwa. Brak nam języka, aby oddać w nim ogrom tego cierpienia - podobnie jak brak języka, aby poprawnie opisać fenomen nieumarłych.

Coś jest na rzeczy: I obozowa prawie kompletna dehumanizacja, redukcja muzułmanów do czystej biologii, w dodatku dysfunkcjonalnej, i nieadekwatność języka są podobne, jak w przypadku zombie. Myślę wszakże, że gdyby nie fizyczne podobieństwo - zniekształcone ciała przypominające zwłoki, niezborność ruchów, apatia - nikt by na to porównanie nie wpadł. Zauważmy jednak rzecz kluczową: zombie nie cierpią, bo nie są ludźmi. Ofiary obozów koncentracyjnych cierpiały straszliwie, bo nawet jeśli prawie odarto je z człowieczeństwa, nie zrobiono tego do końca. Zombie są wymyślone, obozowi muzułmanie i ich niewysłowione cierpienia były prawdziwe. Adorno i Žižek twierdzą co prawda, że my, ludzkość, wymyśliliśmy sobie zombie nie tyle (nie tylko) dla rozrywki, ile żeby w ten sposób powiedzieć coś o stanie, w którym nasze człowieczeństwo zostaje zaprzeczone, widzę w tym jednak coś wysoce niewłaściwego: lekceważenie, ignorowanie cierpienia, jakiego doświadczali więźniowie obozów koncentracyjnych. Zombie, jak powiadam, nie cierpią - po pierwsze dlatego, że nie są prawdziwe, po drugie, bo są przedstawiane (konstruowane) jako nieumarłe ciała, całkowicie pozbawione ludzkich uczuć. Poza agresją.

I tu dochodzimy do kulminacji. Mullen za Žižkiem, ten zaś za Jorge Semprunem, przytacza szczególnie poruszającą scenę, w której dwoje dzieci, ofiar Holocaustu, ginie, ale ocala swoje człowieczeństwo. (Nawiasem mówiąc, musiało się to dziać raczej w Buchenwaldzie, nie w Auschwitz, wbrew temu, co pisze Mullen.) Podobnych świadectw o ocaleniu człowieczeństwa godzinie śmierci w obozach koncentracyjnych jest zresztą więcej, choćby we wstrząsającym filmie Lanzmana. I w tym miejscu Mullen, niejako na jednym oddechu, przechodzi do analizy epizodu serialu The Walking Dead, gdzie główny bohater pokazuje swoje człowieczeństwo przeżywając chwilę wahania przed zabiciem pewnego partykularnego zombie.

Otóż to wydaje mi się głęboko niestosowne. Zestawianie najstraszniejszych ludzkich cierpień z produktem czysto rozrywkowym, jakim jest serial telewizyjny. Traktowanie ich tak samo, jak botanik traktuje rośliny w swoim zielniku: Tu okaz, tam okaz. Tu strach i cierpienie, tu wymyślona historyjka. Jest to niestosowne niezależnie od tego, co Adorno, Žižek i Bóg wie, kto jeszcze, sądzą na temat tego, po co wymyśliliśmy zombie.

Baśnie, legendy mają podobno pomóc oswoić nasz strach. W porządku. Jeżeli więc figura apokalipsy zombie ma nam pomóc oswoić nasz strach przed tym, co z człowiekiem dzieje się po śmierci - jakaś szczątkowa biologia wciąż jest, ale ludzkiego życia już nie ma; agresja ze strony zombie zapewne symbolizuje nieuchronność śmierci, fakt, że i my się kiedyś w takim stanie znajdziemy - nie protestuję. Nie protestuję tym bardziej, że w wieku masowych mordów ludzie doświadczali masowej obecności świeżo zabitych ciał, a przynajmniej zdawali sobie sprawę, że gdzieś tak się działo i wciąż dzieje. Jeśli tak, to chodzi nie tyle o wspomniany na początku no man's land, ile o oswojenie obecności tysięcy trupów. Czuję jednak przy tym wielki dyskomfort, niesmak, poczucie naruszenia tabu, bowiem zombie są instrumentem służącym opanowaniu naszego strachu. O strach i cierpienie obozowych muzułmanów, ofiar Holocaustu i pozostałych masowych zbrodni nikt w tej baśni nie dba. Liczymy się tylko my, żywi. 

Czy nie o tym pisał Tadeusz Borowski?

A przy okazji postać Theodora W. Adorno przypomniała mi Cortazara, czy też raczej czas, gdy czytałem Cortazara i poczułem się nostalgicznie. Odczuwać nostalgię w takim momencie - brrr...

Gary A. Mullen, "Adorno, Žižek and the Zombie: Representing Mortality in an Age of Mass Killing" in Journal for Cultural and Religious Studies vol. 13 no 2. (Spring 2014), 48-57

czwartek, 11 czerwca 2015

Nie komentuję bieżących wydarzeń. Może jeszcze do nich wrócę. Na razie, gdy obserwuję dynamikę upadku PO, partyjne zaangażowanie nawołującego do skaralnej jedności narodu prezydenta-elekta Dudy, rosnące poparcie dla Pawła Kukiza i jałowe samozadowolenie PiSu, któremu wydaje się, że wszystko kontroluje, przychodzi mi do głowy taki oto scenariusz:

Jesienne wybory, ku niekłamanemu zdumieniu PiSu, wygrają ciasteczkowe potwory. Drugi będzie PiS, a do Sejmu wejdzie jeszcze szczątkowa Platforma, z kilkunastoprocentowym poparciem. No i jeden obligatoryjny poseł mniejszości niemieckiej. Nikt więcej. Kukiz i PiS utworzą rząd, z marszałkiem Kaczyńskim, premier Szydło i wicepremierem Kukizem, bądź na odwrót. Jak się wkrótce okaże, nie będzie to miało większego znaczenia.

Dopóki nowa koalicja będzie zajmować się budowaniem pomników smoleńskich, wsadzaniem do więzienia kolejnych działaczy Platformy i okolic, obietnicami rozdawnictwa finansowego i chóralnym śpiewaniem pieśni patriotycznych, dopóty wszystko będzie jakoś działać. Budżet na 2016, przygotowany w zasadzie przez Platformę, zostanie uchwalony przy wtórze płaczów, że niestety w tak krótkim horyzoncie czasowym nic nie dało się zrobić - ach, gdyby szkodliwa premier Kopacz (aktualnie w więzieniu za łgarstwa w sprawie identyfikacji zwłok) rozwiązała Sejm w czerwcu 2015, byłaby inna rozmowa. Trudno, na razie musimy obiecywać, a sprawiedliwość przyjdzie w 2017.

Potem jednak do głosu dojdzie Realne: PiS uruchomi resztki rozumu i zauważy, że przyobiecanych rzeczy nie da się zrealizować żadnymi siłami. W koalicji dojdzie do tarć, które przerodzą się w dość spektakularne kłótnie. Większość rządowa się rozpadnie. Budżet na 2017 nie zostanie uchwalony. Prezydent Andrzej Duda rozwiąże Sejm. Dojdzie do przedterminowych wyborów, w których Kukiz zyska większość bezwzględną (kosztem PiSu; poobijana Platforma mniej więcej zachowa swój stan posiadania), a może nawet konstytucyjną.

Ale to będzie dopiero początek. Jak dziesięciocentówka z profilem Joego Chipa.

niedziela, 31 maja 2015

Wybory prezydenckie tydzień temu nie tyle Andrzej Duda wygrał, ile Bronisław Komorowski przegrał.

To był majstersztyk polityczny: Jak, bez żadnej klęski czy spektakularnej wpadki, z popularnego, skutecznego, lubianego prezydenta w kilka miesięcy zrobić przegranego kandydata. Powody na pewno będą analizowane długie lata; część już wskazano, ale, moim zdaniem, jeszcze nie wszystkie.

Na początek mamy grupę przyczyn związanych z samą kampanią:

  • Sztab Komorowskiego działał bardzo kiepsko, chaotycznie.
  • Przez większą część kampanii prezydent zachowywał się tak, jakby kampania go nudziła i drażniła, bo re-elekcja mu się należała, i tyle.
  • W kampanię bardzo słabo, o ile w ogóle, włączała się pani premier, prominentni działacze i posłowie Platformy, a także jej struktury terenowe.
  • Źle się stało, że Komorowski nie miał poparcia PSL, który z dziwnych powodów wystawił własnego kandydata. Zebrał on zresztą bardzo niewiele głosów, odcinając się przy tym od Platformy i urzędującego prezydenta. W tej sytuacji nikt nie kontrował przekazu PiSu, który głównie ustami Janusza Wojciechowskiego rysował - kompletnie nieprawdziwy! - obraz apokaliptycznego upadku wsi polskiej. Ostatecznie to Andrzej Duda zdobył zdecydowaną większość głosów wiejskich, które mogły przeważyć o wyniku wyborów. (Konsekwencje braku poparcia PSLu nie są dość mocno podkreślane w dotychczasowych analizach.)
  • Zupełnie nie wypaliły jedyne dwa pomysły, jakie sztabowcy Bronisława Komorowskiego mieli na pierwszą część kampanii: próba sprowokowania PiSu do reakcji smoleńskiej (chodzi o nowe odczyty stenogramów z kokpitu Tupolewa - tak, tak, prokuratura działa wedle kalendarza ściennego, ale w kalendarzu znalazły się dni kampanii); bardzo skuteczne schowanie na czas kampanii Kaczyńskiego, Macierewicza i reszty towarzystwa było genialnym chwytem PiSu. Drugim niewypałem były państwowe uroczystości na Westerplatte z okazji rocznicy zakończenia WWII, o których chyba nikt nie słyszał.
  • Ogłoszony dzień po pierwszej turze pomysł referendum w sprawie JOWów był całkowicie chybionym objawem paniki w sztabie Komorowskiego. Raczej odebrał on prezydentowi głosy niż mu ich przysporzył.
  • Jedyny w miarę celny cios, jaki Bronisław Komorowski zadał Andrzejowi Dudzie, dotyczył blokowania etatu na UJ, ale i ta kwestia nie została przez Komorowskiego skutecznie rozegrana.

Wskazane wyżej błędy "techniczne" nie tłumaczą wyniku Komorowskiego, ale ostateczna różnica między nim a Andrzejem Dudą nie była bardzo duża: 8,1 do 8,5 mln. Dobrze poprowadzona kampania mogła była, mimo wszystko, zniwelować przewagę Andrzeja Dudy i przynieść zwycięstwo ustępującemu prezydentowi. O wyniku wyborów - bo nawet gdyby nie była to porażka, zwycięstwo byłoby minimalne - przesądziły dwa inne czynniki. 

Bronisław Komorowski został bezlitośnie zaatakowany przez nowe media elektroniczne. Przez internety, a raczej przez internautów. I nieważne, czy były to "pisowskie trolle", czy reakcja spontaniczna (zapewne było i jedno, i drugie). Nikt w Paltformie czy w sztabie Komorowskiego nie umiał na to zareagować, ba, nikt nie zrozumiał wagi tego ataku. Komorowski był atakowany za dwie rzeczy: Po pierwsze, za politykę rządu, za niespełnione obietnice i zawiedzone nadzieje związane z Platformą, za arogancję władzy, w tym ośmiorniczki Sienkiewicza, zegarek Nowaka i pozwolenie na broń Grabarczyka, za szaleństwa komorników, za deficyty w służbie zdrowia, za unikanie dyskusji z wyborcami. Platforma miała rację i w sprawie emerytur, i w sprawie sześciolatków, i w sprawie górników, miała cząstkowe racje w sprawie OFE, ale niemalże nie próbowała tych racji tłumaczyć. Zachowywała się tak, jakby mówiła "my jesteśmy władzą, my wiemy lepiej, a kto się z nami nie zgadza, ten jest głupi". Powtarzała zatem to, co robił PiS w okresie swoich rządów. Treść była inna, ale forma ta sama. Oberwał za to wszystko Bronisław Komorowski, bo był pierwszy na linii strzału.

Po wtóre, Komorowski był atakowany, ośmieszany i wyszydzany jako anachroniczny dziadek, nierozgarnięty, popełniający gafy na każdym kroku. I co z tego, że oskarżenia te były wyssane z palca? Popularne wśród młodzieży serwisy, takie jak Demotywatory czy Wiedza Bezużyteczna, wprost ociekały niechęcią do Komorowskiego. Głosowanie na Komorowskiego było tam przedstawiane jak coś obciachowego, nieskończenie głupiego. Ta niechęć w końcu zaczęła oddziaływać na media tradycyjne. Doszło do tego, że ludzie całkiem dorośli i poważni w ostatniej fazie kampanii wręcz wstydzili się napisać czy powiedzieć coś korzystnego o Bronisławie Komorowskim, nawet jeśli zamierzali na niego głosować.

No i wreszcie rzecz ostatnia, najważniejsza: Całkowicie zawiodła narracja Platformy i Bronisława Komorowskiego o Polsce jako o kraju sukcesu, który w kolejnych latach powinien pracowicie i systematycznie poprawiać swoje wskaźniki statystyczne, za co jesteśmy tak bardzo chwaleni w świecie. Tu nawet nie chodzi o to, że zwyciężyła PiSowska narracja spalonej ziemi - wcale nie zwyciężyła, może poza terenami wiejskimi, jak wyżej wspomniałem - ale narracja sukcesu przestała do ludzi przemawiać. Dlatego próba pokonania Andrzeja Dudy za pomocą argumentów merytorycznych i statystycznych okazała się nieskuteczna. Dlaczego tak się stało będzie zapewne przedmiotem wnikliwych badań socjologicznych. Do mnie przemawia diagnoza Andrzeja Rycharda, który między innymi wskazuje, że system się zamknął, że dotychczasowa obietnica rozwoju (nie sam rozwój!) wyczerpała swój potencjał, okazało się bowiem, że pewne aspiracje pozostają niezaspokojone, a dotychczasowy model awansu, przez wykształcenie, przestał działać. (Nawiasem mówiąc, z tego powodu praca dr. Andrzeja Dudy w jakiejś bardzo podłej szkole zasługuje na szczególne potępienie. Jeszcze do tego wrócę.)

W pierwszej turze głosy niechęci do Bronisława Komorowskiego poszły do Pawła Kukiza - nie dlatego, że proponował coś sensownego, ale że mówił Platformie i Komorowskiemu "wyp...", a zarazem nie był PiSem. W drugiej turze większość tych głosów przejął Duda. Kampania Andrzeja Dudy też się nie rozwijała, jego argumenty (na przykład o tym, że Komorowski chce wprowadzić euro) nie trafiały, jego zwolenicy ograniczali się do twardego jądra wyborców PiSu - do czasu, gdy okazało się, jak silna jest niechęć do Bronisława Komorowskiego, do niego jako do niego i do niego jako do eksponenta dotychczasowej władzy. Ostatecznie Andrzej Duda wygrał nie dlatego, że był Dudą, ale że był nie-Komorowskim. To ciekawe odwrócenie sytuacji, w której dotąd to Platforma wygrywała, bo była nie-PiSem. A co z tego wyniknie, na razie nie wiadomo.

Ja nie jestem dobrej myśli.

środa, 20 maja 2015

Straszenie PiSem nie działa, powiadacie.

Gdzie więc są Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Anna Fotyga, Mariusz Kamiński, Beata Kempa, Antoni Macierewicz, Krystyna Pawłowicz, Anna Sobecka, Janusz Wojciechowski, Marzena Wróbel, Zbigniew Ziobro, a przede wszystkim sam Jarosław Kaczyński? Czemu nie promują swojego kandydata, Andrzeja Dudy? Czemu publicznie nie zabiegają dla niego o głosy wyborców? Czyżby im na tej kandydaturze nie zależało?

Wręcz przeciwnie, zależy im bardzo i dlatego schowali się. Sami wiedzą, iż mają negatywny potencjał wyborczy, że mogą wyborców od tej kandydatury odstraszyć. Proszę więc pamiętać, że jeśli Andrzej Duda wygra, zwłasza zaś jeśli w wyborach parlamentarnych także wygra PiS z aktualnymi przystawkami, wszystkie te osoby wyjdą z ukrycia, pojawią się publicznie, aby zmieniać Polskę na swój obraz i podobieństwo. I nie będzie żadnej ludzkiej siły, aby je schować przez najbliższe pięć lat.

sobota, 16 maja 2015

Bronisław Komorowski jest przyzwoitym, uczciwym, odpowiedzialnym człowiekiem. Nie jest niczyim popychadłem. Trudno co prawda postrzegać go jako charyzmatycznego przywódcę, zdolnego porwać tłumy, a jego poczucie humoru dość daleko odbiega od moich gustów, ale przecież nie wybieramy prezydenta po to, aby śmiać się z jego dowcipów. 

Bronisław Komorowski lepiej od pozostałych kandydatów, a w szczeólności od swojego kontrkandydata w drugiej turze wyborów, Andrzeja Dudy, wie, co prezydent powinien robić, co może, czego nie powinien i czego nie może. Dlatego Komorowski nie składa pustych obietnic, nie głosi rewolucji, nie zapowiada zajęcia się wszystkimi szczegółowymi sprawami, nie obiecuje gruszek na wierzbie.

W normalnych czasach prezydent w polskim systemie politycznym powinien być niemalże niewidoczny. Pilnować żyrandola, podpisywać, co trzeba, mianować, kogo trzeba, przecinać wstęgi, reprezentować Polskę i roztaczać swój majestat. Prezydent powinien też dbać o zgodę wokół najważniejszych dla Polski spraw i Bronisław Komorowski starał się to robić, ale przez ostatnie pięć lat był ostentacyjnie ignorowany i wyśmiewany przez PiS, które nigdy nie pogodziło się z jego wyborem.

Ludzie mówią: "Komorowski podniósł podatki", "Komorowski podwyższył wiek emerytalny", "Komorowski znacjonalizował OFE" i tak dalej. Nieprawda. To rząd i Sejm to zrobili (a ja po raz nie wiedzieć który dodaję, że podwyższenie i zrównanie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn uważam za bardzo słuszne posunięcie). Prezydent jedynie tych ustaw nie zawetował. Mógł, ale nie zawetował. Zgodnie z konstytucją, Polską rządzi rząd i to rząd odpowiada za bieżącą politykę. Prezydent nie powinien wetować ustaw bez ważnej potrzeby, bo to utrudnia rządzenie Polską. Jeżeli rząd ma odpowiednią większość w Sejmie, może prezydenckie weto obalić, a jeśli nie ma, przygotowuje ustawy połowiczne, niepełne, tak, aby można było znaleźć sojuszników do przełamania weta. Albo trwa, akceptując stan, który skądinąd uważa za niepożądany. Podobnie, prezydent, choć ma inicjatywę ustawodawczą, zazwyczaj nie zgłasza projektów ustaw w sprawach bieżących, rutynowych, może bowiem stać się choćby to, co stało się ostatnio z ustawą krajobrazową: Prezydent Komorowski powołał zespół ekspertów, który przygotował dobrą ustawę, mającą opanować chaos reklamowy w przestrzeni publicznej. Przesłał ją do Sejmu, który wybił tej ustawie zęby (solidarnie zrobiła to i Platforma, i PiS). Zrobiło się wielkie zamieszanie, akcja medialna, pisanie petycji, w efekcie czego Senat przywrócił ustawie jej ostrze. Posłowie opamiętali się i poprawki Senatu przyjęli, wobec czego prezydent Bronisław Komorowski 15 maja podpisał ustawę.

Prezydent powinien przestać być niewidoczny, gdy coś zagraża naszej wolności. Chodzi tak o zagrożenia zewnętrzne -  nie wiemy, jak prezydent Komorowski szczegółowo reagował na kryzys ukraiński, ale zapewne nie powinniśmy tego wiedzieć; senator Bogdan Klich, były minister obrony i ekspert w sprawach bezpieczeństwa międzynarodowego, zapewnia, że prezydent Komorowski reagował wręcz wzorowo; wiemy wszakże, że nie było żadnych histerycznych oświadczeń, podbijania bębenka ani pełnego godności obrażania się na cały świat - jak i o zagrożenia wewnętrzne. Prezydent powinien wetować - lub kierować do Trybunału Konstytucyjnego - ustawy, za pomocą których rząd i aktualna większość sejmowa chcą ograniczać prawa obywatelskie. Dzięki Bogu, w mijającej kadencji nie było takiej konieczności - a może była jedna, dotycząca "poprawki Rockiego", którą prezydent skierował do TK. W żadnym razie nie twierdzę, że Polska taka, jaka jest, jest dla całego świata wzorem wolności obywatelskich: tak, niestety, nie jest. Mówię tylko, że poza "poprawką Rockiego", w sprawie której prezydent Komorowski zachował się tak, jak powinien był, nie było konieczności prezydenckiej kontry wobec antywolnościowych zakusów rządu.

A jak będzie w przyszłości?

Dla Jarosława Kaczyńskiego możliwe zwycięstwo Andrzeja Dudy byłoby jak gwiazdka z nieba, na którą chyba nawet nie liczył. Mając Dudę za prezydenta, Kaczyński nie będzie musiał zabiegać o większość konstytucyjną w jesiennych wyborach do Sejmu, co byłoby dość trudne. Kaczyńskiemu wystarczyłaby w tej sytuacji zwykła większość, nawet w jakiejś koalicji, co z kolei jest całkiem możliwe. Aby pokonać "impossybilizm prawny", Kaczyńskiemu nie będzie już potrzebna zmiana konstytucji. Wystarczą mu zwykłe ustawy, których posłuszny prezydent nie zawetuje. Zwykłe ustawy, które zrobią nam Budapeszt w Warszawie. Które krok po kroczku, okruszek po okruszku, plaseterk po plasterku odbiorą nam naszą wolność, zostawiając instytucje demokratyczne fasadowe, ale puste, czyli bez gwarancji dla praw mniejszości i bez realnej możliwości przeciwstawienia się władzy.

Może okazać się, że o to w wyborach 24 maja ostatecznie będzie chodzić: o naszą wolność.

poniedziałek, 11 maja 2015

Ruch jest wszystkim, cel niczym.
Eduard Bernstein

Bardzo nudna kampania wyborcza przyniosła bardzo ciekawe wyniki. Pierwszą turę wyborów prezydenckich wygrał Andrzej Duda. Urzędujący prezydent Bronisław Komorowski, który, jak się jeszcze kilka tygodni temu wydawało, wygraną miał w kieszeni, jest dopiero drugi. Największym zaskoczeniem jest wynik "antysystemowego" rockmana Pawła Kukiza, który zdobył 20,5% głosów. Okazało się więc, że polska scena polityczna wcale nie jest zabetonowana, że możliwa jest nowa jakość, choć z ostateczną oceną trzeba będzie poczekać do wyniku wyborów parlamentarnych. W każdym razie dobrze się stało, że sprzeciw wobec jałowości polskiej polityki, wobec rytualizacji sporów, wobec arogancji władzy (w tym także prawie-władzy, czyli PiSowskiej opozycji), znalazł swoje ujście. Do czego to doprowadzi? A, tego nie wiadomo. Sam Kukiz i jego wyborcy tego nie wiedzą. Ale może dobrze, że pojawiła się choć potencja jakiejś zmiany, mimo iż ja po sojuszu Pawła Kukiza z PiSem spodziewam się wszystkiego najgorszego.

Tymczasem jednak trzeba wybrać prezydenta w drugiej turze 24 maja. Dlatego zwracam się do wyborców Pawła Kukiza:

Drodzy Antysystemowcy!

W drugiej turze macie trzy wyjścia:

  1. Zostać w domu,
  2. Zagłosować na Bronisława Komorowskiego,
  3. Zagłosować na Andrzeja Dudę.

Wbrew temu, co rozmaici usiłują Wam wmówić, jesteście wolnymi obywatelami wolnego kraju i macie prawo zrobić, co chcecie. Nie jest to jednak tylko Wasza sprawa, bo Wasza decyzja wpłynie na losy innych, w tym moje.

Jeśli zostaniecie w domu, czyli powiecie, że jest Wam wszystko jedno, stracicie prawo do narzekania, jeśli coś będzie szło nie po waszej myśli.

Głosowaliście antysystemowo. Bronisław Komorowski, z racji pełnionego urzędu, z racji swoich poglądów, swojej historii politycznej a nawet wyglądu, jest ucieleśnieniem systemowości. Jego wady, ale także zalety, są wszystkim znane. Chcę wszakże zwrócić uwagę, że pan Andrzej Duda, człowiek bez właściwości, też jest systemowy aż do bólu.

Nie wiadomo, czy Andrzej Duda ma jakieś poglądy polityczne, głosi bowiem takie, jakie mają jego aktualni przełożeni. Andrzej Duda był kiedyś członkiem Unii Wolności (z mojego punktu widzenia to nie jest obciążeniem, wręcz przeciwnie), którą błyskawicznie porzucił, gdy tylko zorientował się, że konfitury są gdzie indziej. Najpierw został urzędnikiem w Ministerstwie Sprawiedliwości za czasów Zbigniewa Ziobry, potem ministrem w kancelarii Lecha Kaczyńskiego, później  posłem PiS, obecnie jest europosłem tej partii. Nawiasem mówiąc, od wielu tygodni pan eurodeputowany Duda nie zajmuje się pracą w Parlamencie Europejskim, tylko kampanią wyborczą w Polsce. Ale pieniądze z europarlamentu bierze.

Publicznie znane są tylko dwa osiągnięcia pana Andrzeja Dudy jako prezydenckiego eksperta do spraw prawnych:

  • Przygotowywał dokumenty do ułaskawienia (w trybie prezydenckim) wspólnika biznesowego zięcia Lecha Kaczyńskiego, skazanego za wyłudzenia. Tu ciekawa rzecz, ostateczny dokument, na podstawie którego Lech Kaczyński podpisał akt łaski, zaginął. Ówcześni pracownicy Kancelarii Prezydenta powiadają, że dokument ten przygotował i podpisał Andrzej Duda. On sam tego nie pamięta, ale powiada, że byłby podpisał, bo takie były "wytyczne prezydenta Lecha Kaczyńskiego".
  • Pan Andrzej Duda przygotowywał ekspertyzy, na podstawie których prezydent Lech Kaczyński odmówił podpisania i skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę oddającą SKOKi pod nadzór bankowy. W ostatecznej ekspertyzie podpisanej przez Dudę, znalazły się bardzo obszerne fragmenty ekspertyzy anonimowej, ale dostarczonej Dudzie przez przedstawicieli SKOKów. Andrzej Duda uprawiał więc nielegalny lobbying na rzecz bardzo bogatego przedsiębiorcy, który na skutek opóźnienia wejścia w życie tej ustawy, uwłaszczył się na wielomilionowym majątku SKOKów, część wyprowadzając za granicę. Przedłużający się brak nadzoru bankowego nad SKOKami umożliwił także gigantyczne oszustwa w SKOK Wołomin, za które płacić teraz musi Bankowy Fundusz Gwarancyjny, czyli ostatecznie wszyscy klienci banków. Oczywiście SKOKi cały czas popierały Lecha i Jarosława Kaczyńskich, a teraz Andrzeja Dudę.

Obecnie jednym z najpoważniejszych sporów toczących się w Polsce jest ten o rolę Kościoła Katolickiego w polskiej polityce. Prezydent Bronisław Komorowski, choć sam jest katolikiem, podpisał konwencję o zwalczaniu przemocy domowej i popiera prace nad ustawą o zapłodnieniu in vitro, wszystko wobec strasznych ataków Kościoła, z groźbą ekskomuniki włącznie. Natomiast Andrzej Duda podpisanie konwencji krytykował, dopatrując się w niej treści ideologicznych obcych polskiej tradycji i kulturze. Jeśli chodzi o zapłodnienie in vitro, to kandydat Duda, wówczas poseł PiSu, podpisał się pod projektem ustawy karzącej zastosowanie tej metody więzieniem. Później, już jako kandydat na prezydenta, podkreślał, że jego poglądy są zgodne z poglądami Episkopatu, by wreszcie pod wpływem zmiany nastrojów publicznych ogłosić, że jest "za in vitro, ale bez zamrażania zarodków". Swoje przemówienia wyborcze wygłasza stojąc u stóp ołtarzy, ale nie przeszkadza mu to w korzystaniu z komórki w kościele. 

Teraz więc Andrzej Duda łagodnieje, bo musi starać się o poparcie wyborców o umiarkowanych poglądach, ale po ewentualnej wygranej jego poglądy znów staną się zgodne z poglądami Episkopatu. No, chyba żeby okazało się, że radykalni antyklerykałowie dostarczają mocniejszego poparcia politycznego: Wtedy Andrzej Duda, idealny oportunista, przerzuci się na nich bez mrugnięcia okiem.

Drodzy Antysystemowcy, 24 maja zrobicie to, co uznacie za słuszne. Ale dobrze się nad tym zastanówcie!

 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Michał Olszewski w niedawnym komentarzu w krakowskiej Gazecie Wyborczej biada nad stanem komunikacyjnej klęski, jaki pojawił się w centrum Krakowa po wyłączeniu fragmentu ulicy Podwale na skutek remontu.

Samochody zatkały Garbarską, Dolnych Młynów, Garncarską, Rajską, Lubicz, Krowoderską i Łobzowską. To już nie jest korek, to kataklizm. [...] Jeśli lawinową reakcję wywołało wyjęcie jednego fragmentu asfaltu [...], oznacza to, że jeszcze przed remontem system komunikacyjny funkcjonował na granicy wytrzymałości. Wystarczyło wyjęcie jednego elementu, by zawalił się z hukiem silników i w smrodzie spalin. Wpadliśmy we własne sidła, ponieważ samochodów przybywało tak długo, że niewidzialna granica została przekroczona. Wypełnialiśmy autami Kraków tak długo, że w końcu wypełnił się po brzegi.

Artykuł ilustrowany jest zdjęciem zatkanej ulicy Studenckiej. Ktoś inny wrzucił do internetów film pokazujący zakorkowany na głucho Plac Biskupi.

Olszewski zdaje się sądzić, że w Krakowie samochodów jest tak wiele, że fizycznie zaczyna dla nich brakować miejsca. To trochę naiwne. Odwrotny efekt obserwujemy w czasie ferii szkolnych, gdy po mieście nagle zaczyna się jeździć rewelacyjnie. Ludzie się dziwują: Popatrz, jak wiele osób wozi dzieci samochodami do szkoły, są ferie i ile samochodów ubyło!

To nie tak. Aby lepiej zrozumieć te zjawiska, trzeba popatrzyć się na nie okiem fizyka. Fizycy, owszem, zajmują się modelowaniem ruchu samochodowego: Z punktu widzenia fizyki ruch samochodowy do układ oddziałujących cząsteczek poddany więzom. Przy czym oddziaływanie nie polega na tym, że samochody się zderzają, ale na tym, że się nie zderzają: dwie cząsteczki nie mogą zajmować tej samej przestrzeni. Jest to oddziaływanie typu wyłączonej objętości, silnie nieliniowe. Od dawna wiadomo, że w układach takich mogą występować przejścia fazowe. W wypadku ruchu samochodowego jest to przejście od przepływu laminarnego do przeciążenia (congestion) sieci drogowej, manifestującego się korkami, czyli stanami, w których lokalnie ruch staje się niemożliwy. Parametrem kontrolnym jest gęstość pojazdów uczestniczących w ruchu (w uproszczeniu, liczba pojazdów na kilometr drogi).

Występowanie opisanych powyżej efektów - zamknięcie niewielkiego fragmentu ulicy generuje olbrzymie korki; gdy stosunkowo niewiele samochodów przestaje uczestniczyć w ruchu, układ przechodzi do fazy laminarnej - oznacza, że Kraków, przy istniejącej sieci drogowej, zbliża się do stanu krytycznego (termin techniczny), do obszaru przejścia fazowego. W obszarze krytycznym nawet niewielka zmiana gęstości może powodować bardzo duże efekty. Co więcej, przy zbliżaniu się do stanu krytycznego, korelacje mogą mieć bardzo duży zasięg i datego widzimy korki nawet całkiem daleko od Podwala. Nie jest to spowodowane tym, że na Podwalu normalnie mieściło się bardzo dużo samochodow, które teraz nie mają się gdzie podziać, ale nieliniową dynamiką ruchu ulicznego. Odwrotnie, gdy w czasie ferii szkolnych ruch samochodowy się uspokaja, nie musi to oznaczać, że tak dużo samochodów wycofało się z ruchu, ale że nawet niewielki ubytek w liczbie uczestników powoduje znaczne oddalenie się od stanu krytycznego, od fazy przeciążenia.

Rozwiązaniem problemów komunikacyjnych Krakowa powinno być usprawnienie komunikacji zbiorowej. Z tym jednak Kraków ma problemy. Miasto z jednej strony werbalnie zachęca do korzystania z tramwajów i autobusów, z drugiej w praktyce do tego zniechęca, ciągle zmieniając trasy poszczególnych linii, skracając linie i zmniejszając liczbę kursów. Ciągle nie ma chęci do budowy porządnej sieci parkingów P&R, słabo wykorzystywane są lokalne linie kolejowe (trzeba by je wyremontować, bo są w kiepskim stanie), niektóre osiedla są bardzo kiepsko skomunikowane z centrum, za to miasto a to chce budować kolejne parkingi blisko ścisłego centrum, a to szerokie ulice wprowadzające ruch samochodowy do środka miasta. A tymczasem w centrum autobusy, a już szczególnie tramwaje... grzęzną w korkach.

Wracając do obecnego stanu, remont na Podwalu zaczął się kilka dni temu. Możliwe, że problem korków po części rozwiąże się "sam", to znaczy kierowcy nauczą się efektywnego korzystania z tras alternatywnych. Mówiąc w języku naukowym, układ znajdzie nową równowagę Nasha, na co w wypadku układów rzeczywistych po prostu trzeba trochę czasu.