Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS

Rozmaitości

czwartek, 15 lutego 2018

Dyskutuję prywatnie na temat ustawy - i na inne tematy też - z moim wieloletnim, serdecznym, wrażliwym znajomym, z którym się kompletnie nie zgadzam. W pewnym momencie na pytanie dlaczego, jeśli nie dla obrony dobrego imienia Narodu Polskiego przed niesprawiedliwymi atakami, Kaczyński kazał uchwalić ustawę, przywołałem moje głębokie przekonanie, że Kaczyński ukształtował się mentalnie w latach '60 i skostniał w tym kształcie, a teraz chce odtworzyć świat swojej młodości, który rozumiał i w którym czuł się dobrze

a wtedy o szmalcownikach mówiło się mało i niechętnie, o pogromach na Podlasiu wcale, o pogromie kieleckim co najwyżej półgębkiem, o udziale Polaków w wyłapywaniu Żydów uciekających z gett zupełnie nie. Nawet o łódzkim getcie i Chaimie Rumkowskim też nie. Polska przedstawiana była jako niezłomny, bohaterski, waleczny bastion oporu przeciwko Niemcom, Polacy Żydom pomagali, a jeśli nie, to tylko z uwagi na straszliwy terror niemiecki. Nieliczni szmalcownicy byli karani przez Państwo Podziemne. Miało to uzasadnienie, jako że straszak "niemieckiego rewanżyzmu" miał jednoczyć Naród wokół Partii. Z czasem, od lat '70, zaczęto nawet mówić, że walczyły nie tylko GL i AL, Janek Krasicki i Hanka Sawicka, ale też BCh, a nawet AK - partyzanci byli w porządku, tylko dowódcy źli. Suweren też się na tych opowieściach wychował i o tym, że byli Polacy, którzy mordowali Żydów, słyszeć nie chce. I tego dotyczy ustawa. A Partia znów jest jedna.

Mój znajomy odparł mi

No myślę, że JK też miał inne źródła wiedzy o okupacji.  Ja miałem, Ty miałeś, a on nie miał?

i tu się zacząłem zastanawiać, jakie ja rzeczywiście miałem wówczas źródła wiedzy?

Ważnym źródłem były wspomnienia osób, które pamiętały wojnę: rodziców i ich znajomych, a także ukochanych i bardzo szanowanych wujków z pokolenia mojej babci. O tym napiszę osobno.

Jednak pomijając świadectwa rodzinne, moja świadomość historyczna w dzieciństwie i wczesnej młodości była ukształtowana przez PRLowską propagandę. Proszę pamiętać, że tematyka wojenna obecna była wszędzie i bez przerwy: w szkole wiele razy w ciągu roku, w oficjalnej propagandzie na okrągło, także w kulturze, w tym w tonacji "jak gonili hitlerowca, to mu opadały spodnie". Jeśli chodzi o stosunki polsko-żydowskie, to długo wyobrażałem sobie, że było jak w Zakazanych piosenkach: "w getcie głód, nędza i chłód", ale żydowskie dzieci stosunkowo łatwo przekradały się na stronę aryjską, gdzie żebrały o jedzenie. Ludzie, choć trochę bali się granatowej policji, okazywali tym dzieciom sympatię i starali się pomóc. Ha, granatowy policjant okazał się szmalcownikiem!

Była też niedokończona powieść Marii Zarębińskiej Dzieci Warszawy, o grupie dzieci pomagających żydowskiemu chłopcu, uciekinierowi z getta. Była to lektura szkolna we wczesnej podstawówce i w kolejnych rocznikach kształtowała pozytywny obraz relacji polsko-żydowskich. W powieści padają jakieś aluzje do powstania w getcie. Pamiętam, że nikt z całej klasy nie wiedział, o czym mowa. Najbystrzejsi sądzili, że chodzi o Powstanie Warszawskie - czyli całkiem na odwrót, niż wielu współczesnych Żydów, którzy słysząc o Powstaniu Warszawskim myślą, że mowa o powstaniu w getcie. 

No więc byli ci Żydzi w getcie, a potem - jakoś znikli. Niemcy ich zabili. No, tak.

Harcerstwo z kolei wykształciło we mnie kult Szarych Szeregów. Ale w optyce Szarych Szeregów Żydów po prostu nie ma! Nawiasem mówiąc, Elżbieta Janicka w znanej krytyce Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego traktuje ten całkowity, totalny brak jakichkolwiek odniesień do tematyki żydowskiej jako przejaw antysemityzmu, choćby dlatego, że brak ten świadczy, iż Żydzi nie byli "nasi", byli obcy, nie byli Polakami, o których warto pisać. Ten nurt krytyki Kamieni na szaniec został zapomniany; w świadomości społecznej utkwiło tylko oburzenie na wskazanie elementów homoerotycznych w związku łączącym Rudego i Zośkę.

A cała wojenna historia toczyła się w Warszawie, reszty Polski właściwie nie było. We wsiach chłopi cierpieli z powodu obowiązkowych dostaw wprowadzonych przez Hitlera (i ostatecznie zniesionych dopiero przez Gierka), a w lasach rządzili partyzanci.

W drugiej połowie lat '70, gdy w formie książkowej ukazały się Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego i Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall, mój stan wiedzy zaczął się zmieniać. Wiedziałem już przynajmniej co to było powstanie w getcie. Czytałem też trochę o przedwojennym polskim antysemityzmie i jego historycznych uwarunkowaniach. Ale dalej tkwiłem w siatce wyobrażeń heroicznych: nieszczęśni Żydzi, okrutni Niemcy, dzielni, choć może nieco zbyt obojętni Polacy, ŻOB wspierana i uzbrajana przez AK. Nawet w znanym, pod wieloma względami przełomowym eseju Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto" (1987), pada oskarżenie o obojętność, ale nie o współudział:

Bóg tę rękę zatrzymał. Tak, Bóg, bo jeśli nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni, to dlatego, że byliśmy jeszcze trochę chrześcijanami [...] 

Gdy więc w połowie lat '80 wyjechałem na studia do Wielkiej Brytanii i zetknąłem się tam z jadowicie polakożerczymi Żydami, oskarżającymi Polskę i Polaków o jakieś straszne rzeczy, ja przede wszystkim byłem zdumiony: Jak to? Dlaczego? Za co?! Skąd takie oskarżenia? Przecież to niemożliwe, żeby Polacy takie rzeczy robili. Wiarygodność tym oskarżeniom odbierało to, że oskarżyciele dość słabo znali polskie realia okupacyjne - nie wiedzieli o karach za pomaganie Żydom, nie wiedzieli o polskich ofiarach, o wysiedleniach, o zniszczeniach polskich miast, o zajęciu połowy Polski przez ZSRR, o polskim wysiłku zbrojnym. Nic nie wiedzieli. Wyobrażali sobie, że w okupowanej Polsce było jak, czy ja wiem, w okupowanej Holandii. A duński król, który w okupowanej Danii codziennie odbywał przejażdżkę konną po Kopenhadze, gdy Niemcy zarządzili, że Żydzi mają nosić żółte opaski, wyjechał na przejażdżkę w takiej właśnie opasce. No proszę, ten to wsparł swoich żydowskich współobywateli, nie to, co Polacy! 

Dlaczegóż te kierowane pod adresem Polski oskarżenia miałem uważać za prawdziwe?

Dla porządku zaznaczę, że większość poznanych przeze mnie na studiach Żydów z Izraela, Ameryki i UK była nastawiona propolsko lub przynajmniej neutralnie.

Dopiero po artykule Michała Cichego z 1994, a zwłaszcza po Sąsiadach Jana Tomasza Grossa (2000), otwarła się dla mnie zupełnie nowa, przerażająca perspektywa na kształt stosunków polsko-żydowskich podczas okupacji. Artykuł Cichego, nawet jeśli nie wszystkie podawane przez niego dane się potwierdziły, był przełomowy, gdyż naruszał najświętsze tabu. Późniejszych i może nawet lepiej udokumentowanych doniesień o członkach polskiego podziemia zabijających Żydów było wiele.

Wracając do wyjściowego pytania, nie, nie sądzę, abyśmy aż do lat '90 mieli wiele alternatywnych do oficjalnych źródeł wiedzy o czasach wojny i okupacji, zwłaszcza w aspekcie relacji polsko-żydowskich. Jarosław Kaczyński z pewnością przeczytał to, co i ja, a pewnie nawet więcej, bo on dużo czyta, ale nie zmieniło to jego stanu umysłu: Z jakichś powodów zamarł on, skostniał, zastygł w pojęciach i wyobrażeniach z lat '60.

Wiele osób do dziś zachowało świadomość historyczną z Zakazanych piosenek. Ja nie. I właściwie żałuję. Muszę nosić jarzmo wiedzy, piętno Kaina.

poniedziałek, 12 lutego 2018

PiS, uchwalając nieszczęsną, katastrofalną nowelizację ustawy o IPN, twierdził, że chce zapobiec używaniu określeń "polskie obozy koncentracyjne", "polskie obozy śmierci", które dla nas brzmią niezwykle obraźliwie. Ale czy naprawdę w myśl nowego prawa byłoby można za użycie takich określeń karać, pomijając nawet to, że osoby, które to robią, pozostają poza zasięgiem polskiej jurysdykcji?

Otóż wydaje mi się, że nie. Aby można było kogoś ukarać, należałoby dowieść, że ktoś w ten sposób

przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność

podczas gdy osoba pisząca o "polskich obozach" mogłaby twierdzić, że chodziło jej wyłącznie o lokalizację geograficzną. Oskarżony mógłby nawet powołać biegłego z zakresu języka polskiego i polskiej literatury, który wskazałby, że Zofia Nałkowska, pisząc w Medalionach (1946) o "polskich obozach śmierci", miała na myśli wyłącznie ich lokalizację, bez przypisywania Polsce lub Polakom odpowiedzialności za organizację i prowadzenie obozów. Skoro wielka polska pisarka, której książka była przez wiele lat lekturą szkolną, mogła używać określenia "polskie obozy" w znaczeniu geograficznym, dlaczego w ten sam sposób nie może tego używać ktoś za granicą?

Nawiasem mówiąc, pewien wyjątkowo mało rozgarnięty, nawet jak na standardy tej partii, poseł PiS wystąpił z postulatem poprawienia Nałkowskiej.

Geograficzne rozumienie terminu "polskie obozy" wydaje się bardzo częste. Kilka dni temu pod polską ambasadą w Rzymie odbyła się demonstracja przeciwko nowej ustawie o IPN. Oprócz zrozumiałych w tej sytuacji oskarżeń Polski (!) o negowanie historii, pojawiły się plakaty z hasłem "Auschwitz dove?", czyli "Gdzie jest Auschwitz?".

Manifestacja pod polską ambasadą w Rzymie

Ktoś cytował też wpis na Twitterze, w którym pewna Amerykanka pytała się

So where is Auschwitz? On the f*ing moon?!

Ewidentnie w obu przypadkach chodzi o przypomnienie, że obozy śmierci znajdowały się na terenie Polski i jakim prawem Polska śmie temu zaprzeczać?

Skąd to się może brać? Przyszło mi do głowy takie wyjaśnienie: Dla Żydów cmentarz, ziemia cmentarna jest przeklęta. A tereny dawnych obozów zagłady wraz z przyległościami, na które wysypywano prochy krematoryjne, są cmentarzami. Przeklętymi cmentarzami. Może więc część Żydów, którzy skądinąd wiedzą, że przymiotnik "polskie" odnosi się jedynie do lokalizacji, sądzi, że Polska chce, w jakimś szale pychy i głupoty, zaprzeczyć obecności obozów na swojej ziemi, żeby ziemia ta nie była już uważana za skażoną, nieczystą, przeklętą?

poniedziałek, 06 lutego 2017

Jak donosi prasa, Fundacja Życie i Rodzina, znana dotąd głównie z planów wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, domaga się, w trybie dostępu do informacji publicznej, aby uczelnie ujawniły "listę pracowników prowadzących zajęcia z gender studies". Dość powszechnie odbiera się to jako początek nagonki na naukowców prowadzących badania lub zajęcia z tematów, które nie podobają się naszej ultrakonserwatywnej prawicy.

Ciekawe, jak na to odpowie rektor UJ? Gdyby mnie spytano o radę, zaproponowałbym, aby wskazać, że, po pierwsze, elementy badań nad płcią kulturową mogą być zawarte w szeregu kursów na bardzo wielu kierunkach studiów i nikt nie prowadzi takiej ewidencji, podobnie jak - na przykład - nikt nie prowadzi ewidencji kursów, w których pojawiają się elementy statystyki, po drugie, plany studiów, sylabusy poszczególnych kursów i nazwiska wykładowców informacją publicznie dostępną na stronach UJ (w systemie USOS), więc jeśli ktoś chce, może sobie samodzielnie poszukać, a po trzecie, plany te i sylabusy są, zgodnie z zasadami wolności akademickiej, zatwierdzane przez poszczególne Rady Wydziałów i władze rektorskie w zasadzie nie mogą wpływać na ich zawartość. No i tyle.

Tymczasem jednak żałuję, że nie mogę zgłosić się na ochotnika na przedstawiciela złych dżenderów. Nie te zainteresowania naukowe...

Martwiąc się swą nie-dżenderowością, postanowiłem coś dżenderowego napisać, okazując w ten sposób wsparcie moim tropionym przez prawicową fundację kolegom. Może Fundacja Życie i Rodzina znajdzie mnie i napiętnuje? Pretekst dał mi znajomy: uczony ten człowiek ma małe dziecko i chyba z tej okazji przypomniał w internetach filmik o tym Jak Żwirek i Muchomorek urządzili koncert dla Wróżki. Proszę obejrzeć:

 

Ładna, przyjemna, spokojna bajka, z elementami zabawnymi, ale i dydaktycznymi: Żwirek i Muchomorek karmią ptaszki, dobry uczynek zostaje oddany, złośliwy psikus prowadzi do groźnej retorsji. Czy aby tylko tyle?

Mamy wyraźne postacie męskie, Żwirka i Muchomorka, oraz postać żeńską, Wróżkę. Wróżka jest śliczna, co jest mocno podkreślane, a zajmuje się zabawianiem postaci męskich (tańczy dla nich). Ale nie za darmo: Postacie męskie muszą na to zapracować (zbudować organy, przygrywać do tańca), a także chronić Wróżkę przed niebezpieczeństwem. 

Przecież tu jeden stereotyp na temat społecznych ról płci goni drugi! Są jednak i myśli postępowe: Wróżka okazuje się znacznie bystrzejsza od postaci męskich (to ona kieruje budową organów), które z kolei, choć poczciwe, nie są zbyt rozgarnięte i choć dzielnie próbują ratować Wróżkę, są w tym bardzo nieudolne. Ostateczny tryumf nad siłami zła jest udziałem sił przyrody (ptaszka wdzięcznego za dokarmianie).

Nie podejrzewam czechosłowackich twórców tej kreskówki sprzed blisko pięćdziesięciu lat o świadome utrwalanie stereotypów płciowych. Po prostu przedstawiali role męskie i żeńskie w naturalny dla nich sposób, przynajmniej w warstwie zewnętrznej. Bo subwersywne przemycanie idei postępowych (dziewczynka jest bystrzejsza od chłopców) było zapewne świadomą decyzją.

Muszę się wszakże zapytać: Drogi M! Czego ty uczysz swojego synka?!

***

Eskapadę w stronę dżendera niechże usprawiedliwi także to, że w niedzielę, gdy przyszedł mi pomysł na tę notkę, aż do wyjścia na koncert wzorowo realizowaliśmy model breadwinner - homemaker: ja zrobiłem śniadanie i obiad, prałem i trochę sprzątałem, a Elżbieta, która jest biegłym sądowym, kilka godzin pisała ekspertyzy dla sądu. 

sobota, 24 grudnia 2016

Bóg się rodzi, moc truchleje, słyszymy w najbardziej uroczystej z polskich kolęd, śpiewanej na melodię poloneza koronacyjnego królów Polski. Bóg się rodzi, moc truchleje.

Dla wierzących słowa te mają jasny sens religijny. Myślę jednak, że i wierzący, i niewierzący dostrzegą ich sens metaforyczny: Im więcej na świecie dobra, miłości, przyjaźni, zaufania, prawdy, miłosierdzia, tym słabsze są siły zła. Zła, które przecież rodzi się w nas, w naszej pysze, złości, głupocie, ignorancji, egoizmie, małostkowości. Postarajmy się, aby na świecie przybywało dobra.

Wesołych Świąt! 

Gerard van Honthorst, Pokłon pasterzy, 1622

sobota, 03 grudnia 2016

PiS nieustannie gra katastrofą smoleńską. Co prawda przez ponad rok, odkąd objął władzę, ani nie sprowadził do Polski wraku, ani oryginałów czarnych skrzynek, ani nie powołał międzynarodowej komisji do wyjaśnienia przyczyn wypadku, choć wszystko to, zgodnie z przedwyborczymi obietnicami, miało nastąpić niemalże natychmiast. Żałosna, choć suto opłacana komisja Antoniego Macierewicza w ciągu roku nie znalazła żadnych dowodów na zamach. Teraz pan Zbyszek ze swoimi obrzydliwymi pachołkami - być może w ramach rywalizacji z Antonim Macierewiczem o wpływy u naczelniczka - zajmuje się bezczeszczeniem grobów, szczególnie pazerne wdowy smoleńskie występują o kolejne miliony odszkodowania, zadowalając się (na razie?) marnymi setkami dodatkowych tysięcy, smoleńscy profesorowie próbują odebrać Maciejowi Laskowi, byłemu przewodniczącemu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, stopień naukowy doktora, a PiSowska propaganda testuje, o co by tu oskarżyć Tuska, bo z braku dowodów o zamach się nie da, a przecież o coś koniecznie trzeba, żeby naczelniczek Kaczyński mógł wywrzeć swą pomstę sprawiedliwą na Tusku. Nic się nie chce przykleić, ale spokojnie, i tak go oskarżą.

Sama zaś gra smoleńska potrzebna jest PiSowi do utrzymywania wzmożenia patriotycznego w żelaznym elektoracie.

Pisałem już kilkakrotnie, że przyczyny katastrofy smoleńskiej zostały wyjaśnione w sposób nie budzący wątpliwości: Pomijając bardzo liczne błędy popełnione w trakcie przygotowywania lotu i atmosferę panującą na pokładzie, rzecz sprowadza się do tego, że źle wyszkolona załoga, złamawszy wszelkie możliwe procedury bezpieczeństwa, przy bardzo słabej widoczności zeszła poniżej dopuszczalnej wysokości minimalnej, w wyniku czego samolot zderzył się z przeszkodami terenowymi i rozbił się, zabijając wszystkich na pokładzie. Tragiczna, a jednocześnie głupia i łatwa do uniknięcia katastrofa.

To wszystko jest jasne. Jednak szczegóły samego mechanizmu destrukcji samolotu nie były oczywiste, czego wyznawcy religii smoleńskiej używali do uzasadniania swoich tez, a przynajmniej do siania wątpliwości. Jednak kilka tygodni temu i ta sprawa się, moim zdaniem, wyjaśniła. Oto w tygodniku "Polityka" (nr 46 (3085), 8.11-15.11.2016) ukazała się rozmowa z prof. Bohdanem Jancelewiczem, emerytowanym profesorem Politechniki Warszawskiej, specjalistą w zakresie konstrukcji lotniczych. Wszystkim gorąco polecam przeczytanie całej rozmowy (dostęp jest bezpłatny!). Tutaj zacytuję tylko kluczowe fragmenty:

Nastąpiło zderzenie z koronami drzew, co uszkodziło sloty i klapy, zmieniając właściwości aerodynamiczne płata tak, że siła nośna zmniejszyła się o około 30 proc. poniżej wartości potrzebnej do utrzymania lotu wyłącznie poziomego. [...]

W zapisie rejestratora widać dokładnie, że, jak powiedziałem, już po pierwszym zderzeniu z drzewami tupolew stracił gwałtownie siłę nośną 30 proc. poniżej wartości, która zapewnia lot poziomy. W tym momencie w ciągu niespełna dwóch sekund rozgrywał się wypadek. Samolot przepadał, będąc 12 m nad ziemią. Nawet gdyby nie zahaczył o brzozę, nie miał szans uniknąć katastrofy. Kwestią było tylko to, jaka będzie konfiguracja zderzenia z ziemią. Dlaczego na ratunek nie było szans? Ze względu na uszkodzone skrzydła – lewe mocniej niż prawe – a precyzyjniej mówiąc, sloty i klapy. Z zapisów rejestratora wynika, że maszyna zaczęła się przechylać na lewą stronę na tyle mocno, że końcówka lewego skrzydła była prawie o dwa metry niżej niż prawego. [...]

Zwracam uwagę, że powyższe zdarzyło się jeszcze przed zderzeniem z nieszczęsną brzozą.

Wtedy doszło do zderzenia z brzozą, które ostatecznie przesądziło o losie tupolewa. Po utracie końcówki skrzydła długości około sześciu metrów samolot wykonał obrót wokół osi podłużnej o około 150 stopni i uderzył o ziemię w pozycji prawie odwróconej i z przodem bardzo pochylonym w stronę ziemi.

[...] brzoza została przez skrzydło ścięta! I to w mgnieniu oka – kontakt z brzozą trwał poniżej jednej setnej sekundy. Jednak drzewo uszkodziło nadwerężone poprzednimi uderzeniami konarów skrzydło. W efekcie jego końcówka została oderwana przez obciążenia aerodynamiczne, które na nią oddziaływały. Wywołane nimi obciążenia wewnętrzne to momenty gnące, siły tnące oraz moment skręcający w kierunku „na nos”. Te obciążenia wywołały najbardziej niekorzystny dla konstrukcji cienkościennej stan naprężenia w górnej części uszkodzonej już struktury, czyli jednoczesne ściskanie i ścinanie. To było przyczyną odłamania końcowej, około sześciometrowej, części lewego skrzydła.

Causa finita.

środa, 26 października 2016

Pani Natalia Przybysz, piosenkarka - przykro mi, ale nie kojarzę ani jednej śpiewanej przez nią piosenki, może żadnej nie słyszałem, choć nazwisko obiło mi się o uszy - opowiedziała w Wysokich Obcasach, że dokonała aborcji i w jakich okolicznościach. W dużym skrócie, tym bardziej, że wszyscy zainteresowani zapewne tę historię już znają, była to jej trzecia ciąża, nieplanowana, a ona nie chciała niczego zmieniać w swoim życiu.

Po tym wyznaniu prawica i środowiska katolickie rzuciły się na panią Przybysz z wściekłością. Z kolei feministki i różni postępowi publicyści zaciekle jej bronią. Można odnieść wrażenie, że koniecznie trzeba opowiedzieć się po którejś stronie tego sporu, zyskując - odpowiednio - miano katotalibańskiego reakcjonisty lub też poplecznika zabójców niewiniątek.

Ja zaś nie popieram usuwania niechcianej ciąży tylko dlatego, że jest niechciana. Tym bardziej, jeśli dotyczy to osoby obytej, wykształconej, bystrej, wyemancypowanej, ekonomicznie niezależnej od męskiego partnera, zamożnej. Ktoś taki może z łatwością zadbać o antykoncepcję, powiedzieć „nie” lub zażyć pigułkę dzień po. Dlatego jestem daleki od wołania „Brawo, Natalia!” Z drugiej strony trudno mi tę panią kategorycznie potępiać, bo kimże jestem ja, aby osądzać jej sumienie?

To prawda, coming out pani Natalii Przybysz może mieć pewne skutki ozdrowieńcze, jako że zwraca uwagę na panującą u nas hipokryzję. Mnóstwo ludzi „to” cichcem robi, ale nikt o „tym” publicznie nie mówi, a jeśli już, to „to” potępia.

Jestem jednak pewien, że deklaracja pani Przybysz przyniesie, hic et nunc, więcej skutków negatywnych. Oto bowiem toczą się w Polsce protesty przeciwko zakazaniu aborcji w przypadkach naprawdę tragicznych i bardzo trudnych. Trzeba pokazać opinii publicznej i politykom, że zmuszanie kobiet do czynów heroicznych, jak tego domagają się fundamentaliści (zygotarianie), jest nieludzkie. I to da się zrobić. Z drugiej strony część środowisk feministycznych i ich męskich sprzymierzeńców domaga się liberalizacji prawa aborcyjnego, tak aby aborcja do któregoś tygodnia ciąży dostępna była na życzenie, a nie tylko w szczególnie ponurych przypadkach. Obawiam się jednak, że z uzyskaniem społecznej zgody na liberalizację będzie znacznie trudniej, niż z obroną istniejącego stanu prawnego. Fundamentaliści też tak sądzą i dlatego chcą obie te sprawy utożsamić: Brak społecznej zgody dla aborcji na życzenie miałby ułatwić uzyskanie zakazu aborcji w przypadku zagrożenia zdrowia i życia kobiety, ciężkiego uszkodzenia płodu lub ciąży będącej wynikiem przestępstwa. No i teraz deklaracja pani Przybysz bardzo fundamentalistom pomoże. Patrzcie, będą mówić, w tych protestach chodzi o to, żeby złe i zepsute kobiety mogły usuwać ciąże dla własnej wygody, przecież Natalia Przybysz wprost to powiedziała. Taką narrację, choć jest ona oszukańcza, będzie, niestety, łatwo sprzedać.

niedziela, 08 marca 2015

Myślę o Bliskim Wschodzie, o wszystkich bezsensownych i okrutnych śmierciach, jakie wojna tam przynosi. Myślę o asyryjskim Nimrud, burzonym buldożerami przez fanatyków z Państwa Islamskiego. Ale myślę też o Ukrainie, gdzie w czasie rozejmu-nie rozejmu cały czas trwają walki, a w Charkowie wybuchają bomby. Wszyscy się boją, że lada chwila w Charkowie pojawią się zielone ludziki, lokalni taksówkarze i traktorzyści, obsługujący nowoczesny rosyjski sprzęt wojskowy, do nabycia w co drugim sklepie myśliwskim. Myślę o Borysie Niemcowie, którego - jak twierdzi rosyjska prokuratura - zamordowało kilku Czeczenów, ot, tak, bez wyraźnego powodu, za to w środku wielkiego miasta, ba, w jednym z najlepiej strzeżonych miejsc na planecie. I nikt niczego nie widział, liczne kamery nadzoru albo były przypadkiem wyłączone, albo obrócone w innym kierunku, a milicja przyjechała dopiero po kilkunastu minutach. Czeczenów nikt nie lubi.

Straszny świat.

Tak sobie o tym wszystkim myśląc, przypomniałem sobie piosenkę Zamki na Piasku zespołu Lady Pank z połowy lat '80.

Wtedy był to wielki przebój, dziś zapomniany. W drugiej zwrotce słyszymy niepokojące słowa:

Idziesz ulicą
Uśmiechasz się
Skonstruowałeś bombę
Skondensowaną śmierć
Znasz datę i godzinę
Gdy świat się zacznie bać
Policja wszystkich krajów
Rysopis twój chce znać

Zamki na piasku
Gdy pełno w szkle
Poranna witaj zmiano
To życie twe

Bohater ma zwykłe, nudne życie, pracę na porannej zmianie. Marzy o tym, że gdyby zbudował bombę, wreszcie stałby się kimś ważnym. Ale to tylko marzenia. Ogólnie mówiąc, life is brutal.

Współcześni konstruktorzy bomb od bohatera piosenki Lady Pank różnią się głównie tym, że nie mają pracy na porannej zmianie. Gdyby mieli, znaczna część z nich za budowę i podkładanie bomb nawet by się nie zabrała.

niedziela, 28 grudnia 2014

Ten kilim od zawsze mnie fascynował. Wisiał w pokoju - w kolejnych pokojach - które zajmowałem ja i mama. Na początku przyjmowałem go pewnie jako naturalny element tła, ale w pewnym momencie zafascynowały mnie jego pozorne symetrie. Brak symetrii udającysymetrię. Długie chwile wpatrywałem się w ten kilim, w jego twarz, studiując, gdzie "zęby" są brązowe, a gdzie żółte. A gdzie ich brak. I czy te niewykończone elementy to świadomy zamysł projektanta, czy też może wynik pośpiechu przy wykańczaniu zamówienia.

Kilim był przypadkowym świadkiem historii. Jedną z niewielu rzeczy ocalałych ze Śniatynki. Musieli go w pośpiechu zerwać ze ściany, żeby zawinąć w niego coś - pościel? ubrania? srebra zakopali; większość zginęła, ale część udało się odzyskać po '41, za co moja babcia i jej dzieci mogli przeżyć pierwsze lata powojenne - w panicznej ucieczce przed sowieckimi żołnierzami. A potem jakimś cudem przetrwał kolejne etapy wojennej ucieczki i tułaczki. Nie rozumiem zwłaszcza tego, jak kilim przetrwał ucieczkę do wolności, czyli uzyskane trochę przekupstwem, trochę wykorzystaniem sowieckiego bałaganu, trochę zwykłym szczęściem, a trochę pewnie cudem boskim przekroczenie mostu granicznego na Sanie. Naprawdę, mojej mamie niemiecki żołnierz na granicznym posterunku, który odgrodził ich od NKWDzistów, wydał się aniołem wybawicielem. Ale kilim? Co on tam robił? 

A może ten kilim nie był uczestnikiem ucieczki, ale to w niego zawinięto część sreber i biżuterii, zanim zakopano je w ogrodzie? Tę część, którą później babcia z wujkiem Tolkiem odzyskała? Nie wiem i już się nie dowiem. 

O tym, że kilim przynależał do Śniatynki, dowiedziałem się chyba dopiero gdy miałem kilkanaście lat. Nawet szukałem go ostatnio na starych zdjęciach, ale go nie znalazłem. Są inne, o podobnym wzorze, ale nie ten. Może i na jakimś zdjęciu był, ale tak niewiele zdjęć ze Śniatynki zachowało się. Z mojego punktu widzenia kilim był w domu od zawsze, o czym świadczy poniższe zdjęcie. I dalej tam - w innym mieszkaniu, ale w mieszkaniu moich rodziców, teraz już tylko mojej mamy, więc "tam" - nadal jest. Jednak przez ostatnie lata, gdy już tam nie mieszkałem, wydawało mi się, że z kilimem jest coś nie tak. No i teraz widzę: powieszono go do góry nogami. To nie przeszkadza z uwagi na jego wzór, który nie ma naturalnej "góry" i "dołu", "lewej" i "prawej", ale jednak coś jest nie tak. Gdy byłem dzieckiem, kilim na pewno wisiał w drugą stronę!

A może właśnie w Śniatynce wisiał tak, jak teraz, więc mama świadomie przewiesiła go po malowaniu? Tego już też się nie dowiem. 

Na tym zdjęciu ja mam ze dwa miesiące. I dobrze widać kilim z jego dziwnymi, pseudo-geometrycznymi wzorami. A moja mama jest taka młoda i ładna.

Moja mama umarła dzisiaj rano.

środa, 23 lipca 2014

Jest środek wakacji, więc nie będzie ani o Ukrainie, ani o taśmach, ani nawet o Chazanie, ale o lipie. O lipie, mającej cudowną własność leczenia bólu zębów.

Jak w sezonie ogórkowym donosi Fakt, proboszcz parafii w Cielętnikach koło Częstochowy kazał ogrodzić zabytkową lipę prawie dwumetrowym, metalowym płotem, aby ochronić ją przed pielgrzymami, którzy ogryzali jej korę wierząc, że uleczy to ich ból zębów. Historia jest znana, już kilka lat temu opisywał ją katolicki tygodnik Niedziela, zresztą dając to jako przykład "wspomagania i popierania idei ochrony przyrody" przez polski Kościół, "zgodnie z przesłaniem św. Franciszka z Asyżu". Wcześniej opisywali to badacze folkloru. Lipa w Cielętnikach i jej własności nie są szerzej znane, ale lokalna tradycja jej dotycząca jest najwyraźniej bardzo stara, wielusetletnia.

Widzimy tu piękny przykład trwania śladów kultu pradawnego, przedchrześcijańskiego. Charakterystycznego dla Europy kultu świętego drzewa, który Kościół niechętnie toleruje. Niechętnie, gdyż pień lipy kiedyś smarowano smołą, teraz ogrodzono, rzekomo dla ochrony zabytkowego drzewa, ale jednak toleruje: lipy nikt nie kazał wyciąć. Widać jednak, że Kościół kiepsko sobie z tym postpogańskim kultem radzi. A przecież można go było umiejętnie zchrystianizować, jak zrobiono to w niezliczonych miejscach w zachodniej Europie. Można było na przykład opowiadać taką historię:

Wojewoda1, aby odpokutować swe liczne zbrodnie i grzechy, miał zanieść obraz św. Apolonii2 do sanktuarium w Studziannej pod Opocznem. Miał iść sam i pieszo, podpierając się jedynie laską wystruganą z lipowego drewna. I tak w wigilię niedzieli Przemienienia Pańskiego3 wojewoda dotarł do pewnej ustronnej okolicy, gdzie zmorzył go sen. Aby cenny obraz nie został uszkodzony, wojewoda przed snem przymocował go do swojej laski, którą wbił w ziemię. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że lipowa laska przez noc rozrosła się w piękne, okazałe drzewo; obraz był tak wysoko, że wojewoda nie mógł go dosięgnąć. Wojewoda zrozumiał, że święta życzy sobie pozostać w tym szczególnym miejscu. Zaraz też kazał pobudować tam kościół, na którego ścianie umieścił obraz św. Apolonii. Lipa zaś rośnie w tym miejscu po dziś dzień, świadcząc o cudzie dokonanym za wstawiennictwem świętej.

  1. Postać wojewody pojawia się w opowiadaniu zawartym w Niedzieli. Jest to więc postać jakoś ważna dla tego miejsca i trzeba ją zachować.
  2. Św. Apolonia, której poganie w czasie prześladowań wybili wszystkie zęby, jest patronką cyrulików. Ludzie cierpiący na ból zębów proszą o jej wstawiennictwo. Obraz św. Apolonii w istocie znajduje się na ścianie kościoła w Cielętnikach, nieopodal lipy.
  3. Aby wyjaśnić wezwanie istniejącego tam kościoła.

Gdyby taką historię opowiadać od kilkuset lat, mielibyśmy piękny kult lokalny, element "chrześcijańskiej mitologii". I kogo obchodzi, że jest to kompletnie ahistoryczne? Ważne, że "naturalnie" łączy magiczne własności świętego drzewa z kultem chrześcijańskiej świętej. Tak Kościół robił to przez wiele set lat w Galii, Germanii, Brytanii. A w Polsce nie. Co prawda obraz św. Apolonii się pojawił, ale raczej aby udawać, że wierni modlą się do świętej, nie do drzewa. Samego drzewa i jego magii w tej opowieści nie ma. Gdy chrześcijaństwo przyszło do Polski, stare kulty próbowano jedynie niszczyć. I stąd jest w nas ta ponadtysiącletnia trauma zniszczenia rodzimej kultury, która wciąż nas zatruwa, jak o tym pisali Karol Modzelewski i Maria Janion.

Cudowna lipa w Cielętnikach

wtorek, 13 maja 2014

plakat antyolimpijski, zachęcający do udziału w referendum 25 maja

Copy: Marcin Sikorski/ Agencja Nie Do Ogarnięcia, Art (w 5 minut w pracy w ukryciu przed szefem - prosiła, żeby to dodać): Eliza Luty /Pixelle

 
1 , 2 , 3 , 4