Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS

Polityka

środa, 22 lutego 2017

Mój dziadek Józef był bardzo biednym galicyjskim chłopem. Miał jakieś malutkie gospodarstwo w Gołąbkowicach pod Nowym Sączem (dziś jest to część Sącza), ale ponieważ nie zapewniało ono utrzymania rodzinie, Józef zatrudnił się jako robotnik kolejowy, z dumnym tytułem pomocnika maszynisty. Na starość dziadek Józef chodził w mundurze kolejarskim, pobierał kolejarską emeryturę i był bardzo dumny ze swojego statusu emeryta Polskich Kolei Państwowych. A ze mną, kilkuletnim, grywał "w noża" na parkiecie w bloku. Urodził się chyba w 1883, umarł w 1968.

O moich pradziadkach ze strony taty nic nie wiem. Zapewne otarli się o pańszczyznę, a jeśli nie oni, to ich rodzice na pewno. A może nawet o rabację.

Piszę to po dzisiejszym wystąpieniu sejmowym Człowieczka Wolności, Jarosława Kaczyńskiego. Powiedział on

Tak, jesteśmy ludzkimi panami. Bo jesteśmy panami, w przeciwieństwie do niektórych.

Ludzie PiS mają jakiś problem ze swoim pochodzeniem. Suski bredzący o "genetycznych patriotach", Kaczyński chwalący się, że nie wychował się na podwórku, ale w trochę lepszych miejscach, Kaczyński nazywający przeciwników "gorszym sortem" (ach, jaki piękny rusycyzm), dzisiaj [my] jesteśmy panami. Jak pisze pewien znajomy, dziś już wyraźnie zobaczyliśmy obraz Polski jako folwarku zarządzanego przez ludzkich panów z PiSu. Skojarzenia z ideologią sarmacką, wedle której szlachta wywodziła się z lepszego sortu, z narodu najeźdźców, Sarmatów, którzy podbili i zniewolili pańszczyzną ciemny lud, a przy tym uważała się za "przedmurze chrześcijaństwa", broniące Zachodu przed muzułmańską agresją i jednocześnie wszelkie wpływy Zachodu uznawała za niebezpieczne, są oczywiste.

Otóż ja nie mam problemu ze swoim pochodzeniem. Chłop pfg nie będzie przed "panem" Kaczyńskim czapkował. "Panu" Kaczyńskiemu chłop pfg może okazać tylko to, na co "pan" Kaczyński zasłużył: wzgardę i obrzydzenie.

Józef Góra, pomocnik maszynisty

niedziela, 19 lutego 2017

Jeśli chodzi o Antoniego Macierewicza, jedyne istotne pytanie brzmi: Czy on jest obłąkany, czy też jest ruskim agentem?

Mój tato uczył mnie, żeby w postępkach każdego człowieka zawsze starać się znaleźć jakieś dobro. Może się nie udać, ale zawsze należy próbować. Moja późniejsza praca nauczyła mnie z kolei, że zawsze należy starać się zrozumieć obserwowane zjawisko. W tym duchu chciałem napisać o tym, co Antoni Macierewicz robi z Wojskiem Polskim (polecam, nawiasem mówiąc, świetny tekst Agnieszki Magdziak-Miszewskiej z "Laboratorium Więzi"), ale minister Macierewicz wystąpił ostatnio Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, gdzie powiedział (dziwna rzecz, media podporządkowane rządowi, zwane narodowymi, niechętnie o tym akurat fragmencie wystąpienia Macierewicza informują):

NATO jest jedynym sposobem powstrzymania agresji rosyjskiej, której kolejne etapy od 2008 roku były symbolizowane takimi dramatycznymi wydarzeniami jak agresja na Gruzję w 2008 r., jak tragedia smoleńska w 2010 r., w której poległo 2 prezydentów RP i całe dowództwo, jak wreszcie agresja na Ukrainę.

Polscy komentatorzy - ci ze wstrętnych mediów nienarodowych - zwracają uwagę, że skoro, według Macierewicza, katastrofa smoleńska była rosyjskim aktem agresji, równym wojnie z Gruzją, aneksji Krymu i wojną w Donbasie, Polska, członek NATO, powinna być w stanie wojny z Rosją, ze wszystkimi tego konsekwencjami. A skoro nie jest, to z jednej strony Polska, jej rząd i minister narażają się na śmieszność, z drugiej zaś niepotrzebnie prowokują Rosję.

Ja, zainspirowany dzisiejszym wystąpieniem Jerzego Buzka w TVN24, powiem tak: W interesie Polski jest uświadamianie Zachodowi, że Rosja jest nieobliczalna, agresywna i niebezpieczna; zagrożenie rosyjską agresją przeciwko Polsce lub krajom bałtyckim jest co prawda niewielkie, ale nie można go lekceważyć (patrz także mój wpis sprzed roku). Dlatego Zachodowi należy przypominać o wojnie z Gruzją i rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie, gdyż dowodzą one agresywnej postawy Rosji. Z drugiej strony wszyscy przytomni ludzie na Zachodzie wiedzą, że opowieści o rosyjskim zamachu na polski samolot pod Smoleńskiem to hucpa. Tak IATA, jak i państwowe agencje zajmujące się wypadkami lotniczymi w krajach zachodnich, przeanalizowały raport Komisji Millera i dobrze wiedzą, jak mają się jego tezy do kolejnych rewelacji (czy też, w gruncie rzeczy, ich braku) zespołu parlamentarnego, podkomisji i komisji Macierewicza. 

No i jak teraz ktoś może się zgodzić z ministrem Macierewiczem, że wojny z Gruzją i Ukrainą dowodzą złej woli Rosji, skoro tym samym musiałby mu przyznać rację w sprawie Smoleńska? Wojny z Gruzją i Ukrainą niewątpliwie miały miejsce, ale może to faktycznie gnębiący Abchazów i Ostetyńców źli Gruzini w jednym, a ukraińscy faszyści-banderowcy, prześladujący rosyjskojęzycznych mieszkańców Noworosji w drugim przypadku je sprowokowali? Wystąpienie Antoniego Macierewicza, zrównujące katastrofę smoleńską z wojnami przeciwko Gruzji i Ukrainie, w warstwie powierzchownej wybitnie antyrosyjskie - i, co nie bez znaczenia, utwierdzające w oczach PiSowskiego elektoratu obraz Macierewicza jako niezłomnego przeciwnika Rosji - w gruncie rzeczy osłabia ostrzeżenie przeciwko agresywnej postawie Rosji.

Antoni Macierewicz, po owocach go poznacie.

środa, 15 lutego 2017

Henryk Goryszewski - działacz ZChN i wicepremier w latach '90 - zasłynął powiedzeniem, że

Nie jest ważne czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt. Najważniejsze, żeby Polska była katolicka.

Wyśmiewano się z Goryszewskiego okrutnie - to znaczy jedni się wyśmiewali, inni rwali włosy z głowy przerażeni tym, jacy ludzie rządzą Polską - ale jedno trzeba Goryszewskiemu przyznać: Odwoływał się do pewnej idei uniwersalnej. Jasne, było to odwołanie zupełnie anachroniczne - tak, jakby trzysta pięćdziesiąt lat wcześniej nie zawarto pokoju westfalskiego, później nie pojawiła się koncepcja uniwersalnych praw człowieka, a na świecie nie rozwinęła się nowoczesna gospodarka -  i zachodziły poważne obawy, że sam wicepremier ideę, do której się odwoływał, rozumiał opacznie, ale przynajmniej brał za punkt odniesienia coś, co jego samego przekraczało i co, teoretycznie, winno było być zrozumiałe dla ponad miliarda ludzi na świecie. 

Kilka tygodni temu Człowieczek Wolności, Jarosław Kaczyński, udzielił wywiadu Reutersowi, gdzie powiedział

Byłbym skłonny zdecydować się na jakieś spowolnienie wzrostu ekonomicznego, jeżeli byłoby ono ceną przeforsowania mojej wizji Polski.

"Mojej wizji Polski". Nieważne nawet, jaka ta wizja jest - a wizja Polski zamkniętej w sobie, nieufnej, ksenofobicznej, zaściankowej, zwróconej ku zmitologizowanej przeszłości, snującej obłąkane wizje własnej wyjątkowości, utrwalającej peryferyjną wobec Zachodu pozycję gospodarczą, politycznie zaś i obyczajowo zwracającej się w stronę Rosji, jest pod każdym względem szkodliwa - ważne, że jest to osobista wizja Jarosława Kaczyńskiego, który w dodatku ma władzę, by wcielić ją w życie ("byłbym skłonny zdecydować").

Ludwik XIV mówił "państwo to ja", ale dzisiaj, przynajmniej w naszej części świata, politycy twierdzą, że ich najważniejszą troską jest dobro obywateli. W kanonicznej dla amerykańskiej demokracji - ale i szerzej, dla całego euro-atlantyckiego systemu politycznego - Przemowie Gettysburskiej, Abraham Lincoln mówił o 

government of the people, by the people, for the people

i takie rozumienie demokracji, jak się wydaje, u nas po 1989 obowiązywało.

Politykę można rozumieć na wiele sposobów, ale zazwyczaj mówi się o jakimś dobru wspólnym, o metodach rozwiązywania konfliktów, które uniemożliwiałyby (lub utrudniały) osiąganie wspólnych celów. PiS od dawna mówił co innego: Jest Naród, w imieniu którego się rządzi, a kto nie rozpoznaje woli Narodu, ten się do Narodu nie zalicza, wszyscy zaś się mają tej woli podporządkować (nie jest to, zauważmy, demokracja, ale system wzorowany na bolszewickiej dyktaturze proletariatu). Kaczyński konstruował pojęcie "suwerena", w imieniu którego PiS i on sam występował, pani premier Szydło opowiadała o pragnieniach i potrzebach "Polaków" (Boże broń "obywateli"). Teraz jednak Jarosław Kaczyński poszedł dalej, zrzucił maskę: Nieważne są pragnienia i dobro Narodu, suwerena, "Polaków", nikt się ich o zdanie nie pyta ani nie zastanawia, czego by oni chcieli. Ba, dopuszcza się postępowanie wbrew - niekiedy wprost artykułowanym, niekiedy tylko domniemanym - interesom mieszkańców Polski, którzy narzekają na brak perspektyw, rozwarstwienie ekonomiczne, boją się o swoje kredyty, unijne dopłaty i przyszłe emerytury, a tu bach, niech będzie spowolnienie wzrostu gospodarczego, gdyż liczy się jedynie realizacja osobistej wizji Jarosława Kaczyńskiego.

Mam rozumieć, że Jarosław Kaczyński ucieleśnia dążenia Narodu Polskiego, jedynie Kaczyński prawidłowo rozpoznaje jego wolę? Naród to ja? Boże drogi...

Drodzy wyborcy PiSu! OK, Platforma popełniała błędy, była arogancka, jadła ośmiorniczki, a po ośmiu latach rządzenia była trudna do zniesienia, neoliberalizm wyczerpał swoje możliwości rozwojowe (nie tylko w Polsce), perspektywy dla młodych były ponure (to znów nie tylko polskie doświadczenie), pewne konsekwencje dzikiego kapitalizmu i podziału (nie tylko geograficznego) na Polskę A i Polskę B były moralnie nie do zaakceptowania, rozwarstwienie rosło a państwo niewiele - lub nic zgoła - miało do zaoferowania milionom ludzi, którzy dotąd nie skorzystali na reformach 26 lat. Poza tym "liberałowie" nie pojęli ogromu reakcyjnego potencjału w polskim Kościele katolickim, nie umieli go okiełznać, a nawet głupio się do niego przymilali. W dodatku Donald Tusk nie dość szanował Lecha Kaczyńskiego, a Gazeta Wyborcza zbyt często pisała o gejach i o brzydkich rzeczach, które Polacy w czasie wojny robili Żydom. Straszne, straszne. Ale, drodzy wyborcy PiSu, czy naprawdę uważacie, że właściwą odpowiedzią na to są osobiste, niczym niepohamowane rządy jednego starszego pana, owładniętego manią wielkości i uzurpującego sobie moce boskie, mściwego, lubującego się w poniewieraniu ludźmi, pełnego kompleksów i resentymentów? Życiowego i - gdyby nie splot przypadkowych okoliczności - także politycznego nieudacznika?

Wczoraj Jarosław Kaczyński wychwalał Mariusza Błaszczaka, którego opozycja chciałaby odwołać ze stanowiska Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. A zadań jest przed Błaszczakiem moc, gdyż, według Kaczyńskiego,

rozkład aparatu państwowego zaczął się jeszcze w latach 70.

Innymi słowy, według Kaczyńskiego aparat państwowy za Bieruta i Gomułki działał lepiej, niż kiedykolwiek później, w szczególności lepiej, niż po 1989. Mnie to nie dziwi, przecież to bolszewik. Dziwią mnie dwie inne rzeczy: Po pierwsze to, że Jarosław Kaczyński nie dostrzega sprzeczności pomiędzy pochwałą dla stalinowskiego aparatu państwowego a podziwem dla "żołnierzy wyklętych", którzy z tym jakże wydajnym aparatem państwowym walczyli. Po drugie zaś, że prawica może osobę o takich poglądach i takim stanie umysłu nazywać Człowiekiem Wolności.

Człowieczek Wolności

środa, 01 lutego 2017

IPN wczoraj ogłosił, że znalezione w szafie Kiszczaka dokumenty agenta Bolka były pisane ręką Lecha Wałęsy.

To, że Wałęsa we wczesnych latach '70 podjął współpracę z SB - nawet nie tyle podjął, ile został do niej zmuszony - było mniej-więcej wiadomo od dawna. Wałęsa był wtedy młodym robotnikiem, był sam, nie miał się kogo poradzić, pamiętał, że władza strzelała do robotników, a SB wydawała się wszechwładna. No więc podjął współpracę, donosił, a nawet brał za to pieniądze. Podobno opozycjoniści z kręgów WZZ wiedzieli to lub się tego domyślali już pod koniec lat '70. Sam Wałęsa w 92 przyznał, że "coś tam podpisał". No i co z tego? Ważne jest to, że sam Wałęsa współpracę z SB zerwał, a gdy SB zaczęła go nachodzić pod koniec lat '70 żeby odnowić współpracę, wyrzucił ich.

A najważniejsze są zasługi Wałęsy dla Polski od Sierpnia 80 do czerwca 89. Tego nikt Wałęsie nie odbierze. Ani sierpniowych strajków, ani karnawału Solidarności, ani tego, że nie załamał się - znów samotny - w trakcie internowania, ani że nie poddał się szykowanym przeciwko niemu w latach '80 SBeckim fałszywkom i prowokacjom, ani Okrągłego Stołu. Pokojowej Nagrody Nobla i przemówienia w Kongresie Stanów Zjednoczonych też nie. 

Nie wątpię, że lepiej by było, gdyby Wałęsa się wtedy, w 1992, przyznał do współpracy z SB dwadzieścia lat wcześniej, gdyż ta współpraca w niczym nie umniejszała jego późniejszych zasług. No, ale nie przyznał się. Szkoda.

Pewien mój znajomy przytomnie zauważył, że łatwiej jest napisać "Wałęsa był TW i mamy na to dowody" niż wdawać się w te wszystkie rozważania. Łatwiej napisać, a i przekaz jest prostszy.

No właśnie, jaki to przekaz? 

Po pierwsze, można się zapytać, co w latach '70 robili dzisiejsi Katoni? Ano, nie robili nic lub bardzo niewiele - bo byli za młodzi, bo zanadto się bali, bo nie wiedzieli, że w ogóle można coś robić, bo nie wierzyli w skuteczność oporu, bo im w ówczesnym systemie było całkiem dobrze, powodów pewnie było wiele - ale dzisiaj ich ówczesna małość aż parzy w zestawieniu z wielkością Lecha Wałęsy z samego roku 1970 i później, od końca lat '70 aż do 1989. Ponieważ siebie wywyższyć nie mogą, usiłują poniżyć i splugawić Wałęsę, żeby ich małość nie kłuła w oczy i żeby, dajmy na to, nasz żałosny Człowieczek Wolności mógł wyglądać na prawdziwego przywódcę.

Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Jest jednak drugie dno.

Rządząca nami prawica, mała i nikczemna, próbuje bowiem wprost powiedzieć, a jeśli nie powiedzieć, to przynajmniej dać do zrozumienia, że skoro Wałęsa kiedyś tam był Bolkiem, to SB stale nim sterowała, że jego prezydentura służyła budowie III RP pod dyktando komunistycznych służb specjalnych, że ostatecznie tylko dzięki temu władzę mógł objąć zbrodniczy rząd PO-PSL. Zastanówmy się nad tym.

Czy w otoczeniu prezydenta Wałęsy mogli być agenci SB? Mogli. Wałęsa - zwłaszcza po zerwaniu ze swoimi doradcami, Mazowieckim, Geremkiem i całą resztą - miał skłonność do otaczania się nieciekawymi postaciami. Mogli tam być SBcy, i prawie na pewno byli. A czy mogli coś Wałęsie podszeptywać? No, skoro byli, to tak. A czy Wałęsa ich słuchał? Niewykluczone, że niekiedy tak.

Ale co ci agenci podszeptywali? Czy coś w duchu "więcej kasy i więcej osobistych gwarancji dla mnie", a poza tym - żeby zacytować klasyka, nieżyjącego już działacza SLD - "chwała nam i naszym kolegom", czy też snuli jakiś misterny, niezwykle złożony plan podporządkowania sobie Polski, a właściwie utrzymania nad nią kontroli? Czy zgarniali pod siebie, czy rękami Wałęsy rozgrywali jakąś skomplikowaną grę? Jeśli to pierwsze, to przykre, ale w gruncie rzeczy niegroźne, zwłaszcza z perspektywy tak wielu lat. Jeśli to drugie, to znacznie gorzej. Ale na to drugie, na istnienie skomplikowanego, wieloletniego planu komunistycznych służb specjalnych realizowanego rękami prezydenta Wałęsy, nie ma żadnych dowodów. Ani nawet żadnych przesłanek świadczących o tym, że taki plan w ogóle mógł powstać.

Istnienie takiego planu zakładałoby uznanie, że PRLowskie służby specjalne miały wielkie kompetencje intelektualne, organizacyjne i analityczne. A przecież gołym okiem widać, że nie miały. Nie przewidziały załamania gospodarczego Polski, upadku komunizmu w Polsce, ZSRR i reszcie bloku sowieckiego, nie przewidziały zwycięstwa Solidarności w wyborach 4 czerwca - no przecież ordynacja była tak skonstruowana, żeby Solidarność nie mogła wygrać, a jednak wygrała! - nie miały spójnego planu co zrobić po objęciu władzy przez Solidarność (czego też nie przewidziały), poza "ratuj się, kto może", czyli palmy teczki i uwłaszczajmy nomenklaturę. Oczywiście, zostały jakieś grupy, może nawet jakieś struktury post-specjalne, ale one zajęły się ratowaniem własnych tyłków i robieniem pieniędzy w niezliczonych aferach wczesnych lat '90. (Zauważmy w nawiasie, że po jakimś czasie nawet i to się wyczerpało: w Polsce nie powstała oligarchia na wzór rosyjsko-ukraiński, nie zaczęli rządzić nieusuwalni satrapowie - to się akurat być może zmienia - a nawet mafia bardzo straciła na wpływach i znaczeniu.) Przypuszczać, że zakonspirowane pozostałości służb wcielały w życie jakiś skomplikowany, rozpisany na kilkanaście lat plan, penetrujący i chaos rozpadającego się świata postsowieckiego, i problemy gospodarcze i społeczne, z jakimi nigdy się wcześniej nie zetknęli, interesy krajów zachodnich, które nagle zaczęły mieć dla nas znaczenie, a wreszcie trudne do ogarnięcia turbulencje naszej własnej polityki, to nie byłaby nawet teoria spiskowa, ale zwykła naiwność.

Nie ma o czym mówić.

Wracając do ogłoszonych przez IPN rewelacji, to w warstwie faktograficznej mamy do czynienia albo z bardzo dobrze spreparowaną fałszywką, albo trzeba przyznać, że Lech Wałęsa ponad czterdzieści lat temu był agentem Bolkiem. Tylko że z tego niewiele już dzisiaj wynika. Ani nie odbiera Lechowi Wałęsie jego wielkich zasług dla Polski w latach '80, ani nie czyni jego prezydentury gorszą (lub lepszą), niż była, ani nie stanowi dowodu, że III RP była wynikiem spisku służb specjalnych.

W warstwie symbolicznej jest to natomiast atak na jedną z postaci ucieleśniających czas miniony, wobec którego Człowieczek Wolności jest jedynie śmieszny. Nawet jeśli każe sobie kupić wyższą drabinkę lub urządzić pięć następnych gali w stylu Kim Ir Sena.

sobota, 21 stycznia 2017

Powiada się, że spory i różnice poglądów są czymś normalnym w demokratycznym społeczeństwie.

Otóż nie w Polsce.

Ja uważam PiS za straszliwe zło, które dotknęło Polskę. Z trudem przywołuję resztki mojego chrześcijaństwa, by stwierdzić, że co prawda przywódcy PiSu to szkodniki - Jarosław Kaczyński jest kimś na kształt średniego Gomułki, pan Zbyszek jest jednym z większych egocentryków, jakich ziemia nosiła, Antoni Macierewicz jest regularnie obłąkany (albo jest ruskim agentem, tertium non datur), Ryszard Terlecki, Joachim Brudziński, Jarosław Gowin i kilku innych to trudni do ogarnięcia cynicy, a reszta towarzystwa, państwo Duda, Szydło, Zalewska, Błaszczak, Waszczykowski, są zwyczajnie głupi - ale to nie znaczy, że wolno im okazywać pogardę. Ludźmi nie wolno gardzić, nawet jeśli uznajemy ich za głupców lub cynicznych szkodników. Jak powiadają Desiderata, głupi też mają swoją opowieść.

Wyborcy PiSu, cóż, niektórzy głosowali na tę partię ze względu na swój osobisty interes (co w demokracji jest jak najbardziej uprawnione!), ale większość, jak sądzę, kierowała się dobrą wolą, ale popełniła kardynalny błąd uznając, że partia ta będzie dobrze służyć Polsce. W rzeczywistości PiS Polsce szkodzi, służąc jedynie interesom bardzo wąskiej grupy swoich przywódców. Ludzie mają jednak prawo do błędu i życzę wyborcom PiSu - a także sobie i w ogóle całej Polsce - żeby jak najszybciej się z tego błędu otrząsnęli.

W odpowiedzi słyszę, że ci, którzy protestują przeciwko polityce obecnego rządu, to gorszy sort obarczony genem zdrady, "komuniści i złodzieje", SBecy i dzieci SBeków lub też ludzie specjalnej troski. Kto nie z nami, ten przeciwko nam: PiSowscy neobolszewicy, ukształtowani w czasach realnego socjalizmu, roją sobie o jedności moralno-politycznej Narodu, oczywiście pod swoim przywództwem. Kto tego przywództwa nie uznaje, celów nie podziela, nie ma prawa nazywać się Polakiem. Od zarzutu świadomego działania na szkodę Polski przeciwników PiSu może uchronić tylko upośledzenie umysłowe. To, że ktoś może kochać Polskę i starać się działać dla jej dobra, a jednocześnie nie podziela ideałów PiSu, jest w PiSowskim dyskursie nie do pomyślenia.

Być może to ja nie mam racji w ocenie tego, co jest dobre dla Polski i co robi PiS. Nie sądzę, aby tak było, ale dopuszczam taką możliwość. Może więc nie mam racji, mylę się, ale to jednak nie czyni ze mnie zdrajcy ani też nie dowodzi, że jestem niespełna rozumu lub że nie jestem Polakiem, a wobec tego nie dziwota, że źle życzę Polsce - a to właśnie słyszę ze strony przywódców PiSu i wielu zwolenników tej formacji.

I to utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak mam rację.

poniedziałek, 09 stycznia 2017

Zagadnienia prawno-ustrojowe większości ludzi wydają się abstrakcyjne i oderwane od rzeczywistości. Nie są, ale w czasach postprawdy nieważne, co jest, ważne, co się komu wydaje, że jest. Ludzie widzą jednak, że ktoś przeciwko władzy PiS protestuje i że protest ten cieszy się pewnym społecznym poparciem. Władza, w swoich bolszewickich ciągotach, tęskni na czasami "jedności moralno-politycznej Narodu" (w czasach Gierka słowo "naród" pisano jednak, zgodnie z zasadami gramatyki, przez małe "n"), więc żadnych protestów nie toleruje, protestujących zaś chce ośmieszyć i zdyskredytować. I oto kilku panów, pretendujących do roli przywódców opozycji, pięknie i własnoręcznie się PiSowi podłożyło.

W krótkim czasie wybuchły dwie afery.

Po pierwsze, w Sejmie trwa protest przeciwko manipulacjom PiS przy głosowaniu ustawy budżetowej i innych ustaw (patrz Atrapa). W ramach tego protestu Platforma i Nowoczesna prowadzą cokolwiek surrealistyczną okupację - rotacyjną okupację - Sali Posiedzeń Sejmu (na co PiS, nawiasem mówiąc, odpowiada równie groteskowo, zabijając boczne drzwi do Sali Kolumnowej dyktą i zastawiając korytarze stertami krzeseł, żeby opozycji maksymalnie utrudnić zgłaszanie kłopotliwych wniosków formalnych, gdyby posiedzenie miało tam zostać przeniesione). Protestujący posłowie podkreślają swoje poświęcenie: walcząc o Sprawę, zrezygnowali ze spędzania Bożego Narodzenia z rodzinami i z zabaw sylwestrowych. Tymczasem lider Nowoczesnej, Ryszard Petru, wraz z domniemaną kochanką, poleciał na Sylwestra do Portugalii. Mieli polecieć na Maderę, ale afera wybuchła, zanim tam dolecieli, więc zostali na kontynencie i szybciutko wrócili do Warszawy. Petru nie złamał prawa, za bilety zapłacił sam, jest dorosły, opinii publicznej nic do tego, z kim spędza wakacje, tym bardziej, że nigdy nie epatował swoimi katolickimi poglądami, słowem, myśli Petru, nie powinno być żadnej sprawy. A jednak jest.

Cóż to bowiem za okupacja i cóż to za poświęcenie, gdy w Sejmie posiedzi się kilka-kilkanaście godzin, a potem można iść do domu, na bal albo do Portugalii, bo dalszy protest poprowadzą inni posłowie, których po odpowiednim czasie zmieni ktoś jeszcze inny? Wakacje jednego z liderów protest dezawuują, tym bardziej, że sam Petru kilka dni wcześniej wyrzucał dr. Dudzie, że ten jedzie sobie na narty zamiast próbować znaleźć jakieś wyjście z sejmowego klinczu. Opinia publiczna otrzymała jasny sygnał, że Petru na znalezieniu rozwiązania też zbytnio nie zależy.

Jest jeszcze jeden aspekt, który chyba umyka większości komentatorów: To prawda, że coraz więcej Polaków może sobie pozwolić na zagraniczne wakacje, ale większości na to nie stać, a i ci, których stać, na ogół jeżdżą na wczasy all inclusive w ośrodkach obsługujących masową publiczność. Sylwestrowy wypad na Maderę to coś, na co mogą sobie pozwolić tylko członkowie zamożnej elity. Jeśli chcemy przekonać Szeroką Publiczność, zwykłych ludzi, że sprawy, o które walczymy w Sejmie, są ważne, nie możemy jednocześnie demonstrować naszego oderwania, alienacji, wywyższania się nad innych. PiS ciągle powtarza, że protesty odbywają się wyłącznie w interesie elit, bojących się utraty swoich dotychczasowych przywilejów - no i masz, jeden z przywódców protestu demonstruje, że stać go na więcej, niż zwykłych Polaków. Tak, jak ośmiorniczki, spożywane przez Platformianych ministrów, stały się symbolem alienacji tej formacji - nieważne, co oni tam mówili (zresztą nic strasznego nie mówili), ważne, że ich zachowanie uznano za dowód oderwania tych polityków od zwykłych ludzi - tak Madera zapewne stanie się symbolem przepaści dzielącej lidera Nowoczesnej od wyborców, o których głosy powinien zabiegać. Bo jeśli miałby zabiegać tylko o tych, których stać na wakacje na Maderze, to już przegrał.

Bohaterem drugiej afery stał się lider KODu, Mateusz Kijowski. Twierdził on, że za pracę dla KOD nie pobiera żadnego wynagrodzenia, tymczasem okazało się, że firma jego i jego obecnej żony w ciągu pół roku wystawiła KODowi faktury za usługi informatyczne na kwotę 90 tysięcy złotych. Co więcej, nie wiedziała o tym ani opinia publiczna, ani - podobno - nawet część Zarządu KOD.

No i znów, to, że KOD Kijowskiemu płacił, nie jest nielegalne. Jest też jasne, że Kijowski z czegoś musi żyć, a ponieważ sprawom KODu poświęca mnóstwo czasu, powinien być za to wynagradzany. Gdy jednak okazuje się, że organizacja finansowana wyłącznie z dobrowolnych składek płaci swojemu liderowi niemałe pieniądze, a w dodatku wygląda na to, że chciano ten fakt ukryć, sprawia to fatalne wrażenie. Na świecie było wiele skandali związanych z tym, że ludzie wpłacali na jakiś szczytny, w ich mniemaniu, cel - mogło to dotyczyć polityki, ale także organizacji religijnych - a potem wychodziło na jaw, że znaczną część tych pieniędzy przejmowali przywódcy na swoje potrzeby. To naprawdę jest oburzające. Jeśli KOD chciał Kijowskiemu płacić, powinien robić to jawnie, nie ukrywając tego faktu: skrajną polityczną naiwnością i głupotą było przypuszczenie, że wypłaty dla Mateusza Kijowskiego nie staną się publiczne i że przeciwnicy KOD nie będą się wykorzystywać niejasności do zohydzenia i wyśmiania KODu.

W dodatku niektórzy spekulują, że Kijowski wybrał ten sposób zapłaty - faktury wystawiane przez firmę, nie wynagrodzenie dla człowieka - aby ukryć pieniądze przed komornikiem, ścigającym go za zaległości w płaceniu (zbyt wysokich, zdaniem Kijowskiego) alimentów. Tego nie wiem. Byłby to podwójny skandal. 

Jest oczywiście prawdą, że problemem Polski nie są wakacje Ryszarda Petru czy 90 tysięcy Mateusza Kijowskiego (nawiasem mówiąc, o to ostatnie najbardziej obłudnie oburzają się przeciwnicy KOD, których to finansowo nigdy nie dotyczyło; ja na KOD wpłacałem, więc, w pewnym sensie, mam prawo się oburzać). Większym problemem jest milion wydawany rocznie z publicznych pieniędzy na ochronę Kaczyńskiego, miliony prawem kaduka przyznane panu dyrektorowi Rydzykowi i innym organizacjom kościelnym czy 4 miliardy (sic!) złotych, które klientom SKOKów PiSowskiego darczyńcy i senatora Grzegorza Biereckiego musiał zwrócić Bankowy Fundusz Gwarancyjny, a także pieniądze marnowane na hojne programy rozdawnictwa socjalnego. Jeszcze większym problemem będzie kretyńska i pod każdym względem szkodliwa "reforma" edukacji, którą właśnie podpisał pan Andrzej Duda (naiwni i pełni dobrej woli ludzie liczyli, że jednak ją zawetuje, tymczasem żadnych złudzeń, panowie). Owszem, to są o wiele poważniejsze problemy. Ale jeśli opozycja będzie się w małych w gruncie rzeczy sprawach kompromitować tak, jak Petru i Kijowski, Kaczyński nie będzie miał z kim przegrać. O ile dojdzie w Polsce do jakichś wyborów.

W internetach można znaleźć złośliwy wierszyk:

Czarne są piaski Madery
A oczy dziewczyny są śliczne.
Kurewsko ostatnio są drogie
Usługi informatyczne.

No, niestety...

 

sobota, 17 grudnia 2016

Cóż za zamieszanie dzisiaj w Sejmie! Zaczęło się od tego, że marszałek Kuchciński z błahego powodu wykluczył z obrad jednego posła Platformy, zarzucając mu - bezpodstawnie! - że uniemożliwia obrady. To wkurzyło opozycję, która in gremio zaczęła blokować mównicę. Wykluczenie owego posła było najwyraźniej iskrą, która rozpaliła pokłady złości i frustracji: PiS posłów opozycji ostentacyjnie lekceważy, odbiera głos, uniemożliwia zadawanie pytań. Naczelniczka i jego obmierzłych pomagierów wyraźnie to wszystko cieszy. Wykluczenie posła przelało czarę goryczy. Kuchciński sobie z tą sytuacją nie poradził i zarządził przerwę.

Wznowienie obrad było dla PiSu ważne, bo dziś miały być uchwalane dwie ustawy: budżet państwa i ustawa deubekizacyjna. Sytuację w tym momencie zapewne można było opanować: Opozycja przecież zdawała sobie sprawę, że PiS ma tę kilkugłosową przewagę, więc jak się zmobilizują, to uchwalą, co zechcą. Kłopot, ale nie tragedia. Można było przy tym wobec opozycji argumentować, że nie powinna się ona narażać na zarzut, że złośliwie uniemożliwia przyjęcie ustawy budżetowej. Wystarczyłyby zapewne jakieś drobne gesty rekoncyliacyjne. Zamiast tego naczelniczek Kaczyński, wraz z pewną wyjątkowo wredną osobą nazwiskiem Mazurek, zaczął opozycji wymyślać od chuliganów i grozić, że oni wszyscy zostaną ukarani. To, rzecz jasna, opozycję jedynie usztywniło, więc kontynuowała okupację Sali Plenarnej. PiSowi w końcu udało się zgromadzić kworum, więc Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, gdzie Sejm, a raczej PiS, uchwalił, co chciał.

Ale czy uchwalił? To znaczy, czy to posiedzenie w Sali Kolumnowej było ważne? Głosowania odbywały się ręcznie, bez pomocy maszyn do głosowania. Głosy liczyli posłowie-sekretarze. Kworum przekroczono, jak podaje Kuchciński, ledwo o sześć głosów. A jeśli sekretarze się pomylili? Poza tym to PiS w interesie PiSu liczył PiSowi głosy, może więc sekretarze chcieli się pomylić? Nie było zapewnionej bezstronności. Na sali nie było kamer, więc nie można na podstawie ich zapisu sprawdzić, ilu posłów było obecnych. Poseł Nitras z Platformy chciał złożyć formalny wniosek o sprawdzenie kworum, ale posłowie PiS fizycznie uniemożliwili mu podejście do stołu prezydialnego, więc marszałek Kuchciński udał, że wniosku posła nie słyszy. W ogóle posłowie opozycji nie byli wpuszczani przez Straż Marszałkowską bocznymi drzwiami, główne zaś wejście blokowali im posłowie PiS. Być może kworum było i głosowania były ważne, ale ponieważ nie można tego było obiektywnie, bezstronnie zweryfikować, wątpliwości pozostają.

(Uzupełnienie: poseł Krzysztof Brejza opublikował film, z którego wynika, iż posłowie PiS, w tym pan Zbyszek, podpisują listę obecności już po formalnym zakończeniu posiedzenia. A więc tym bardziej nie wiadomo, czy na posiedzeniu byli i wzięli udział w głosowaniu.)

Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby i powinien to rozstrzygnąć, de facto już nie ma.

Ciekawe, co się stanie, gdy któraś z tysięcy osób, którym na podstawie uchwalonej dziś - podobno uchwalonej - ustawy deubekizacyjnej drastycznie obniżona zostanie emerytura, zakwestionuje to przed sądem, podnosząc fakt, iż ustawa była uchwalona w sposób wadliwy, a zatem nie obowiązuje? A mamy jak w banku, że takie protesty się pojawią.

Nawiasem mówiąc, ustawa deubekizacyjna to jest spektakularny strzał w stopę. Nie w stopę rządu, ale w naszą. Nie wiem, czemu PiS to robi. Może tak strrrasznie chcą, po latach, podkreślić swój mniemany antykomunizm, a może trywialnie szukają każdego grosza, bo im brakuje na program rozdawnictwa socjalnego? Policjanci, BORowcy, żołnierze widzą jednak, że skoro można znacząco obniżyć emeryturę każdemu, kto choć jeden dzień służył w formacjach podległych SB, ale został pozytywnie zweryfikowany i potem przez lata nienagannie pełnił służbę dla Polski, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby za jakiś czas, gdy w budżecie znów pojawi się dziura, równie znacząco obniżyć emeryturę tym funkcjonariuszom, którzy służyli - powiedzmy - przed październikiem 2015. Zasada, iż państwo docenia swoich funkcjonariuszy mundurowych za rzetelną służbę, została bezpowrotnie złamana. Policjanci i cała reszta widzą, że Polska się na nich wypina, że z sufitu wzięty "grzech pierworodny" unieważnia wszystko, co dobrego dla Polski zrobili. Wobec tego, po co się dla tej Polski narażać? Czemu pirotechnik ma rozbrajać bomby, ryzykując życiem i tym, że jego żona dostanie potem głodową rentę? Czemu policjanci mają ścigać bandytów - takich zwykłych złodziei, oszustów czy przemytników - męczyć się i narażać, skoro Polska im mówi, że jeśli uznamy cię za politycznie nieodpowiedniego, bo na przykład otrzymałeś awans lub medal za rządów Platformy, to ci odbierzemy emeryturę niezależnie od tego, czy się do policyjnej roboty przykładałeś, czy ją tylko pozorowałeś? Jedni funkcjonariusze odejdą ze służby, inni dogadają się z przestępcami: ja będę udawał, że was ścigam, a wy mi będziecie coś tam odpalać; przynajmniej będę miał z czego żyć na emeryturze. A nawet jeśli mi nie będziecie mi nic odpalać, to ja, udając, nie będę się narażał i mniej się zmęczę. Oto, co nam szykuje PiS. Ciekawe, czy oni - PiS - tego nie dostrzegają, czy też dostrzegają, ale są ideologicznie zacietrzewieni, czy wreszcie myślą w horyzoncie czasowym najbliższego budżetu? Ponieważ większość posłów PiS to tchórzliwi durnie, całkiem możliwe, że zwyczajnie takiego niebezpieczeństwa nie dostrzegają.

Wracając do sejmowych wydarzeń dnia dzisiejszego (wczorajszego, bo jest już po północy), PiS pokazał, że procedury sejmowe mają już tylko znaczenie formalnego rytuału, że są one pozbawione jakiejkolwiek pozytywnej treści. Sejm stał się jedynie atrapą. Nikt z PiSu nie udaje, że liczą się jakieś argumenty merytoryczne, a choćby dobre obyczaje. Liczy się tylko arytmetyka. Sami posłowie PiS nie mają nic do powiedzenia. Stanowią jedynie bezmyślną maszynkę do głosowania i robią to, wyłącznie to i w całej rozciągłości to, czego zażyczy sobie naczelniczek. Ten zaś utwierdził się w przekonaniu, że buta i pogarda, w połączeniu z dość przypadkowo zgromadzoną większością, pozwala na wszystko. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? 

Ciekawe, do czego to wszystko doprowadzi. Nie, nie ciekawe. Straszne. 

poniedziałek, 24 października 2016

Jako chrześcijanin i człowiek - mam nadzieję - cywilizowany nie darzę nikogo nienawiścią. Nienawiść jest uczuciem podłym. Napawa się żądzą zadania komuś bólu i cierpienia. Jestem jak najdalszy od takich uczuć. Nie życzę nikomu śmierci, choroby, bólu, cierpienia wynikającego z utraty czy krzywdy doznanej przez kogoś bliskiego.

Jako katolik wierzę w piekło. Jako taki sobie katolik, wierzę jednak, że piekło jest puste*. Wierzę natomiast w czyściec: konieczność stawania twarzą w twarz ze wszystkimi podłościami, jakich się dopuściło, wyrządzonymi krzywdami, błędami, jakie się popełniło na skutek pychy, lekceważenia, gnuśności, lenistwa, samozadowolenia - konieczność stawania twarzą w twarz z tym, czego już ukryć się nie będzie dało, żałowania, rozpamiętywania tego wszystkiego przez długie lata. Jednak z nadzieją, że kiedyś nastąpi oczyszczenie i męki się skończą.

Co powiedziawszy, oświadczam, że panu Jarosławowi Kaczyńskiemu życzę długiego życia w zdrowiu fizycznym i umysłowym - na politycznej emeryturze, na politycznym marginesie, w politycznym niebycie. Możliwie jak najszybciej. Jak najszybciej, bo im krócej będzie on szkodził Polsce, tym lepiej dla nas wszystkich. A długie lata życia w politycznym upadku będą dla niego czyśćcem, na który, jestem przekonany, zasłużył.

Podobnych rzeczy życzę jego pomniejszym pomagierom, państwu Dudzie, Szydło, Kuchcińskiemu, Karczewskiemu, Macierewiczowi, panu Zbyszkowi i jeszcze tuzinowi innych postaci z tego kręgu. Liczę jednak na to, iż zostaną oni także ukarani przez Trybunał Stanu. Po pierwsze dlatego, że na to zasłużyli. Po drugie, dla przestrogi, żeby nikt inny nie ośmielił się tak pomiatać naszym prawem i naszą wolnością, jak oni. Po trzecie, bo dla tych osób - w przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego - samo upokorzenie utraty władzy nie będzie karą dość dotkliwą, nie będzie więc miało funkcji oczyszczającej.

*Bez argumentum ad Hitlerum, bardzo proszę.

piątek, 16 września 2016

Wśród członków obecnego rządu osobną pozycję zajmuje minister rolnictwa, Krzysztof Jurgiel. Jest to człowiek zwyczajnie głupi i niekompetentny. Żaden ideolog. Nie wypowiada się na tematy polityczne, a tylko realizuje dobrą zmianę w rolnictwie.

Wieś to dla PiS bardzo ważny obszar bo, po pierwsze, głosy mieszkanców wsi są dla PiS ważne w wymiarze krajowym, po drugie, PiS toczy na wsi walkę na śmierć i życie z PSL o głosy w wyborach samorządowych, a zatem o mnóstwo stanowisk "w terenie", będących łakomym kąskiem dla obu partii. Z perspektywy Warszawy, Krakowa czy Wrocławia stanowisko gminnego urzędnika z pensją 2,500 zł netto może nie wydawać się czymś oszałamiającym, ale z perspektywy Końskich, Annopola lub Sokółki rzecz ma się zupełnie inaczej: Tam gmina i powiat są najważniejszymi pracodawcami, praca jest pewna, na etat, a więc ze składką emerytalną, urlopem i ubezpieczeniem, dochód stały, nikt inny niczego lepszego tam nie zaoferuje. Kontrolując samorząd, można dać pracę lokalnemu działaczowi, szwagierce czy niezbyt udanemu kuzynowi. Rolnictwo wreszcie jest ważną częścią polskiej gospodarki a produkty rolne mają znaczący udział w polskim eksporcie. Wydaje się zatem, że osoba odpowiedzialna za tak ważny dla PiS obszar powinna być zdolna i kompetentna.

Nic podobnego.

Minister Jurgiel, co akurat jest typowe dla jego formacji politycznej, zaczął urzędowanie od totalnej wymiany kadr. I to nie tylko w samym ministerstwie, ale we wszystkich podległych agendach, aż do terenowych placówek Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa i lokalnych elewatorów zbożowych włącznie. Wymiana przebiegała według klucza działacz-szwagierka-kuzyn. Doprowadziło to do sytuacji, w której za rolnictwo - od góry do dołu - zaczęli odpowiadać ludzie niekompetentni, a przede wszystkim unikający podejmowania jakichkolwiek decyzji. Działacze PiS bowiem z lubością przyglądają się, jak agencje "alfabetowe" (ABW, CBA) dobierają się do skóry przeciwnikom, ale sami boją się ich wprost panicznie. Bo gdyby coś poszło nie tak, bo gdyby przypadkiem skorzystał ktoś niewłaściwy... Nie, znacznie lepiej jest nic nie robić. Nie podejmować żadnych decyzji. Mnożyć papiery i trudności. Najważniejszym skutkiem takiej polityki były wielomiesięczne, sięgające niekiedy roku opóźnienia w wypłatach środków z unijnych dopłat bezpośrednich. Minister Jurgiel i jego fachowcy nie potrafili też przeciwdziałać skutkom załamania cen wielu produktów rolnych i konsekwencjom odcięcia Polski od rynków eksportowych. Symboliczne dla dobrej zmiany zrujnowanie hodowli koni arabskich było, w gruncie rzeczy, niewiele znaczącym dodatkiem.

Chłopów zaczął trafiać szlag. 

Dalej minister Jurgiel zajął się ustawą o obrocie ziemią rolną. W dużym skrócie: ziemię rolną mogą kupować tylko inni polscy rolnicy, do limitu 300 ha, i to z ograniczeniami geograficznymi; nie-rolnik potrzebuje arbitralnie wydawanej (sytuacja korupcjogenna!) zgody urzędnika Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Cudzoziemcom ziemi rolnej kupować nie wolno. I choć Jurgiel ostatecznie wycofał się z najbardziej krytykowanego pomysłu, mianowicie z ograniczenia prawa do dziedziczenia ziemi, obrót ziemią rolną w Polsce praktycznie ustał. Chłopom, którzy brali kredyty pod zastaw ziemi, grozi bankructwo, gdyż niesprzedawalna ziemia nie ma dla banku żadnej wartości.

Ustawa w zamierzeniu ma chronić polskie gospodarstwa rodzinne. Proszę mnie dobrze zrozumieć: zniesienie wszelkich ograniczeń w obrocie ziemią dla obywateli UE, jakie miało nastąpić 1 maja, potencjalnie mogło rodzić pewne zagrożenia. Co prawda w niczym nie przeszkadzałoby mi, gdyby przedsiębiorca rolny z Holandii czy Niemiec kupił ziemię w Polsce, niechby i kilkaset hektarów, żeby ją uprawiać - a mógłby chcieć to zrobić zważywszy, że w Polsce ziemia jest tańsza, niż na Zachodzie - ale niedobrze by było, gdyby ziemia była kupowana w celach spekulacyjnych. A takie rzeczy się dzieją w innych biednych krajach, z dużą szkodą dla tamtejszych chłopów. Jednak Jurgiel wprowadził ograniczenie najbardziej toporne - nie i szlus. To najbardziej uderza w mieszczuchów, którzy dotąd chętnie kupowali domy z kawałkiem pola i widokiem na las, oraz w podstarzałych rolników, którzy chcieli taką ziemię sprzedać. Poza tym, powtarzam, nic złego by się nie stało, gdyby ktoś z Zachodu skupił ziemię z kilku czy kilkunastu małych, nieproduktywnych gospodarstw, połączył ją i rozpoczął na niej towarową produkcję rolną. Przeciwnie, gospodarczo, a nawet cywilizacyjnie, byłoby to całkiem korzystne.

Jednak dopiero najnowszy pomysł ministra Krzysztofa Jurgiela, impuls dla powstania tej notatki, woła o prawdziwą pomstę do nieba.

Chodzi o afrykański pomór świń.

Jest to choroba wirusowa, śmiertelna dla świń, o kilkudniowym okresie inkubacji. Chore świnie umierają nie osiągnąwszy wagi odpowiedniej dla komercyjnego uboju. Wirus jest niegroźny dla człowieka, ale mięso zwierząt padłych, a także tych, u których wystąpiły już objawy (gorączka!), nie nadaje się do spożycia. Wirus może przeżyć w mięsie dość długo po śmierci zarażonego zwierzęcia, wytrzymuje też standardową obróbkę cieplną. Nie ma na tę chorobę szczepionki ani lekarstwa, jedynym sposobem przeciwko rozprzestrzenianiu się choroby jest wybijanie stad i tworzenie stref ochronnych. Kraje, w których stwierdzono afrykański pomór świń, objęte są silnymi restrykcjami eksportowymi - nie tyle z uwagi na zagrożenie dla ludzi, ile z uwagi na zagrożenie dla hodowli w krajach importujących mięso.

Naturalnym rezerwuarem wirusa są dziki, z których część przeżywa zakażenie, stając się nosicielami. Kontaktując się, choćby pośrednio, ze zwierzętami hodowlanymi, przenoszą na nie chorobę. Na terenie objętym chorobą dziki, niestety, też trzeba wybić.

To dziki przyniosły do Polski chorobę z Białorusi w 2014; białoruskie służby nie radzą sobie z kontrolowaniem choroby. Pod koniec rządów Platformy w Polsce stwierdzano trzy ogniska choroby, wszystkie w pobliżu granicy z Białorusią. Utworzono strefy ochronne. Lokalni drobni hodowcy -  prawdziwe świńskie zagłębie znajduje się po drugiej stronie Wisły - bardzo narzekali na uciążliwości tych stref: nie wolno im było świń sprzedawać do skupu, przewozić, handlować prosiętami. Ówczesny kandydat na ministra rolnictwa, Krzysztof Jurgiel, obiecał chłopom poluzowanie restrykcji. Dziś, po dziesięciu miesiącach rządów PiS, ognisk choroby jest dwadzieścia i przesuwa się ona wgłąb kraju.

Skutkiem postępu choroby było poszerzenie stref ochronnych, skutkiem tego - jeszcze większy lament hodowców. Minister Jurgiel wprowadza zatem ustawę "o szczególnych rozwiązaniach" w sprawie afrykańskiego pomoru świń. Nie ma ona na celu usprawnienia zwalczania choroby, a jedynie ulżenie doli polskich chłopów - drobnych hodowców świń z Podlasia i Mazowsza. Mianowicie, ustawa przewiduje zakup zdrowych świń nadających się do komercyjnego uboju ze stref ochronnych i przerobienia ich mięsa na konserwy dla wojska i do zapasów państwowych. Absurd! Boże drogi, jaki to jest straszny absurd! Nie chodzi przy tym o rzekome zagrożenia dla zdrowia ludzi, przed czym histerycznie przestrzegają media, bo wirus, jako się rzekło, jest niegroźny dla ludzi, ale o kolosalne ryzyko niekontrolowanego rozprzestrzenienia się choroby.

Skupywane świnie mają być badane, ale zapewne tylko pod kątem występowania objawów. Afrykański pomór świń, jak wiele innych chorób wirusowych, ma okres utajony - zwierzę nie wykazuje objawów, ale może zarażać inne zwierzęta. W ich ciele jest wirus. Wirus przedostanie się zatem do przetworów. 

Groźniejsze jest jednak co innego. Obecnie choroba rozprzestrzenia się, jak by to powiedział fizyk, dyfuzyjnie, w sposób typowy dla ruchów Browna (lewy obrazek). Przenoszą ją dziki, a także ludzie - rolnicy, którzy nie zważając na zakazy, handlują zakażonym mięsem i prosiętami na pobliskich targowiskach. Jak niedawno przyznał w rozmowie z Rzeczpospolitą minister Jurgiel, część handlarzy i rolników wykazuje mniej zrozumienia. Postęp dyfuzyjny jest powolny i można go kontrolować, tworząc odpowiednio szeroką strefę ochronną. Jednak gdy zwierzęta i potencjalnie zakażone mięso zacznie się przewozić na większe odległości, sytuacja zmienia się dramatycznie: wirus wykonuje bardzo długie skoki (spacery Levy'ego - Levy walks, patrz prawy obrazek), a wtedy powstrzymać się go praktycznie nie da - strefa ochronna musiałaby obejmować cały kraj. Roznosić wirusa mogą pojazdy używane do transportu zwierząt, a nawet ludzie pracujący przy ich załadunku i rozładunku. Może wystarczyć, żeby samochód przewożący zwierzęta chore pojechał potem do farmy wolnej dotąd od choroby. Także odpady pozostałe po obróbce zwierząt mogą być źródłem zakażenia, jeśli nie zostaną zutylizowane z zachowaniem odpowiedniego reżimu sanitarnego. A tu nie ma wielkich gwarancji, zwłaszcza w małych zakładach, gdzie panu Władkowi nie będzie się chciało, no bo przecież nic się nie stanie, więc wykaże mniej zrozumienia. A jeśli choroba przedostanie się do Wielkopolski, na Kujawy, na Pomorze Zachodnie, może to oznaczać załamanie się hodowli świń - całkowite załamanie się hodowli świń! - w Polsce na długie lata. I wieloletni zakaz eksportu wieprzowiny.

Brownian motion and Levy walk

To wszystko nie jest wiedza tajemna. Przeciwnie, rzecz jest dobrze znana i z czasów zwalczania epidemii pomoru świń (afrykańskiego i zwyczajnego) w krajach zachodnich, i, przede wszystkim, ze zwalczania epidemii choroby wściekłych krów (BSE) w Wielkiej Brytanii. Sam minister może tego nie wiedzieć, ale od tego powinien mieć specjalistów, fachowych doradców, którzy mu to powiedzą i przekonają go, że zysk (mniejsza strata) lokalnych hodowców z Podlasia nie jest wart kolosalnego ryzyka dla całej hodowli trzody w Polsce. Widać jednak ministerialni fachowcy, których głównymi kompetencjami są odpowiednie koneksje polityczne lub rodzinne, albo sami tego nie wiedzą, albo nie potrafili przekonać ministra. Cóż, minister, jako się rzekło, jest głupi.

Co trzeba było zrobić? Cóż, ekstrapolując wspomniane doświadczenia z Europy Zachodniej, należało uśpić wszystkie świnie z obszaru ochronnego, a ich ciała zutylizować, najlepiej na miejscu. Choćby przez spalenie. Jak w  czasie epidemii BSE. Rolnikom oczywiście należało wypłacić odszkodowanie, i to w wysokości kilkukrotnie większej, niż potencjalna kwota, jaką uzyskaliby ze sprzedaży świń na rynku. Kilkukrotnie większej, bo przecież przez co najmniej kilka lat nie będą mogli hodować świń. Ale ktoś postanowił "zaoszczędzić", tak jak minister Jurgiel "oszczędza", nie zaś marnotrawi świńskie tusze w drodze utylizacji. Może to kosztować naszą gospodarkę miliardy złotych. Nie miliony. Miliardy.

Należy też wybić wszystkie dziki na obszarze zagrożonym chorobą. Smutne, ale konieczne. Minister Jurgiel zarządził na początku roku odstrzelenie 40 tysięcy (sic!) dzików. Zająć się tym miał Polski Związek Łowiecki, ale efektywnie sabotuje to zarządzenie, co minister przyznaje we wspomnianej rozmowie z Rzeczpospolitą. Jest to, zapewne, przejaw sporu kompetencyjnego - jakich wiele w tym, pożal się Boże, rządzie, choć są one starannie ukrywane - pomiędzy ministrem rolnictwa a ministrem ochrony środowiska Janem Szyszko, kolejną groźną osobliwością w rządzie PiS, eksponentem lobby leśnego i łowieckiego. 

Bardzo się boję, że na skutek głupoty, krótkowzroczności i niekompetencji ministrów, polskie rolnictwo może ponieść straty, z których nie podniesie się przez wiele lat.

Cieszyć się mogą co najwyżej fizycy i epidemiolodzy, którym epidemia afrykańskiego pomoru świń w Polsce dostarczy zapewne wielu ciekawych danych do weryfikacji ich hipotez naukowych. W wypadku polskich naukowców będzie to jednak radość przez łzy.

sobota, 27 sierpnia 2016

Willard Van Orman Quine, amerykański logik, w artykule Grammar, Truth, and Logic (1980), napisał

It is a general practice, in intellectual pursuits, to argue from the truth of one sentence to the truth of another. Some such arguments are the business of logic, others not. [...] Logic studies the truth conditions that hinge solely on grammatical constructions.

Nie piszę tego po to, aby omawiać tezy Quine'a, ale by zwrócić uwagę, że struktura gramatyczna zdania jest istotna dla jego prawidłowej interpretacji. A wszystko to w kontekście niedawnej decyzji prezydenta Dudy, który odmówił powołania kilkorga sędziów. Jest to więc kontynuacja mojego poprzedniego wpisu.

Spór konstytucyjny (sic!) sprowadza się do rozstrzygnięcia, czy zdania

(1) Prezydent Rzeczypospolitej powołuje sędziów na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieokreślony

oraz

(2) Sędziowie powoływani są przez Prezydenta Rzeczypospolitej, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieokreślony

są równoważne. Zdanie (2) jest literalnym powtórzeniem art. 179 konstytucji. Zdanie (1) nie występuje w konstytucji, ale liczni krytycy pana Dudy, ale także pewien przychylny dobrej zmianie logik, implicite uznają, że (1) jest równoważne (2). Gdyby tak było, należałoby stwierdzić, że konstytucja postanawia (1), a zatem prezydent musi mianować sędziów na wniosek KRS, per analogiam z omawianymi poprzednio art. 159 ust. 2 i art. 161 konstytucji. Tak jednak nie jest!

Hipotetyczne zdanie (1) mówi o prezydencie - to "prezydent" jest jego podmiotem. Zdanie to mówi, że jeśli wystąpi pewna przesłanka (tu: wniosek KRS), prezydent wykonuje pewną czynność (tu: powołuje sędziów). Wykonuje. Nie "może wykonać". Nie "ma prawo wykonać". Wykonuje. Zaistnienie przesłanki konstytucyjnie wymaga od prezydenta wykonania (i to niezwłocznego!) określonej czynności, tak jak sejmowe wotum nieufności (art. 159 ust. 2) wymaga od prezydenta odwołania ministra, a wniosek premiera (art. 161) wymaga od prezydenta dokonania zmiany w składzie Rady Ministrów.

Faktycznie występujące w konstytucji zdanie (2) mówi o sędziach. Jego podmiotem są "sędziowie". Mówi ono mianowicie, w jaki sposób można powołać sędziego: może to zrobić tylko prezydent i tylko na wniosek KRS. Zdanie to nie mówi, że prezydent musi wykonać pewną czynność, a jedynie, że aby prawidłowo powołać sędziego, muszą wystąpić dwie przesłanki: decyzja prezydenta i poprzedzający ją wniosek KRS. Ze zdania (2) nie wynika, że stosowny wniosek KRS wymusza na prezydencie podjęcie decyzji o powołaniu sędziego. Wniosek KRS jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym, aby prezydent powołał sędziego.

Można deliberować, czy ustrojodawca (ustawodawca konstytucyjny) faktycznie to miał na myśli, co wynika z językowej (i logicznej!) analizy tekstu konstytucji, czy też był to jedynie zabieg stylistyczny: Art. 179 konstytucji znajduje się w Rozdziale VIII: Sądy i Trybunały, więc jest rzeczą naturalną, że to sędziowie i sądy, nie zaś inne organa państwa, są podmiotami poszczególnych artykułów. Ale to nieważne. Jedyne, co mamy i jedyne, na czym możemy się oprzeć, to tekst konstytucji. Zdania (1) i (2) nie są logicznie równoważne (w języku Quine'a, one cannot argue from the truth of (2) to the truth of (1)), a zatem trzeba uznać, że konstytucja nie wymusza na prezydencie zastosowania się do wniosku KRS odnośnie do mianowania sędziego. Jest to dla mnie oczywiste i jasne, jak słońce na niebie.

Verum est quod clare et distincte percipio, jak stwierdził był Kartezjusz. Bez względu na to, jak oceniam motywy, którymi kierował się pan Andrzej Duda odmawiając nominacji sędziowskich pewnym osobom, muszę stwierdzić, że w świetle konstytucji prezydent nie jest jedynie notariuszem KRS, który musi opatrzyć stosowną pieczęcią jej każdy wniosek. Przeciwnie, prezydent może się wnioskom KRS sprzeciwić.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14