Kryzys

piątek, 10 czerwca 2016

Poseł Jarosław Kaczyński, jak mi się wydaje - ale może wydaje mi się całkiem źle? przepraszam, ale ja już nie mam ani siły, ani ochoty, by podążać za strzelistymi myślami pana Kaczyńskiego i dokonywać ich egzegezy - wpadł na pomysł, jak tu wybrnąć z zamieszania w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, a jednocześnie zachować twarz. Temu ma służyć najnowszy PiSowski projekt, rozpatrywany na równi (niezły żart, ha, ha!) z projektami autorstwa KODu (sic!) i PSL. Otóż PiSowski projekt, jak rozumiem - ale patrz wyżej! - odwołuje tak PiSowską "ustawę naprawczą", jak i platformerską nowelizację z czerwca 2015. PiS wprowadza co prawda orzekanie zgodne z kolejnością wpływu spraw i większość kwalifikowaną w sprawach ustrojowych, ale pozwala Trybunałowi na ocenianie tej ustawy na podstawie przepisów sprzed "ustawy naprawczej". PiS - a tak naprawdę nie PiS, ale Jarosław Kaczyński, bo tylko jego wola się w tej partii liczy - godzi się na to, że Trybunał te przepisy obali, jak już to zrobił obalając "ustawę naprawczą". Kaczyński spodziewa się jednak, że Trybunał za niekonstytucyjne uzna tylko te przepisy, nie zaś obecnie procedowaną ustawę jako całość, a to będzie oznaczać, że obie nowelizacje z ostatniego roku stracą moc. To zaś, myśli Kaczyński - ale patrz wyżej, patrz wyżej! - będzie oznaczać, że i osoby prawidłowo wybrane jesienią przez poprzedni Sejm, i osoby nieprawidłowo* wybrane przez obecny Sejm w grudniu, przestaną być sędziami i PiS będzie mógł na nowo przeprowadzić wybory na trzy wakujące miejsca w Trybunale. Przy okazji Kaczyński pozwoli na publikację wyroków TK z 9 marca i następnych, bo będą one miały charakter "historyczny", jak to wielokrotnie powtarzał.

Z jednej strony oznacza to, że PiS się wycofuje z frontalnego ataku na Trybunał, choć broń Boże nie jest gotów tego przyznać! Z drugiej - jest kłopot, którego poseł Kaczyński zdaje się nie dostrzegać. Otóż nawet jeśli teraz okaże się, że nowelizacja z czerwca 2015 nie obowiązuje - a może się tak okazać, bo w samym fakcie przyjmowania i odwoływania przez ustawodawcę ustaw nie ma niczego niekonstytucyjnego - to obowiązywała ona jesienią 2015. Obowiązywała, bo PiS - ani grupa posłów, ani urzędujący już wówczas PiSowski funkcjonariusz, dr Andrzej Duda - nie oprotestował jej, gdy była po temu pora. A skoro obowiązywała, to prawidłowo wybrani sędziowie zostali wybrani prawidłowo i nie można ich odwołać, bo zgodnie z konstytucją są nieusuwalni.

PiS będzie twierdził, że sędziowie wybrani w październiku nie są sędziami, więc można wybierać nowych. Trybunał Konstytucyjny, a wraz z nim środowiska prawnicze i opozycja, że panowie ci są sędziami i prezydent Duda powinien niezwłocznie odebrać od nich przysięgę. Wrócimy więc, w najlepszym wypadku, do stanu z końca listopada 2015

Będzie to jakiś postęp w stosunku do stanu obecnego, ale można go było osiągnąć jednym ruchem, przez publikację wyroku z 9 marca. Oszczędziło by nam to całych miesięcy sporów, ułagodziło Komisję Wenecką i Komisję Europejską, nie zszargało w tak wielkim stopniu opinii o naszym państwie - niestety, wymagałoby to jednego: Jarosław Kaczyński musiałby otwarcie przyznać się do porażki. Gdyby zaś spełniły się jego obecne kalkulacje (nieustannie patrz wyżej!), nie musiałby tego robić. A Kaczyński jest organicznie niezdolny do przyznania się do błędu.

*Nawiasem mówiąc, jak ktoś zauważył, uchwały o wyborze trzech osób, których prezes Andrzej Rzepliński nie dopuszcza do orzekania, mają wadę prawną, mianowicie nie określają początku kadencji sędziego. Proszę porównać nieprawidłową uchwałę o wyborze Henryka Ciocha i prawidłową uchwałę o wyborze sędziego Pszczółkowskiego.

sobota, 14 listopada 2015

Jedno jest pewne: Skutkiem wczorajszych zamachów w Paryżu będzie wzrost nastrojów antyislamskich w Europie, jeszcze większy sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców i wzrost znaczenia radykalnych partii nacjonalistycznych. We Francji Front Narodowy zapewne wygra kolejne wybory, w Polsce jeszcze bardziej wzrośnie popularność PiSu, a śladowy - na razie - Ruch Narodowy zyska rangę węgierskiego Jobbiku. Zarazem spadnie znaczenie uniwersalnych praw człowieka, policja we wszystkich krajach będzie domagać się jeszcze większych uprawnień do kontrolowania obywateli, jedne kraje będą mieć coraz więcej pretensji do drugich - mówiąc w uproszczeniu, my do Zachodu, że chce nas islamizować i skazywać na ryzyko zamachów terrorystycznych, Zachód do nas, że nawet palcem nie kiwniemy, aby rozwiązać kryzys migracyjny i kryzys na Bliskim Wschodzie. Swoboda podróżowania w strefie Schengen zaniknie lub zostanie mocno ograniczona. Wzrośnie wzajemna nieufność pomiędzy państwami europejskimi, tymi zachodnimi też. Europa zostanie osłabiona.

I to będzie dokładnie to, o co terrorystom chodzi.

Tylko silna, zjednoczona Europa, będzie w stanie przeciwstawić się zagrożeniom, zresztą nie tylko ze strony Państwa Islamskiego, ale i zagrożeniom ekologicznym, demograficznym i gospodarczym, a także zagrożeniom ze strony Rosji. To prawda, na razie Europa nie ma pomysłu na rozwiązanie tych kryzysów, co więcej, kieruje się krótkowzroczną logiką doraźnych interesów - czy to w sprawie uchodźców, czy to w sprawie kryzysu greckiego (ktoś jeszcze o tym pamięta?), czy "działań mitygacyjnych" przeciwko globalnemu ociepleniu, czy na potęgę handlując z krajami całkiem otwarcie wspierającymi terroryzm - ale jeśli się podzieli, nie będzie mieć ich tym bardziej. Ani pomysłów, ani sposobów na ich ewentualną realizację.

Tymczasem u nas jeden PiSowski idiota  mówi, że 

Polska nie widzi politycznych możliwości wykonania decyzji o relokacji uchodźców

podczas gdy nic nie wskazuje na to, aby zamachowcy z Paryża byli uchodźcami, czy też raczej przybyli podając się za uchodźców, ukrywając się wśród nich. Przeciwnie, jak - na razie nieoficjalnie - mówią francuskie służby, byli to obywatele francuscy, przynajmniej niektórzy z nich, wychowani we Francji, ale wyszkoleni przez ISIS, którzy wrócili tu, aby dokonać zamachów. Inny rzekomo miał syryjski paszport, ale to mogłoby świadczyć, że wjechał do Francji oficjalnie. Uchodźcy uciekają z Bliskiego Wschodu do Europy właśnie przed takimi ludźmi, jak paryscy zamachowcy. A Witold "nie zabijajcie nas" Waszczykowski, przyszły minister spraw zagranicznych, mówi

już słyszę od rana dyskusję tego oszalałego lewactwa, które nam tłumaczy że to my jesteśmy winni, że to państwa zachodnie są winne, to myśmy nie stworzyli warunków do życia, do integracji dla tych ludzi, że jeśli oni są na tyle sfrustrowani, że sięgają po kałasznikowa, po pasy szahida, to na pewno są jakieś błędy w naszym społeczeństwie.

Więc myśli pan, panie ministrze, że z nami jest wszystko w porządku, że we Francji, Wielkiej Brytanii, Polsce, Niemczech czy innych krajach nie ma ani śladu rasizmu i nietolerancji? Gratuluję samopoczucia.

Ale lewica też nie jest bez winy. I nie mam tu na myśli lewicy polskiej, z kuriozalną wypowiedzią Leszka Millera, lecz lewicę europejską. To ona powinna znaleźć odpowiedź na spodziewany wzrost nastrojów nacjonalistycznych i prawicowych. Ale to znaczy, że lewica sama musi zrewidować swoje myślenie. To prawda, że w Europie jest mnóstwo nietolerancji i rasizmu, ale nie każda krytyka muzułmańskich imigrantów (także imigrantów w drugim, trzecim pokoleniu) za brak poszanowania dla naszych praw i naszej kultury jest oznaką rasizmu. Nie każda krytyka wyłudzania pomocy socjalnej bierze się z ksenofobii czy zwierzęcego neoliberalizmu. Fanatyzmy i fundamentalizmy religijne (czy to islamskie, czy to katolickie, czy to jakiekolwiek inne) są złe i szkodliwe, niewłaściwe jest tuszowanie przestępstw w imię źle pojętej solidarności religijnej (czy narodowej), a uzurpowanie sobie przez jakąkolwiek religię uprzywilejowanej pozycji w państwie jest niedopuszczalne, ale religie jako takie nie zasługują ani na potępienie, ani na wyśmiewanie. Warunki życia w krajach ogarniętych wojnami i w przeludnionych, biednych obozach dla uchodźców są fatalne, ale to nie znaczy, że do Europy może przyjechać dosłownie każdy, kto sobie tego zażyczy. Trzeba wreszcie przyznać, że skoro to islamiści, znacznie częściej, niż jakiekolwiek inne grupy, w odpowiedzi na doznane krzywdy - niekiedy urojone, niekiedy wyolbrzymione, ale niekiedy bardzo prawdziwe - sięgają po bombę i AK-47, kierując furię przeciw Bogu ducha winnym ludziom, to zapewne w ich kulturze jest coś, co ich do tego skłania.

Nie wiem, jakie lewica znajdzie odpowiedzi, ale życzę i sobie, i Polsce, i Europie, żeby znalazła je jak najszybciej. I żeby były adekwatne do wyzwań, przed jakimi wszyscy stoimy.

poniedziałek, 14 września 2015

Nie napiszę (prawie) nic nowego w stosunku poprzedniej notki, ale powtórzę rzecz najważniejszą, żeby nikt z P.T.Czytelników nie mówił, że mu nie tłumaczono: Nasi sąsiedzi i partnerzy z Unii Europejskiej, kraje, które nam pomagały, pomagają i których pomocy nadal będziemy oczekiwać, mają problem z setkami tysięcy (!) imigrantów, którzy przybyli do Europy w tym roku. Oczekują, że w tej sytuacji my, Polska, im pomożemy, bo oni już fizycznie nie dają rady: nawet jeśli mają pieniądze, to nie mają gdzie tych imigrantów lokować. Ośrodki dla imigrantów są przepełnione, a nawet hale sportowe i inne obiekty, które doraźnie można przystosować, już nie wystarczają.

Polska powinna przyjąć ileś tam tysięcy imigrantów. Ile? Nie wiem. Może dziesięc tysięcy, może dwadzieścia. Tylu, ilu będzie trzeba i zarazem tylu, ilu będziemy w stanie obsłużyć. Może Niemcy coś zapłacą, a może nie - nieważne. Powinniśmy okazać solidarność z naszymi europejskimi partnerami, pomóc im. Wszelkie dywagacje, czy aby na pewno wszyscy ci imigranci powini mieć prawo do zamieszkania w Europie, są całkowicie nie na miejscu. Oni już tu są,  a będzie ich jeszcze więcej: choćby Europa stanęła na głowie, choćby wdrożyła nie wiedzieć jak przemyślaną i skuteczną politykę, choćby natychmiast zaczęła ładować miliony euro w poprawę bytu mieszkańców obozów dla uchodźców w Turcji, Jordanii i Libanie, efekty przyjdą najwcześniej po kilku miesiącach. Jasne, długofalowo powinniśmy się zastanawiać, jak oddzielić tych, którzy w imię racji humanitarnych powinni mieć prawo do osiedlenia się w Europie, od tych, których ewentualnie, z kwaśnymi minami, możemy tolerować, i od tych, których tu zwyczajnie nie chcemy, podobnie jak powinniśmy się zastanawiać, jak zminimalizować przyczyny, które skłaniają ludzi do migracji, ale teraz, dzisiaj - a także jutro, za tydzień i za pół roku - musimy się uporać z ludźmi, którzy tu dotarli czy za chwilę dotrą. (Co implicite zakłada odesłanie tych, których można bezpiecznie dla nich samych odesłać - no, ale tymczasowo trzeba ich gdzieś zakwaterować, dać im jeśc i tak dalej.) Węgry same sobie nie radzą, Włochy same sobie nie radzą, Grecja sama sobie nie radzi, Austria sama sobie nie radzi, ba, nawet Niemcy same sobie nie radzą, więc pomóc powinniśmy my: Polska, Słowacja, Litwa, Bułgaria. I pozostałe kraje Unii.

Nie będzie lekko. Przeciwnie, będzie ciężko. Ale tu nie chodzi tylko o solidarność z ludźmi cierpiącymi - tymi uciekającymi przed bombami, tymi tonącymi w Morzu Śródziemnym, tymi uciekającymi od beznadziei i biedy obozów dla uchodźców, a nawet tymi, którzy jedynie uciekają od nędzy swoich krajów - ale także o międzynarodową pozycję Polski. Będziemy potrzebować wsparcia Austrii, Niemiec, Włoch i pozostałych krajów, gdy negocjowany będzie kolejny budżet Unii. Będziemy ich potrzebować, gdy zechcemy podtrzymania sankcji nałożonych na Rosję. Ale przede wszystkim, nasza odmowa i fochy w kwestii uchodźców wywołują najgorsze upiory przeszłości, obraz Polaków-ksenofobów i szmalcowników, o czym świadczą wypowiedzi zachodniej prasy i zachodnich polityków. A także głosy w rodzaju Jana Tomasza Grossa. Widać, jak cieniutka jest warstwa oddzielająca nas w oczach Zachodu od najgorszych antypolskich stereotypów. Jakże łatwo ją zniszczyć!

Nie pojmuję, jak polska klasa polityczna in gremio może tego nie dostrzegać.

poniedziałek, 07 września 2015

Europa zmaga się z największym od wielu lat kryzysem migracyjnym. W Polsce, jak zawsze, nie ma na ten temat żadnej rozmowy. Są tylko manifestacje trybalizmów.

Jeden głosi, że Ciapaci pchają się do Europy, żeby za niemiecki socjal wprowadzać tu szariat. Według drugiego, Mamy moralny obowiązek przyjąć absolutnie wszystkich, którzy zechcą tu przyjechać, a jeśli ktoś ma co do tego najmniejsze zastrzeżenia, jest odrażającym rasistą. W Polsce, która jest bardzo ksenofobiczna i nietolerancyjna (ograniczam się do konstatacji, że tak jest, pomijając możliwe tłmaczenia, jak do tego mogło dojść), ten pierwszy głos słychać donośniej. Ale też zwolennicy drugiego stanowiska są tym bardziej pyncypialni i nie oddadzą nawet guzika. Głosów pośrednich niemalże nie słychać.

Nawet agencyjny przekaz wizualny jest dostosowany do tych treści: Albo widzimy zdjęcia kobiet lub niemłodych facetów z małymi dziećmi, niekiedy wręcz zdjęcia zwłok dzieci, albo zdjęcia tłumu młodych, na oko zdrowych mężczyzn, wśród których kobiet i dzieci prawie w ogóle nie ma. Nie widziałem materiału, który pokazywałby obie kategorie zdjęć. I to, jak się wydaje, odnosi się do ogółu mediów europejskich.

Myślę, że na problem migrantów należy patrzeć z dwu perspektyw: doraźnej i długoterminowej.

Doraźnie trzeba sobie uświadomić, że ci ludzie już tu są, ba, nie dość, że są, to nadal będą przybywać całymi tysiącami, dopóki nie zostaną rozwiązane - przynajmniej w jakimś zakresie - problemy, które ich do migracji skłoniły. Żadne dywagacje, że być może nie wszyscy z nich powinni się w Europie znaleźć, nie zmieni tego prostego faktu: oni już tu są. Nawet jeśli się strasznie natężymy, ci ludzie w sposób magiczny z Europy nie znikną. A Europa powinna coś z nimi zrobić.

No właśnie, Europa. Nie tylko kraje, w których obecnie przebywają setki tysięcy tegorocznych imigrantów - Włochy, Grecja, Węgry - ani kraje, do których oni zmierzają, głównie Niemcy, ale wszystkie kraje Unii Europejskiej. W tym Polska. To straszny skandal i obciach, że Polska tak się wzdraga przed udzieleniem pomocy tym ludziom. Solidarność europejska nie polega na tym, że my bierzemy od Unii pieniądze, domagamy się dla naszych obywateli prawa do osiedlania się, pracy i opieki społecznej w krajach unijnych, a także oczekujemy, że kraje te, często wbrew swoim interesom, nałożą sankcje na Rosję. Solidarność wymaga także i od nas ponoszenia ciężarów, jeśli zajdzie taka potrzeba. A właśnie zachodzi. Uchylanie się od tej odpowiedzialności przynosi ujmę Polsce i wystawia nam jak najgorsze świadectwo.

Polska powinna natychmiast wyrazić gotowość przyjęcia, czy ja wiem, dziesięciu tysięcy imigrantów. I nie oczekiwać, że inne kraje nam za to zapłacą. Ja wiem, będzie trudno. No, ale co zrobić? Wymienionym wyżej krajom też nie jest łatwo, więc powinniśmy im pomóc. (Przypominam, że ja już dwa lata temu pisałem coś podobnego.)

Również doraźnie trzeba zapobiegać tragediom na morzu: śmierci migrantów w Morzu Śródziemnym. Tonących, zagrożonych śmiercią trzeba ratować, co nie musi oznaczać transportowania ich do Europy, ale o tym za chwilę. Polska i w tym powinna uczestniczyć: Wysłać (w porozumieniu Z Grecją, Włochami, Turcją - w końcu to nasi partnerzy z UE - Turcja jest krajem stowarzyszonym - i NATO) polskie statki ratownictwa morskiego lub okręty patrolowe Straży Granicznej. I też nie powinniśmy oczekiwać, że ktoś nam za to zapłaci. Te działania doraźne to jest po prostu nasz obowiązek. Obowiązek moralny i obowiązek wynikający z uczestnictwa w Unii Europejskiej.

Długoterminowo trzeba spróbować tę migrację ograniczyć, z pełną świadomością, że skutki nie przyjdą natychmiast, ale dopiero po kilku miesiącach, jeśli dobrze pójdzie. Europa powinna przyjmować uchodźców, uciekających przed wojną i prześladowaniami, ale nie wszyscy migranci są uchodźcami. Są wśród nich zwykli imigranci ekonomiczni, ale jest też całe spektrum stanów pośrednich. Powiedzmy, ludzie, którzy uciekli przed wojną z Syrii do Turcji niewątpliwie byli uchodźcami. Trafili do obozu, gdzie ich życie nie było już zagrożone, ale warunki były bardzo podłe. W dodatku nie widzieli żadnej perspektywy na poprawę swojego losu. Więc częśc z nich - ci zamożniejsi, lepiej zorganizowani, przedsiębiorczy, a może tylko bardziej zdesperowani - postanowiła pójść dalej. Technicznie rzecz biorąc, nie byli już wówczas uchodźcami, ale czy można ich winić za próbę wyrwania się z beznadziei obozów? Tu jednak widać realny sposób na próbę ograniczenia imigracji: należy radykalnie poprawić warunki życia w obozach i położenie ich mieszkańców. Tam nie ma pracy, szkół dla dzieci. To także będzie kosztować, więc Europa, w tym Polska, powinna za to zapłacić, bo sama Turcja, Jordania, Liban tego nie zrobią. Dla Europy i tak będzie to tańsze, niż zajmowanie się imigrantami już w naszych granicach. Ponadto trzeba otworzyć legalną szansę ubiegania się o status uchodźcy już w obozach na terenie krajów sąsiadujących z Syrią; ci, którzy taki status otrzymają, powinni być transportowani do wybranego/wyznaczonego kraju europejskiego. Dalej, należy zadbać o to, aby było gdzie odwozić rozbitków wyłowionych z morza, bo niekoniecznie trzeba ich transportować do Europy. Ponieważ dotąd tak właśnie się działo, migranci często sami niszczyli, podpalali swoje łodzie, aby skłonić przepływające statki do podjęcia ich i bezpiecznego odtransportowania do Europy. Należy przyspieszyć procedury imigracyjne, przyspieszyć i ujednolicić pomiędzy poszczególnymi państwami UE. Wreszcie, aby sugerowany czy też planowany przez Komisję Europejską system kwot natychmiast się nie załamał, nowym imigrantom i uchodźcom trzeba na kilka lat ograniczyć prawo do swobodnego podróżowania po Europie i osiedlania się.

Przede wszystkim trzeba zlikwidować wojny i źródla konfliktów na Bliskim Wschodzie, ale nawet nie będę udawał, że mam pomysł, jak się do tego zabrać.

Na koniec, trzeba pamiętać, że nawet gdy wojny i inne konflikty ustaną, a przynajmniej zostaną mocno ograniczone, i tak wielu ludzi będzie się chciało przenieść do Europy. Różnice w poziomie życia pomiędzy Europą z jednej, a Bliskim Wschodem, Azją Środkową i Afryką z drugiej strony są tak duże, że ciągle będą stanowić pokusę.

Tym bardziej należy więc zadbać o sprawną "obsługę" nowych migrantów.

I jeszcze jedno: Wszystkim imigrantom, uchodźcom i innym kategoriom przybyszów trzeba wyraźnie powiedzieć, że próby wprowadzania szariatu, wielożeństwa, obrzezania dziewczynek czy praktykowania "zabójstw honorowych", podobnie jak powiązania z organizacjami terrorystycznymi i inne ciężkie przestępstwa kryminalne z użyciem przemocy, będą przesłanką do deportacji dorosłych przybyszów i karania (zgodnie z kodeksem, ale bez deportacji) osób urodzonych w krajach Unii bądź przybyłych tu jako małe dzieci. Trzeba to powiedzieć, a później egzekwować. Doświadczenia z muzułmańskimi imigrantami w pierwszym, drugim, trzecim pokoleniu w Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii i innych krajach świadczą, że nie jest to problem wydumany w odniesieniu do części (być może niewielkiej, ale niezaniedbywalnej) przybyszów i ich potomków.

niedziela, 07 grudnia 2014

Budżet Rosji drży w posadach, gdyż spada cena ropy. Jeszcze kilka miesięcy temu baryłka kosztowała 115 dolarów, dziś cena spadła poniżej 80 dolarów. A Rosja większość swoich wpływów budżetowych czerpie z eksportu ropy i gazu, powiązanego cenowo z ropą. Witold Gadomski w Gazecie Wyborczej wieszczy, że Putin spłynie razem z ropą: Rosja, której zabraknie wpływów z eksportu surowców, szybko wyda swoje rezerwy walutowe, gdyż rosyjskie megafirmy, które na skutek sankcji nie mogą brać kredytów na Zachodzie, zwrócą się do budżetu państwowego po ratunek. W końcu poziom życia w Rosji spadnie tak znacząco, że albo Putin zostanie obalony, albo pójdzie w jeszcze większy militaryzm, aby zjednoczyć naród wokół swojej osoby.

Gadomski wydaje się być wyraźnie podekscytowany pierwszą z tych możliwości. To dość głupie. Z jednej strony Rosja wydaje bardzo dużo a to na zbrojenia, a to na projekty infrastrukturalne, których celem jest szantażowanie Zachodu, a to na igrzyska (dosłownie igrzyska, ale też na przykład Szczyt Współpracy Gospodarczej Azji i Pacyfiku we Władywostoku), a to wreszcie na megaprojekty służące nie wiedzieć czemu, chyba głównie pomnażaniu bajońskich fortun kilku prokremlowskich oligarchów na kontraktach wzmacniających gospodarczo Chiny i powodujących straty w środowisku naturalnym na trudną do wyobrażenia skalę (patrz planowany gazociąg przez góry Ałtaju). Gdyby Putinowi miało zabraknąć akurat na to, nic złego by się nie stało. Wręcz przeciwnie, R.I.P. South Stream. Jednak z drugiej strony Putin prędzej doprowadzi do obniżenia poziomu życia, zwalając wszystko na Zachód i nałożone przez niego sankcje, niż zrezygnuje ze swoich najważniejszych projektów imperialnych. Szkoda więc ludzi, zwykłych ludzi, a już jakieś zamieszki w Rosji to naprawdę jest ostatnia rzecz, z której powinniśmy się cieszyć.

Tak czy siak, ceny ropy spadają. Rosja, wspierana przez Wenezuelę, której literalnie grozi bankructwo, usiłowała temu przeciwdziałać na niedawnym szczycie OPEC. Bezskutecznie. Saudyjczycy uparli się, żeby nie obniżać wydobycia, co spowodowałoby wzrost cen. W Rosji, ale i w Polsce, dość popularna jest teza, że jest to wynik antyrosyjskiej zmowy Amerykanów i ich bliskowschodnich sojuszników, Saudyjczyków. Rosję trzeba ukarać za jej ekscesy na Ukrainie, ograniczając jej najważniejsze źródło wpływów budżetowych.

The Economist przedstawia jednak inne wyjaśnienie obecnego spadku cen ropy. Po części wynika on ze spowolnienia światowej gospodarki, a więc ze spadku zapotrzebowania, jednak przede wszystkim z bardzo znacznego wzrostu wydobycia z amerykańskich złóż łupkowych. Amerykanie, ze złóż konwencjonalnych i łupkowych łącznie, wydobywają już 9 milionów baryłek dziennie (Saudyjczycy 10 milionów). Trzeba także pamiętać, że spadek cen ropy uderza nie tylko w Rosję, ale też w Państwo Islamskie – które przejęło i eksploatuje północnoirackie pola roponośne – a więc w politycznego przeciwnika tak Stanów, jak i Arabii Saudyjskiej oraz lokalnego konkurenta biznesowego Saudyjczyków.

Economist powiada dalej, że Saudyjczycy rzeczywiście mają pewien ukryty cel: wyeliminowanie z rynku producentów o wysokich kosztach wydobycia. Arabia Saudyjska może sobie na to pozwolić, gdyż jej koszta wydobycia są wyjątkowo niskie, 29 dolarów za baryłkę. W Rosji jest to średnio 55 dolarów, a ze złóż arktycznych 100 dolarów i więcej. Cena wydobycia ze złóż łupkowych wynosiła do niedawna około 70 dolarów za baryłkę, ostatnio spadła do 57 dolarów. W dodatku złoża łupkowe mają krótki czas eksploatacji (w ciągu roku wydobycie może spaść o 60-70%), trzeba więc wciąż robić nowe odwierty. Gdy cena ropy była wysoka, było to opłacalne, ale jeśli trend spadkowy się utrzyma, amerykańscy nafciarze będą mieli kłopot, o ile nie znajdą sposobów na dalsze obniżenie kosztów wydobycia.

Wydaje się zatem, że cena, przy której eksploatacja północnoamerykańskich złóż łupkowych przestanie być opłacalna, stanowi naturalną barierę spadku cen ropy. Będzie to z pewnością cena znacznie niższa od tej, która zapewniłaby Rosji strumień petrodolarów pozwalający na jednoczesną realizację projektów imperialnych i utrzymanie poziomu życia mieszkańców (tak naprawdę chodzi o poziom życia mieszkańców wielkich miast europejskiej części Rosji; poziomem życia biedaków na prowincji czy gdzieś daleko w części azjatyckiej naprawdę nikt się nie przejmuje). Może to być nawet cena nieco niższa od obecnej. Ale spadku do poziomu, czy ja wiem, ~60 dolarów za baryłkę, raczej nie należy się spodziewać.

Widać wszakże, że teza, iż „spadek cen ropy to wynik antyrosyjskiego spisku” jest wielkim uproszczeniem. Jak każda teoria spiskowa, mówi ona więcej o jej głosicielach, niż o rzeczywistości.

Post scriptum 14 grudnia: Okazuje się, że jestem kiepskim analitykiem rynku ropy. W tej chwili cena ropy Brent wynosi 61.85 dolarów za baryłkę, a cena teksańskiej ropy WTI ledwo 57.81.

Czytaj także Syberyjski separatyzm.

niedziela, 13 października 2013

U brzegów Lampedusy toną kolejne łodzie z imigrantami. Kilka dni temu utonęło 300 osob, dwa dni temu następnych kilkadziesiąt. Papież Franciszek nazywa to hańbą, przewodniczący Komisji Europejskiej Barroso powiada, iż

nie możemy zgodzić się na to, aby tysiące ludzi ginęło u granic Europy.

Lampedusańczycy, którzy nieszczęsnym imigrantom jakoś chcą pomóc, apelują o utworzenie korytarza humanitarnego pomiędzy Afryką Północną a Europą. Europejskie media publikują wzruszające reportaże.

A przecież wszystko to jest podszyte straszną hipokryzją. 

My, Europejczycy, tych imigrantów nie chcemy. Żal nam biednych ludzi, którzy zginęli, ale przede wszystkim chcemy zniechęcić innnych do udawania się do Europy. Nie będzie więc żadnego korytarza humanitarnego, umożliwiającego bezpieczne pokonanie tych stu kilkunastu kilometrów otwartego morza. Nie będzie ułatwień. Reżimy w krajach Północnej Afryki brały od Europy pieniądze za powstrzymywanie migrantów. Jedne reżimy upadły w czasie Arabskiej Wiosny 2011, później upadł reżim Kadafiego i brama od strony afrykańskiej została otwarta.

Nie chcę wnikać w szczegóły europejskiego prawa imigracyjnego, bardzo zawiłego, ale żadne państwa nie chcą przyjmować imigrantów, którzy dotarli do krajów południowej Europy - Włoch, Grecji, Malty, Hiszpanii. Dlaczego? Imigrantów oskarża się o to, że nie szanują naszej kultury, są hałaśliwi, kradną, żebrzą, prostytuują się, napadają, gwałcą, zostają terrorystami, a przede wszystkim wyłudzają pomoc od opieki społecznej. Jest w tym zapewne jakaś część prawdy, może nawet dużo prawdy, ale w jakim stopniu jest to wywołane naszą własną ksenofobią, niechęcią do imigrantów, demonstrowanym brakiem zaufania, traktowaniem ich jak podludzi? Mówi się, że imigranci odbierają Europejczykom pracę. To chyba na ogół nie jest prawdą, gdyż nieznający języków i obyczajów, słabo wykształceni imigranci jeśli już dostają pracę, to taką, której Europejczycy wykonywać nie chcą. Wykształceni imigranci - lub ich wykształcone w Europie dzieci - niekiedy dostają dobrą pracę, ale równie często i tak spotykają się z objawami ksenofobii. No po prostu nie chcemy tych ludzi, i już.

Tymczasem jednak skoro już tym ludziom udało się dotrzeć do Europy, powinno się szybciej rozpatrywać ich podania o azyl (na to trzeba i środków, i dobrej woli!), a tych, którym azyl zostanie przyznany, należy wysyłać do innych krajów - ale niekoniecznie do Niemiec, Holandii czy Skandynawii, ale do Litwy, Bułgarii czy Polski. Chodzi o to, żeby Europa powiedziała: w porządku, chcieliście do Europy, oto więc jesteście, ale Europa to nie tylko najbogatsze kraje z najbardziej wydajnymi systemami opieki społecznej. Ta "gorsza Europa" i tak jest bogatsza i nieskończenie bardziej bezpieczna niż kraje, z których uciekliście. Spróbujcie tu normalnie żyć.

Kluczowe jest to, że Europa musi się wypowiedzieć jako całość, jako Unia, nie zwalać wszystkiego na legislacje i przeciążone systemy krajów granicznych. The Economist rozsądnie komentuje, że jeśli Europa chce nawet nie tyle rozwiązać, ile ograniczyć problem nielegalnych imigrantów, powinna zabiegać o rozwój gospodarczy krajów, z których pochodzą ci ludzie. I tu nie chodzi o żadną pomoc humanitarną, ale o zwykłą współpracę gospodarczą, w szczególności - horribile dictu - o liberalizację handlu, zniesienie barier celnych chroniących europejski rynek przed afrykańskimi produktami rolnymi: bawełną, cukrem, warzywami.

If countries like Italy refuse to take more tomatoes from north Africa, they may simply be condemned to take more people.

Polska tymczasem nie radzi sobie nawet z tymi nielicznymi nielegalnymi imigrantami, którzy docierają do nas przez wschodnią granicę. Procedury ciągną się miesiącami, imigranci żyją w obozach niewiele różniących się od więzień, są doniesienia o poniżającym traktowaniu imigrantów przez personel tych obozów, dzieci nie chodzą do szkoły, a wszystkie lokalne społeczności sąsiadujące z ośrodkami dla imigrantów nieodmiennie domagają się, żeby zostały one natychmiast zamknięte. Gdzieś te ośrodki niech będą, byle nie u nas!

Moim zdaniem Polska powinna zacząć od tego, żeby wszystkie dzieci imigrantów, nawet tych z jeszcze nierozpatrzonymi sprawami, posyłać do szkół. Do zwykłych szkół, nie do jakichś specjalnych ośrodków szkolnych na terenie ośrodków. Państwo powinno im przy tym opłacić wszystkie podręczniki i pomoce szkolne, a także wyżywienie w szkolnej stołówce. Dzieci nie znają polskiego? Jeśli nie pójdą do szkoły, to się go nie nauczą. A jeśli się nie nauczą, to na pewno nigdy się z Polską nie zintegrują. Polska powinna też przestać wyrzucać tych imigrantów, którzy mieszkają tu już kilka lat, faktycznie się zintegrowali, pokończyli szkoły, zaczęli pracować. Ale wciąż są "nielegalni". Ach, na pewno chcą wykorzystać hojność naszego państwa, albo zakładać tu bazy terrorystów, albo jedno i drugie. Zapewne takie przypadki się zdarzają, ale nie można z góry zakładać, że tak będzie. Jak zawsze (czyli w Polsce: jak nigdy) trzeba zakładać dobrą wolę.

Ale o czym ja w ogóle piszę? Polska nie potrafi ułożyć sobie stosunków ze społecznością "imigrantów", którzy mieszkają tu od kilkuset lat: z Cyganami. Nastroje antycygańskie narastają w całej środkowej Europie...

czwartek, 06 grudnia 2012

Pamiętacie Richarda O'Dwyera, Brytyjczyka oskarżonego o piractwo komputerowe, któremu groziła ekstradycja do USA? Niecały rok temu media okrzyknęły go "pierwszą ofiarą ACTA". Tymczasem O'Dwyer w żadnym wypadku nie był postacią kryształową, o czym pisałem w Prawdziwej historii Richarda O'Dwyera:

Richard O'Dwyer ani nie był naiwnym amatorem, ani szlachetnym bojownikiem w walce z Systemem. Był biznesmenem, który uczynił sobie źródło dochodu z ułatwiania innym użytkownikom sieci dostępu do pirackich plików.

W styczniu burzę medialną wywołała zgoda brytyjskiego sądu pierwszej instancji na wydanie O'Dwyera do Stanów. Kilka miesięcy później podobną decyzję wydała brytyjska minister spraw wewnętrznych. O'Dwyer szykował się do batalii prawnej przed sądem wyższej instancji, a znaczna część brytyjskiej opinii publicznej sprzeciwiała się jego ekstradycji. Istotną rolę odgrywało tu odczucie, iż brytyjsko-amerykańska umowa ekstradycyjna jest niesymetryczna i stawia obywateli brytyjskich w niekorzystnej sytuacji, a także wątpliwości, czy pan O'Dwyer naruszył jakieś brytyjskie prawo. Brytyjski sąd pierwszej instancji uznał, że tak.

W Polsce już o tym wszystkim nie pisano. Nie napisano też, jak cała historia się zakończyła. Otóż tydzień temu Richard O'Dwyer podpisał umowę z amerykańskimi oskarżycielami, zwalniającą go z odpowiedzialności, przynajmniej na jakiś czas, a być może na zawsze. O'Dwyer musi pojechać do Stanów, podpisać tam końcową wersję umowy i zapłacić jakąś karę, ponoć niewielką.

Umowa, jaką podpisał O'Dwyer, należy do kategorii Deferred Prosecution Agreement. Oznacza to, że amerykański oskarżyciel przedstawi O'Dwyerowi zarzuty, ten się z nimi zgodzi, a więc przyzna do winy, ale oskarżyciel nie wniesie sprawy do sądu - do czasu, aż O'Dwyer nie popełni jakiegoś innego przestępstwa, a w szczególności po raz kolejny nie naruszy prawa autorskiego. Jest to zatem umowa typu plea bargain. Konsekwencją umowy powinien być zwrot nielegalnie uzyskanych korzyści. Richard O'Dwyer zarobił na swoim serwisie ponad dwieście tysięcy dolarów. Będzie musiał je zwrócić? Mam nadzieję, że tak. 

Ciekawe, czemu amerykańscy oskarżyciele zdecydowali się na takie rozwiązanie? Niezależna autorka Charlie Osborne twierdzi, że Stany bardzo przejęły się zakończeniem sprawy Garry'ego McKinnona. Ten brytyjski haker, cierpiący na zespół Aspergera, włamał się do serwerów Pentagonu i NASA. Twierdził, że nie chciał zrobić niczego złego, a tylko obnażyć luki w zabezpieczeniach. W Stanach groziło mu wieloletnie więzienie, którego zapewne by nie przeżył. Brytyjska opinia publiczna była zdecydowanie przeciwna ekstradycji McKinnona i właśnie pod wpływem opinii publicznej brytyjska minister spraw wewnętrznych wycofała swoją wcześniejszą zgodę na ekstradycję. Amerykanie przestraszyli się, że z O'Dwyerem może stać się tak samo.

To wszystko nie oznacza, że Richard O'Dwyer jest niewinny. A problem z brytyjskim Extradiction Act wciąż istnieje.

piątek, 02 listopada 2012

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej czytam esej Marka Beylina W poszukiwaniu szacunku

Większość z nas zmaga się z niedostatkiem szacunku. Nas nie szanują, my nie szanujemy [...] Szacunek to rzadkie dobro.

Dalej Beylin słusznie zauważa, iż fundamentalna dla demokracji teza, że

mamy być silni, odważni i przede wszystkim samowystarczalni [...] staje się dojmującym głupstwem, gdy zamienia się w dogmat, jakże dziś powszechny, iż mamy polegać tylko na sobie.

Podkreśla więc Beylin rolę relacji z innymi ludźmi, rolę wspólnoty, aby w końcu dojść do wniosku, że za ów powszechny brak szacunku odpowiada panująca ideologia liberalna:

W świecie kurczącej się pracy i stałego zatrudnienia wciąż się nas przekonuje, że źródłem naszej godności jest właśnie praca. Zgodnie z tym przekonaniem ten, kto nie pracuje, jest człowiekiem ułomnym moralnie, może zasługiwać na litość, ale nie na szacunek.

Podobnie twierdził marksizm: to praca określała wartość człowieka, więcej, człowiek dzięki pracy był człowiekiem. Obie te doktryny - i neoliberalizm, i marksizm - jak widać, wyrastają z protestanckiej etyki pracy.

Ale ja nie o tym. Z pracą rzeczywiście jest kłopot. Jeszcze całkiem niedawno praca robotnika wykwalifikowanego w dużej fabryce lub średniego szczebla menedżera czy urzędnika zapewniała przyzwoite zarobki i stabilną pozycję społeczną. Dziś takiej pracy ubywa, a przyczynami są postęp techniczny i globalizacja. Pisałem kiedyś, że nie ma już wielkich budów socjalizmu, zdolnych wchłonąć nadwyżkę pracy z przeludnionych wsi. W ogóle na Zachodzie (do którego w globalnej perspektywie należymy) jest coraz mniej fabryk, produkcja ucieka na Daleki Wschód, a te, które są, zatrudniają mniej ludzi, choć niekoniecznie mniej produkują, gdyż produkcją w coraz większym stopniu zajmują się maszyny. Pracę średniego szczebla menedżerów, urzędników, ale także bankowców, eliminują komputery, Internet i wszelkie "systemy inteligentne". Presja ekonomiczna powoduje, że ci, którzy pracują, muszą się godzić na niższe pensje i gorsze warunki, typu "umowy śmieciowe". Ekonomia się rozwija, ale nie jest już prawdą, że a rising tide lifts all boats. Następuje polaryzacja rynku pracy: Pracę znajdują ludzie o wyjątkowo wysokich kwalifikacjach, a także ci, którzy nie mają bardzo wysokich kwalifikacji, ale ich pracy nie da się łatwo zautomatyzować i nie sposób jej wyeksportować gdzie indziej: opiekunowie chorych, strażacy, specjaliści od remontów i drobnych napraw. Znika środek, który przez co najmniej kilkadziesiąt lat był kotwicą stabilizacji i dobrobytu. Wielu ludzi z tego środka wypada a ci, którzy do niego aspirowali, nie mają szans się tam dostać.

Tak się po prostu zachodni świat rozwinął. Sytuacja nie jest dobra, ale bunt przeciwko niej i żądanie powrotu do starych, dobrych czasów, byłyby formą neoluddyzmu, z góry skazaną na niepowodzenie. Nie wiem, co zrobić, nie wiem, co się stanie, ale widzę, że jest źle. Spodziewam się, że w końcu wyłoni się jakiś nowy model, mniej-więcej akceptowalny społecznie - tak, jak nowoczesna epoka przemysłowa nastała po ruchu burzycieli maszyn - ale kiedy to się stanie? I jakim kosztem?

Marek Beylin zastanawia się jak przywrócić wzajemny szacunek. Beylin tego nie pisze - no gdzieżby - muszę jednak zauważyć, że katolicyzm, podkreślający przyrodzoną godność każdego człowieka i równość wszystkich przed Bogiem, daje w tym zakresie lepsze perspektywy, niż protestantyzm, neoliberalizm czy marksizm, koncentrujące się na pracy, której strukturalnie nie ma. Nie ulega wątpliwości, iż katolicyzm dotąd całkiem fatalnie wcielał swoje ideały w życie, ale przynajmniej doktrynalnie daje on jakąś nadzieję. Gdybyż, ach, gdybyż Kościół był w stanie to przemyśleć i przestał sprowadzać pojęcie "przyrodzonej godności ludzkiej" do ideologicznego sprzeciwu wobec aborcji, może coś dobrego by z tego wynikło? Tak sobie marzę...

Beylin tymczasem wzywa do łagodzenia nierówności społecznych, upatrując w nich jedno z ważnych źródeł wzajemnego braku szacunku.

Miejsce szacunku zajmują zazdrość i pogarda.

I tu pełna zgoda. Nierówności społeczne są niszczące - i narastają. Jest to skutkiem uznania krótkoterminowego zysku jako jedynego wyznacznika sukcesu, więc ci, którzy mogą - mocni, bogaci - rosną w siłę i bogacą się jeszcze bardziej kosztem słabszych. To jest, jak sądzę, największe wynaturzenie neoliberalizmu wobec swojego duchowego poprzednika, protestanckiej etyki pracy. Skądinąd tradycyjna lewicowa recepta na brak szacunku, czyli rozbudowany system świadczeń społecznych, też zawodzi: z jednej strony konserwuje bierność, z drugiej system staje się ekonomicznie niewydolny, z kilku powiązanych ze sobą powodów: na skutek zmian demograficznych, na skutego zmian na rynku pracy i nadużywania tego systemu, co gdzieniegdzie stało się zjawiskiem nagminnym.

Ale samo zmniejszenie nierówności społecznych, choć bez wątpienia pożądane, nie zlikwiduje problemu braku pracy. Z drugiej strony może zrodzić się pokusa, aby zniesienie nierówności zadekretować i przymusowo wprowadzić w życie. Tego właśnie próbowali wszelcy rewolucjoniści - ze skutkiem wiadomym.

Przyszedł mi do głowy bon mot. Kiedyś powiadało się, że kto za młodu nie był lewicowcem, na starość będzie świnią. Czasy się zmieniają. Ja dziś zaryzykowałbym stwierdzenie, że kto za młodu nie był liberałem, ten na starość będzie fanatykiem.

piątek, 10 sierpnia 2012

Olimpiada zbliża się do końca. Polska wypadła na niej kiepsko - w chwili, gdy to piszę, 9 medali i 28. miejsce w klasyfikacji medalowej - i zaraz się zaczną, a właściwie już się zaczęły, straszne narzekania na poziom polskiego sportu olimpijskiego. Złość nie byłaby tak głęboka, gdyby nie dwa fakty: Po pierwsze, polska reprezentacja olimpijska jest najliczniejsza w historii, a zdobyła mniej medali, niż na poprzednich igrzyskach. Po drugie, wielu sportowców buńczucznie zapowiadało, że jadą po medale, najpewniej złote, po czym odpadali na bardzo wczesnych etapach rywalizacji. To doprawdy było żałosne. Nasze media też pompowały ten balon, z góry ciesząc się sukcesami, więc gdy się okazało, że sukcesów brak, media rzuciły się do bicia w cudze piersi.

Ja nie mam pretensji do zawodników, którzy zajęli czwarte miejsca czy w ogóle się starali. Mam pretensje do tych, którzy zapowiadali nie wiedzieć co, a sromotnie przegrali.

Tymczasem Wielka Brytania cieszy się z niezagrożonego trzeciego miejsca w klasyfikacji medalowej. Dziennikarz BBC przytomnie zauważa, że kraj ten dużo zapłacił za zdobyte medale. W Atlancie Brytyjczycy zdobyli 15 medali, w tym jeden złoty. W następnym roku przygotowania olimpijskie zaczęły być finansowane z wpływów z National Lottery. Na przygotowania do Sydney brytyjscy olimpijczycy mieli już 60 milionów funtów i zdobyli 28 medali. Na przygotowania do Aten - 70 milionów i 30 medali. Rok później MKOl przyznał Londynowi prawo organizacji igrzysk. Finansowanie przygotowań do olimpiady w Pekinie wzrosło do 235 milionów, a Brytyjczycy zdobyli tam 47 medali. BBC cytuje specjalizującego się w ekonomii sportu prof. Davida Forresta z Uniwersytetu w Salford, który powiada

We spent an extra £165m and got 17 more medals, so that's about £10m a medal.

Przygotowanie brytyjskiej ekipy do igrzysk w Londynie kosztowało 264 miliony funtów (60% pokryto z wpływów z National Lottery), a Wielka Brytania zdobyła dotąd 55 medali, w tym 25 złotych, co daje około pięciu milionów funtów za medal. Jest to jednak szacunek zaniżony: zauważmy, że Wielka Brytania, chcąc się pokazać na igrzyskach u siebie, trzykrotnie zwiększyła finansowanie już siedem lat przed londyńskimi igrzyskami. Podane kwoty nie uwzględniają też kosztów organizacji samych igrzysk (około 12 miliardów funtów), a przecież brytyjscy sportowcy mogli używać nowo wybudowanych obiektów olimpijskich jako obiektów treningowych.

Wróćmy do naszych poolimpijskich rozliczeń. Na pewno będzie się mówić, że na sport przeznacza się w Polsce zbyt mało pieniędzy. Podobno zła jest też organizacja przygotowań, a w wielu związkach sportowych wciąż rządzą "leśne dziadki". To pewnie prawda, ale to nie jest jedyna przyczyna. Któryś z naszych dawnych mistrzów olimpijskich, obecnie trener, narzekał, że 

rodzice nie przyprowadzają dzieci, żeby zostały mistrzami, ale żeby się poruszały i były zdrowsze.

Cóż, z punktu widzenia zdrowia publicznego o to w sporcie chodzi, czyż nie? Ale zgadzam się, że polskim sportowcom chyba brakuje motywacji. Osiągnięcie poziomu mistrzowskiego to wiele lat potwornie ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Tymczasem w Polsce sport wyczynowy przestał być jedynym wehikułem pozwalającym wyrwać się z nizin społecznych, jak to było "za komuny" i jak dalej jest wśród mniejszości etnicznych na Zachodzie. Wydaje się także, że wśród polskich sportowców częste jest, że zadowalają się wysoką pozycją w Polsce i sam wyjazd na Olimpiadę traktują jak spełnienie marzeń. Jeśli ktoś tylko spełni minima, wyjazd na igrzyska należy mu się jak psu zupa, choćby z góry było wiadomo, że tam będą gdzieś na dole klasyfikacji. I to jest bardzo niepokojące.

Coubertinowska idea, że liczy się udział, stosuje się już tylko do krajów małych, biednych, takich, które niedawno uzyskały niepodległość i w ogóle chcą zaistnieć na międzynarodowych arenach sportowych. Kraje, które - jak Polska - sukcesami sportowymi chciałyby podnieść nastroje własnych obywateli i pokazać się z dobrej strony na świecie, nie powinny wysyłać licznych reprezentacji tylko po to, żeby tam sobie chwilę pobyły, bez realnych szans na sukcesy. Takie działania przynoszą, moim zdaniem, więcej szkody niż pożytku.

niedziela, 11 grudnia 2011

Premier David Cameron zawetował próbę zmiany Traktatu Lizbońskiego, zmierzającą w stronę większej integracji fiskalnej Unii Europejskiej. W tej sytuacji eurostrefa będzie się integrować na podstawie traktatów międzyrządowych, z obejściem instytucji unijnych. Wraz z eurostrefą kilku mniejszych członków Unii, w tym Polska. Ale nie Wielka Brytania.

Kaczyńsko-Ziobrystowska opozycja w Polsce wychwala Camerona, podczas gdy nie miał on właściwie żadnego innego ruchu. Było z góry wiadomo, że jakakolwiek inna decyzja zostałaby odrzucona przez brytyjski Parlament, tym niemniej brytyjska praca określa stanowisko Camerona jako najważniejszą decyzję w 38 letniej przynależności UK do Unii. Sam Cameron, zdaje się, zyskał w oczach swojej opinii publicznej.

Cameron bronił niezależności londyńskiego City, które (pośrednio lub bezpośrednio) przynosi budżetowi brytyjskiemu 40 miliardów funtów wpływów podatkowych. Za Cameronem stoi też brytyjska gospodarka, wielekroć silniejsza, niż polska. Cameron nie nadął się, tylko skalkulował interesy - polityczne i gospodarcze. Polska, niestety, mogłaby się co najwyżej nadąć.

Inna rzecz, że nie sposób w tej chwili przewidzieć ani jak na decyzjach szczytu Unii wyjdzie Wielka Brytania, ani kontynentalna Europa. Wiadomo, że niekontrolowany rozpad eurostrefy byłby katastrofalny dla wszystkich, ale czy ostatnie decyzje go powstrzymają? Problemy fiskalne (bark płynności i niewypłacalność) są zapewne tylko objawami, nie zaś przyczyną obecnego kryzysu. Dyscyplina fiskalna, jak przewidują eksperci, będzie miała tendencje do ekspandowania w stronę ujednoliconego rynku finansowego ze wspólnym regulatorem, ujednoliconych podatków i ujednoliconego rynku pracy. To pierwsze byłoby chyba dobre, drugie złe, trzecie, w zależności od szczegółowych zasad, może być dobre lub złe. Brytyjczycy zaś ze swej strony winni pamiętać, że załamanie gospodarek kontynentalnej Europy bardzo wpłynęłoby na pozycję Londynu jako światowego centrum finansowego. Postawa business as usual chybaby się tym razem nie udała.

A Polska, cóż, po pierwsze nie ma armat. Nie ma armat gospodarczych i finansowych, dzięki którym mogłaby prowadzić samodzielną politykę. Niemcy są naszym najważniejszym partnerem gospodarczym, do Włoch i Francji także jest nam bliżej, niż do UK, nie tylko geograficznie, ale i gospodarczo. Po drugie - no tak, nie ma "po drugie".

 
1 , 2 , 3