Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Prezydent Andrzej Duda podpisał PiSowską ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Tak więc skończyła się w Polsce wolność i demokracja.

Dlaczego skończyła się wolność i demokracja? Co się takiego stało, jakie wolności zostały zagrożone? Posłużę się przykładem: Jeśli popsujemy komuś hamulce w samochodzie, to sam ten czyn jeszcze nie wyrządzi krzywdy pasażerom i kierowcy - teoretycznie możliwe jest, że samochód przejedzie całą drogę bez wypadku. Możliwe, ale bardzo mało prawdopodobne. Przestępca uszkadzający hamulce robi to po to, aby nie zapobiegły one wypadkowi, bezpośrednio spowodowanemu przez coś innego. I drugi przykład, autorstwa jednego z komentatorów poprzedniego wpisu: Jeśli uzbrojony osobnik w banku woła do ochroniarzy "Rzućcie broń!", to spodziewamy się, że za chwilę dokona rabunku, choć teoretycznie jest możliwe, że będzie chciał na przykład wpłacić 500 zł na głodne dzieci, a tylko nie lubi, jak mu się faceci z bronią za plecami wałęsają.

PiS będzie mógł teraz robić co będzie chciał. Co Jarosław Kaczyński będzie chciał. Nie ma już mechanizmów prawnych, które mogłyby ich powstrzymać. Ustawa o policji, dająca nieograniczone i niekontrolowane prawo do inwigilacji obywateli, już jest zapowiedziana. Zapowiedziane jest połączenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, co da bezpośrednią możliwość politycznego wpływania na prowadzone śledztwa; dla porządku dodam, że w tym wypadku PiS jest uczciwy w tym sensie, że tę akurat zmianę zapowiadał. Dalej należy się spodziewać podporządkowania rządowi mediów (to też zapowiadali), sądów powszechnych, a w końcu zmiany ordynacji - zapewne na wzór węgiersko-turecki, gerrymandering i prohibitywnie wysokie progi wyborcze - aby zapewnić PiSowi zwycięstwo w następnych wyborach, z zachowaniem fasadowych, pozornych instytucji i procedur demokratycznych.

Dr Andrzej Duda miał ostatnią szansę zachować się jak prezydent, jak strażnik konstytucji, na wierność której przysięgał. Jak człowiek mężny. Jak przywódca starający się łagodzić spory, stający ponad podziałami politycznymi, rozwiewający najmniejsze wątpliwości odnośnie do stosowania ustawy zasadniczej: mógł odesłać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, a przynajmniej poczekać na opinię Komisji Weneckiej (nawet pomijając to, że kolejny wybitny inaczej minister, Witold Waszczykowski, wysłał Komisji Weneckiej nieaktualny projekt). Zamiast tego dr Andrzej Duda stał się trzeciorzędnym sługusem prezesa swojej partii. Głuchy na głos bodaj wszystkich liczących się gremiów prawniczych w Polsce, opowiedział się po jednej stronie sporu, okazując pogardę politycznym przeciwnikom Jarosława Kaczyńskiego.

Z szacunku, jaki żywię dla urzędu prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, stwierdzam, że pan dr Andrzej Duda zajmuje co prawda to stanowisko i pewnie będzie je zajmował jeszcze przez długie lata, ale prezydentem nie jest. I nie powinien być tak tytułowany.

Pan dr Andrzej Duda swoją prezydencką przysięgę zakończył słowami "Tak mi dopomóż Bóg!". Jak widać, Bóg opuścił Andrzeja Dudę. Panu Andrzejowi Dudzie nie pozostaje więc nic innego, jak podejść do okna Pałacu Prezydenckiego i rzucić okiem na Polskę, którą właśnie traci.

niedziela, 20 grudnia 2015

Pani premier Beata Szydło, a z nią cała reszta PiSu, powtarza, że Platforma Obywatelska złamała konstytucję w sprawie wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Trzeba w tym miejscu uczynić dwie uwagi.

Po pierwsze, zagranie nie fair przez jedną osobę w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, że przeciwnik gra jeszcze bardziej nie fair.

Po drugie i ważniejsze, w sprawie Trybunału Konstytucyjnego Platforma nie złamała konstytucji. Dopóki istnieje możliwość faktycznej konstytucyjnej kontroli, unieważnienia i odwrócenia skutków działań niezgodnych z konstytucją, dopóty nie ma mowy o złamaniu konstytucji. Uchwalenie ustawy niezgodnej z konstytucją jest błędem, który rzecz jasna należy naprawić i dlatego prezydent, odpowiednio liczna grupa posłów i inne organa państwa mają możliwość zaskarżenia podejrzewanej o niekonstytucyjność ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Taka jest procedura. Wszystkim Sejmom zdarzało się uchwalać ustawy, które potem Trybunał Konstytucyjny obalał w całości lub w części. Nikt tych Sejmów nie oskarżał o łamanie konstytucji, a jedynie o uchwalanie niekonstytucyjnego prawa. Nie, to nie to samo. Na przykład PiS w czasie swoich pierwszych rządów uchwalił ustawę lustracyjną, którą Trybunał później zakwestionował. Nikt w związku z tym nie mówił, że PiS złamał konstytucję, a jedynie, że uchwalił niekonstytucyjną ustawę. PiS zresztą się tamtemu wyrokowi grzecznie podporządkował, choć sarkał.

Platforma i PSL uchwaliły ustawę, która okazała się częściowo niezgodna z konstytucją i na jej podstawie dokonała nieprawidłowego, jak się okazało (choć można to było z góry podejrzewać), wyboru dwóch sędziów. PiS i prezydent Duda mieli możliwość zaskarżenia wadliwej, ich zdaniem, ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, i to jeszcze przed kontrowersyjnym wyborem nowych sędziów. Mieli możliwość, ale z niej nie skorzystali. Ba, posłowie PiS złożyli nawet stosowny wniosek do Trybunału, ale potem sami go wycofali z powodów czysto politycznych, zorientowawszy się, że utrzymywanie sytuacji niejasnej prawnie będzie dla nich bardziej opłacalne. Ustawę - własną ustawę! - ostatecznie zaskarżyli posłowie Platformy, aby Trybunał mógł potwierdzić, że trzech sędziów zostało wybranych prawidłowo, natomiast wybór dwóch należy powtórzyć.

Rekapitulując, Platforma i PSL uchwalili ustawę częściowo niekonstytucyjną, ale była możliwość skutecznego jej zakwestionowania. PiS nie chciał z tej możliwości skorzystać. Platforma zachowała się nieelegancko, próbując wybrać więcej sędziów, niż miała do tego prawo - w tym zakresie można mówić, że Platforma spróbowała wykonać "skok na Trybunał". Wreszcie Platforma zachowała się głupio, dając PiSowi pretekst do prowadzenia eskalujących działań odwetowych.

PiS natomiast łamie konstytucję, stara się bowiem uniemożliwić konstytucyjną kontrolę swych poczynań.

  • Prezydent Duda, marszałek Kuchciński i prokurator-poseł Piotrowicz uzurpują sobie prawo do orzekania o konstytucyjności ustaw. Nie do wypowiadania opinii, do czego mieliby prawo, ale do orzekania w sposób wiążący, rodzący skutki prawne.
  • Prezydent Duda odmówił zaprzysiężenia sędziów wybranych przez poprzedni Sejm, także tych prawidłowo wybranych. Podtrzymał odmowę nawet po publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego, nakazującego zaprzysiężenie tej trójki. Prezydent Duda w ten sposób uzurpuje sobie prawo do współdecydowania o obsadzie Trybunału, podczas gdy konstytucja jedynie nakazuje mu przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm. Te działania prezydenta Dudy - a także inne, równie skandaliczne czyny marszałka Kuchcińskiego, minister Kempy i pozostałych - może osądzić tylko Trybunał Stanu. I osądzi. Nie w tej kadencji, może nawet nie w następnej, ale osądzi na pewno. Chwilowo jednak państwo jest bezradne wobec niekonstytucyjnych czynów najwyższych funkcjonariuszy państwowych.
  • Sejm, głosami PiS i Kukizowców, w sposób urągający wszelkim standardom (zasada niedziałania prawa wstecz, zasada nieusuwalności sędziów TK zapisana w konstytucji expressis verbis, brak podstawy prawnej - domniemanie konstytucyjności przepisów, na podstawie których zostali oni wybrani) unieważnił dokonany przez poprzedni Sejm wybór całej piątki sędziów, nie czekając na wyrok TK w sprawie prawidłowości tamtego wyboru. PiS twierdzi, że uchwały, w przeciwieństwie do ustaw, nie podlegają ocenie TK. Gdyby zgodzić się z tym stanowiskiem - co nie jest wcale oczywiste, Trybunał bowiem "orzeka o zgodności z konstytucją ustaw i innych aktów normatywnych" - oznaczałoby to, że PiSowska większość w Sejmie może zrobić wszystko w drodze rodzących realne skutki prawne uchwał i nie podlega żadnej kontroli ze strony Trybunału.
  • Sejm, głosami PiSu, wybrał osoby, które nazywa nowymi sędziami Trybunału Konstytucyjnego, prezydent zaś natychmiast, w środku nocy, je zaprzysiągł.  Sejm zrobił to na bardzo wątpliwej podstawie prawnej: Po pierwsze, sama sprawa istnienia wakatów w składzie Trybunału była wątpliwa. Po drugie, Sejm oparł się na tej samej ustawie, którą chwilę temu przedstawiciele PiSu uznali za niekonstytucyjną. Po trzecie, PiS zignorował postanowienie TK zobowiązujące (w sposób wiążący) Sejm do powstrzymania się od dokonania wyboru do czasu, aż Trybunał rozstrzygnie o konstytucyjności dotychczasowych przepisów. Z tych samych powodów wątpliwe prawnie było zaprzysiężenie tych osób przez prezydenta. PiS oczywiście twierdzi, że pomimo tych wszystkich wątpliwości, wybór nowych sędziów, który dokonany został w formie uchwały, nie może podlegać kontroli ze strony TK. W tej sytuacji okolicznościami drugorzędnymi jest to, że sama procedura wyboru nowych sędziów przebiegała w sposób skandaliczny, uniemożliwiający jakąkolwiek dyskusję nad zgłoszonymi kandydaturami, a także fakt, iż co najmniej trzy z nowowybranych osób mają wątpliwe kwalifikacje merytoryczne i moralne do sprawowania funkcji sędziów Trybunału. Mandat PiSowskiej piątki sędziów jest wątpliwy i wyroki wydane z ich udziałem mogłyby w przyszłości być podważane.
  • PiS próbował nie dopuścić do publikacji - a więc wejścia w życie - niekorzystnych dla siebie wyroków TK, to jednak było szyte tak grubymi nićmi, że im się nie udało.
  • PiS różnymi chwytami proceduralnymi próbuje, na razie bezskutecznie, uniemożliwić pracę Trybunału. Obecnie PiS przygotował zupełnie nową ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, de facto paraliżującą jego prace. Mimo miażdżących opinii Sądu Najwyższego i innych instytucji, PiS zapewne ją uchwali, wprowadzając możliwie najkrótsze vacatio legis, co zmusi Trybunał do oceniania konstytucyjności nowej ustawy pod rygorami tejże nowej ustawy. To zaś praktycznie przesądza, iż Trybunał nie zdoła ustawy obalić. (Ale nie stwierdzi też jej zgodności z konstytucją - sprawa zawiśnie więc w próżni prawnej.) Prezydent Andrzej Duda będzie miał ostatnią - ostatnią! - szansę na stanięcie ponad logiką rozgrywki partyjnej, kierując nową ustawę do TK przed jej podpisaniem. To bowiem spowoduje, że Trybunał będzie oceniał konstytucyjność ustawy na podstawie obecnie obowiązujących przepisów.

Jak zatem widzimy, jest zasadnicza różnica pomiędzy działaniami Platformy i PSL w poprzedniej kadencji, a działaniami PiS w obecnej. Wadliwą ustawę Platformy i PSL można było skutecznie zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego, PiS natomiast robi wszystko, aby ich działania kontroli konstytucyjnej nie podlegały. W skrajnych przypadkach PiS po prostu ignoruje niekorzystne dla siebie wyroki i postanowienia TK. Mamy większość sejmową i co nam, k..., zrobicie?

wtorek, 15 grudnia 2015

Od wielu lat uważam Jarosława Kaczyńskiego za antykomunistycznego bolszewika.

Kaczyński mentalnie ukształtował się w czasach Władysława Gomułki i tak już mu zostało. W jego przemówieniach często słychać retorykę towarzysza Wiesława, a ostatnio nawet Józefa Cyrankiewicza, mianowicie gdy na urodzinach Radia Maryja powiedział, iż 

Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę.

Co jednak najważniejsze, Jarosławowi Kaczyńskiemu nie przeszkadza i nigdy nie przeszkadzało główne założenie władzy komunistycznej, że oto siła rządząca ma prawo narzucać ogółowi jedynie słuszną rację. Przeszkadzała mu treść - komunizm - nie przeszkadzała istota - to, że rządzący mają prawo narzucać społeczeństwu obowiązujący sposób myślenia, gdyż rządzący z jakichś metafizycznych powodów - działania Weltgeista, obiektywnych praw historii czy też błogosławionego zrządzenia Opatrzności Bożej ("We mnie jest czyste dobro") - wiedzą lepiej. Różnica jest jedynie taka, że zamiast komunizmu mamy ideologię narodową podlaną katolicyzmem, czy też raczej tym, co się Kaczyńskiemu i - niestety - znacznej części instytucjonalnego Kościoła w Polsce katolicyzmem wydaje. Samego faktu istnienia obowiązującego sposobu myślenia, obowiązującej ideologii czy obowiązującej polityki historycznej Kaczyński nie kwestionuje.

Jarosław Kaczyński nie jest i nigdy nie był demokratą. W tym roku PiS uzyskał w wyborach demokratyczny mandat do sprawowania władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ja uważam, że wyborcy zbłądzili powierzając władzę tej partii, ale sam fakt, iż mogli dokonać wyboru, uważam za wielką wartość. Kaczyński - nic z tych rzeczy. Gdy w wyniku przedterminowych wyborów stracił władzę w 2007, zamiast pogodzić się z wolą wyborców, twierdził, a co najmniej sugerował, że przegrał na skutek spisków i ukrytych machinacji. O Bronisławie Komorowskim twierdził, że prezydentem został wybrany "przez przypadek". Gdy w zeszłym roku PiS nie wygrał wyborów samorządowych, Jarosław Kaczyński wprost oświadczył, że zostały one sfałszowane, choć nie miał po temu żadnych podstaw. Dla Kaczyńskiego demokratyczne wybory to proces, dzięki któremu mógł zdobyć władzę, ale szacunku dla prawa do wyboru nie ma za grosz. Teraz cynicznie oszukuje nawet własnych wyborców. W kampanii wyborczej na twarz PiSu kreowana była pani Beata Szydło, o której już w czasie ustalania składu "jej" gabinetu widać było, że nie ma nic do powiedzenia, teraz zaś pokazuje się jako osoba całkowicie pozbawiona jakiejkolwiek własnej pozycji i inicjatywy. Andrzej Duda, który przedstawiał się jako młody i dynamiczny kandydat do urzędu prezydenta, a po zaprzysiężeniu - nieudolnie, ale jednak - zapowiadał odbudowę poczucia wspólnoty, teraz - być może ku swemu wielkiemu przerażeniu - został skutecznie zredukowany do roli trzeciorzędnego funkcjonariusza partyjnego. Z programu wyborczego PiS ostały się tylko rujnujące budżet obietnice socjalne, których realizację PiS wciąż zapowiada, a nawet zaczął się za nie zabierać, ale tak, by je rozwodnić, sprawiając wrażenie, że daje się wszystko, co się zapowiedziało, a nawet jeszcze więcej, choć w istocie daje się mniej. Tego, co Kaczyński naprawdę po wyborach robi - atak na Trybunał Konstytucyjny, całkowite podporządkowanie sobie służb specjalnych wedle kryterium smoleńsko-lojalnościowego (akurat tego można się było spodziewać i w tym zakresie nie jestem zaskoczony), marginalizacja parlamentarnej opozycji, powrót Zbigniewa Ziobry do Ministerstwa Sprawiedliwości, powrót haniebnie ułaskawionego Mariusza Kamińskiego do służb specjalnych, mianowanie Antoniego Macierewicza Ministrem Obrony Narodowej, zapowiedzi ideologizacji oświaty, a nawet zapowiedzi likwidacji gimnazjów, wyborczy program PiS nie zapowiadał, a jeśli zapowiadał (jak w przypadku gimnazjów), to w sposób marginalny i ukryty.

Z czasów gomułkowskich Jarosław Kaczyński przejął też koncepcję jednolitej władzy państwowej. PRLowska konstytucja głosiła, że Sejm jest najwyższą władzą w Polsce. Obecna Konstytucja niczego takiego nie mówi, ale PiS, czy to ustami pomniejszych funkcjonariuszy, czy ustami tytularnego prezydenta Dudy, wprost do tej PRLowskiej doktryny nawiązuje.  Coraz wyraźniej widać też, że podobnie jak w PRLu mamy instytucje fasadowe: Radę Państwa z Henrykiem Jabłońskim, Radę Ministrów z Piotrem Jaroszewiczem, ale naprawdę o wszystkim decydowała wola I Sekretarza, który w dodatku nie ponosił odpowiedzialności za swoje decyzje, gdyż formalnie żadnej eksponowanej funkcji nie pełnił. Tak jest i dzisiaj, tylko zamiast Jabłońskiego mamy Dudę, zamiast Jaroszewicza Szydło, a zamiast I Sekretarza Prezesa.

W przemówieniach, politycznej retoryce i publicznych wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego i jego przybocznych mamy ciągłe dzielenie obywateli, przepraszam, zwykłych Polaków, na lepszych i gorszych, przy czym ci gorsi są albo zdrajcami, albo ludźmi ograniczonymi umysłowo. Mamy wciąż szukanie wrogów. Mamy ciągoty do wprowadzenia cenzury, na razie obyczajowej. Mamy dominację ideologii nad pragmatyką. Mamy nieustanne powoływanie się na wolę Narodu, której emanacją jest obecna większość sejmowa. Dlatego PiS, choć tak naprawdę głosowała na niego mniejszość, uważa się za wyraziciela interesów wszystkich zwykłych Polaków, poza, rzecz jasna, zaprzańcami i ludźmi niespełna rozumu.

To są poglądy bolszewickie. To jest bolszewicki sposób myślenia. Dlatego Jarosław Kaczyński jest antykomunistycznym bolszewikiem. Antykomunistycznym, gdyż komunizm odrzuca. Bolszewikiem, gdyż bez zastrzeżeń przyjmuje bolszewicki sposób myślenia, bolszewicki model instytucji państwowych i bolszewicką retorykę. Czas pokaże, czy skłoni się także do bolszewickich metod.

Sir Karl Raimund Popper, gdyby żył i gdyby zajmował się pomniejszymi dyktatorami, bez wątpienia zaliczyłby Jarosława Kaczyńskiego do wrogów społeczeństwa otwartego. Byłaby to zresztą dla Kaczyńskiego swoista nobilitacja.

Są jednak sytuacje, w których Jarosław Kaczyński przekracza sam siebie. Może się chwilowo dekompensuje? Tak było kilka dni temu w wywiadzie dla TV Republika. (Niechętnie linkuję ten portal, potencjalnie zwiększając im klikalność, ale nie chciałbym, aby ktoś mnie oskarżył o przeinaczanie słów Kaczyńskiego.) Powiedział on tam mianowicie, że

Niemcy są nam winni bardzo dużo w każdym wymiarze, począwszy od moralnego, a skończywszy na ekonomicznym. Rachunek krzywd jest ogromny. Od wojny te sprawy nie zostały wyjaśnione, a w sensie prawnym są aktualne.

Jarosław Kaczyński jest złym, chorym z nienawiści, niebezpiecznym człowiekiem. Groźnym dla Polski. Jedną z ostatnich rzeczy, jakich Polska potrzebuje, jest wywoływanie konfliktu z Niemcami.

Gorsze byłoby tylko wywoływanie otwartego konfliktu z Rosją. Pożyjemy, zobaczymy? Nawiasem mówiąc, dywagacje Antoniego Macierewicza na temat sprowadzenia broni jądrowej na teren Polski musiały wzbudzić euforię w Moskwie. Tamtejsza propaganda, przejąwszy zresztą tę tezę od propagandy sowieckiej, od dawna głosi, że NATO chce Rosję okrążyć i ma wobec niej agresywne zamiary. Głośno wyrażane nuklearne marzenia polskiego rządu, znanego w całej Europie ze swojej graniczącej z paranoją rusofobii, są jedynie potwierdzeniem tego twierdzenia.

Zauważmy przy okazji, że choć Kaczyński powołuje się na Kościół Katolicki, wypomina "rachunek krzywd", jaki Niemcy mają wobec Polski, który "od wojny nie został wyjaśniony". Tym samym Jarosław Kaczyński odżegnuje się od listu biskupów polskich do biskupów niemieckich "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". To także jest język Władysława Gomułki.

Na zakończenie oznajmię rzecz trywialną: W oczach Jarosława Kaczyńskiego z całą pewnością należę do najgorszego sortu Polaków. I jestem z tego dumny.

sobota, 14 listopada 2015

Jedno jest pewne: Skutkiem wczorajszych zamachów w Paryżu będzie wzrost nastrojów antyislamskich w Europie, jeszcze większy sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców i wzrost znaczenia radykalnych partii nacjonalistycznych. We Francji Front Narodowy zapewne wygra kolejne wybory, w Polsce jeszcze bardziej wzrośnie popularność PiSu, a śladowy - na razie - Ruch Narodowy zyska rangę węgierskiego Jobbiku. Zarazem spadnie znaczenie uniwersalnych praw człowieka, policja we wszystkich krajach będzie domagać się jeszcze większych uprawnień do kontrolowania obywateli, jedne kraje będą mieć coraz więcej pretensji do drugich - mówiąc w uproszczeniu, my do Zachodu, że chce nas islamizować i skazywać na ryzyko zamachów terrorystycznych, Zachód do nas, że nawet palcem nie kiwniemy, aby rozwiązać kryzys migracyjny i kryzys na Bliskim Wschodzie. Swoboda podróżowania w strefie Schengen zaniknie lub zostanie mocno ograniczona. Wzrośnie wzajemna nieufność pomiędzy państwami europejskimi, tymi zachodnimi też. Europa zostanie osłabiona.

I to będzie dokładnie to, o co terrorystom chodzi.

Tylko silna, zjednoczona Europa, będzie w stanie przeciwstawić się zagrożeniom, zresztą nie tylko ze strony Państwa Islamskiego, ale i zagrożeniom ekologicznym, demograficznym i gospodarczym, a także zagrożeniom ze strony Rosji. To prawda, na razie Europa nie ma pomysłu na rozwiązanie tych kryzysów, co więcej, kieruje się krótkowzroczną logiką doraźnych interesów - czy to w sprawie uchodźców, czy to w sprawie kryzysu greckiego (ktoś jeszcze o tym pamięta?), czy "działań mitygacyjnych" przeciwko globalnemu ociepleniu, czy na potęgę handlując z krajami całkiem otwarcie wspierającymi terroryzm - ale jeśli się podzieli, nie będzie mieć ich tym bardziej. Ani pomysłów, ani sposobów na ich ewentualną realizację.

Tymczasem u nas jeden PiSowski idiota  mówi, że 

Polska nie widzi politycznych możliwości wykonania decyzji o relokacji uchodźców

podczas gdy nic nie wskazuje na to, aby zamachowcy z Paryża byli uchodźcami, czy też raczej przybyli podając się za uchodźców, ukrywając się wśród nich. Przeciwnie, jak - na razie nieoficjalnie - mówią francuskie służby, byli to obywatele francuscy, przynajmniej niektórzy z nich, wychowani we Francji, ale wyszkoleni przez ISIS, którzy wrócili tu, aby dokonać zamachów. Inny rzekomo miał syryjski paszport, ale to mogłoby świadczyć, że wjechał do Francji oficjalnie. Uchodźcy uciekają z Bliskiego Wschodu do Europy właśnie przed takimi ludźmi, jak paryscy zamachowcy. A Witold "nie zabijajcie nas" Waszczykowski, przyszły minister spraw zagranicznych, mówi

już słyszę od rana dyskusję tego oszalałego lewactwa, które nam tłumaczy że to my jesteśmy winni, że to państwa zachodnie są winne, to myśmy nie stworzyli warunków do życia, do integracji dla tych ludzi, że jeśli oni są na tyle sfrustrowani, że sięgają po kałasznikowa, po pasy szahida, to na pewno są jakieś błędy w naszym społeczeństwie.

Więc myśli pan, panie ministrze, że z nami jest wszystko w porządku, że we Francji, Wielkiej Brytanii, Polsce, Niemczech czy innych krajach nie ma ani śladu rasizmu i nietolerancji? Gratuluję samopoczucia.

Ale lewica też nie jest bez winy. I nie mam tu na myśli lewicy polskiej, z kuriozalną wypowiedzią Leszka Millera, lecz lewicę europejską. To ona powinna znaleźć odpowiedź na spodziewany wzrost nastrojów nacjonalistycznych i prawicowych. Ale to znaczy, że lewica sama musi zrewidować swoje myślenie. To prawda, że w Europie jest mnóstwo nietolerancji i rasizmu, ale nie każda krytyka muzułmańskich imigrantów (także imigrantów w drugim, trzecim pokoleniu) za brak poszanowania dla naszych praw i naszej kultury jest oznaką rasizmu. Nie każda krytyka wyłudzania pomocy socjalnej bierze się z ksenofobii czy zwierzęcego neoliberalizmu. Fanatyzmy i fundamentalizmy religijne (czy to islamskie, czy to katolickie, czy to jakiekolwiek inne) są złe i szkodliwe, niewłaściwe jest tuszowanie przestępstw w imię źle pojętej solidarności religijnej (czy narodowej), a uzurpowanie sobie przez jakąkolwiek religię uprzywilejowanej pozycji w państwie jest niedopuszczalne, ale religie jako takie nie zasługują ani na potępienie, ani na wyśmiewanie. Warunki życia w krajach ogarniętych wojnami i w przeludnionych, biednych obozach dla uchodźców są fatalne, ale to nie znaczy, że do Europy może przyjechać dosłownie każdy, kto sobie tego zażyczy. Trzeba wreszcie przyznać, że skoro to islamiści, znacznie częściej, niż jakiekolwiek inne grupy, w odpowiedzi na doznane krzywdy - niekiedy urojone, niekiedy wyolbrzymione, ale niekiedy bardzo prawdziwe - sięgają po bombę i AK-47, kierując furię przeciw Bogu ducha winnym ludziom, to zapewne w ich kulturze jest coś, co ich do tego skłania.

Nie wiem, jakie lewica znajdzie odpowiedzi, ale życzę i sobie, i Polsce, i Europie, żeby znalazła je jak najszybciej. I żeby były adekwatne do wyzwań, przed jakimi wszyscy stoimy.

wtorek, 03 listopada 2015

Prof. Piotr Gliński zapowiada likwidację gimnazjów. Mówi, że ich wygaszanie "jest przesądzone". Proszę mi przypomnieć, kiedy i który z najważniejszych liderów PiS mówił o tym w kampanii wyborczej? Czy ważna reforma systemu oświaty była tematem kampanijnych dyskusji? Wydaje mi się, że nie. Jest to więc typowe zachowanie PiSu: zwodzą ludzi obietnicami socjalnymi, żeby na nich głosowali, a potem zabierają się za coś, co jest dla nich ideologicznie ważne, a o czym milczeli.

Oczywiście można pomyśleć, że z tego, że coś zapowiada profesor Gliński, niewiele wynika. Gdyby to powiedział pan Kaczyński, szanse na wcielenie tego pomysłu w życie byłyby o wiele większe, z tym, że też nie na pewno. Ten typ tak ma.

Wróćmy jednak do meritum, czyli do gimnazjów. Może się wydawać, że likwidacja gimnazjów to element "odbudowy Polski od piwnic" po rujnujących rządach Platformy - ale gimnazja nie były pomysłem PO. Wprowadził je AWS z udziałem licznych obecnych polityków PiS, potem sobie trwały za rządów SLD, za rządów PiS w latach 2005-07, wreszcie za rządów Platformy. Nagle okazały się czarnym ludem, którego należy przepędzić w pierwszej kolejności, zanim nawet zrobi się inne rzeczy. Ciekawe.

Nie jestem pewien, czy wprowadzenie gimnazjów było co do zasady dobrym pomysłem. Mówiło się wtedy - pamiętam - że okres 13-16 lat to trudny wiek, tych dzieci nie powinno się mieszać ani z małymi dziećmi z podstawówek, ani z młodzieżą z liceów. Powinno się dla nich stworzyć osobne szkoły, najlepiej wyposażone, z najlepszymi nauczycielami, potrafiącymi przeprowadzić dzieci przez trudny okres dojrzewania. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Nauczyciele są dość przypadkowi, zamiast dzieciom pomagać, walczą z nimi, szkoły są wyposażone jak wszystkie, czyli źle. W dodatku ponieważ gimnazja są oceniane po wynikach, czyli po liczbie laureatów rozmaitych konkursów i, przede wszystkim, po liczbie absolwentów przyjętych do liceów, w dużych miastach tworzone są klasy w zamyśle elitarne, które przynajmniej starają się czegoś uczyć. Jednocześnie gimnazja mają funkcję szkół rejonowych, więc muszą przyjmować wszystkich absolwentów podstawówek ze swojej okolicy. Tych uczniów grupuje się w osobnych klasach, gdzie, zdaje się, dba się tylko o to, aby nie zrobili sobie zbyt dużej krzywdy. Tak się dzieje wszędzie, w "najlepszych" gimnazjach Warszawy, Krakowa, Wrocławia też.

Nie jestem więc pewien, czy idea gimnazjów była jako taka słuszna. Wiem, że pomysł ten zrealizowano źle. Ale jeszcze bardziej wiem, że likwidacja gimnazjów będzie szkodliwa. Systemowi szkolnemu potrzeba jest stabilizacja, nie zaś ciągłe - naprawdę ciągłe! - reformy, zamieszanie polityczno-organizacyjno-ekonomiczne. Proszę przy tym pamiętać, że prawdziwe problemy stwarza nie typ szkoły, ale dzieci, z których jakaś część nadal będzie w trudnym wieku dojrzewania (nie tylko fizycznego, ale także społecznego). Rozparcelowanie ich pomiędzy nową-starą podstawówkę a nowymi-starymi szkołami ponadpodstawowymi co najwyżej rozwodni, zamaskuje problem, ale go nie rozwiąże.

Likwidacja gimnazjów jest dla PiSu przejawem nostalgii za starymi, dobrymi czasy. Ech, dawniej (za komuny, gdy liderzy PiS, z panem Kaczyńskim na czele, mentalnie się ukształtowali i tak już im zostało) była ośmioklasowa podstawówka i czteroklasowe liceum i było tak dobrze! Nikt co prawda nie chce pamiętać, że do tych liceów szło nie więcej, niż 40% każdego rocznika, nie 80%, jak obecnie. Dziś w radio słyszałem, jak jakaś pani z PiSu mówiła, że gimnazja to "pruska szkoła", anachroniczna, z 45-minutowymi lekcjami i dzwonkami. Zaraz, to w podstawówkach i liceach też zlikwiduje się 45-minutowe lekcje i dzwonki? Polska oświata ma poważne problemy, o czym jeszcze napiszę, ale istnienie gimnazjów nie wydaje się być najważniejszym z nich. Bezrefleksyjne, mechaniczne przywracanie starego systemu istniejących problemów nie rozwiąże. Gdyby w drodze dyskusji okazało się, że jakiś system bezgimnazjalny jest lepszy od obecnego, należałoby go wprowadzić. No, ale taka dyskusja się nie odbyła, a PiS najwyraźniej jej nie planuje. Oni po prostu wiedzą lepiej.

niedziela, 01 listopada 2015

Na platformerskich forach trwa nieśmiała próba analizy przyczyn porażki wyborczej. Dominuje skarga na fatalny PR, na nieumiejętność wykazania fałszu tez i obietnic PiSu, wreszcie na nie dość przekonywające przedstawianie osiągnięć ostatnich ośmiu lat. To wszystko też przyczyniło się do klęski Platformy, ale w stopniu mniejszym, niż inne czynniki. Weźmy na przykład niedostatki narracji o tym, co w Polsce udało się podczas rządów Platformy osiągnąć. Otóż wczoraj wysłuchałem kpin pewnej zwolenniczki zmiany: Czy PiS zamknie autostrady i zburzy Stadion Narodowy? No przecież wiadomo, że nie. Z drugiej strony PiSowskie przedstawienie  "Polski w ruinie" zupełnie się nie udało, ale ani nie odebrało to PiSowi wielu głosów, ani nie przydało ich Platformie. Ludzie nie kwestionują osiągnięć materialnych, ale skoro one już dokonały się, nie są argumentem na przyszłość. Na pierwszy plan wysuwa się raczej to, czego Platforma nie zrobiła, co zrobiła źle i w czym zawiodła. 

Jedną z ważniejszych przyczyn porażki PO była afera taśmowa, nielegalne podsłuchy z warszawskich restauracji, upublicznione przez sprzyjające PiSowi media. Nie chodzi jednak o to, co podsłuchani politycy mówili: usiłowano się tam dopatrywać niemalże planów zamachu stanu czy złamania konstytucji, ale nic takiego nie miało miejsca. Także język tych nagrań, choć miejscami dość wulgarny, a przynajmniej dosadny, nie zrobił wielkiego wrażenia - dużo ludzi w wypowiedziach prywatnych, w gronie znajomych, mówi podobnie. Nie chodzi też o to, iż politycy płacili służbowymi kartami kredytowymi - no, to faktycznie niezbyt piękne, aby za prywatne posiłki płacić z budżetu instytucji państwowych, ale kultura wyłudzania czegoś od państwa - od nienależnych zwrotów kosztów poselskich podróży (posłów ze wszystkich partii - Jakie czasy, taki prezydent), do afery SKOKów, gdzie senator Bierecki jego koledzy biznesowi i polityczni wzbogacili się nie kosztem zwykłych ludzi, których można wskazać z imienia i nazwiska, ale kosztem abstrakcyjnego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego - jest, czy nam się to podoba, czy nie, dość ugruntowana. Płacenie służbowymi kartami za prywatne wydatki, choć niewątpliwie jest zachowaniem moralnie nagannym, nie jest traktowane jako wybryk oburzający, byle tylko nie przesadzić, jak poseł Adam Hofman, no i nie dać się złapać, bo to wstyd.

Niszczycielskie dla Platformy okazały się dwa inne aspekty.

Według klasycznej definicji Maxa Webera, państwo jest instytucją dążącą do monopolizacji przemocy. Wydobywanie od obywateli informacji, których ci nie chcą zdradzić, jest formą przemocy, choć nie musi temu od razu towarzyszyć przemoc fizyczna. Państwo do wydobywania informacji ma swoje służby policyjne i prokuratorskie. Za odmowę zeznań lub za zeznania fałszywe może obywatela spotkać kara. Państwowe służby specjalne mogą też obywateli podsłuchiwać (teoretycznie za zgodą sądu), ale nielegalne podsłuchy są karane za bezprawne pogwałcenie prywatności obywateli: bezprawne, czyli naruszające prerogatywy państwa w zakresie monopolu na dostęp do skrywanych sekretów obywateli. Jeśli podsłuchanymi są ważni urzędnicy państwowi, w tym minister spraw wewnętrznych, któremu formalnie podlega policja i służby specjalne, a państwo jest bezradne, nie może powstrzymać wycieku nielegalnie zdobytych informacji ani ukarać sprawców, ani nawet w sposób nie budzący wątpliwości wykryć tych sprawców i ich mocodawców, znaczy to, że państwo w istotnym aspekcie nie działa. Ktoś złamał monopol państwa na wydobywanie informacji od obywateli wbrew ich woli. Państwo i jego funkcjonariusze zostali ośmieszeni, co uzasadnia postulat radykalnej zmiany. To już trafnie zauważył Cezary Michalski.

Nie zwrócił on jednak uwagi na drugi, równie destruktywny dla Platformy element afery taśmowej: ośmiorniczki. Początkowo ośmiorniczki, element menu podsłuchanych ministrów, były wymieniane mimochodem, jako nieistotna ciekawostka. Z czasem niemalże zapomniano co ci politycy mówili, ale o ośmiorniczkach pamiętają wszyscy. Stały się symbolem całej afery. Dlaczego? Nie na darmo w opisie upadku i dekadencji wszelkich elit poczesne miejsce zajmują uczty i wykwintne potrawy, które elity spożywają, podczas gdy lud głoduje, a przynajmniej musi zadowalać się znacznie prostszą żywnością. Ośmiorniczki i policzki wołowe, popijane drogimi winami - owszem, w połączeniu z dosadnym językiem, ujawniającym brak nabożnego szacunku dla państwa - dowodzą alienacji, oderwania i zepsucia platformianych elit. A skoro elity są wyalienowane i zepsute, należy je wymienić. Ich merytoryczne kompetencje i dokonania przestają mieć znaczenie.

Jestem przekonany, że gdyby ministrowie jedli schabowego i popijali go zwykłą wódką, skutki afery byłyby znacznie mniejsze. Politycy chętnie pokazują się w czasie różnych imprez ludowych, targów żywności, gdzie jedzą zwykłe potrawy: ogórka kiszonego, kaszę, kiełbasę, gdyż ma to dowodzić ich zwykłości, bliskości z wyborcami. Premier Ewa Kopacz w czasie kampanii wyborczej - nie wiem, czy świadomie, czy tylko intuicyjnie - zaglądała do talerza podróżnym w wagonach restauracyjnych. Miało to pokazać, że jest ona taka sama, jak zwykli ludzie. Niestety, było już za późno. Nieodwracalna szkoda już się dokonała.

Hm, w Krakowie jest taka włoska restauracja, która podaje doskonałe ośmiorniczki. Mam się bać tam chodzić? Mam się wstydzić?

piątek, 23 października 2015

Za dwa dni wybory. Niby-to wciąż mówi się o jakichś programach (co prawda PiS przestał już wspominać o swoich obietnicach socjalnych, żeby się ludzie do nich zbytnio nie przyzwyczaili - PiS doskonale wie, że ich nie zrealizuje), ale wiadomo, że chodzi tylko o to, czy Jarosław Kaczyński zdobędzie w Polsce pełnię władzy, czy nie. Niektórzy publicyści snują plany wielkiej sejmowej koalicji anty-PiS, ale to scenariusz wielce optymistyczny, możliwy przy założeniu, że PiS z przystawkami (Kukiz i Korwin, jeśli wejdą do Sejmu - tyle będzie waszej antysystemowości, drodzy kukizowcy, i tyle "walki z socjalizmem", drodzy korwiniści) nie zdobędzie większości bezwzględnej. Ja się poważnie obawiam, że PiS tę większość zdobędzie. A co wtedy?

Wtedy PiS spróbuje zbudować państwo autorytarne, podporządkowane ideologii narodowej, z dominującą rolą państwowego katolicyzmu (nie dlatego, że Jarosław Kaczyński jest religijny, ale dlatego, że cynicznie będzie wykorzystywał Kościół do swoich celów ideologicznych i propagandowych). Będzie tryumf ideologii nad rozsądkiem; w imię tego tryumfu rząd - przynajmniej na początku - będzie marnował publiczne pieniądze na budowę "narodowych czempionów", opartych na anachronicznych gałęziach przemysłu. Będzie totalna wymiana kadr w instytucjach podległych rządowi, od ministra do sprzątaczki i od dyrektora do woźnego. PiS będzie rozluźniał nasze związki z Unią Europejską, choć oczywiście wciąż będzie chciał brać unijne pieniądze. Będzie próbował budować jakiś blok środkowoeuropejski, rzecz jasna pod przywództwem Polski, choć nikt - poza polskimi narodowcami - tego nie chce. Zamiast realizacji obietnic socjalnych, ludzie dostaną igrzyska w postaci walki z dawnymi ludźmi PO - i to nie tylko zwalniania ze stanowisk czy wsadzania do więzienia, ale publicznego ośmieszania i upokarzania. Będzie cenzura obyczajowa, ponowne podporządkowanie prokuratury rządowi (aby mogła realizować śledztwa dla celów politycznych), naciski na sądy pod groźbą objęcia sądownictwa jakimś specjalnym nadzorem, być może będzie przywrócony pobór do wojska (wspominała o tym nowa rzeczniczka PiS). Będzie upadek mediów publicznych, przekształconych w media państwowe, służące jedynie państwowej oficjalnej ideologii. Będą próby zmiany ordynacji wyborczej na modłę węgierską, to znaczy premiującą partię rządzącą i utrudniającą opozycji przejęcie władzy. Będzie państwowy kult katastrofy pod Smoleńskiem, pardon, "zbrodni smoleńskiej". Będą podsłuchy, inwigilacja, niszczenie więzi społecznych (jak za komuny: ma być rodzina i Naród Polski ucieleśniony w państwie, nic pomiędzy), dewastacja wzajemnego zaufania. Będą chaotyczne ataki na zupełnie przypadkowe osoby, które ten i ów z obozu władzy uzna za zagrożenie. Wreszcie - będzie próba zmiany konstytucji. Co prawda PiSowski, skrajnie antyliberalny projekt konstytucji znikł ostatnio z ich stron internetowych, ale o potrzebie zmiany konstytucji mówił prezydent Duda:

Jak podkreślił prezydent „konstytucja z 1997 roku była przyjęta przed wstąpieniem Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego i wstąpieniem do Unii Europejskiej" i „nie uwzględnia tych elementów".

Dodał też, że konstytucyjnego wzmocnienia wymagają także niektóre prawa obywatelskie. –Żeby w konstytucji wzmocnić także gwarancje naszej suwerenności – powiedział.

Zatem prezydent Polski postrzega Unię Europejską i NATO jako zagrożenia naszej suwerenności. Ta Unia Europejska nawet mnie nie dziwi: PiS europejski liberalizm i prawa człowieka postrzega jako zagrożenie, prowadzące do moralnej degeneracji i osłabienia pozycji państwa. PiS byłby gotów stowarzyszyć się tu z Putinem, który Europę postrzega całkiem podobnie, ale na przeszkodzie stoją polsko-rosyjskie zaszłości historyczne i wciąż aktualny, wybitnie niechętny stosunek Rosji do Polski, która bezprawnie wyrwała się z rosyjskiej strefy wpływów. Tak więc Unia Europejska, rozumiem. Ale NATO?! W jaki sposób NATO miałoby zagrażać polskiej suwerenności? Ano, tylko w jeden sposób: zmuszając nas, wbrew naszej woli, do wypełnienia zobowiązań V artykułu Traktatu Waszyngtońskiego, gdyby doszło do wojny. (Oczywiście gdybyśmy to my zostali zaatakowani, PiS oczekuje, że inne państwa swoje zobowiązania sojusznicze wypełnią.) No, to już jest groźne. Bardzo groźne. PiS - zapewne nieświadomie, zapewne wbrew najszczerszym intencjom - pakuje nas z powrotem do rosyjskiej strefy wpływów.

Do zmiany konstytucji raczej nie dojdzie, ale całą resztę otrzymamy wraz z PiSowską większością bezwzględną.

Szkoda, że główną siłą przeciwstawiającą się tym zapędom jest zużyta, zmęczona, wyprana nawet nie tyle z ideologii, ile z jakichkolwiek porywających pomysłów Platforma Obywatelska, unurzana w ośmiorniczkach partia władzy, dla której nawet wobec nadciągającej PiSowskiej nawały największym przeciwnikiem jest przedstawiciel innej koterii w tejże samej Platformie. Cóż, taką przebodli nas ojczyzną.

Jeśli PiS (z przystawkami) nie zdobędzie bezwzględnej większości, to... nie wiem, co będzie. Mniejszościowy rząd PiSu? Możliwe tylko jeśli głównym pragnieniem Jarosława Kaczyńskiego jest zemsta, zemsta, zemsta na wroga oraz zapewnienie stanowisk wygłodniałym działaczom; jeżeli PiS chce przede wszystkim dokonać zmian ustrojowych, mniejszościowy rząd mu tego nie umożliwi. Więc może "koalicja strachu", wszyscy przeciwko PiS? Mało prawdopodobne. Taka koalicja byłaby dysfunkcjonalna, co gołym okiem widać. Przedterminowe wybory? Niewykluczone.

Sądzę jednak, że PiS+przystawki większość bezwzględną zdobędą. Cóż, będzie źle. Zniszczenia we wszystkich sferach - gospodarczej, społecznej, a zwłaszcza w międzynarodowej pozycji Polski i w zakresie naszych stosunków z innymi państwami europejskimi - będą znaczne. Będzie też brzydko, straszno i ponuro. Ale Polska to wspaniały kraj, z tego też się podniesie.

Jeśli jednak PiS zdobędzie większość konstytucyjną i utrwali swoją władzę oraz izolację Polski na pokolenie, będzie tragedia. Na następne okienko dające nam szanse europeizacji, odwrócenia przekleństwa struktury długiego trwania, podziału Europy na Zachodnią i Wschodnią (a raczej na przesunięcie granicy tego podziału na naszą wschodnią granicę), będziemy musieli czekać wiele, wiele lat. Późne wnuki nigdy nam tego nie wybaczą.

I o to chodzi w tych wyborach.

poniedziałek, 14 września 2015

Nie napiszę (prawie) nic nowego w stosunku poprzedniej notki, ale powtórzę rzecz najważniejszą, żeby nikt z P.T.Czytelników nie mówił, że mu nie tłumaczono: Nasi sąsiedzi i partnerzy z Unii Europejskiej, kraje, które nam pomagały, pomagają i których pomocy nadal będziemy oczekiwać, mają problem z setkami tysięcy (!) imigrantów, którzy przybyli do Europy w tym roku. Oczekują, że w tej sytuacji my, Polska, im pomożemy, bo oni już fizycznie nie dają rady: nawet jeśli mają pieniądze, to nie mają gdzie tych imigrantów lokować. Ośrodki dla imigrantów są przepełnione, a nawet hale sportowe i inne obiekty, które doraźnie można przystosować, już nie wystarczają.

Polska powinna przyjąć ileś tam tysięcy imigrantów. Ile? Nie wiem. Może dziesięc tysięcy, może dwadzieścia. Tylu, ilu będzie trzeba i zarazem tylu, ilu będziemy w stanie obsłużyć. Może Niemcy coś zapłacą, a może nie - nieważne. Powinniśmy okazać solidarność z naszymi europejskimi partnerami, pomóc im. Wszelkie dywagacje, czy aby na pewno wszyscy ci imigranci powini mieć prawo do zamieszkania w Europie, są całkowicie nie na miejscu. Oni już tu są,  a będzie ich jeszcze więcej: choćby Europa stanęła na głowie, choćby wdrożyła nie wiedzieć jak przemyślaną i skuteczną politykę, choćby natychmiast zaczęła ładować miliony euro w poprawę bytu mieszkańców obozów dla uchodźców w Turcji, Jordanii i Libanie, efekty przyjdą najwcześniej po kilku miesiącach. Jasne, długofalowo powinniśmy się zastanawiać, jak oddzielić tych, którzy w imię racji humanitarnych powinni mieć prawo do osiedlenia się w Europie, od tych, których ewentualnie, z kwaśnymi minami, możemy tolerować, i od tych, których tu zwyczajnie nie chcemy, podobnie jak powinniśmy się zastanawiać, jak zminimalizować przyczyny, które skłaniają ludzi do migracji, ale teraz, dzisiaj - a także jutro, za tydzień i za pół roku - musimy się uporać z ludźmi, którzy tu dotarli czy za chwilę dotrą. (Co implicite zakłada odesłanie tych, których można bezpiecznie dla nich samych odesłać - no, ale tymczasowo trzeba ich gdzieś zakwaterować, dać im jeśc i tak dalej.) Węgry same sobie nie radzą, Włochy same sobie nie radzą, Grecja sama sobie nie radzi, Austria sama sobie nie radzi, ba, nawet Niemcy same sobie nie radzą, więc pomóc powinniśmy my: Polska, Słowacja, Litwa, Bułgaria. I pozostałe kraje Unii.

Nie będzie lekko. Przeciwnie, będzie ciężko. Ale tu nie chodzi tylko o solidarność z ludźmi cierpiącymi - tymi uciekającymi przed bombami, tymi tonącymi w Morzu Śródziemnym, tymi uciekającymi od beznadziei i biedy obozów dla uchodźców, a nawet tymi, którzy jedynie uciekają od nędzy swoich krajów - ale także o międzynarodową pozycję Polski. Będziemy potrzebować wsparcia Austrii, Niemiec, Włoch i pozostałych krajów, gdy negocjowany będzie kolejny budżet Unii. Będziemy ich potrzebować, gdy zechcemy podtrzymania sankcji nałożonych na Rosję. Ale przede wszystkim, nasza odmowa i fochy w kwestii uchodźców wywołują najgorsze upiory przeszłości, obraz Polaków-ksenofobów i szmalcowników, o czym świadczą wypowiedzi zachodniej prasy i zachodnich polityków. A także głosy w rodzaju Jana Tomasza Grossa. Widać, jak cieniutka jest warstwa oddzielająca nas w oczach Zachodu od najgorszych antypolskich stereotypów. Jakże łatwo ją zniszczyć!

Nie pojmuję, jak polska klasa polityczna in gremio może tego nie dostrzegać.

poniedziałek, 07 września 2015

Europa zmaga się z największym od wielu lat kryzysem migracyjnym. W Polsce, jak zawsze, nie ma na ten temat żadnej rozmowy. Są tylko manifestacje trybalizmów.

Jeden głosi, że Ciapaci pchają się do Europy, żeby za niemiecki socjal wprowadzać tu szariat. Według drugiego, Mamy moralny obowiązek przyjąć absolutnie wszystkich, którzy zechcą tu przyjechać, a jeśli ktoś ma co do tego najmniejsze zastrzeżenia, jest odrażającym rasistą. W Polsce, która jest bardzo ksenofobiczna i nietolerancyjna (ograniczam się do konstatacji, że tak jest, pomijając możliwe tłmaczenia, jak do tego mogło dojść), ten pierwszy głos słychać donośniej. Ale też zwolennicy drugiego stanowiska są tym bardziej pyncypialni i nie oddadzą nawet guzika. Głosów pośrednich niemalże nie słychać.

Nawet agencyjny przekaz wizualny jest dostosowany do tych treści: Albo widzimy zdjęcia kobiet lub niemłodych facetów z małymi dziećmi, niekiedy wręcz zdjęcia zwłok dzieci, albo zdjęcia tłumu młodych, na oko zdrowych mężczyzn, wśród których kobiet i dzieci prawie w ogóle nie ma. Nie widziałem materiału, który pokazywałby obie kategorie zdjęć. I to, jak się wydaje, odnosi się do ogółu mediów europejskich.

Myślę, że na problem migrantów należy patrzeć z dwu perspektyw: doraźnej i długoterminowej.

Doraźnie trzeba sobie uświadomić, że ci ludzie już tu są, ba, nie dość, że są, to nadal będą przybywać całymi tysiącami, dopóki nie zostaną rozwiązane - przynajmniej w jakimś zakresie - problemy, które ich do migracji skłoniły. Żadne dywagacje, że być może nie wszyscy z nich powinni się w Europie znaleźć, nie zmieni tego prostego faktu: oni już tu są. Nawet jeśli się strasznie natężymy, ci ludzie w sposób magiczny z Europy nie znikną. A Europa powinna coś z nimi zrobić.

No właśnie, Europa. Nie tylko kraje, w których obecnie przebywają setki tysięcy tegorocznych imigrantów - Włochy, Grecja, Węgry - ani kraje, do których oni zmierzają, głównie Niemcy, ale wszystkie kraje Unii Europejskiej. W tym Polska. To straszny skandal i obciach, że Polska tak się wzdraga przed udzieleniem pomocy tym ludziom. Solidarność europejska nie polega na tym, że my bierzemy od Unii pieniądze, domagamy się dla naszych obywateli prawa do osiedlania się, pracy i opieki społecznej w krajach unijnych, a także oczekujemy, że kraje te, często wbrew swoim interesom, nałożą sankcje na Rosję. Solidarność wymaga także i od nas ponoszenia ciężarów, jeśli zajdzie taka potrzeba. A właśnie zachodzi. Uchylanie się od tej odpowiedzialności przynosi ujmę Polsce i wystawia nam jak najgorsze świadectwo.

Polska powinna natychmiast wyrazić gotowość przyjęcia, czy ja wiem, dziesięciu tysięcy imigrantów. I nie oczekiwać, że inne kraje nam za to zapłacą. Ja wiem, będzie trudno. No, ale co zrobić? Wymienionym wyżej krajom też nie jest łatwo, więc powinniśmy im pomóc. (Przypominam, że ja już dwa lata temu pisałem coś podobnego.)

Również doraźnie trzeba zapobiegać tragediom na morzu: śmierci migrantów w Morzu Śródziemnym. Tonących, zagrożonych śmiercią trzeba ratować, co nie musi oznaczać transportowania ich do Europy, ale o tym za chwilę. Polska i w tym powinna uczestniczyć: Wysłać (w porozumieniu Z Grecją, Włochami, Turcją - w końcu to nasi partnerzy z UE - Turcja jest krajem stowarzyszonym - i NATO) polskie statki ratownictwa morskiego lub okręty patrolowe Straży Granicznej. I też nie powinniśmy oczekiwać, że ktoś nam za to zapłaci. Te działania doraźne to jest po prostu nasz obowiązek. Obowiązek moralny i obowiązek wynikający z uczestnictwa w Unii Europejskiej.

Długoterminowo trzeba spróbować tę migrację ograniczyć, z pełną świadomością, że skutki nie przyjdą natychmiast, ale dopiero po kilku miesiącach, jeśli dobrze pójdzie. Europa powinna przyjmować uchodźców, uciekających przed wojną i prześladowaniami, ale nie wszyscy migranci są uchodźcami. Są wśród nich zwykli imigranci ekonomiczni, ale jest też całe spektrum stanów pośrednich. Powiedzmy, ludzie, którzy uciekli przed wojną z Syrii do Turcji niewątpliwie byli uchodźcami. Trafili do obozu, gdzie ich życie nie było już zagrożone, ale warunki były bardzo podłe. W dodatku nie widzieli żadnej perspektywy na poprawę swojego losu. Więc częśc z nich - ci zamożniejsi, lepiej zorganizowani, przedsiębiorczy, a może tylko bardziej zdesperowani - postanowiła pójść dalej. Technicznie rzecz biorąc, nie byli już wówczas uchodźcami, ale czy można ich winić za próbę wyrwania się z beznadziei obozów? Tu jednak widać realny sposób na próbę ograniczenia imigracji: należy radykalnie poprawić warunki życia w obozach i położenie ich mieszkańców. Tam nie ma pracy, szkół dla dzieci. To także będzie kosztować, więc Europa, w tym Polska, powinna za to zapłacić, bo sama Turcja, Jordania, Liban tego nie zrobią. Dla Europy i tak będzie to tańsze, niż zajmowanie się imigrantami już w naszych granicach. Ponadto trzeba otworzyć legalną szansę ubiegania się o status uchodźcy już w obozach na terenie krajów sąsiadujących z Syrią; ci, którzy taki status otrzymają, powinni być transportowani do wybranego/wyznaczonego kraju europejskiego. Dalej, należy zadbać o to, aby było gdzie odwozić rozbitków wyłowionych z morza, bo niekoniecznie trzeba ich transportować do Europy. Ponieważ dotąd tak właśnie się działo, migranci często sami niszczyli, podpalali swoje łodzie, aby skłonić przepływające statki do podjęcia ich i bezpiecznego odtransportowania do Europy. Należy przyspieszyć procedury imigracyjne, przyspieszyć i ujednolicić pomiędzy poszczególnymi państwami UE. Wreszcie, aby sugerowany czy też planowany przez Komisję Europejską system kwot natychmiast się nie załamał, nowym imigrantom i uchodźcom trzeba na kilka lat ograniczyć prawo do swobodnego podróżowania po Europie i osiedlania się.

Przede wszystkim trzeba zlikwidować wojny i źródla konfliktów na Bliskim Wschodzie, ale nawet nie będę udawał, że mam pomysł, jak się do tego zabrać.

Na koniec, trzeba pamiętać, że nawet gdy wojny i inne konflikty ustaną, a przynajmniej zostaną mocno ograniczone, i tak wielu ludzi będzie się chciało przenieść do Europy. Różnice w poziomie życia pomiędzy Europą z jednej, a Bliskim Wschodem, Azją Środkową i Afryką z drugiej strony są tak duże, że ciągle będą stanowić pokusę.

Tym bardziej należy więc zadbać o sprawną "obsługę" nowych migrantów.

I jeszcze jedno: Wszystkim imigrantom, uchodźcom i innym kategoriom przybyszów trzeba wyraźnie powiedzieć, że próby wprowadzania szariatu, wielożeństwa, obrzezania dziewczynek czy praktykowania "zabójstw honorowych", podobnie jak powiązania z organizacjami terrorystycznymi i inne ciężkie przestępstwa kryminalne z użyciem przemocy, będą przesłanką do deportacji dorosłych przybyszów i karania (zgodnie z kodeksem, ale bez deportacji) osób urodzonych w krajach Unii bądź przybyłych tu jako małe dzieci. Trzeba to powiedzieć, a później egzekwować. Doświadczenia z muzułmańskimi imigrantami w pierwszym, drugim, trzecim pokoleniu w Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii i innych krajach świadczą, że nie jest to problem wydumany w odniesieniu do części (być może niewielkiej, ale niezaniedbywalnej) przybyszów i ich potomków.

czwartek, 03 września 2015

Platforma Obywatelska najwyraźniej realizuje strategię Kto nie z Kaczyńskim, ten z nami i bierze na listy każdego, kto coś znaczy lub kiedyś znaczył, ale został sponiewierany przez Jarosława Kaczyńskiego. Robił to już Tusk, ale teraz zaczyna to przybierać rozmiary karykaturalne. Michał Kamiński, z ryngrafem dla Pinocheta i implikowaniem, że Platformie nie podoba się polska flaga nad Szczecinem? Ludwik Dorn, wysyłający wykształciuchów w kamasze? Roman Giertych ze swoją amnestią maturalną? Grzegorz Napieralski - akurat z drugiej strony, przedstawiany zawsze jako reprezentant SLDowskiego betonu, ale Leszek Miller okazał się jeszcze bardziej groteskowy i betonowy?

Brakuje tylko Jacka Kurskiego. I, dla równowagi, Romana Kotlińskiego. No dajcie spokój.

Jak wyborcy Platformy mają na nich głosować? I na odwrót, jak Dorn czy Napieralski mieliby teraz bronić najważniejszych reform rządów Platformy, na przykład ustalenia wieku emerytalnego na 67 lat, przeciwko czemu gwałtownie swego czasu protestowali?

Jaki potencjał ci panowie mają? Ilu wyborców zdołają przyciągnąć - zwłaszcza Dorn i Kamiński, bo wybory do Senatu rządzą się trochę innymi prawami, a Giertych i Napieralski będą startować z cichym poparciem Platformy, która nie wystawi w ich okręgach swoich kandydatów.

Ja rozumiem, że, po pierwsze, PiS stanowi zagrożenie dla naszych wolności (nie żartuję i nie przesadzam - stanowi), ale używanie akurat tych osób do ich obrony może się okazać przeciwskuteczne. Rozumiem też, że przynajmniej niektórych z nich - zwłaszcza najbystrzejszego z nich, Giertycha - warto utrzymać w polityce, choćby po to, aby mogli raz czy drugi dopiec Kaczyńskiemu czy pomniejszym PiSowcom. Żeby "miękkim" PiSowcom pokazać, że poza PiSem też jest życie. Ale to może wręcz zaszkodzić szansom wyborczym Platformy. Dla postronnego obserwatora wygląda to tak, jakby Platforma była zbiorem kompletnie bezideowych osób, którym zależy już tylko na stanowiskach, a za jedyne usprawiedliwienie mają, że ci drudzy będą jeszcze gorsi. No, będą. Ale kogo to przekona? Jeśli PiS zdobędzie większość konstytucyjną, to niech nas Ręka Boska broni.

Źle to widzę.