Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS

Edukacja

czwartek, 04 sierpnia 2016

Ktoś mógłby uznać, że ten wpis jest spóźniony o dobrych kilka tygodni, bo zasadnicza tura rekrutacji na studia wyższe już się skończyła. Mam wszakże nadzieję, że skorzystają z niego kandydaci na studia w kolejnych latach, tym bardziej, że decyzja o wyborze kierunku studiów jest bardzo ważna i nie powinno się jej podejmować w ostatniej chwili.

Bezpośrednim impulsem do powstania tego wpisu było dramatyczne pytanie, zadane przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej*:

dlaczego sloganem reklamowym polskich wydziałów humanistycznych jest raczej: "znajdź doskonałą pracę po skończeniu kierunku x" a nie: "po skończeniu studiów x włącz się w rozwiązywanie podstawowych problemów nowoczesnego i przyszłego świata"?

Rozwiązywanie podstawowych problemów świata, czy nam się to podoba, czy nie, było, jest i będzie udziałem nielicznych. Udawanie, że każdy, kto się odpowiednio zaweźmie, a już w szczególności ukończy Nasz Wspaniały Wydział, będzie mógł w tym twórczo uczestniczyć, jest oszukiwaniem naiwnych. Z drugiej strony faktycznie warto zachęcać tych, którzy potencjalnie mogliby to robić, ale z jakichś powodów zrezygnowali na starcie. Zrezygnowali z samego spróbowania. Tylko gdzie ich szukać?

Populację (potencjalnych) studentów w pierwszym przybliżeniu można podzielić na cztery kategorie, przy czym, co oczywiste, granice pomiędzy nimi są nieostre. Kategorię pierwszą stanowią zdeterminowani pasjonaci. Ktoś wie, w sposób niezachwiany wie, że interesuje go fizyka teoretyczna. Albo poszukiwanie nowych źródeł energii. Albo lekarstwa na raka. Albo filozofia. Albo śledzenie przemian obyczajowych w XIX-wiecznej Persji. Albo coś jeszcze innego. On czy ona to wiedzą i są gotowi poświęcić naprawdę wiele, aby to robić, a jeśli im się nie uda, cierpią. Bo nie wszystkim się udaje, ale to już zupełnie inna historia. W każdym bądź razie tych ludzi nie trzeba namawiać do włączenia się w rozwiązywanie podstawowych problemów świata. Oni co najwyżej zastanawiają się, czy studiować swój wymarzony kierunek w Białymstoku, czy w Warszawie, czy w Zurychu, a kryteria wyboru są wielorakie, bo na przykład życie w Zurychu jest cholernie drogie i nie każdego na to stać.

Na przeciwnym krańcu spektrum mamy rzeszę osób, które chcą skończyć studia, co należy rozumieć jako zdobyć dyplom. Nie zależy im na wiedzy, ale na dyplomie, mającym być przepustką do lepszego życia. Jest to, przynajmniej po części, umysłowy spadek po latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, gdy rzeczywiście jakikolwiek dyplom ukończenia studiów wyższych plus zestaw obowiązkowy "prawo jazdy kat. B, angielski, komputer" bez mała gwarantowały zdobycie niezłej pracy. To się skończyło, ale świadomość społeczna zmienia się powoli i pcha kolejne pokolenia maturzystów do dziadowskich, bardzo słabych "uczelni wyższych", które za całkiem realne pieniądze oferują studentom pozór wykształcenia i coraz mniej znaczący dyplom. Absolwenci tych "fabryk bezrobotnych" dobrej pracy nie znajdują, awansu społecznego nie dostępują, wielu z nich zasila szeregi nisko kwalifikowanej siły roboczej w UK, Niemczech czy Holandii i czują się oszukani przez Polskę, która do takiego szwindlu dopuściła. Dlatego niezmiennie czuję wielki żal do polityków, którzy przez lata nic z tym nie zrobili, jeszcze większy zaś do tych, którzy sami w tym cynicznie uczestniczyli - w szczególności mam na myśli pana dr. Andrzeja Dudę.

Co najmniej równie liczna jest grupa, która co prawda nie ma już złudzeń, że dyplom zapewni im dobry start w życiu, ale idzie na studia, bo nie ma żadnego lepszego pomysłu, bo tym bardziej nie widzi szans na znalezienie pracy z samą maturą, wreszcie dlatego, że - jak argumentowałem - samo bycie studentem jest ekonomicznie opłacalne. Otóż członkowie tych dwóch grup wybierają przede wszystkim studia łatwe, które bez większego wysiłku można skończyć, tym bardziej, że na ogół w czasie studiów pracują - najczęściej na śmieciówkach, które traktują jako sytuację tymczasową, albo na szaro. To oni zasilają te wszystkie bieda-szkoły de nomine wyższe, które im szybciej upadną, tym lepiej, ale stanowią także sporą część studentów masowych kierunków społecznych i humanistycznych na szacownych skądinąd uczelniach. Namawianie tych ludzi do rozwiązywania podstawowych problemów świata budzi śmiech pusty, a potem litość i trwogę.

Jest wreszcie grupa, mam nadzieję, najliczniejsza, która nadal wierzy, że dobre (z naciskiem na dobre) wykształcenie zapewni im lepszą pracę i lepsze życie. Oni traktują studia jak inwestycję. Są wśród nich tacy, którzy może by i wybrali jakieś kierunki "teoretyczne", bo się nimi interesują, ale nie aż do tego stopnia, żeby zrezygnować na ich rzecz z perspektyw dobrej, a przynajmniej przyzwoitej pracy. Może i interesuję się filozofią, ale primum edere, więc zamiast na filozofię, pójdę na polonistykę, przynajmniej będę miał szanse zostać nauczycielem lub "załapać się w jakiejś redakcji" (oj, naiwny). Może ta matematyka jest fajna, ale co taki matematyk może po studiach robić, lepiej pójdę na budownictwo lądowe, tam przecież matematyka też jest potrzebna, a praca dla inżyniera zawsze się znajdzie (no, tak, ale nie od razu z Bóg wie jak wysoką pensją i "ciekawymi projektami"). I tu pojawiają się przedstawiciele odpowiednich wydziałów i wołają: Hej, młody człowieku, czy wiesz, że dobrze wykształconych filozofów chętnie zatrudniają firmy wymagające kreatywnego, nieszablonowego myślenia? A czy wiesz, że wśród absolwentów matematyki po dobrych uniwersytetach nie ma bezrobotnych? (Jedno i drugie, zwłaszcza to drugie, jest prawdą.) Otóż to do takich osób kierowane jest przesłanie

znajdź dobrą pracę po wydziale humanistycznym lub ścisłym-teoretycznym

Komitet Kryzysowy Humanistyki całkiem niesłusznie się na to zżyma. W ten bowiem sposób od czasu do czasu udaje się ułowić kogoś, kto faktycznie ma potencjał, by zając się podstawowymi problemami świata, ale bał się zderzenia z Realnym.

*Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej to grupa poczciwych, przyzwoitych i niegłupich, choć dosyć naiwnych ludzi, która tak znienawidziła "neoliberalne" reformy wprowadzane w szkolnictwie wyższym przez Platformę - przy czym już bez wdawania się w dystynkcje, czy któreś z nich mają jakiś sens - że efektywnie poparła PiS w ostatniej kampanii wyborczej. Och, oni się od tego teraz odżegnują i mówią, że są a-po-li-tycz-ni, ale w trakcie kampanii okazali się pożytecznymi PiSowskimi - no, wiadomo, kim. Nie oni jedni.

środa, 06 kwietnia 2016

Pan Zbyszek nadal utrzymuje, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego obalający PiSowską "ustawę naprawczą" nie obowiązuje, a to dlatego, że Trybunał obalając ustawę, nie oparł się na przepisach obalanej ustawy. Niedorzeczność takiego stanowiska wykazało już wiele osób, ale ponieważ pan Zbyszek idzie w zaparte, a dziś nawet uciekł się do prób zastraszania sędziów TK, zrobię to raz jeszcze.

Zakładamy, że zdanie a jest prawdziwe. Wówczas

  1. Implikacja a → ~a jest niepoprawna (przy prawdziwym poprzedniku i fałszywym następniku, implikacja jest fałszywa).
  2. Przy tym samym założeniu, implikacje ~a → ~a oraz ~a → a są poprawne. Pierwsza jest tautologią, druga zastosowaniem zasady ex falso quodlibet. Przy fałszywym poprzedniku, każda implikacja jest prawdziwa.

Przenieśmy to na grunt obecnego sporu o Trybunał Konstytucyjny.

Niech a oznacza "Trybunał Konstytucyjny uznaje, że ustawa naprawcza jest zgodna z konstytucją". Wówczas, na mocy 1., TK nie mógłby poprawnie orzec jej niekonstytucyjności. Linia rozumowania jest taka: Wyrok TK powstałby w oparciu o ustawę, której konstytucyjność tenże wyrok zakwestionował, a zatem sam wyrok byłby nieważny. Wnioskowanie "ustawa naprawcza jest zgodna z konstytucją" "ustawa naprawcza jest niezgodna z konstytucją" jest niepoprawne. Domniemując konstytucyjność badanej ustawy, Trybunał poprawnie mógłby orzec jedynie jej zgodność z konstytucją.

Na odwrót, jeśli Trybunał wstępnie nie uznał konstytucyjności badanej ustawy, mógłby poprawnie uznać jej niekonstytucyjność (co zrobił) lub konstytucyjność (czego nie zrobił, choć formalnie mógł).

PiS, uchwalając swoją ustawę naprawczą z zerowym vacatio legis, spodziewał się, że TK, związany domniemaniem konstytucyjności przyjmowanych ustaw, nie będzie mógł orzec jej niekonstytucyjności. Jednak w rzeczywistości domniemanie konstytucyjności uchwalanych ustaw obowiązuje obywateli, administrację i inne organa państwa, a także inne sądy i trybunały, ale nie Trybunał Konstytucyjny. Gdyby domniemanie konstytucyjności rozciągnąć na TK, sprawowana przez niego kontrola konstytucyjności przepisów byłaby iluzoryczna, mógłby on bowiem, bez popadania w sprzeczność, stwierdzać tylko i wyłącznie zgodność z konstytucją każdego przedstawionego mu przepisu. To jednak oznaczałoby, że w Polsce, wbrew konstytucji, nie jest możliwa kontrola konstytucyjności uchwalanego prawa.

Na zarzut, iż zgodnie z Art. 197 konstytucji "tryb postępowania przed Trybunałem określa ustawa", a wobec tego Trybunał powinien obradować w trybie przewidzianym przez ustawę o TK, odpowiedź brzmi: Ależ tak! Trybunał obradował w trybie przewidzianym przez ustawę o TK w brzmieniu sprzed zmian dokonanych przez ustawę naprawczą, gdyż skoro ustawa naprawcza została zaskarżona, Trybunał nie był związany domniemaniem jej konstytucyjności.

Nie spodziewam się, że pan Zbyszek ogarnie przedstawione wyżej rozumowanie; poza wszystkim innym, pan Zbyszek nie jest osobą szczególnie bystrą. Zdanie prezydenta Dudy i premier Szydło z kolei się nie liczy, bo są to funkcjonariusze całkowicie niesamodzielni i robią tylko to, co im Jarosław Kaczyński każe (ale obietnica amnestii wciąż jest aktualna!). Sam Jarosław Kaczyński za to na pewno to rozumowanie zna, ale je odrzuca z powodów polityczno-ambicjonalnych. Nie próbuję też przekonać osób popierających PiS z powodów ideologicznych: ich nikt nie przekona.

Wpis ten adresuję przede wszystkim do tych Czytelników, którzy mają (lub zdobywają) wykształcenie ścisłe lub którzy przy innych okazjach zapoznali się z podstawowymi zasadami logiki.

wtorek, 03 listopada 2015

Prof. Piotr Gliński zapowiada likwidację gimnazjów. Mówi, że ich wygaszanie "jest przesądzone". Proszę mi przypomnieć, kiedy i który z najważniejszych liderów PiS mówił o tym w kampanii wyborczej? Czy ważna reforma systemu oświaty była tematem kampanijnych dyskusji? Wydaje mi się, że nie. Jest to więc typowe zachowanie PiSu: zwodzą ludzi obietnicami socjalnymi, żeby na nich głosowali, a potem zabierają się za coś, co jest dla nich ideologicznie ważne, a o czym milczeli.

Oczywiście można pomyśleć, że z tego, że coś zapowiada profesor Gliński, niewiele wynika. Gdyby to powiedział pan Kaczyński, szanse na wcielenie tego pomysłu w życie byłyby o wiele większe, z tym, że też nie na pewno. Ten typ tak ma.

Wróćmy jednak do meritum, czyli do gimnazjów. Może się wydawać, że likwidacja gimnazjów to element "odbudowy Polski od piwnic" po rujnujących rządach Platformy - ale gimnazja nie były pomysłem PO. Wprowadził je AWS z udziałem licznych obecnych polityków PiS, potem sobie trwały za rządów SLD, za rządów PiS w latach 2005-07, wreszcie za rządów Platformy. Nagle okazały się czarnym ludem, którego należy przepędzić w pierwszej kolejności, zanim nawet zrobi się inne rzeczy. Ciekawe.

Nie jestem pewien, czy wprowadzenie gimnazjów było co do zasady dobrym pomysłem. Mówiło się wtedy - pamiętam - że okres 13-16 lat to trudny wiek, tych dzieci nie powinno się mieszać ani z małymi dziećmi z podstawówek, ani z młodzieżą z liceów. Powinno się dla nich stworzyć osobne szkoły, najlepiej wyposażone, z najlepszymi nauczycielami, potrafiącymi przeprowadzić dzieci przez trudny okres dojrzewania. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Nauczyciele są dość przypadkowi, zamiast dzieciom pomagać, walczą z nimi, szkoły są wyposażone jak wszystkie, czyli źle. W dodatku ponieważ gimnazja są oceniane po wynikach, czyli po liczbie laureatów rozmaitych konkursów i, przede wszystkim, po liczbie absolwentów przyjętych do liceów, w dużych miastach tworzone są klasy w zamyśle elitarne, które przynajmniej starają się czegoś uczyć. Jednocześnie gimnazja mają funkcję szkół rejonowych, więc muszą przyjmować wszystkich absolwentów podstawówek ze swojej okolicy. Tych uczniów grupuje się w osobnych klasach, gdzie, zdaje się, dba się tylko o to, aby nie zrobili sobie zbyt dużej krzywdy. Tak się dzieje wszędzie, w "najlepszych" gimnazjach Warszawy, Krakowa, Wrocławia też.

Nie jestem więc pewien, czy idea gimnazjów była jako taka słuszna. Wiem, że pomysł ten zrealizowano źle. Ale jeszcze bardziej wiem, że likwidacja gimnazjów będzie szkodliwa. Systemowi szkolnemu potrzeba jest stabilizacja, nie zaś ciągłe - naprawdę ciągłe! - reformy, zamieszanie polityczno-organizacyjno-ekonomiczne. Proszę przy tym pamiętać, że prawdziwe problemy stwarza nie typ szkoły, ale dzieci, z których jakaś część nadal będzie w trudnym wieku dojrzewania (nie tylko fizycznego, ale także społecznego). Rozparcelowanie ich pomiędzy nową-starą podstawówkę a nowymi-starymi szkołami ponadpodstawowymi co najwyżej rozwodni, zamaskuje problem, ale go nie rozwiąże.

Likwidacja gimnazjów jest dla PiSu przejawem nostalgii za starymi, dobrymi czasy. Ech, dawniej (za komuny, gdy liderzy PiS, z panem Kaczyńskim na czele, mentalnie się ukształtowali i tak już im zostało) była ośmioklasowa podstawówka i czteroklasowe liceum i było tak dobrze! Nikt co prawda nie chce pamiętać, że do tych liceów szło nie więcej, niż 40% każdego rocznika, nie 80%, jak obecnie. Dziś w radio słyszałem, jak jakaś pani z PiSu mówiła, że gimnazja to "pruska szkoła", anachroniczna, z 45-minutowymi lekcjami i dzwonkami. Zaraz, to w podstawówkach i liceach też zlikwiduje się 45-minutowe lekcje i dzwonki? Polska oświata ma poważne problemy, o czym jeszcze napiszę, ale istnienie gimnazjów nie wydaje się być najważniejszym z nich. Bezrefleksyjne, mechaniczne przywracanie starego systemu istniejących problemów nie rozwiąże. Gdyby w drodze dyskusji okazało się, że jakiś system bezgimnazjalny jest lepszy od obecnego, należałoby go wprowadzić. No, ale taka dyskusja się nie odbyła, a PiS najwyraźniej jej nie planuje. Oni po prostu wiedzą lepiej.

niedziela, 29 czerwca 2014

5 czerwca Trybunał Konstytucyjny, na wniosek PiSu, zniósł jeden z elementów "reformy Kudryckiej": opłaty za drugi kierunek studiów stacjonarnych i za nadliczbowe ECTSy. Wyrok Trybunału będzie co prawda obowiązywać dopiero od roku akademickiego 2015/16, ale kolejne uczelnie znoszą opłaty ze skutkiem natychmiastowym. W tym tygodniu zrobił to Senat UJ (§ 6. cytowanej uchwały). 

Muszę powiedzieć, że witam to rozwiązanie z mieszanymi uczuciami.

Po pierwsze, między bajki wkładam argument, że młodzież jest tak żądna wiedzy, że chce studiować drugi, a nawet trzeci kierunek, żeby poszerzyć swoje horyzonty. Owszem, są tacy ludzie, sam takich znam, ale to są jednostki, na ogół bardzo utalentowane, które z łatwością zmieściłyby się w limicie 10% najlepszych, jaki wprowadziła nowelizacja autorstwa minister Barbary Kudryckiej. Najczęściej motywacja do studiowania drugiego kierunku jest inna: niepewność losu połączona z ucieczką przed koniecznością wejścia w dorosłość, coś w rodzaju syndromu Piotrusia Pana, często podbudowywana fałszywym przekonaniem, że mnogość dyplomów zwiększa szanse na rynku pracy, gdy w końcu kiedyś, po wielu latach, osoba zdecyduje się na ten rynek pracy wejść. Drugą grupą są ci, którzy studiowali jedno, bo w wieku 19 lat dokonali niewłaściwego wyboru (z nieświadomości, pod presją rodziców itd), męczyli się okropnie, ale uzyskali dyplom, aby w końcu przyznać, że popełnili błąd, a ich powołaniem jest coś innego, więc zaczynają studiować drugie. Takich ludzi po części podziwiam za odwagę, po części jest mi ich żal. Trzecią - i, jestem przekonany, najliczniejszą - grupę drugokierunkowców stanowią ci, którzy jak najdłużej chcą zachować status studenta w związku z licznymi przywilejami socjalnymi, jaki w Polsce ten status niesie.

Z drugiej strony, za całkowicie chybione uważam porównywanie sytuacji studentów polskich i amerykańskich. W Stanach Zjednoczonych studiowanie drugiego kierunku jest zjawiskiem niesłychanie rzadkim, o marginalnym znaczeniu. Bierze się to stąd, że w Stanach studia są płatne. Niektóre ceny, zwłaszcza na kierunkach prowadzących do professional degrees, są kolosalne. W dodatku koszt studiowania rośnie wyraźnie szybciej, niż inflacja. Choć jest tam cała masa programów stypendialnych - ten system jest znacznie bardziej rozbudowany, niż w Polsce - większość studentów za studia płaci. Znaczna część zaciąga na to specjalne pożyczki, które bywają koszmarnym obciążeniem finansowym. Nie można ich zlikwidować nawet ogłaszając personal bankruptcy. W tej sytuacji branie na siebie dodatkowych obciążeń finansowych jest wielce nieroztropne i niewiele osób się na to decyduje/może sobie na studiowanie drugiego kierunku pozwolić. W Polsce natomiast studia stacjonarne na uczelniach państwowych są "bezpłatne" - to znaczy, finansuje je budżet państwa - a nawet, jak pisałem, pociągają cały szereg przywilejów, także finansowanych z budżetu. Skoro państwo finansuje edukację, może, co do zasady - której Trybunał nie zakwestionował - wprowadzać jakieś ograniczenia. 

Po trzecie jednak, jeden z elementów rozwiązania wprowadzonego przez Barbarę Kudrycką, był piramidalnie głupi i szkodliwy. Chodzi mi mianowicie o opłatę za nadliczbowe ECTSy. Powiedzmy, że ktoś studiuje na kierunku licencjackim. Ustawa wymaga, aby w ciągu trzech lat uzyskał co najmniej 180 ECTS za zaliczone przedmioty. Wolno zaliczyć jeszcze dodatkowe 30 ECTS. Za wszystko ponad to trzeba było płacić, a zatem osoba zainteresowana większą liczbą kursów do wyboru - co jest klasyczną sytuacją chęci poszerzania wiedzy! - nie mogła ich robić. Ba, zgodnie z doktryną trzeba było płacić za wszystko, co nie należało do oficjalnego planu studiów, nawet jeśli limit 30 dodatkowych ECTS nie zostałby przekroczony! Gdyby więc student fizyki chciał zaliczyć dodatkowy przedmiot na matematyce, informatyce czy chemii, a wszystko to się od czasu do czasu zdarzało, musiałby za to płacić. Podobnie musiałby płacić ktoś, komu powinęła się noga na trzecim roku studiów licencjackich i chciałby "awansem" robić przedmioty z pierwszego roku studiów II stopnia (dawny czwarty rok), a coś takiego zdarza się naprawdę często.

Opłata za nadliczbowe ECTSy karze także tych, którzy bona fide zrezygnowali z pierwotnie wybranego kierunku: okazało się, że nie dla nich, za trudny, nieciekawy. Rezygnują bez uzyskania dyplomu, podejmują inne studia, ale coś na tym pierwszym zaliczyli, więc być może musieliby płacić za możliwość ukończenia studiów na tym kierunku, który ostatecznie wybrali. Nonsens.

Trybunał Konstytucyjny zgodził się, że wielokierunkowość może rodzić pewne patologie, ale zarazem przyjęte przez ustawodawcę rozwiązanie - opłaty za drugi i dalsze kierunki studiów - uznał za niekonstytucyjne. Ustawodawca będzie musiał przepisy zmienić. Napiszę, co ja na ten temat sądzę, aczkolwiek w świetle orzeczenia Trybunału rozwiązanie pewnie będzie musiało być inne. 

Przede wszystkim trzeba rozróżnić pomiędzy wiedzą zdobywaną w czasie kolejnych kursów, a uprawnieniami zawodowymi, które uzyskuje się w wyniku zdobycia dyplomu. To pierwsze jest godne pochwały, a przy okazji eliminuje absurdy "nadliczbowych ECTSów". To drugie jest pewnym ekscesem, fanaberią. Państwo gwarantuje możliwość zdobycia bezpłatnego wykształcenia i uprawnień zawodowych potwierdzonych dyplomem, ale gdy ktoś raz z tej możliwości skorzystał i dyplom (na danym poziomie studiów) uzyskał, nie ma powodu, aby możliwość tę zwielokrotniać.

Zatem:

  • nie powinno być opłat za nadmiarowe ECTSy; branie dodatkowych kursów - czy to na swoim kierunku, czy na jakimś innym - w zasadzie nie przedłuża studiów
  • powinno się płacić za możliwość uzyskania drugiego dyplomu na tym samym poziomie studiów
  • osoby studiujące na drugim kierunku, a także równolegle na kilku kierunkach, mogą korzystać z pomocy materialnej tylko na jednym z nich/tylko do uzyskania pierwszego dyplomu.

Tak uważam. Spodziewam się przy tym, że ustawodawca nie zrobi nic, to znaczy przepisy w tym zakresie pozostaną takie same, jakie były przed 2011.

piątek, 27 grudnia 2013

W niedawnym Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej Robert Siewiorek ostrzegał, że my, ludzkość, możemy trafić do umysłowego chlewa (odnoszę się tu do wersji z wydania papierowego artykułu, którą przeczytałem dopiero dziś rano i stąd moje wzburzenie). Autor, cytując licznych wcześniejszych badaczy, wzywa do odbudowania statusu humanistyki, gdyż jeśli nie, grozi nam, że

przetrwają nauki stosowane (technologia i medycyna). Nauka czysta jest [...] skazana na unicestwienie, bo coraz bardziej zagrażają jej wszelkiej maści fundamentaliści religijni, kreacjoniści, technofoby i skąpi, ograniczeni politycy [...] jakby znaczenie miała dla nas tylko taka wiedza, która pozwala skonstruować kolejny gadżet [...], obiecująca konsumenckie zadowolenia, zaspokojenie pragnień, lepszą zabawę i więcej wszystkiego

albowiem

mamy drugą dyktaturę ciemniaków - zwulgaryzowaną technopopkulturę z jednej strony i agresywny pseudohumanistyczny zabobon z drugiej.

Wszystko byłoby pięknie, wypadałoby tylko przyklasnąć i rozpowszechniać te trafne ostrzeżenia, gdyby nie jeden drobiazg. Pisze Siewiorek:

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, łysi nie wyliby na wykładach prof. Baumana. Natomiast poznański Uniwersytet Ekonomiczny nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny ks. prof. Bortkiewiczowi, wrogowi gender, żłobków i zatrudniania kobiet. Wykładu, dodajmy, w którym moderatorem światopoglądowego sporu stały się pałki i paralizatory.

Szlag mnie trafił. Jakiś inny redaktor równie dobrze mógłby napisać

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, faceci w sukienkach nie zrywaliby wykładu ks. prof. Bortkiewicza. Natomiast Uniwersytet Wrocławski nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny prof. Baumanowi, stalinowskiemu zbrodniarzowi.

Prawda, że to ta sama poetyka? Niestety, "kulturowa lewica" - do której mimo wszystko mi bliżej, niż do katolickich integrystów, ale tylko odrobinę - najwyraźniej uważa, że gdy "łysi" zrywają wykład autorytetu lewicowego, jest to hańba i zagrożenie swobodnej wymiany myśli, natomiast jeśli "aktywistki i aktywiści feministyczni" zrywają wykład autorytetu kościelnego, są to uprawnione działania w ramach "sporu światopoglądowego". I owszem, panie redaktorze Siewiorek, argument z autorytetu dr hab. filozofii Magdaleny Środy, iż Bortkiewicz

kwestionuje naukowość pewnej gałęzi humanistyki i nauk społecznych

ma dokładnie taką samą wartość, jak argument z autorytetu ks. dr. hab. filozofii Dariusza Oko, iż 

ideologia gender niszczy małżeństwo i rodzinę oraz przyczynia się do rozwiązłości seksualnej.

Są to stanowiska autorytarne, oparte wyłącznie o przekonania wygłaszających je osób, z założenia negujące prawomocność argumentów strony przeciwnej. Chodzi mi więc o to, że w Polsce zupełnie brak jest dialogu. Ideolodzy jednej i drugiej strony toczą swoje monologi, wygłaszają kazania do wierzących i uważają, że ideologów przeciwnych lepiej jest zakrzyczeć, niż wysłuchać. Kryje się za tym, w istocie, niepewność własnych racji: Jeśli bowiem owi przeciwni ideolodzy plotą bzdury, przecież nie mogą nikogo przekonać - bo głoszą bzdury - więc niechby sobie mówili. Ale jeśli trzeba ich zakrzyczeć, uniemożliwić im swobodną wypowiedź, to chyba tylko dlatego, że mogliby kogoś przekonać, przekabacić na swoją modłę. Jednak skoro tak, to być może ich tezy nie są całkowicie bzdurne.

Tymczasem ideologicznych przeciwników - dopóki mówią, a nie walą w mordę - trzeba wysłuchać. Po pierwsze dlatego, że każdej koncepcji dobrze robi konieczność odpowiedzi na krytykę, nawet niesprawiedliwą. Po drugie, choć ideologicznych przeciwników zapewne nie uda się przekonać, pozostaje jeszcze "milcząca większość", środek, który przekonywać zawsze warto. Tym bardziej, jeżeli debata nominalnie dotyczy dobra i praw owej milczącej większości.

Tolerancja oznacza przyzwolenie na głoszenie poglądów, z którymi się żywiołowo nie zgadzamy. Nie oznacza to adherencji do owych poglądów, a jedynie ich prawo do istnienia w przestrzeni publicznej. Tę prawdę pojmował Voltaire. Tej prawdy nigdy nie pojął Kościół (ktoś mógłby skomentować, że Kościół jak najbardziej ją pojął i dlatego jest przeciwnikiem tolerancji). Jest niezwykle smutne, że prawdy tej nie pojmuje współczesna lewica. W ten sposób lewicowi ideolodzy sami włączają się do obozu agresywnego pseudohumanistycznego zabobonu.

czwartek, 17 października 2013

Nie komentowałem ostatnich wpadek ekspertów zespołu Macierewicza, bo i po co? Koń iaki jest każdy widzi. Dziś jednak stało się coś zdumiewającego: oto profesor Jacek Rońda, jeden z ekspertów zespołu parlamentarnego, przyznał - zresztą z bardzo zadowoloną z siebie miną - że publicznie kłamał w sprawie przyczyn katastrofy.

Jacek Rońda w TV Trwam

Jacek Rońda przyznał, że w publicznej dyskusji na temat przyczyn katastrofy stwierdził, że piloci nie zeszli poniżej wysokości 100 m, chociaż wiedział, że zeszli. Dalej przyznał, że powoływał się na jakiś dokument z Rosji, choć wiedział, że "nic [istotnego] w nim nie było". Zrobił to, żeby uzyskać chwilową przewagę polemiczną w dyskusji - gdyż, jak tłumaczył później w prawicowych mediach, 

nie mógł pozostawiać bez odpowiedzi takich zagrywek i prowokacji

- a także po to, aby podważyć ustalenia komisji Millera - tylko dlatego, że były to ustalenia komisji Millera.

Można rzec, iż nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Od dawna uważam, że ludzie lansującyhipotezę zamachu - nie ich słuchacze spośród szerokiej publiczności, ale ci, którzy hipotezę zamachu nagłaśniają i firmują własnymi nazwiskami i autorytetem - są albo szaleni, albo cyniczni. Jacek Rońda okazuje się należeć do tej drugiej grupy. Fi donc!, chciałoby się zakrzyknąć. Przeciwnicy hipotezy zamachu zyskali kolejny, potężny argument.

Ja jednak uważam, że stało się coś bardzo złego. Jacek Rońda jest profesorem, zresztą posiadającym w swojej dziedzinie godny szacunku dorobek. Rońda, choć w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem daleko wykroczył poza swój obszar kompetencji (nie jest nim ani lotnictwo, ani badanie przyczyn wypadków lotniczych), podpierał się swoją profesurą. To dlatego, że Rońda jest profesorem, Macierewicz się na niego powoływał. To dlatego, że Rońda jest profesorem, ludzie ufali jego kompetencjom. I choć rektorzy AGH i PW słusznie oświadczyli, że 

publiczne głoszenie przez naukowców tez niezwiązanych z ich działalnością badawczą nie może być podpierane autorytetem uczelni, na których pracują

za wszystkimi publicznymi wypowiedziami Jacka Rońdy w sprawie Smoleńska zdawał się stać autorytet całej nauki. I oto okazuje się, że profesor Rońda w tej sprawie publicznie kłamał. 

Posłużę się następującą analogią: Kościół powołany jest do udzielania duchowego wsparcia i pouczeń moralnych wiernym. I dlatego, choć większość księży stara się służyć Bogu i ludziom najlepiej, jak umieją, ksiądz-przestępca, na przykład ksiądz-pedofil, bardzo szkodzi wizerunkowi Kościoła, gdyż swymi przestępstwami godzi w samą istotę działalności Kościoła. Lekarze mają pomagać chorym, więc choć większość robi to z dużym poświęceniem, lekarz-łapownik bardzo szkodzi obrazowi swojego środowiska, gdyż przedkładając własne niezasłużone korzyści nad dobro chorego, godzi w istotę swojego zawodu. Naukowcy mają poznawać świat i głosić podbudowaną naukowo wiedzę o świecie, więc choć większość stara się to robić (niekiedy się myląc, ale uczciwie myląc), naukowiec, który publicznie kłamie podpierając się autorytetem nauki, w sprawie, w której mieni się być ekspertem, sprzeniewierza się samej istocie swojego zawodu i szkodzi reputacji nauki.

To właśnie zrobił dziś prof. Jacek Rońda: Nie tylko ośmieszył siebie i zdezawuował zespół Macierewicza, ale też podważył społeczny odbiór całej nauki. Skoro wybitny profesor szanowanej uczelni może kłamać w tak ważnej sprawe, i to kłamać podpierając się autorytetem nauki, to pewnie reszta podobnie robi... Taki morał gotowa jest z tego wyciągnąć zdezorientowana publiczność, ktora na naukę, jej dokonania i dalsze potrzeby, ale też jej demonstrowany elitaryzm, już od dawna patrzy się z dużą podejrzliwością.

Mam nadzieję, że jesteśmy świadkami końca publicznej kariery prof. Jacka Rońdy. Ale budownictwem lądowym i termodynamiką spalania niech się nadal zajmuje, jeśli go to wciąż interesuje. Na tym się chyba zna.

niedziela, 12 maja 2013

Bodaj najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest Po co doktorat. Argumentuję tam, że celem studiów doktoranckich jest zrobienie doktoratu i prowadzenie badań naukowych. Doktorat, poza bardzo nielicznymi przypadkami, nie poprawia pozycji na pozaakademickim rynku pracy. Jeśli więc ktoś nie zamierza się zajmować nauką, nie powinien się na studia doktoranckie wybierać.

Nie wycofuję się z tamtych słów. Pisałem je jednak do osób stojących przed wyborem: normalna praca czy studia doktoranckie. Teraz jednak o normalną pracę jest trudno. Jednocześnie wyraźnie rośnie popularność studiów doktoranckich, choć szanse na znalezienie pracy w instytucjach naukowych i akademickich są jeszcze mniejsze, niż dawniej. Zjawisko zauważyła już i prasa (także tutaj), i bardziej specjalistyczne opracowania. Jednak popularność studiów doktoranckich może wydawać się dziwna, skoro oznaczają one dodatkowe, niekiedy znaczne, obowiązki, zaledwie 20% doktorantów otrzymuje jakiekolwiek, zazwyczaj niskie, stypendia (choć z rzadka pojawiają się programy, które płacą doktorantom całkiem wysokie stypendia, na ogół z grantów zewnętrznych lub funduszy europejskich), a doktorat w niewielkim tylko stopniu zwiększa szanse posiadacza na znalezienie pracy adekwatnej do kwalifikacji. Czymże więc można ową popularność wytłumaczyć?

Zacznijmy od wykresu przedstawiającego wzrost liczby doktorantów w Polsce:

Liczba doktorantów i doktoratów w Polsce

Rysunek ten, opracowany w oparciu o dane GUS, świadczy, iż zainteresowanie studiami doktoranckimi jest mocno związane z sytuacją gospodarczą, a co za tym idzie, z sytuacją na rynku pracy. Liczba doktorantów szybko rosła, ale wzrost ten wyhamował w pierwszej połowie lat 2000, gdy panowała dobra koniunktura gospodarcza, wzmocniona dodatkowo absorpcją funduszy unijnych. Liczba doktorantów zaczęła nawet spadać, osiągając lokalne minimum w roku 2007. Jednak po wybuchu światowego kryzysu finansowego, gdy firmy zaczęły mniej chętnie zatrudniać nowych pracowników, zwłaszcza na normalnych umowach o pracę, liczba doktorantów zaczęła jeszcze szybciej wzrastać. W roku 2011/12 było już w Polsce ponad 40 tysięcy doktorantów. 

Rekapitulując, jeśli łatwo można znaleźć normalną pracę, liczba doktorantów nie rośnie. Jeśli o pracę jest trudno, liczba doktorantów rośnie.

Czym jednak przyciągają studia doktoranckie, jeśli nie stypendiami?

Po pierwsze, będąc doktorantem, zachowuje się większość uprawnień studenckich: prawo do zniżek, prawo do ubiegania się o pomoc materialną i wreszcie rzecz niesłychanie ważną, choć często niedocenianą: ubezpieczenie zdrowotne. Trzeba jednak pamiętać, że z punktu widzenia ZUS doktoranci różnią się pod jednym ważnym względem od zwykłych studentów. Mianowicie, pracodawca zatrudniający doktoranta na podstawie umowy-zlecenia, musi za niego odprowadzać składki ZUSowskie - zdrowotne i na ubezpieczenie społeczne. Zatrudniając w ten sposób studenta, nie musi. W każdym bądź razie doktorant (uczestnik studiów doktoranckich) nie musi obawiać się, że choroba będzie oznaczać finansową katastrofę. 

Po drugie, bycie doktorantem oznacza posiadanie dość wysokiego statusu społecznego, co z tego, że zupełnie nieadekwatnego i do statusu materialnego, i do pozycji w hierarchii akademickiej. Znacznie milej jest powiedzieć "robię doktorat z komunikacji społecznej" niż "jestem recepcjonistką na umowie śmieciowej", nawet jeśli oba te zdania są jednocześnie prawdziwe.

Po trzecie, cóż, część absolwentów studiów magisterskich wciąż żywi całkowicie błędne przekonanie, że doktorat wzmocni ich pozycję na rynku pracy. Nie, nie wzmocni. Uczelnie ze swej strony zachęcają absolwentów do podejmowania studiów doktoranckich, gdyż na każdego doktoranta otrzymują dotację z Ministerstwa, a znacznie tańsi od asystentów doktoranci i załatwiają część dydaktyki, i podejmują liczne czynności administracyjno-organizacyjne, i wreszcie prowadzą badania naukowe, przyczyniające się do wzrostu prestiżu i zatrudniających ich wydziałów, i ich bezpośrednich opiekunów naukowych. Co w tym wszystkim najgorsze, niektóre uczelnie wprost oszukują osoby rozważające podjęcie studiów doktoranckich, mamiąc ich fałszywymi obietnicami stałego zatrudnienia na uczelni lub w instytucie naukowym po uzyskaniu doktoratu. Owszem, jeden na kilku (kilkunastu?) młodych doktorów taką pracę w końcu dostaje, ale większość może się tylko obejść smakiem.

Po czwarte, tym nielicznym, którzy naprawdę chcieliby zająć się pracą naukową, studia doktoranckie dają świetną po temu okazję. Umożliwiają one także udział w konkursach grantowych, a więc zdobywanie pieniędzy na badania, co może także obejmować dodatkowe wynagrodzenie dla doktoranta.

Studia doktoranckie są zatem kotwicą, zabezpieczeniem przed niepewnością kolejnych umów śmieciowych: choć (na ogół) nie płacą i (na ogół) wymagają, jeśli wszystko inne zawiedzie, zostanę przynajmniej z ubezpieczeniem zdrowotnym, robiąc dobrą minę do złej gry. I to, plus błędne przekonanie o wartości doktoratu na rynku pracy, stanowi o popularności studiów doktoranckich.

Zauważmy na koniec, że tylko niewielka część doktorantów zostaje w końcu doktorami. Ponieważ studia doktoranckie trwają zazwyczaj cztery lata, w Polsce co roku powinno być nadawane mniej więcej dwa razy więcej doktoratów, niż faktycznie jest. Biorąc pod uwagę, że część doktoratów wciąż powstaje "z wolnej stopy", oraz że według GUS ponad jedna czwarta doktoratów nadawana jest w naukach medycznych - a w medycynie, w przeciwieństwie do większości innych dziedzin, doktorat uważany jest za podniesienie kwalifikacji zawodowych, ponadto szczególnie wielu lekarzy doktoryzuje się poza formalnymi strukturami studiów doktoranckich - mniej niż połowa doktorantów kończy swoje studia obroną doktoratu. Z innych szacunków wynika, że tylko 30% uczestników studiów doktoranckich uzyskuje stopień naukowy. Przypuszczam, że większość owych "niedokończonych doktorantów" to osoby, które w końcu zdobyły normalną pracę i zabezpieczenie w postaci studiów doktoranckich przestało im być potrzebne.

środa, 27 marca 2013

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawiane są polskiej nauce, jest to, iż zamyka się ona przed kontaktami z zagranicą. Dużo jest w tym prawdy, zwłaszcza w dziedzinach, w których "lokalność" tematyki stanowi niekiedy alibi dla uprawiania nauki na niskim poziomie. Wielu idzie jednak dalej, próbując wykpić to, że nawet laureat nagrody Nobla, jeśli nie ma polskiej habilitacji, nie może zostać recenzentem polskiego doktoratu - polski doktorat to coś tak niesłychanie prestiżowego, że zwykły Nobel mu nie dorówna. Ostatnio zarzut ten padł na tym blogu i został powtórzony na blogu Kulczyckiego.

Otóż zarzut ten jest nieprawdziwy. Zagraniczni uczeni, nieposiadający polskiej habilitacji lub polskiego tytułu naukowego, mogą być promotorami, a także recenzentami polskich doktoratów i habilitacji.

W obecnym stanie prawnym mówi o tym Art. 20 ust. 8 Ustawy o stopniach naukowych etc:

Promotorem w przewodzie doktorskim oraz recenzentem rozprawy doktorskiej lub członkiem komisji habilitacyjnej może być osoba będąca pracownikiem zagranicznej szkoły wyższej lub instytucji naukowej, niespełniająca wymogów określonych w ust. 6, jeżeli rada jednostki organizacyjnej przeprowadzająca przewód doktorski lub, w przypadku postępowania habilitacyjnego, rada jednostki organizacyjnej, o której mowa w art. 18a ust. 2 lub 3 lub Centralna Komisja, uzna, że osoba ta jest wybitnym znawcą problematyki, której dotyczy rozprawa doktorska lub postępowanie habilitacyjne.

Jak widać, wymagane jest uznanie za "wybitnego znawcę", ale w tym nie ma niczego nadzwyczajnego. Także przy powoływaniu całkowicie polskich profesorów doktorów habilitowanych na promotorów czy recenzentów, Rada Wydziału/Rada Naukowa głosuje nad powołaniem takiej osoby, a więc stwierdza, że jest ona wystarczająco kompetentna do promowania lub recenzowania tej konkretnej pracy. Jak widać, na potrzeby promowania i recenzowania doktoratów, a także uczestniczenia w komisjach habilitacyjnych, ustawodawca całkowicie zrównał uczonych zagranicznych z polskimi samodzielnymi pracownikami naukowymi.

Odpowiedni przepis istnieje od 2003. Poprzednia ustawa, z roku 1990, bezwzględnie wymagała od promotora i recenzenta posiadania polskiej habilitacji lub tytułu naukowego. Opisana na blogu prof. Hamana historia miała miejsce w ostatnich miesiącach działania starej ustawy.

Natomiast zagraniczni "wybitni znawcy", nawet nobliści, nie mogą recenzować polskich wniosków profesorskich. Tytuł naukowy, nadawany uroczyście przez głowę państwa, jest bowiem odpowiednikiem szlachectwa, więc tylko szlachta może w tym brać udział.

Tak więc przepis pozwalający zagranicznym uczonym na promowanie i recenzowanie doktoratów w Polsce istnieje, ale jest słabo znany i rzadko wykorzystywany. Warto istnienie tego przepisu uświadamiać jak największej liczbie osób. Oczywiście w praktyce może on odnosić się do dyscyplin o charakterze "międzynarodowym", takich jak nauki ścisłe, przyrodnicze, część nauk społecznych. Jednak i w tych dyscyplinach nie spodziewam się wysypu recenzentów zagranicznych. Po pierwsze, jakoś nie widzę tabunów uczonych zagranicznych, którzy garnęliby się do recenzowania doktoratów akurat w Polsce. Po drugie, promowanie doktoratów i pisanie recenzji są ważnymi etapami w polskiej karierze naukowej, zwłaszcza po ostatniej zmianie przepisów. Trudno się spodziewać, że możliwość napisania recenzji zostanie "zmarnowana" na uczonego zagranicznego, podczas gdy mogłaby być wykorzystana przez kogoś z Polski, kto myśli o ubieganiu się o tytuł profesora. Koncepcja, że na recenzentów bierzemy zawsze najlepszych specjalistów, bez zwracania uwagi na ich obywatelstwo i afiliacje, jest piękna i pożądana ze względu na dobro nauki, ale cokolwiek naiwna i idealistyczna... 

piątek, 04 stycznia 2013

Pod koniec 2012 w Gazecie Wyborczej ukazało się kilka ważnych tekstów już to poświęconych nauce, już to mimochodem dotykających kwestii nauki.

Zacznijmy od dwu felietonów z Gazety Świątecznej z 29-30 grudnia. Witold Gadomski w Najtrudniejszym polskim roku pisze:

Przez ostatnie pięć lat nie rozwiązaliśmy żadnego problemu strukturalnego obniżającego potencjalny wzrost gospodarczy. Mamy powszechną edukację wyższą na niskim poziomie i niedostosowaną do potrzeb rynku, niski poziom innowacyjności, źle funkcjonującą i wrogą przedsiębiorcom administrację, gasnący wzrost demograficzny, ogromne fundusze publiczne wpadające do "czarnych dziur" [...], fatalną infrastrukturę [...], system podatkowy zniechęcający do podejmowania pracy i działania na własny rachunek.

Nie bardzo rozumiem czego Gadomski chce od systemu podatkowego - chyba tego, że jest przesadnie skomplikowany, zwłaszcza jeśli chodzi o VAT. Natomiast przedsiębiorcy mogą korzystać z dobrodziejstw podatku liniowego (i dobrze!). Ja w katalogu Gadomskiego wyróżniam źle funkcjonującą i wrogą administrację, bo to jest - moim zdaniem - kolosalna bariera; pisałem zresztą o tym osobno. O innowacyjności napiszę kiedy indziej. Istotne jest, że dla Gadomskiego edukacja wyższa powszechna, ale na niskim poziomie zalicza się do obciążeń, nie do zalet. Też tak uważam. Powtarzam wszakże, że taki stan rzeczy jest tolerowany, ba, konserwowany przez państwo, gdyż służy do ukrywania bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich.

Inaczej widzi to piszący obok Adam Leszczyński. W artykule Polacy, sklejmy się pisze:

Kiedy zaczynałem studia w pierwszej połowie lat 90., studiowało tylko 10 procent moich rówieśników. Teraz studiuje co drugi młody Polak, często za własne pieniądze. To gigantyczna prywatna i publiczna inwestycja, z której mamy święte prawo być dumni, nawet jeśli ta edukacja nie zawsze była najwyższych lotów.

Otóż nie. Byle jaka edukacja, pozór edukacji, nie jest inwestycją, a może rodzić - i rodzi - frustrację wśród absolwentów. Jak to, tyle się uczyłem, tyle za to zapłaciłem, a teraz Tesco lub zmywak u Turka w Birmingham?! No tak, bo to nie były - i nigdy nie miały być - studia dobre. Miały być łatwe, a ich celem nie była wiedza, ale dyplom. I taka właśnie okazuje się rynkowa wartość tego dyplomu.

Ważniejsza jest jednak inna myśl Leszczyńskiego:

Nasi politycy, kiedy dziś mówią o inwestycjach, mają na myśli przede wszystkim drogi, mosty i budynki [...]. Obserwuję ten ponury mechanizm na przykładzie nauki polskiej, o której reformowaniu piszę. Wiele uczelni postawiło nowe, imponujące budynki i wybudowało wielkie nowoczesne laboratoria badawcze. Idea, że ludziom, którzy w nich pracują, należą się godziwe warunki pracy, została jednak wyparta przez przekonanie, że wydajność lepiej wymusić przystawionym do głowy ekonomicznym pistoletem. Zamiast podwyżek pensji naukowcy dostali kontrakty terminowe, które odebrały im pewność zatrudnienia (dziś to już norma w polskiej nauce).

Wiele osób - choć dalece nie wszystkie - dyskutujące o kondycji polskiej nauki zgadza się, że bez zwiększenia finansowania nie tylko infrastruktury naukowej, ale także samych badaczy polska nauka będzie się raczej zwijać niż rozwijać. Też jestem tego zdania. Zarazem jestem przeciw blankietowym podwyżkom dla wszystkich: Dodatkowe środki na badania oraz dodatkowe wynagrodzenie za prowadzenie badań powinni otrzymywać ci, którzy faktycznie robią coś wartościowego. Najlepszym sposobem takiego finansowania są granty. Ale i tu trzeba uważać.

Tej właśnie kwestii poświęcony jest list otwarty prof. Adama Płaźnika do minister Barbary Kudryckiej. Autorowi nie podoba się, że Polska dość gwałtownie przestawia się na granty jako podstawowy sposób finansowania nauki. Prof. Płaźnik uważa, że w system grantowy powinniśmy wchodzić miękko, z początkowym success ratio rzędu 90% (sic!) i docelowym rzędu 50-60%. Efektywnie oznaczałoby to, że każde badania, które ktoś zaproponuje, powinny być finansowane. To jest oczywisty absurd. Żaden kraj na świecie - może za wyjątkiem małych, ale bajecznie bogatych sułtanatów naftowych - nie może, nie mógł i nie będzie mógł sobie pozwolić na finansowanie wszystkiego. Nauka stała się dziedziną w zasadzie masową, w Polsce formalnie zajmują się nią dziesiątki tysięcy ludzi. Niektóre z tych badań są na dobrym poziomie, inne na przyzwoitym, jeszcze inne są, co tu dużo mówić, wtórne, kiepskie i niepotrzebne. Państwa nie stać na sfinansowanie wszystkiego, a finansować tych kiepskich po prostu nie warto. System grantowy nie jest doskonały (nobody's perfect), można i trzeba poprawiać rozwiązania szczegółowe, ale co do zasady, od grantów nie uciekniemy.

Jednak Płaźnik podnosi kilka bardzo zasadnych punktów szczegółowych.

  • System grantowy został przeniesiony z krajów zachodnich, głównie anglosaskich, ale tam jest tylko częścią całego systemu finansowania nauki. Cała reszta pozostała bez zmian i dlatego system grantowy u nas wydaje się być dalece niewydolny.
    • Oprócz systemu rządowego, tam - głównie w Ameryce - jest cała masa prywatnych źródeł finansowania, programów badawczych, milionerów-dobroczyńców i różnych fundacji; to ostatnie jest szczególnie istotne w dziedzinie badań biomedycznych. Są naukowe fundusze finansujące badania nowatorskie, obarczone sporym ryzykiem, których wynik nie jest z góry znany, podczas gdy polski grantodawca w zasadzie oczekuje gwarancji sukcesu.
    • Jest przemysł, który część (to prawda: coraz mniejszą) badań finansuje, dostarcza inspiracji, kupuje pewne odkrycia, których nawet nie zamawiał, ale uważa je za korzystne, niekiedy zleca naukowcom wykonanie jakichś badań, pomiarów, a przede wszystkim zatrudnia absolwentów. Duże firmy wciąż mają własne działy R&D i prowadzą badania, co prawda nie o charakterze podstawowym, jak dawniej, ale aplikacyjnym.
    • Całkowity poziom finansowania badań naukowych jest na Zachodzie znacznie wyższy, niż w Polsce. Ba, samo finansowanie ze źródeł publicznych jest wyższe!
    • Zachodnie systemy grantowe są znacznie mniej zbiurokratyzowane, niż w Polsce, procedura przyznawania i rozliczania grantów jest znacznie bardziej przyjazna. Administracja uczelniana jest pomocna, nie zaś wroga.
    • W Polsce nie ma w zasadzie grantów "na kontynuację", co jest szczególnie bolesne, gdy w ramach grantu kupowana lub wytwarzana jest kosztowna aparatura lub jest zatrudniany wykwalifikowany personel techniczny.
  • W Polsce spore wydatki na płace są bardzo źle widziane we wnioskach grantowych. Tymczasem granty powinny pozwalać na zatrudnianie - co najmniej - postdoków i personelu technicznego na kilka lat, za odpowiednie pensje.
  • Z kręgów NCN wciąż płyną sygnały, że najlepiej byłoby, gdyby granty nie przewidywały żadnych wynagrodzeń, a już w szczególności wynagrodzeń kierowników i głównych wykonawców. Tymczasem podstawowe pensje w nauce są w Polsce niskie i ludzie szukają dodatkowych dochodów. Lepiej, żeby badacze zarabiali na prowadzonych badaniach, niż na płatnej dydaktyce lub na chałturach. Na Zachodzie P.I. nie otrzymuje z grantu wynagrodzenia jeżeli jego podstawowe miejsce pracy zapewnia mu odpowiednio wysoką pensję.

Adam Płaźnik nie ma jednak racji protestując przeciwko osobnej puli na granty dla "młodych". Od dawna narzekało się, że niskie pensje podstawowe, kiepskie warunki pracy i ogólnie kiepskie możliwości zniechęcały młodych do podejmowania pracy naukowej. Jeśli ktoś tylko miał możliwości znalezienia "normalnej" pracy, szedł tam, a nie zostawał na uczelni. W niektórych dyscyplinach, takich co bardziej rynkowych, już teraz brakuje kandydatów na młodych adiunktów lub też o stanowiska takie ubiega się drugi, trzeci garnitur kandydatów, których rynek nie chciał. Żeby więc zachęcić młodych ludzi do podejmowania pracy naukowej, a zarazem żeby finansowo premiować nie wszystkich-młodych, ale tylko młodych-naukowo aktywnych, stworzono im specjalną ścieżkę finansowania - w konkursie ogólnym mieliby mniejsze szanse w starciu z badaczami bardziej doświadczonymi - dzięki której i mogą dostać więcej na rękę, i mogą prowadzić ciekawsze i bardziej niezależne badania. Ja uważam, że byłoby o wiele lepiej, gdyby same pensje podstawowe i warunki pracy zachęcały najzdolniejszych do zostawania w nauce - ze świadomością, że pewne firmy rynkowe i tak będą płacić więcej, ale za cenę mniejszego komfortu psychicznego, bardziej stresującej pracy etc etc - no, ale najwyraźniej tak się nie da. Warunki brzegowe, czyli w tym wypadku sytuacja finansowa, na to nie pozwalają. Wydzielona pula grantów dla młodych jest więc jakąś protezą, ale i tak lepsze to, niż nic, gdyż w przeciwnym razie za kilkanaście-dwadzieścia lat uczelniom groziłaby całkowita katastrofa.  

Płaźnik niesłusznie też atakuje habilitację, popadając przy tym w wewnętrzną sprzeczność:

Utrzymywanie habilitacji jest żenującym przeżytkiem, XIX-wiecznym anachronizmem (podobnie belwederskie profesury). Upierając się przy tym, ośmieszamy się w oczach światowej opinii. Chociaż, ostatnio, wysyp tzw. profesur uczelnianych (np. dr hab. prof. UW) skutecznie dewaluuje tytuł naukowy.

Profesury uczelniane są czymś wyraźnie niższej rangi, niż tytuł naukowy (profesura belwederska), więc go nie dewaluują. A gdyby nie habilitacja, która wciąż stanowi jakąś barierę, małe i słabe uczelnie swobodnie czyniłyby profesorami także słabych i naukowo nieaktywnych doktorów.

Pomyłką ze strony Płaźnika jest też zestawianie sytuacji nauki z sytuacją służby zdrowia. Owszem, NFZ można wiele zarzucać, ale to są jednak zupełnie inne grupy zagadnień. Dziwna jest wreszcie obrona JBR, których poziom naukowy uchodzi na ogół za słaby.

Tuż po nowym roku pojawiła się odpowiedź minister Barbary Kudryckiej. Pani minister serwuje co prawda sporo urzędniczego żargonu i oficjalnego optymizmu, ale muszę przyznać, że jej odpowiedź jest i tak na dość wysokim poziomie, jak na ministerialne standardy. Po części zapewne dlatego, że prof. Płaźnik, domagając się 90% success ratio teraz i 60% docelowo, wystawił się na wyjątkowo łatwy strzał.

Niech konkluzją tego długiego wpisu będzie inny cytat z artykułu Adama Leszczyńskiego:

Na pytanie: w co inwestować w czasie kryzysu, odpowiadam: w ludzi. [...] Potrzebujemy innej inwestycji w ludzi: w zaufanie - do siebie wzajemnie, do instytucji i do przyszłości. Bez tego Polska nigdy nie stanie się krajem bogatym i przyjaznym [...]

Przy innej okazji odniosę się też do artykułu Andrzeja Lubowskiego.

wtorek, 29 maja 2012

W dyskusjach nad szkolnictwem wszystkich szczebli, edukacją, nieustannie powraca teza, że nie trzeba zmuszać uczniów do zapamiętywania faktów, dat, autorów, tekstów, bo przecież wszystko można znaleźć w Internecie i jeśli komuś coś będzie potrzebne, bez trudu to sobie wyszuka. Erudycyjny model wykształcenia stał się obiektem kpin, najważniejsze są bowiem umiejętności. Tym niemniej fajnie jest czasem błysnąć erudycją, o czym będzie za chwilę. Nie neguję, że oczekiwanie, iż ludzie mają zapamiętywać wszystko, jak sawanci, jest nierozsądne; sam swego czasu pomstowałem na wymaganie, abym pamiętał rozmaite dane z tabel Małego Rocznika Statystycznego. Coś jednak trzeba wiedzieć, bo jeśli się tego nie wie, to nie wie się nawet, że coś innego można (lub trzeba) wyszukać, że dana informacja jest potrzebna. Brakuje kontekstu i niezbędnej podbudowy wszelkiej dalszej wiedzy. Bardzo trudno jest zdefiniować co wobec tego wiedzieć trzeba - i ja się nie podejmę próby określenia takiego minimum - ale sytuacja, w której można nie wiedzieć prawie nic, oznacza, że informacja co prawda jest potencjalnie dostępna, ale nikt nie będzie wiedział jak z niej skorzystać. I po co. I że w ogóle warto.

Piszę o tym po lekturze wywiadu Piotra Najsztuba z Robertem Gwiazdowskim w najnowszym Wprost (tekst nie jest jeszcze dostępny w sieci). Otóż Gwiazdowski mówi tak:

Sektor finansowy stał się synonimem rynku. Nie interesuje nas, co się dzieje na rynku kartofli [...] natomiast sektorem finansowym maję się interesować wszyscy. A jak mówił pan Papkin, "zważ proporcjum, mocium panie" [podkreślenie moje - pfg], niestety, na te proporcje nie zważaliśmy i z symbiozy doszliśmy do stanu, niestety, pasożytnictwa.

Gwiazdowski najwyraźniej chce się pokazać jako człowiek kulturalny, znający literaturę, nie jakiś zimny technokrata. Odwołuje się do Zemsty, a więc do kanonu lektur szkolnych, który znać powinni wszyscy absolwenci liceów (obecnie gimnazjów). Cóż, dobre i to. Gwiazdowski pamięta, że trzeba zachowywać odpowiednie proporcje, że zgrabny cytat jest u Fredry, a jak u Fredry, to chyba Papkin (to jedyna osoba, którą się "z imienia" z Zemsty pamięta?), a "proporcja" miała dziwną końcówkę. Kłopot w tym, że i cytat, i atrybucja są błędne.

Oto Akt I, Scena 1 Zemsty. Cześnik zastanawia się, czy starać się o rękę Klary, czy Podstoliny i skłania się ku tej drugiej, tym bardziej, że sam już jest niemłody:

Jeszczeć młoda jest i ona,
Ależ wdowa - doświadczona,
Zna proporcją, mocium panie,
I nie każe fircykować,
Po kulikach balansować.

Gwiazdowski nie sprawdził cytatu. Najsztub nie sprawdził cytatu. Redakcja Wprost nie sprawdziła cytatu. Po co, skoro wszyscy wiedzą, o co chodzi? A kto powiedział, że cytat ma być poprawny? Cóż to za dziwaczne wymaganie?! Ale teraz, gdy "zważ proporcjum" juz się pojawiło w druku, a wkrótce pojawi się w internecie, stanie się źródłem wiedzy dla wielu następców.

Brak wiedzy, niewiedza o tym braku i brak poczucia, że wiedzę, fakty należy weryfikować, rodzi pseudo-wiedzę, wiedzę pozorną, nieprawdziwą. Tak, jak pozorna i nieprawdziwa jest erudycja, która w ten sposób odnosi się do cytatów.

Wszystkim adwokatom podejścia "nie trzeba nic zapamiętywać, skoro wszystko można sprawdzić", dedykuję następującą parafrazę Parmenidesa, Jose Ortegi y Gasseta, Stanisława Lema i pewnie wielu innych:

  • Po pierwsze, nikt niczego nie sprawdza.
  • Po drugie, jeśli sprawdza, to nie weryfikuje źródeł.
  • Po trzecie, jeśli sprawdza i weryfikuje, to i tak nie umie tego wykorzystać. 

Mieczysław Grydzewski, ha, ten to wszystko sprawdzał! A nie miał internetu. 

 
1 , 2 , 3 , 4