Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS

Polityka

czwartek, 30 listopada 2017

Obserwatorzy polskiej polityki zastanawiają się, jaki będzie ostateczny los ustaw sądowych - czy dr Duda zaakceptuje najnowsze poprawki PiSu, wykraczające, jak można sądzić po reakcji prezydenckich prawników, poza to, co Duda uzgodnił z Kaczyńskim, czy też je zawetuje, idąc na wojnę ze swoim obozem. Nieco straciła na znaczeniu planowana i wciąż odkładana rekonstrukcja rządu.

Tymczasem moim zdaniem chodzi o coś zupełnie innego: o to, czy Antoni Macierewicz pozostanie Ministrem Obrony Narodowej, czy też wyleci z rządu. Jedynie Ludwik Dorn zrozumiał, o co chodzi, ale też tylko częściowo.

Antoni Macierewicz niszczy Wojsko Polskie. Program modernizacji jest wstrzymany, doświadczeni oficerowie odchodzą, awansują za to młodzi, nieprzygotowani do nowych obowiązków, ale niesłychanie wdzięczni ministrowi. Pieniądze na wojsko są dosłownie przejadane. Macierewicz forsuje rozbudowę Wojsk Obrony Terytorialnej kosztem jednostek operacyjnych, w dodatku WOT faktycznie podlega bezpośrednio ministrowi, nie zaś Dowódcy Generalnemu Sił Zbrojnych. Najsilniejsza jednostka polskiej armii, 11 Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej - do niedawna druga co do wielkości jednostka NATOwska na kontynencie europejskim, przeznaczona do wykonania kontruderzenia w wypadku agresji ze wschodu - została częściowo rozbrojona i przesunięta na prawy brzeg Wisły, czyli wystawiona na bezpośrednio atak artyleryjski i lotniczy Rosji (zgadnijcie, dlaczego jednostki amerykańskie stacjonują na zachodzie Polski). Przetarg na śmigłowce odwołano w atmosferze skandalu, bez przetargu kupiono za to samoloty do przewozu VIPów; odnośnie do jednego i drugiego pojawiły się oskarżenia o nielegalne działania lobbystyczne. Macierewicz upokarza weteranów i doświadczonych oficerów, mianując swoich niekompetentnych protegowanych na kierownicze stanowiska w Polskiej Grupie Zbrojeniowej niszczy polski przemysł obronny, a w otoczeniu ministra aż roi się od osób z niejasnymi powiązaniami z Rosją. Sojusznicy przestali nam ufać. Do tego minister na różnych forach międzynarodowych ogłasza, że de facto toczy się wojna (!) z Rosją. W kwestii katastrofy pod Smoleńskiem już prawie nikt nie wierzy, że Macierewicz i jego podkomisja dostarczą jakichś wiarygodnych dowodów na zamach (w ogóle w zamach, którego nie było, wierzy już tylko kilkanaście procent Polaków - mniej więcej taki sam procent Amerykanów wierzy w alien abduction). A co z wewnątrzpolitycznego punktu widzenia jest szczególnie ważne, trwa otwarta wojna pomiędzy ministrem a nominalnym najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, prezydentem, o kontrolę nad armią i wpływ na jej przyszły rozwój.

Wszystko to, a także osobiste cechy Antoniego Macierewicza, jego granicząca z paranoją nieufność i arogancja, maskowane zewnętrzną, cukierkową wręcz uprzejmością, jego ideologiczne krucjaty i rzucane co pięć minut insynuacyjne oskarżenia, są wielkim obciążeniem dla PiSu. Sami PiSowcy chcieliby się Macierewicza pozbyć. A on, choć jego pozycja nieco osłabła, wciąż trwa i trwa.

Sporo osób sądzi, że Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński zawarli układ: prezydent zgodzi się na PiSowskie poprawki do ustaw o KRS i SN - nawet gdyby prezydent miał sobie zrobić z gęby cholewę, wycofując się z wymogu 3/5 do KRS, którego znaczenie tak mocno podkreślał - a w zamian za to Kaczyński, przy okazji rekonstrukcji rządu, usunie Macierewicza i powoła na to miejsce kogoś, kto uszanuje formalne i symboliczne zwierzchnictwo Dudy.

Otóż twierdzę, że jeśli panowie rzeczywiście dobili takiego targu, to żadnej rekonstrukcji rządu nie będzie, dopóki Duda nie podpisze znowelizowanych ustaw sądowych. Być może PiS poczeka, aż do złożenia podpisu zmuszą Dudę konstytucyjne terminy, rekonstrukcja zaś będzie odwlekana pod różnymi pretekstami: a to na skutek złośliwego kroku Platformy, która zgłosiła wniosek o votum nieufności dla rządu Beaty Szydło, trzeba więc będzie najpierw Szydło obronić, żeby potem móc ją odwołać, a to Jarosław Kaczyński wciąż będzie przechodzić badania, czy stan zdrowia pozwoli mu na sprawowanie funkcji premiera.

Nawiasem mówiąc, jeśli porównać zdjęcia Kaczyńskiego sprzed roku i obecne, wydaje się, że on rzeczywiście jest chory.

Gdy prezydent już ustawy podpisze, straci swoją jedyną broń, jaką ma przeciw PiSowi: weto. A wtedy Kaczyński zdecyduje o rekonstrukcji i Macierewicza na stanowisku pozostawi. Prezydent wyjdzie na absolutnego, przegranego głupka. W "Uchu prezesa" Adrian nie będzie miał już nawet wstępu do korytarzyka na Nowogrodzkiej.

A dlaczego właściwie Kaczyński miałby pozostawić Macierewicza, mimo jego oczywistych wad, na ministerialnym stołku? Ano dlatego, że Macierewicz ma na Kaczyńskiego haka - dysponuje SBckimi papierami, które mogłyby Kaczyńskiego całkowicie skompromitować. Powiem więcej, jeśli dr Duda ustawy podpisze, a Macierewicz ministrem pozostanie, będzie to dla mnie niepodważalny dowód, że Macierewicz takie dokumenty ma.

Jeśli Duda ustawy zawetuje, wtedy Macierewicz tym bardziej pozostanie na stanowisku. W tym kontekście warto zastanowić się, dlaczego PiS zgłasza obecnie poprawki do ustaw sądowych daleko wykraczające poza wynegocjowane porozumienie Kaczyński-Duda. Możliwości są dwie: albo Kaczyńskiemu bardziej zależy na ocaleniu Macierewicza niż na ustawach sądowych, przy czym jest szansa, że prezydent jednak podpisze, aby nie palić mostów pomiędzy nim samym a PiSem, albo też pan Zbyszek, upokorzony prezydenckimi wetami, korzystając z tego, że Kaczyński jest w szpitalu na badaniach (?) i nie sprawuje bezpośredniej kontroli, postanowił sobie powetować i upokorzyć Dudę. Najwyraźniej Kaczyński panu Zbyszkowi nie ufa - co akurat byłoby dość rozsądne - i postanowił go nie wtajemniczać w szczegóły swojego planu.

Tomasz Piątek, Macierewicz i jego tajemnice

niedziela, 15 października 2017

Najnowszy sondaż CBOS daje PiSowi poparcie 47%. Opozycja smętnie dołuje - Platforma ma 16%, Nowoczesna 6%.

Część komentatorów stara się to bagatelizować zwracając uwagę, że CBOS jest instytucją rządową, kontrolowaną przez dobrą zmianę, więc nic dziwnego, że daje wyniki bardzo korzystne dla rządzącej partii. Tezę tę uwiarygodnia fakt, że PiSowska propaganda, w tym zawłaszczone media publiczne, kłamią jak najęte. Łżą i przedstawiają zupełnie fałszywy obraz rzeczywistości jeszcze bardziej nachalnie i bezczelnie, niż komuna w czasie stanu wojennego.

Jednak inne, niezależne sondażownie, dają wyniki porównywalne: PiS bardzo znacznie wyprzedza opozycję. Może nie aż tak, jak w CBOS, ale podobnie (sondaż Kantar TNS z końca września: PiS 43%, Platforma 21%, Nowoczesna 7%).

Inni podkreślają, że wyniki sondaży, zwłaszcza telefonicznych, mogą być niewiarygodne. Ludzie często nie mają czasu odpowiadać ankieterowi, męczą ich liczne pytanie statystyczne (wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania, status materialny itd) poprzedzające "właściwe" pytania, więc przerywają ankietę, w ogóle traktują pytania ankietera jak jakieś wtargnięcie w ich sferę prywatności - pełnych odpowiedzi udzielają tylko nieliczni. Wśród nich - podobno - przeważają emeryci i ludzie na różne sposoby sfrustrowani, którym akurat populistyczna polityka PiS może odpowiadać. A w ogóle poparcie sondażowe na pstrym koniu jedzie. Znane są spektakularne załamania notowań poszczególnych kandydatów czy ugrupowań w czasie kilku tygodni, najwyżej miesięcy, kampanii wyborczej. Dość przypomnieć, że jeszcze w sondażu ze stycznia 2015 Bronisław Komorowski cieszył się 65% poparciem, a Andrzej Duda mógł liczyć tylko na 21% głosów. Do wyników sondaży należy zawsze podchodzić cum grano salis.

Niektórzy politolodzy uważają, że nie tyle przybywa wyborców PiSowi, ile ubywa ich opozycji. Opozycja jest kompletnie jałowa, co najwyżej próbuje się podczepiać pod protesty społeczne, zresztą na ogół nieudolnie, sama niczego nie proponuje, a do tego jest skłócona. Panuje poczucie beznadziei: PiSowski walec miażdży wszystko, więc nie warto się wysilać, lepiej poczekać, aż PiSowska machina się popsuje, bo prędzej lub później popsuć się musi. W tej sytuacji wiele osób niechętnych PiSowi albo odmawia udziału w badaniach, albo mówi "trudno powiedzieć", albo deklaruje, że nie weźmie udziału w wyborach. I choć bezwzględnie nie przybywa zwolenników PiSu, to ich względny udział wśród osób deklarujących uczestnictwo w wyborach znacząco rośnie.

Jarosław Flis stara się spojrzeć na wyniki sondażowe nieco głębiej.

Po pierwsze, mówi Flis,

niuanse prawne dla wyborców mają mniejsze znaczenie niż to, że wynagrodzenia rosną.

Po drugie, Andrzej Duda, dzięki swoim wetom z jednej strony i pasywnej postawie opozycji z drugiej, w oczach wielu wyborców przejął rolę opozycji wobec jedynowładztwa Jarosława Kaczyńskiego. Duda nie jest liberalnym demokratą, konstytucję łamie nie tylko rano, wieczór i w południe, ale i w środku nocy, może jednak stanowić zaporę przeciwko obsesjom Kaczyńskiego, szaleństwom (a może wręcz agenturalnej działalności?) Macierewicza oraz arogancji i niepohamowanej żądzy władzy pana Zbyszka. Po co głosować na nieudaczną opozycję, skoro Duda obroni nas przed największymi wynaturzeniami PiSu, a w wielu sprawach obyczajowych i społecznych polskiemu centrowemu elektoratowi jest dość blisko do tej partii?

Następuje obgryzanie Platformy z resztek elektoratu umiarkowanie konserwatywnego, w którym kiedyś PO była najsilniejsza. A to jest spora grupa wyborców, większa niż lewicowo-liberalny elektorat, bo tych ludzi jest garstka.

To jest fałszywa optyka, bo dr Duda nie dość, że nie jest demokratą, to jest zwyczajnym oportunistą o bardzo konserwatywnych poglądach, o gospodarce chyba nie ma wielkiego pojęcia, co zresztą jest charakterystyczne dla całej tej partii i może nam wszystkim - całej Polsce! - dać niezłego łupnia. Jego głównymi zaletami są brak szaleństwa Kaczyńskiego i Macierewicza i rozdętego do nieprzytomności ego pana Zbyszka. Być może Andrzej Duda jest, mimo wszystko, człowiekiem XXI wieku i nie żywi nostalgicznej tęsknoty za czasami Władysława Gomułki, jak większość przywódców i znaczna część "żelaznego" elektoratu PiSu. Jarosław Flis może mieć rację: na wielu umiarkowanych wyborców może działać "efekt Dudy".

Mnie zaś przypomina się wpis Edwina Bendyka na jego blogu sprzed prawie dwóch lat! Bendyk przenikliwie zauważył, że pomimo całej pro-ludowej, populistycznej retoryki PiSu, nie tylko w warstwie ekonomicznej, ale także godnościowej, mimo - a może obok - jawnego podbijania nastrojów ksenofobiczno-nacjonalistycznych, zwycięstwo tej partii dała klasa średnia.

Polski lud, którego teraz zaczęliśmy gorączkowo poszukiwać i przepraszać za opuszczenie, zawsze był tworem mitycznym, by przypomnieć młodopolskie chłopomaństwo. Lud był postrzegany albo jako źródło pierwotnej energii, albo jako ciemna siła gotowa do najbardziej ponurych zachowań.

A więc

Nie lud dał legitymację PiS do rządzenia. Jak już pisałem, PiS jest w istocie partią antyludową – wycofanie się z obowiązku szkolnego dla 6-latków uderzy najbardziej właśnie w klasę ludową. To dzieci ludu, i tak mające najmniejszą szansę na pobyt w przedszkolu, stracą jeszcze bardziej, idąc później do szkoły i idąc później do przedszkola, bo nie będzie miejsc dla trzylatków.

Bendyk nie pisał o deformie oświaty minister Zalewskiej, bo ten projekt nie był wówczas znany. Zauważmy, że on w jeszcze większym stopniu, niż cofnięcie sześciolatków do przedszkoli, godzi w środowiska wiejskie i edukacyjnie zaniedbane, gwarantując uprzywilejowaną pozycję dzieciom miejskiej klasy średniej. Bendyk:

Obietnice wyborcze, również czysto ekonomiczne, jak 500 zł i niższy wiek emerytalny, wcale nie poprawiają sytuacji ludu, tylko obliczone są na klasę średnią. Lud już dawno zapomniał, co to jest praca na etat, a tym samym pożegnał się z wizją emerytury. Itd.

[...] dlaczego tak wielu przedstawicieli inteligencji i klasy średniej zagłosowało na partię niekryjącą, że nie uznaje modelu liberalnej demokracji? Najwyraźniej przekonali się, że ta właśnie partia najlepiej zapewni im utrzymanie średnioklasowego statusu materialnego i symbolicznego oraz prestiżu. To, że konsekwencją tego wyboru może być wewnętrzne zamknięcie i utrata wielu przywilejów wynikających z przynależności do Europy? Warto przyjrzeć się statystykom i zobaczyć, czy rzeczywiście aż tak wiele osób korzystało z Erazmusa i innych możliwości kosmopolitycznego bratania się z resztą świata.

Bendyk pomija to, że jeśli - nawet jeśli nie formalnie, to faktycznie - wyjdziemy z Unii Europejskiej, albo też wewnątrz Unii powstanie jakieś znacznie mocniej zintegrowane jądro bez Polski, wobec którego "Unia zewnętrzna" z Polską przestanie mieć wielkie znaczenie, to klasa średnia straci i ekonomicznie, i prestiżowo. Choć wobec ludu wciąż będą panami.

Widocznie liberalne wartości dla rosnącej części polskiej klasy średniej nie są ważniejsze do tego, by żyć zgodnie ze swoją wizją dobrego życia i poczucia godności. Przeciwnie, mogą być traktowane jak źródło niepokoju i destabilizacji, są synonimem konkurencji w globalnym wymiarze w grze, w której na otwartym polu nie mamy zbyt wielkiej szansy ze względu na niedostatek kapitału i technologiczne zapóźnienie

Czemu więc nie spróbować lekkiego przymknięcia, narodowej symbolicznej mobilizacji i oparcia gospodarki w większym stopniu na wewnętrznym rynku i tradycyjnym, sprawdzonym historycznie wyzysku ludu?

Cóż, jeśli Flis, a zwłaszcza Bendyk mają rację, to dla liberalno-demokratycznej Polski nie ma nadziei na długie lata. Trzeba będzie poczekać, aż klasa średnia uświadomi sobie, że PiS srodze zawiódł pokładane w nim nadzieje ekonomiczne, a to się nie stanie do najbliższych wyborów. A później PiS weźmie nas wszystkich za mordę i zablokuje możliwość zmian na długie lata.

No, chyba że Duda nas obroni. He, he. 

https://victoriarollison.com/2013/02/24/opinion-poll-opinion/

P.s. Najnowszy sondaż IBRiSu daje 38,1% PiS i 19.8% Platformie. Przewaga PiS nad Platformą jest olbrzymia, prawie dwukrotna - ale nie prawie trzykrotna, jak w badaniu CBOS.

P.p.s. Ten bloger, porównując raportowane przez CBOS poparcie dla PiS z obiektywnie mierzalnym ruchem na ich stronie internetowej, a zwłaszcza historyczne zmiany pomiędzy korelacjami jednego a drugiego, powiada, że tak wysokie poparcie dla PiS jest statystycznie bardzo mało prawdopodobne.

czwartek, 05 października 2017

Przeczytałem, że Polska, zgodnie z unijnymi kryteriami BAT (best available technology), musi do 2021 mocno oganiczyć emisję zanieczyszczeń, przede wszystkim z elektrowni i elektrociepłowni, jednak 

rząd kosztem jakości powietrza chciał uniknąć konieczności inwestowania w nowe filtry.

Nie udało się i albo do 2021 emisje zanieczyszczeń zostaną mocno ograniczone (a przypominam, że polskie miasta należą do najbardziej skażonych smogiem nie tylko w Europie, ale na świecie!), albo nieefektywne instalacje będą musiały być zamknięte, co grozi brakiem dostaw ciepła do mieszkań z centralnym ogrzewaniem, czyli zimnymi kaloryferami. 

Koszt dla całej polskiej gospodarki to nawet kilkanaście miliardów. Polska nie ma takich pieniędzy.

Otóż gdy to czytam, trafia mnie szlag. Były bowiem pieniądze na

  • "repolonizację" banku Pekao SA - koszt 10,5 mld złotych, bez żadnego uzasadnienia ekonomicznego, chodziło chyba tylko o efekt propagandowy, o którym nikt już nie pamięta, i o posady dla krewnych i znajomych. Mówiąc złośliwie, komprador Mateusz Morawiecki wiele lat zajmował się wyprowadzaniem pieniędzy z polskiego sektora bankowego za granicę i robił to nader sprawnie; gdy został wicepremierem, postanowił tę swoją umiejętność wykorzystać.
  • planowaną obecnie "repolonizację" ciepłowni i elektrowni należących do EDF - koszt 4,5 mld złotych. Smaczku całej historii dodaje, że o ile francuska EDF rzeczywiście chciała wycofać się z Polski, to wcale nie chciała sprzedawać swoich aktywów Polsce, tylko funduszowi z Australii i czeskiej spółce. Polskie ministerstwo się na to nie zgodziło i niejako wymusiło sprzedaż polskim spółkom, co raczej nie przyczynia się do poprawy gospodarczych relacji polsko-francuskich.
  • program 500+, którego koszta w samym tylko roku 2017 mają wynieść 24,5 mld złotych. O programie tym nieodmiennie powtarzam, że o ile przynosi on pewne krótko-, a może nawet i średnioterminowe efekty pozytywne, o tyle jego skutki długoterminowe będą szkodliwe, a przeznaczone nań pieniądze można było wydać w sposób znacznie bardziej efektywny. A w dodatku w obecnej postaci program 500+ jest społecznie niesprawiedliwy.
  • całkowicie szkodliwe obniżenie wieku emerytalnego, którego koszta szacowane są na 54 mld złotych do 2021.

Do tego rząd planuje takie aberracyjne przedsięwzięcia, jak przekop Mierzei Wiślanej czy budowę monstrualnego białego słonia, jakim będzie Centralny Port Komunikacyjny. Oba te projekty są skazane na przekroczenie budżetu, wybudowane obiekty będą strukturalnie deficytowe, a przekop Mierzei wywrze niekorzystne skutki na przyrodę Zalewu Wiślanego.

Widać jednak, że są pieniądze! Gigantyczne. Są lub też rząd chce je wygenerować powiększając dług publiczny. Rząd ma prawo tak zrobić. Zamiast wydawać środki publiczne na cele uzasadnione ekonomicznie i realnie podnoszące jakość życia, rząd wydaje je na księżycowe, ekonomicznie nieuzasadnione, a wręcz szkodliwe projekty. To nie jest łamanie konstytucji czy zasad ustrojowych, a jedynie koszmarne marnotrawstwo, dowodzące głupoty, krótkowzroczności i ekonomicznej nieodpowiedzialności PiSu.

Elektrociepłownia w Łęgu i krakowski smog

niedziela, 01 października 2017

Nie rozumiem co się dzieje w Katalonii. Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje.

Bardzo słabo znam historię Hiszpanii. Katalończycy kilkakrotnie brali udział w wojnach, które wspierana przez nich strona przegrywała i mają poczucie, że Kastylia od wieków ich uciska. W czasach dyktatury Franco języka katalońskiego nie można było używać w żadnych sytuacjach oficjalnych, a teraz Katalonia, najbogatszy region Hiszpanii, narzeka, że musi zbyt dużo dokładać do budżetu centralnego. Zarazem jednak Katalonia cieszy się dużą autonomią.

Znajomy profesor z Uniwersytetu w Barcelonie z ogniem w oczach tłumaczył mi kiedyś, że kultura katalońska istnieje co najmniej od X wieku, a hiszpańska dopiero od XVI. 

Ale czy to są powody, aby domagać się secesji? Nie wiem. Katalończycy najwyraźniej uważają, że tak.

Władze w Madrycie twierdzą, że katalońskie referendum niepodległościowe jest nielegalne. Zdaje się, że mają rację. Ale to, co władze hiszpańskie robią, aby je uniemożliwić, jest horrendalne, a poza tym przeciwskuteczne. Innym krajom europejskim bardzo trudno będzie zaakceptować fakt, że rząd wyprowadza masywne siły policji przeciwko własnym obywatelom, którzy jedynie chcieli pokojowo wypowiedzieć się w ważnej dla nich sprawie. Poza tym postawa rządu centralnego i brutalność policji tylko mobilizuje zwolenników secesji.

Wspomniany profesor mówił mi też, że mimo prześladowania języka katalońskiego w czasach Franco i przywilejów, jakimi język ten cieszy się obecnie, na ulicach Barcelony dzisiaj rzadziej słyszy się kataloński, niż wtedy. Rzecz, jak sądzę, w tym, że do Barcelony, wielkiej, bogatej europejskiej metropolii, sprowadzają się ludzie z całej Hiszpanii. Gdyby im pozwolić głosować w referendum, niepodległość mogłaby wygrać jakąś niewielką większością. W sytuacji, gdy władza tak ostro sprzeciwia się referendum, do urn pójdą - spróbują pójść - tylko najbardziej zdeterminowani zwolennicy secesji i wynik, przy niewielkiej frekwencji, będzie przytłaczający.

Trzeba było pozwolić ludziom głosować. To, że referendum byłoby prawnie nieważne, oznaczałoby jedynie, że ewentualne ogłoszenie niepodległości, gdyby regionalny rząd się na to zdecydował, byłoby prawnie niewiążące. Władze w Madrycie zaś - czy to w trakcie kampanii, czy już po głosowaniu - mogłyby zadać chytre pytania: Na jakiej podstawie Katalończycy sądzą, że po secesji będą mogli posługiwać się Euro? Że będą mogli podejmować pracę w innych (sic!) państwach UE? Że w ogóle będą mogli tam podróżować bez wiz? Oraz o tysiące spraw szczegółowych odnośnie do samego procesu separacji.

A skąd tytuł? Żeńcy, czyli Els Segadors, to hymn Katalonii. Tu w długiej, historycznej wersji, w wykonaniu La Capella Reial de Catalunya Jordi Savalla. Czy po ewentualnej secesji Savall zmieni nazwę swojej orkiestry?

niedziela, 17 września 2017

Wiele osób podkreśla, że PiS ma wysoką pozycję w sondażach między innymi ze względu na nieudolność opozycji. Opozycja jest co najwyżej reaktywna, sama niczego - poza oczywistym postulatem odsunięcia PiS od władzy - nie proponuje, a w wielu sprawach kluczy, robi uniki i jest niewiarygodna. Nikt nie wie, co miałoby się stać po odsunięciu obecnych władz, co PiS wykorzystuje, kłamliwie wmawiając wyborcom, że opozycji chodzi o to, "aby było tak, jak było".

Uważam, że przyszła Zjednoczona Opozycja, bo jak sądze tylko taka koalicja będzie w stanie obalić PiS, powinna mieć program jasny i klarowny. Bez niedomówień i niejsaności. Ludzie cenią sobie to, gdy mówi im się prawdę. Zwolennicy PiS i tak nie zagłosują na Zjednoczoną Opozycję, nawet jeśli ta gdzieniegdzie troszkę zbliży się do PiSu, natomiast jej potencjalni zwolennicy mogą się zniechęcić brakiem wyraźnego stanowiska.

Ludzie niezbyt interesują się sprawami ustrojowymi, niezależnością sądów, uprawnieniami służb specjalnych. Może powinni, sądzę, że powinni, ale się nie interesują. Ważne są dla nich tematy, które często pojawiają się w mediach. Ponieważ kwestie ustrojowe są dla wyborców mniej ważne, przyszły program Zjednoczonej Opozycji nie powinien się na nich koncentrować.

Napiszę czego ja oczekuję po programie przyszłej Zjednoczonej Opozycji, poza sprawami ustrojowymi.

500+ - zostawić, ale zmienić. Nadal uważam, że wprowadzenie tego programu było błędem. Te same wielkie pieniądze można było wydać znacznie bardziej sensownie i z punktu widzenia oficjalnie deklarowanego celu (wzrost dzietności), i w celu ulżenia biednym ludziom, a bieda, rzeczywiście, często jest skorelowana z wielodzietnością. Otóż należało dofinansować system szkolny! Zbudować więcej żlobków i przedszkoli, sfinansować w nich pobyt dzieci, wraz z wyżywieniem i wszystkimi zajęciami dodatkowymi, szkołom zapewnić środki na to, za co rozdzice teraz musza płacić (komitet rodzicielski, wycieczki, zielone szkoły), wprowadzić bezpłatne posiłki i podręczniki dla wszystkich. Takie tam. No, ale PiS postanowił dawać ludziom pieniądze do ręki i tego nie da cofnąć bez wywoływania gwałtownych protestów.

Zjednoczona Opozycja powinna jasno zapowiedzieć, że z programu 500+ się nie wycofa, ale go zmodyfikuje. Po pierwsze tak, aby objął wszystkie dzieci - także pierwsze, także jedyne. Nie powinno być żadnego dolnego progu. Należy za to wprowadzić próg górny, nieprzesadnie wysoki. Za punkt odniesienia można wziąć średni dochód na osobę w rodzinie, w której oboje rodzice zarabiają medianę i mają dwoje dzieci. Próg byłby wyższy w wypadku dzieci niepełnosprawnych lub w wypadku samotnego rodzica. Jeśli średnie dochody byłyby wyższe, świadczenie byłoby obniżane liniowo, nie skokowo - "złotówka za złotówkę", jak mówił PSL.

Update, 19 września: Okazuje się, że pomysł "500+ na każde pierwsze dziecko" byłby finansowo nie do udźwignięcia. Pozostaje więc wrócić do pomysłu "złotówka za złotówkę" przy dolnym progu, to znaczy średni dochód na osobę przekracza dolny próg o 1 zł, dostajesz świadczenie na pierwsze dziecko pomniejszone o 1 zł, przekracza o 2 zł, dostajesz pomniejszone o 2 zł i tak dalej (w praktyce schodki musiałyby być grubsze, nie 1 zł, tylko 10 zł lub nawet 50 zł). Przy przekroczeniu o 500 zł i więcej nie dostajesz świadczenia. No i należy wprowadzić górny próg, niezbyt wysoki, również ze zmniejszaniem "złotówka za złotówkę".

Emerytury - należy przywrócić wiek emerytalny 67 lat, równy dla obu płci. Tego nawet nie trzeba specjalnie uzasadniać, jest to ekonomiczna i demograficzna konieczność, ale trzeba to otwarcie zapowiedzieć. Oczywiście jeśli ktoś już uzyskał uprawnienia emerytalne, nie straci ich, natomiast podwyższać wiek emerytalny trzeba będzie szybciej, niż to wynikało z pierwotnej propozycji PO-PSL, gdyż PiS zmarnował kilka lat. Za to trzeba będzie opracować sensowny plan dostosowania rynku pracy do potrzeb osób w, hm, późnym wieku średnim.

Sześciolatki do szkół. Konieczne - i ze względów demograficznych (te dzieci szybciej wejdą na rynek pracy), i z uwagi na dobro dzieci ze wsi i małych miejscowości. Nieszczęsna akcja "Ratujmy maluchy" miała charakter wielkomiejski, zupełnie zaniedbując potrzeby dzieci ze środowisk wiejskich i zaniedbanych edukacyjnie.

Nie będziemy przywracać gimnazjów. Nie będziemy ich przywracać nie dlatego, że likwidacja gimnazjów była słuszna (nie ma żadnych, ale to absolutnie żadnych danych, które by to potwierdzały - dla porządku dodajmy, że nie ma też wielu danych potwierdzających, że z gimnazjami byłoby lepiej), ale dlatego, że po raz kolejny wprowadziłoby to kosztowny chaos, uciążliwy dla wszystkich: uczniów, ich rodziców, nauczycieli, samorządów. Trudno, na razie niech zostanie struktura organizacyjna wprowadzona przez deformę Zalewskiej; państwo powinno jednak wyasygnować środki na usunięcie największych braków i niewygód spowodowanych przez tę deformę (brak pracowni, koszta przystosowania budynków itp). Na pewno natomiast zmienione zostaną programy szkolne, ale też nie z marszu, tylko po co najmniej rocznej, może dwuletniej dyskusji nad ich kształtem. Największe bzdury, jak na przykład ksenofobiczne teksty z podręcznika do geografii dla VII klasy, nauczyciele mogą tymczasem pomijać.

Uchodźcy - przyjmować określone kategorie, w ograniczonej ilości. Ja nadal uważam, że Polska powinna przyjmować uchodźców, tak ze względu na ogólnoludzką solidarność z cierpiącymi, jak i na solidarność z tymi krajami Europy, do których uchodźcy masowo docierają. Jednak wstrętna kampania nienawiści rozpętana przez PiS zrobiła swoje, nakładając się na naszą kulturową ksenofobię i Polacy są teraz bardzo negatywnie nastawienie do uchodźców. Gwałtownie tego zmienić się nie da. Jednak ludzkie uczucia w nas wciąż drzemią i jesteśmy gotowi pomagać najsłabszym z najsłabszych. Należy wobec tego zapowiedzieć, że Polska będzie przyjmować rannych i chorych na leczenie, małoletnie sieroty i rodziny z dziećmi, a wszystkich do jakiegoś górnego pułapu. Należy przy tym dobitnie podkreślać, że tożsamość przyjmowanych osób będzie dokładnie sprawdzana, były bowiem w innych krajach przypadki, że dwudziestoparolatkowie bez dokumentów podawali się za nieletnich kilkunastolatków, bo to im dawało pewne dodatkowe przywileje, a potem dopuszczali się przestępstw.

Jednocześnie policja i podległa rządowi (!) prokuratura powinna otrzymać polecenie szczególnie skrupulatnego prowadzenia dochodzeń w sprawach, w których może chodzić o przestępstwa motywowane rasowo. Żeby nie było tak, że swastyka jest "hinduskim symbolem szczęścia", a jak kilku kolesi pobije Araba i nie sposób ich nie ścigać, to są ścigani za zwykłe, niekwalifikowane pobicie.

Obrona Terytorialna - natychmiast podporządkować Dowódcy Generalnemu. Reformować, naprawiać będziemy później. Ta kwestia swoim charakterem odbiega od pozostałych, ale w praworządnym państwie nie może istnieć prywatna armia ministra.

piątek, 01 września 2017

Wszystko wskazuje na to, że epidemia afrykańskiego pomoru świń (ASF) w Polsce coraz szybciej się rozprzestrzenia, co może stanowić niezwykle poważne zagrożenie dla polskiego rolnictwa. Przypomnijmy historię:

  • W 2014 po raz pierwszy stwierdzono tę chorobę w Polsce, u padłych dzików.
  • Jesienią 2015, pod koniec rządów PO-PSL, w Polsce stwierdzano trzy ogniska choroby w hodowlach świń. Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii, ówczesny rząd wprowadził strefy ochronne - świń z hodowli zlokalizowanych w tych strefach nie wolno było sprzedawać na rynku. Aby ulżyć doli polskiego chłopa i zdobyć głosy, PiS obiecał złagodzić restrykcje, co też po wygranych wyborach zrobił. W efekcie
  • gdy rok temu, we wrześniu 2016, po niecałym roku rządów PiS, po raz pierwszy pisałem o ASF, ognisk było dwadzieścia.
  • Gdy trzy tygodnie temu, w połowie sierpnia 2017, ponownie pisałem o ASF - nawiasem mówiąc,  dyskusja poszła w całkiem inną stronę, ale też niezwykle ważną - ognisk było siedemdziesiąt.
  • Dziś, 1 września 2017, w radio usłyszałem, że jest ich już dziewięćdziesiąt i zbliżają się do linii Wisły.
  • Tak naprawdę, jest ich już dziewięćdziesiąt jeden - patrz mapa.

Jeśli epidemia przejdzie na lewy brzeg Wisły, będzie to dla polskiego rolnictwa i dla polskiego eksportu wieprzowiny katastrofa.

Takie są właśnie skutki dobrej zmiany.

obszar zapowietrzony

niedziela, 13 sierpnia 2017

Rok temu pisałem o szaleństwach ministra Jurgiela, związanych ze sposobem wprowadzania dobrej zmiany w rolnictwie, a osobliwie ze zwalczaniem epidemii afrykańskiego pomoru świń (ASF).

Należałoby raczej napisać: z niezwalczaniem afrykańskiego pomoru świń. Co najwyżej z poronnym, chybionym, doraźnym zwalczaniem skutków tej epidemii.

Wokół ognisk choroby tworzy się strefy ochronne. Świnie pochodzące z hodowli zlokalizowanych w tych strefach nie mogą być sprzedawane na rynku. Należałoby je wybić i zutylizować, a hodowcom wypłacić odszkodowanie, nawet w wysokości rynkowej wartości likwidowanych zwierząt.

Dobra zmiana postanowiła jednak być chytra, zwierząt nie marnować, ale jednocześnie zaoszczędzić. Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel wymyślił więc

ustawę "o szczególnych rozwiązaniach" w sprawie afrykańskiego pomoru świń. Nie ma ona na celu usprawnienia zwalczania choroby, a jedynie ulżenie doli polskich chłopów - drobnych hodowców świń z Podlasia i Mazowsza. Mianowicie, ustawa przewiduje zakup zdrowych świń nadających się do komercyjnego uboju ze stref ochronnych i przerobienia ich mięsa na konserwy dla wojska i do zapasów państwowych.

Przez rok nic się w tej sprawie nie działo, ale, jak donoszą media, ministrowi w końcu udało się znaleźć desperatów, którzy zagrożone mięso przerobią na konserwy. Komentarze są histerczyne: "PiS truje naród", "w życiu nie kupię już żadnej konserwy", "mamy jeść świnie przeznaczone do utylizacji?!" i tak dalej. Wirtualna Polska pisze:

Trudno krytykować szczytny cel (ograniczenie strat budżetu państwa i narzekań rolników), bardziej chodzi o metodę. Konserwowe szynki, mielonki, pasztety nie są w żaden sposób oznaczane [...] Zjemy je nieświadomi, a skazani na zapewnienie ministerialnych ekspertów, że nic nie zaszkodzi.

Tymczasem nie w tym rzecz. Wirus ASF jest niegroźny dla ludzi, ale samo przemieszczanie zwierząt, wśród których prawie na pewno znajdą się sztuki chore (choć nie wykazujące objawów) i przetwarzanie mięsa bez zachowania szczególnego reżimu sanitarnego, a w konsekwencji dopuszczenie do tego, że w odpadach lub w gotowych wyrobach znajdzie się wirus, wytrzymujący standardową obróbkę cieplną i mogący przetrwać w mięsie wiele miesięcy, wprowadza wielkie ryzyko niekontrolowanego rozprzestrzeniania się choroby. Samo niepotrzebne wjeżdżanie do gospodarstw w strefach ochronnych rodzi ryzyko, że wirus przemieści się na kołach pojazdów czy ubraniach ludzi. Jeśli choroba przedostanie się na lewy brzeg Wisły, gdzie jest polskie "świńskie zagłębie", grozi to wielomiliardowymi stratami dla rolnictwa i wyparciem z rynku europejskiego na wiele lat. Cel działań ministra Jurgiela nie jest więc "szczytny", tylko piramidalnie głupi. Działania ministra będą raczej niegroźne dla zdrowia ludzi, potencjalnie stnowią jednak wielkie zagrożenie dla gospodarki.

Z ekonomicznego punktu widzenia znacznie tańsze może się okazać wybicie i zutylizowanie zagrożonych stad, z wypłaceniem hodowcom odszkodowań nawet będących wielokrotnością ceny rynkowej.

To, że minister Jurgiel tego nie rozumie, wcale mnie nie dziwi: on ma realizować dobrą zmianę, a nie znać się na gospodarce, rolnictwie czy przetwórstwie spożywczym. To, że nie rozumieją tego jego doradcy i urzędnicy, dobierani na wszystkich szczeblach, od ministerstwa aż po najmniejsze biuro w gminie, według klucza lokalny działacz-szwagier-kuzynka, też mnie nie dziwi. Dobra zmiana już dawno zrezygnowała ze szkodliwego kryterium kompetencji. Mam jednak spore pretensje do piszących o tym mediów, że straszą ludzi nie tym, co trzeba, nie wyjaśniając istoty problemu. Z pewnością jednak pisać "PiS truje ludzi" jest znacznie łatwiej, niż poprosić jakiegoś eksperta, żeby przystępnie i kompetentnie wyjaśnił, o co chodzi. Poza tym "PiS truje ludzi" to dobry clickbait, a kolejny gadający ekspert wręcz przeciwnie.

Ha! Jak się okazuje, były nawet jakieś unijne pieniądze na - między innymi - pomoc dla hodowców dotkniętych przez skutki ASF. Przez indolencję Ministerstwa Rolnictwa i podległych mu służb, wększość z tych pieniędzy nie została wykorzystana. Pisze o tym PSL na swoim portalu, ale zdaje się, że czyta go tylko niewielka grupka działaczy tej partii.

Nadzorowane przez dobrą zmianę rolnictwo może mieć jeszcze jeden poważny problem: Na skutek niekompetencji ARiMR, ponad milion rolników może nie dostać dopłat, a Polska będzie musiała zapłacić gigantyczne kary. I tu zaczynam mieć wielkie pretensje do opozycji, przede wszystkim do PSL, ale do Platformy i Nowoczesnej też: zamiast lansować się na Woodstocku, powinni wielkim głosem i przy każdej możliwej sposobności grzmieć o tym skandalu, dowodzi on bowiem nie tylko niekompetencji PiS, ale także fundamentalnego oszustwa, leżącego u źródeł sukcesu PiS: Ci straszni szkodnicy twierdzą przecież, że dbają nie o elity, ale o "Polki i Polaków", podczas gdy w rzeczywistości Polki i Polaków mają w dupie, a chodzi im tylko o zaspokojenie żądzy zemsty Jarosława Kaczyńskiego i realizację jego chorych urojeń. No i o posady dla działacza, kuzynki i szwagra.

Jeśli dopłaty nie zostaną wypłacone, jeśli epidemia ASF się rozprzestrzeni, PiS będzie usiłował twierdzić, że to zła Unia Europejska mści się na polskich rolnikach za to, że Polska nie chce przyjąć islamistów-terrorystów. Nie można do tego dopuścić.

konserwy mięsne

poniedziałek, 24 lipca 2017

Andrzej Duda zawetował ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Szkoda, że nie zawetował ustawy o sądach powszechnych, dającej panu Zbyszkowi prawo swobodnego mianowania i odwoływania prezesów sądów, ale dorze, że choć te dwie zawetował.

Umarł Adrian, narodził się Andrzej? No, powiedzmy, Andrzejek...

Duda przypomniał też, że minister sprawiedliwości, będący także prokuratorem generalnym, w polskiej tradycji nigdy nie miał wpływu na obsadę i organizację Sądu Najwyższego.

Już nie prztyczek, ale fanga w nos pana Zbyszka, jak pisałem, jednego z najbardziej niebezpiecznych polityków PiSu. Gdyby dr Duda ustawy podpisał, stałby się bezwolną marionetką już nawet nie Kaczyńskiego, ale pana Zbyszka. 

A co będzie dalej? Przypuszczam, ze jakoś tak, jak przewidywałem w poprzedniej notce. Polska - jeszcze - nie stanie się na powrót demokracją liberalną, ale autorytaryzm będzie miększy, a będzie też mniej paranoi.

To ostatnie - daj Boże.

środa, 19 lipca 2017

Wczoraj stała się rzecz nieoczekiwana: Prezydent Andrzej Duda sprzeciwił się PiSowi. Najwyraźniej wkurzył się, że PiS do tego stopnia go lekceważy, że nawet nie poinformował go o treści ustaw podporządkowujących wymiar sprawiedliwości rządowi, a nawet odebrał prezydentowi pewne uprawnienia (kto powołuje I Prezesa Sądu Najwyższego). Duda zgłosił więc pewne poprawki i w ostrych, jak na niego, słowach zapowiedział, że nie podpisze ustawy o SN, jeżeli jego poprawki nie zostaną uwzględnione.

Poprawki Dudy nadal są niekonstytucyjne, a bliższa analiza pokazuje, że niewiele one zmieniają - poza pstryknięciem w nos pana Zbyszka, który przygotował sobie takie piękne narzędzia, a chyba będzie musiał oddać je Dudzie. Jedyny pożytek z prezydenckich poprawek może być taki, że co najwyżej opóźnią podporządkowanie sądów PiSowi o jakiś czas; może nawet SN zdąży skierować sprawę Kamińskiego do drugiej instancji. No i tyle.

Niemniej jednak stało się coś ważnego: po raz pierwszy od jesieni 2015 Jarosław Kaczyński przestał sprawować absolutną kontrolę.

Co prawda niektórzy - na przykład Ziemowit Szczerek - przypuszczają, że było to uzgodnione z PiSem: taka gra, aby Duda wyszedł na dobrego policjanta. Nie sądzę. PiS był zaskoczony, czego najlepszym dowodem jest irracjonalna decyzja, aby wobec jednoznacznej zapowiedzi prezydenckiego weta, przyspieszyć prace nad ustawą o SN. A w nocy Jarosław Kaczyński kompletnie się zdekompensował i zwyzywał opozycję od zdradzieckich mord, kanalii, a wreszcie morderców, gdyż mieli czelność wziąć imię ś.p. Lecha Kaczyńskiego nadaremno (to takie nowe przykazanie w kościele PiS).

Myślę więc, że Andrzej Duda zagrał na serio - co zresztą wcale nie musi być dobrą wiadomością. Ale o co on gra?

Mówi się, że pierwsza kadencja służy do tego, aby zapewnić sobie drugą (Bronisław Komorowski o tym zapomniał, no i masz babo placek). Andrzej Duda wie, że PiS nie może go nie wystawić w wyborach 2020, bo byłoby to zupełnie niezrozumiałe dla znacznej części twardego elektoratu. Gdyby PiS wystawił nie-Dudę, choćby samego prezesa, a Duda wystartował z własnego komitetu, głosy by się rozbiły i prezydentem, kto wie, mógłby zostać znienawidzony Tusk. Jeśli więc Duda nie przedzierzgnie się nagle w liberała czy choćby w europejskiego chadeka, na co się zresztą nie zanosi, ale jednak zacznie się PiSowi stawiać, PiS i tak go wystawi, nawet jeśli zrobi to z kwaśną miną. Jednocześnie Duda wie, że Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz i grupa ich najwierniejszych pretorianów budzi wśród wielu ludzi głęboką niechęć, obsesje Kaczyńskiego i niejasne powiązania Macierewicza szkodzą Polsce, a kult smoleński większość ludzi doprowadza do złości i zażenowania. I teraz Duda ma swoją szansę: jeśli wygra z Kaczyńskim batalię o sądy, bardzo wzmocni się wizerunkowo (jeśli przegra, stanie się pośmiewiskiem nawet we własnym obozie) i - pamiętając o wszystkich upokorzeniach, których doznał od prezesa - będzie mógł myśleć o umniejszeniu roli, a z czasem o zmarginalizowaniu Kaczyńskiego i Macierewicza. Będzie mógł się kreować na centrystę, który, owszem, służąc Narodowi Polskiemu, chce go trzymać silną ręką, nie pozwoli na sejmową anarchię, ale też nie podporządkowuje się dyktatowi Brukseli, broni przedmurza chrześcijaństwa i uchodźców nie przyjmie, ale będzie chętnie z Europą w innych sprawach współpracował, a przy tym nie jest jawnie obłąkany. W to może uwierzyć znaczna część wyborców PiSu (a inni będą sparaliżowani, bo jeśli nie Duda, to Tusk!), podłączy się do tego - już się podłącza! - Kukiz i jego nacjonalistyczno-zaściankowi wyborcy, a może nawet prawa część Platformy? Stąd już tylko krok do wskazania, że Kaczyński i Macierewicz z jednej, a Tusk, Schetyna i Petru z drugiej, to typy anachroniczne, zgrane, toczące swoją rytualną wojnę, która szkodzi Polsce. Trzeba ich wszystkich odrzucić, bo dopóki będą obecni w polityce, dopóty będą ją zatruwać. Potrzebna jest młoda, centrowa partia, pod przywództwem młodego, energicznego prezydenta Dudy! I druga kadencja w kieszeni, pozycja polityczna wzmocniona, trwałe miejsce w historii pewne!

Co by to przyniosło Polsce? Więcej chaosu i bałaganu, ale mniej paranoi, dysfunkcjonalność, ale bez zagrożenia wyrzuceniem z UE, utrwalenie pół-peryferyjnej pozycji gospodarczej Polski, ale bez bezpośredniego ryzyka wpadnięcia w rosyjską strefę wpływów. Polska nadal będzie ksenofobiczna i patriarchalna, ale pozycja Kościola trochę osłabnie, medyczna marihuana zostanie zalegalizowana, a wycinka puszczy wstrzymana. Soft-PiS, wzmocniony kukizowcami i - być może - prawą stroną Platformy, nie tak zły, jak w arcypesymistycznej wizji Marcina Kamińskiego, ale, mówiąc szczerze, i tak całkiem niedobry.

Jaki kraj, taki Macron.

mordy zdradzieckie, kanalie

wtorek, 18 lipca 2017

PiS właśnie brutalnie, niekonstytucyjnie przejmuje władzę nad Sądem Najwyższym. Wszyscy podkreślają ustrojową rolę Sądu Najwyższego: To SN stwierdza ważność wyborów. Gdy więc już PiS "odzyska" SN, ten zatwierdzi wybory wygrane przez PiS dzięki złamaniu ordynacji wyborczej - lub też, jeśli tak się zdarzy, nie zatwierdzi wyborów przegranych przez PiS.

Nie wykluczam, że Jarosław Kaczyński, zły człowiek, będzie chciał skorzystać z tej możliwości. Jednak pośpiech, z jakim PiS dokonuje swojego zamachu, świadczy o tym, że cele są doraźne: Mianowicie chodzi o uniemożliwienie SN skierowania do drugiej instancji sprawy Mariusza Kamińskiego, koordynatora służb specjalnych, bezprawnie ułaskawionego przez prezydenta, a także o uniemożliwienie SN zbadania, czy sędzia Przyłębska została prawidłowo wybrana na prezesa TK.

Ponieważ jednak wiele osób nie dostrzega, że orzeczenie o ważności wyborów dotyka także ich praw fundamentalnych, a we wspomnianych sprawach widzi tylko ich aspekt "celebrycki", komentatorzy starają się wytłumaczyć, dlaczego niezawisły Sąd Najwyższy jest potrzebny zwykłym obywatelom.

Spróbuję i ja.

Sąd Najwyższy rozstrzyga kasacje oraz wydaje interpretacje prawa w sprawach mogących dotyczyć zwykłych obywateli, a zarazem bardzo skomplikowanych prawnie - na przykład dotyczących dziedziczenia, podatków czy różnych aspektów działalności gospodarczej. Otóż ja bardzo bym chciał, aby te wyroki, opinie i interpretacje wydawali sędziowie dobrani ze względu na swoje wysokie kompetencje merytoryczne i moralne, a nie ze względu na polityczne sympatie i lojalność. Niezliczone przykłady z różnych krajów i epok pokazują, że lojalność i posłuszeństwo władzy nie są tożsame z wysokim poziomem kompetencji. Na ogół bywa wręcz przeciwnie. Na naszym podwórku widzimy, jakie to tuzy prawnicze PiS skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Nie ma powodu oczekiwać, że w wypadku SN byłoby inaczej. Przecież nie na darmo PiS forsuje przepis, wedle którego sędzią SN może zostać prokurator lub radca prawny z pięcioletnim stażem.

Nie chcę, żeby w Sądzie Najwyższym orzekały osoby o kwalifikacjach Misiewicza lub PiSowskich menedżerów stadnin koni.

Łańcuch światła pod Sądem Najwyższym

Protest w obronie niezawisłości Sądu Najwyższego, Warszawa, 16 lipca 2017

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16