Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Fizyka | Kryzys | Literatura | Muzyka | Polityka | Rozmaitości
RSS

Literatura

niedziela, 15 stycznia 2017

Martwiłem się ostatnio, że internety stają się coraz mniej kreatywne. Wiarę w ludzkość przywrócił mi fejsbukowy profil San Escobar.

Najpierw ze wzruszeniem dowiedziałem się, że dzisiaj gra tam Gran Orquesta Caridad de Navidad.

Później przeczytałem, że tworzona jest nowa, uaktualniona mapa San Escobar i turyści z Polski proszeni są o zgłaszanie swoich uwag i propozycji. Moje trzy ulubione:

3. Znane z wyjątkowej kawy miasteczko La Lura.

2. Las Dudas, z największą na świecie fabryką długopisów.

1. Leżące w pobliżu Su Vereno, słynące ze swoich fioletowych wód jezioro De Naturato.

Dzięki ci, ministrze Waszczykowski!

czwartek, 18 czerwca 2015

Chciałem zażartować, iż dobrym tematem dla postmodernistycznej humanistyki byłaby Lacanowska analiza apokalipsy zombie. Zażartować, dobre sobie. Okazuje się, że już to zrobiono. Wiele razy.

Skąd u mnie nagłe zainteresowanie tym tematem, wyjaśnię może przy innej okazji.

Prokrastynuję. Czytam przypadkowo znaleziony artykuł, którego autor, Gary A. Mullen, amerykański filozof młodego pokolenia, omawia poglądy Slavoja Žižka i Theodora W. Adorno na temat znaczenia symboliki zombie we współczesnej kulturze. Punktem wspólnym jest, że zombie, nieumarły, to coś, co biologicznie żyje, ale życie to straciło swój ludzki sens. To coś, nie ktoś.

The zombie represents the no man's land between the social, symbolic, meaningful life and bare, biological existence.

Dalej obaj filozofowie się różnią i nie będę tego tutaj dyskutował. Wspomnieć muszę, że czy to jedynie Mullen, czy także ci dwaj filozofowie pomijają jeden bardzo istotny aspekt: Zombie są agresywne, atakują ludzi, "chcą" ich zredukować do swojego statusu. To bardzo odróżnia nieumarłych od, powiedzmy, ludzi w ostatniej fazie choroby Alzheimera, którzy także żyją biologicznie, choć życie to straciło swój social, symbolic, meaningful status. Jednak chorzy nie chcą, aby inni popadli w ich stan. Chorzy nie budzą też fascynacji.

Dodam od razu, że jest rzeczą frapującą narastająca obecność duchów, zjaw, upiorów, wampirów, zombie we współczesnej kulturze. W kulturze popularnej, ale nie tylko. Całkiem poważni ludzie piszą o widmach i upiorach. Jeśli, dla przykładu, powiemy, że "nawiedzają nas upiory przeszłości", to czy tylko figuratywnie wyrażamy fakt, że pewne zdarzenia z przeszłości, trwające i przekształcane w naszej pamięci indywidualnej lub zbiorowej, wywierają jakiś niekorzystny wpływ na nasze dzisiejsze decyzje, wybory, działania, czy też owym przeszłym zdarzeniom przydajemy jakiś aktywny modus existendi? Jeśli to pierwsze, to ciekawe jest, dlaczego uciekamy się do takiego języka, co język mówi o nas samych. Jeśli wszakże to drugie, to nieodwołanie opuszczamy obszar nauki, lokując się już to w rozważaniach religijnych, już to w sztuce.

Popatrzmy się także na Kościół: w czasach mojego dzieciństwa uczono, iż grzechem jest wierzyć w duchy, wróżki i przesądy, bo to oznaczałoby uzurpację mocy boskich i wiara w nie byłaby złamaniem pierwszego przykazania. Protestanccy fundamentaliści dalej tak uważają, jednak dzisiejszy Kościół Katolicki całkiem poważnie powiada, że grzechem jest nie wierzyć w to wszystko. Jednocześnie jednak grzechem jest korzystać z ich mocy, którą one, a jakże, posiadają. Trzeba więc w nie wierzyć, ale nie wolno nimi się posługiwać. A więc Kościół naprawdę jest ofiarą postmodernizmu!

Wracam do artykułu. Jak pisze Mullen, Adorno i Žižek porównywali zombie do muzułmanów (patrz Primo Levi czy Tadeusz Borowski) z niemieckich obozów koncentracyjnych: skrajnie wychudzonych, wyczerpanych, odrętwiałych, zdehumanizowanych przez obozowy terror. Biologicznie (jeszcze) istniejących, ale prawie pozbawionych człowieczeństwa. Brak nam języka, aby oddać w nim ogrom tego cierpienia - podobnie jak brak języka, aby poprawnie opisać fenomen nieumarłych.

Coś jest na rzeczy: I obozowa prawie kompletna dehumanizacja, redukcja muzułmanów do czystej biologii, w dodatku dysfunkcjonalnej, i nieadekwatność języka są podobne, jak w przypadku zombie. Myślę wszakże, że gdyby nie fizyczne podobieństwo - zniekształcone ciała przypominające zwłoki, niezborność ruchów, apatia - nikt by na to porównanie nie wpadł. Zauważmy jednak rzecz kluczową: zombie nie cierpią, bo nie są ludźmi. Ofiary obozów koncentracyjnych cierpiały straszliwie, bo nawet jeśli prawie odarto je z człowieczeństwa, nie zrobiono tego do końca. Zombie są wymyślone, obozowi muzułmanie i ich niewysłowione cierpienia były prawdziwe. Adorno i Žižek twierdzą co prawda, że my, ludzkość, wymyśliliśmy sobie zombie nie tyle (nie tylko) dla rozrywki, ile żeby w ten sposób powiedzieć coś o stanie, w którym nasze człowieczeństwo zostaje zaprzeczone, widzę w tym jednak coś wysoce niewłaściwego: lekceważenie, ignorowanie cierpienia, jakiego doświadczali więźniowie obozów koncentracyjnych. Zombie, jak powiadam, nie cierpią - po pierwsze dlatego, że nie są prawdziwe, po drugie, bo są przedstawiane (konstruowane) jako nieumarłe ciała, całkowicie pozbawione ludzkich uczuć. Poza agresją.

I tu dochodzimy do kulminacji. Mullen za Žižkiem, ten zaś za Jorge Semprunem, przytacza szczególnie poruszającą scenę, w której dwoje dzieci, ofiar Holocaustu, ginie, ale ocala swoje człowieczeństwo. (Nawiasem mówiąc, musiało się to dziać raczej w Buchenwaldzie, nie w Auschwitz, wbrew temu, co pisze Mullen.) Podobnych świadectw o ocaleniu człowieczeństwa godzinie śmierci w obozach koncentracyjnych jest zresztą więcej, choćby we wstrząsającym filmie Lanzmana. I w tym miejscu Mullen, niejako na jednym oddechu, przechodzi do analizy epizodu serialu The Walking Dead, gdzie główny bohater pokazuje swoje człowieczeństwo przeżywając chwilę wahania przed zabiciem pewnego partykularnego zombie.

Otóż to wydaje mi się głęboko niestosowne. Zestawianie najstraszniejszych ludzkich cierpień z produktem czysto rozrywkowym, jakim jest serial telewizyjny. Traktowanie ich tak samo, jak botanik traktuje rośliny w swoim zielniku: Tu okaz, tam okaz. Tu strach i cierpienie, tu wymyślona historyjka. Jest to niestosowne niezależnie od tego, co Adorno, Žižek i Bóg wie, kto jeszcze, sądzą na temat tego, po co wymyśliliśmy zombie.

Baśnie, legendy mają podobno pomóc oswoić nasz strach. W porządku. Jeżeli więc figura apokalipsy zombie ma nam pomóc oswoić nasz strach przed tym, co z człowiekiem dzieje się po śmierci - jakaś szczątkowa biologia wciąż jest, ale ludzkiego życia już nie ma; agresja ze strony zombie zapewne symbolizuje nieuchronność śmierci, fakt, że i my się kiedyś w takim stanie znajdziemy - nie protestuję. Nie protestuję tym bardziej, że w wieku masowych mordów ludzie doświadczali masowej obecności świeżo zabitych ciał, a przynajmniej zdawali sobie sprawę, że gdzieś tak się działo i wciąż dzieje. Jeśli tak, to chodzi nie tyle o wspomniany na początku no man's land, ile o oswojenie obecności tysięcy trupów. Czuję jednak przy tym wielki dyskomfort, niesmak, poczucie naruszenia tabu, bowiem zombie są instrumentem służącym opanowaniu naszego strachu. O strach i cierpienie obozowych muzułmanów, ofiar Holocaustu i pozostałych masowych zbrodni nikt w tej baśni nie dba. Liczymy się tylko my, żywi. 

Czy nie o tym pisał Tadeusz Borowski?

A przy okazji postać Theodora W. Adorno przypomniała mi Cortazara, czy też raczej czas, gdy czytałem Cortazara i poczułem się nostalgicznie. Odczuwać nostalgię w takim momencie - brrr...

Gary A. Mullen, "Adorno, Žižek and the Zombie: Representing Mortality in an Age of Mass Killing" in Journal for Cultural and Religious Studies vol. 13 no 2. (Spring 2014), 48-57

sobota, 15 września 2012

W magazynie świątecznym dzisiejszej Gazety Wyborczej (tekst na pewno jest płatny, więc nawet nie będę próbował go linkować) Klaus Bachman narzeka, iż polska inteligencja "hołduje dziewiętnastoweicznej szlacheckiej misji oświecania narodu", "wie lepiej", wobec wsi żywi, w gruncie rzeczy, pogardę i stosuje wobec niej przemoc symboliczną. Bachmana fascynuje

skąd się bierze ta arogancja miejskiej, postszlacheckiej inteligencji.

Jednak o wsi Bachman ma wyobrażenia raczej idealistyczne:

W 2004 roku polski chłop wziął pieniądze z Brukseli, kupił klimatyzowany ciągnik najwyższej jakości [to była ta część idealistyczna - pfg] i nadal nie czyta ani "Łaskawych", ani "Cząstek elementarnych". Jego dzieci będą to czytać [znów ten profesorski idealizm - pfg], ale na tablecie albo na czytniku [...]

Ja zaś mam problem: Co prawda nie należę do inteligencji postszlacheckiej, lecz postchłopskiej, ale Łaskawe (znakomite) i Cząstki elementarne (takie sobie) czytałem. No i teraz nie wiem, czy to uchodzi, czy też mam się tego wstydzić?

sobota, 26 maja 2012

Robert Krasowski w swojej najnowszej książce Po południu pisze tak:

[...]upadek komunizmu był zjawiskiem dziwnym. Upadł on wcześniej, niż to zauważono, długo przed 4 czerwca; upadł nie tylko w Polsce, ale w całym imperium. Tyle że nikt o tym nie wiedział.

I dalej:

[Komunizm] trwał więc, słabł powoli, a życie uchodziło z niego niepostrzeżenie. Jego śmierć przesłoniły codzienna krzątanina i kilkuletni zastój, który sprawił, że komunizm nigdzie nie musiał stanowczo reagować. Nie było zatem okazji, aby dostrzec, że stracił on zdolność zarówno do ataku, jak i do obrony. Dlatego nie wiedziały o tym ani opozycja, ani społeczeństwo, ani sami rządzący, z Gorbaczowem włącznie.

Narzuca mi się skojarzenie ze znakomitą książką Jana Sowy, Fantomowe ciało króla. Sowa powiada, że I Rzeczpospolita tak naprawdę nie istniała od śmierci Zygmunta Augusta - była urojeniem, konstrukcją symboliczną, bytem fantomowym, nieledwie upiorem, który musiał w końcu zniknąć. Jeśli posłużymy się tym językiem, zobaczymy, że Krasowski twierdzi, iż pod koniec lat '80 mieliśmy w Polsce fantomowy komunizm. Z tej perspektywy wybory 4 czerwca były dla komunizmu manifestacją Lacanowskiego Realnego, tak jak dla I Rzeczpospolitej manifestacją Realnego były rozbiory.

Mamy więc jakąś narodową skłonność do bytów fantomowych. Ciekawe.

Uzupełnienie, 27 maja: Żeby nie było wątpliwości, książkę Sowy uważam za znakomitą, a książkę Krasowskiego za bez wątpienia wartą przeczytania, ale nie znakomitą. 

środa, 28 września 2011

W nawiązaniu do mojego poważnego wpisu o neutrinach, pozwalam sobie przytoczyć cudowny limeryk:

There was a neutrino named Bright
who travelled faster than light
he went out one day
in an impossible way
making profs all proclaim "that ain't right"!

Autorem dzieła jest użytkownik astroteacher, tego zaś wariantu użył Economist w swoim komentarzu na temat najnowszej sensacji neutrinowej.

środa, 18 sierpnia 2010

W kulturze europejskiej mamy dwie tradycje stosunku do przeciwników: tradycję plemienną i tradycję rycerską.

W tradycji plemiennej nie ma przeciwnika. Jest wróg. Wróg, którego trzeba znieważyć, wyśmiać, poniżyć, wyszydzić. Wróg, którego święte miejsca i symbole trzeba zniszczyć i splugawić. Wróg, którego trupa trzeba zbezcześcić, rozsiekać, zostawić bez pogrzebu, dać psom na pożarcie. Wróg, którego kobiety trzeba zabić lub zgwałcić. My bowiem jesteśmy wielcy i wspaniali, ale musimy być całkowicie wielcy i wspaniali, gdyż nasza wielkość i wspaniałość ma charakter sakralny. Najmniejsza pochwała wroga oznaczałaby, że my nie jesteśmy wielcy i wspaniali bezwględnie i całkowicie, że na nas samych jest jakaś rysa. Najmniejsza opieszałość w poniżaniu wroga oznaczałaby brak gorliwości w obronie naszej wspaniałości. Skoro jednak integralność naszej wspaniałości zostałaby naruszona, nie mogłaby ona mieć charakteru sakralnego. Desakralizacja zaś naszej wspaniałości unieważniłaby ją całkowicie.

W tradycji rycerskiej przeciwnika się wychwala, podnosi jego cnoty i męstwo, podkreśla zalety, co przecież nie umniejsza naszych własnych cnót i zalet. Jego świętości się szanuje. Jeśli przeciwnika uda nam się pokonać, sprawia mu się godny pogrzeb. Jego kobiety i dzieci się oszczędza. Oczywiście jest w tym drugie dno: Skoro przeciwnik jest taki wspaniały, tym większa będzie nasza chwała, jeśli uda nam się go pokonać, ale też tym mniejsza hańba, jeśli to my przegramy. Jeśli my uszanujemy ciała poległych przeciwników, możemy liczyć, iż przeciwnik uszanuje ciała naszych.

Obie te tradycje wciąż współistnieją - zgoda, nie w stanie czystym. Tradycję plemienną najlepiej widać w zachowaniach "kibolskich". O tradycji rycerskiej pięknie pisali wybitni myśliciele, choćby Johan Huizinga i Maria Ossowska, ale to tradycja plemienna ma bodaj donioślejsze umocowania literackie: Oto jest Kreon każący zostawić niepogrzebane ciało Polinejkesa, oto syn Achillesa biorący Andromachę za nałożnicę, oto Agamemnon biorący Kassandrę, oto wreszcie Achilles włóczący ciało Hektora wokół murów Troi. Myślę, iż chwila, w której Achilles ulitował się nad Priamem i wydał mu sponiewierane ciało Hektora, oznaczała narodziny postawy rycerskiej.

Piszę to wszystko pod wpływem wydarzeń w Ossowie. Kim my jesteśmy, której tradycji jesteśmy wierni?

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Wysłuchałem dziś całkiem poważnego referatu na temat BCI, Brain-Computer Interface. Prelegent, żeby zainteresować publiczność, opowiadał - całkiem niepotrzebnie i całkiem bez związku z dalszą częścią seminarium - że nauka potrafi już robić nie-sa-mo-wi-te rzeczy, w szczególności wypreparować mózg szczura, utrzymywać ten mózg przy życiu i sprawić, że będzie on sterował robotem. Prelegent pokazał nam nawet film (na YouTube jest tego więcej)...

...i pozwolił sobie na komentarz, że robot naprawdę zachowuje się jak szczur. Rzeczywiście, sposób filmowania i muzyka nasuwają skojarzenia z zachowaniem przerażonego, usiłującego uciec zwierzęcia.

Wydało mi się to ze wszech miar obrzydliwe. Poczułem autentyczną repulsję na myśl o działaniach tych naukowców. Jakiś straszny, bezsensowny wiwisekcjonizm, robiony bez żadnego celu, tylko po to, żeby pokazać, jacy jesteśmy technicznie sprawni: no patrzcie państwo, takie rzeczy umiemy zmajstrować! Okrutna sztuczka cyrkowa. Na szczęście okazało się, że prelegent przesadził - nie mózg szczura, ale tkanka mózgowa, wydobyta ze szczurzego płodu. Tkanka rozrasta się na szalce Petriego, tworzy połączenia, a dzielni uczeni przyłączają do niej elektrody i - dalej nie wiedząc, jak to działa - pozwalają nieszczęsnej tkance sterować robotem. Tutaj jest poważny artykuł na ten temat, opublikowany w PLoS Computational Biology, ale media oczywiście piszą o robocie z mózgiem szczura. Nawet zamieszczony filmik ma tytuł Rat Brain Robot. Cóż, media lubią epatować i lubią uproszczenia.

To, co autorzy tych eksperymentów naprawdę robią, jest mniej okrutne, a więc nieco mniej obrzydliwe, niż to, co prelegent chciał nam wmówić, ale zanim to sobie wszystko wyguglałem, wymyśliłem taki oto szkic opowiadania SF:

Pewne laboratorium zajmuje się budową robotów-cyborgów, sterowanych wypreparowanymi, żywymi mózgami szczurów. Roboty umieją unikać przeszkód, poruszać się po labiryncie, poszukiwać, dążyć do celu. Marzeniem naukowców jest budowa robotów, które umiałyby coś więcej, na przykład rozpoznawać litery lub choćby piktogramy, robotów, z którymi możnaby się komunikować. Ba, ale skąd wziąć odpowiedni mózg? I tu okazuje się, że szef laboratorium, szanowany naukowiec, ma raka trzustki. Zostało mu jeszcze trzy, może cztery miesiące życia, które spędzi albo w straszliwych męczarniach, albo ogłupiony środkami znieczulającymi, bez kontaktu z rzeczywistością. Naukowiec postanawia ofiarować siebie – swój mózg – swojemu laboratorium. Przyjaciele odmawiają go, przecież szczurze mózgi sterujące robotami żyją krótko, najwyżej kilka tygodni. Nie szkodzi, mówi naukowiec, przeżyję ten czas bez cierpienia, w dodatku robiąc coś pożytecznego dla nauki. W końcu wszyscy się zgadzają, naukowiec zostaje znieczulony, jego mózg operacyjnie wyjęty, umieszczony w słoju z pożywką. Wszystkie elektrody podłączono, uruchomiono robota. Bo początkowej konfuzji robot zaczyna w kółko wskazywać litery KILLME, KILLME. Cierpienie mózgu jest wielekroć większe, niż cierpienie umierającego na raka.

Copyright © 2010 PFG.

To nie byłoby dobre opowiadanie, ale gdyby ktoś je sprawnie napisał, byłoby sprzedawalne. Wszelkie skojarzenia z potwornym filmem Johnny Got His Gun, albo z tym opowiadaniem Ze wspomnieć Ijona Tichego Lema, w którym facet skonstruował nieśmiertelną duszę swojej żony, w postaci niezniszczalnego, zielonkawo połyskującego kryształu, są jak najbardziej na miejscu.

wtorek, 19 stycznia 2010

Dowiedziałem się dzisiaj, że istnieje literatura ergodyczna. Pojęcie to wprowadził Espen Aarseth, teoretyk cybertekstu i nowych mediów. W swojej książce Cybertext pisał tak:

In ergodic literature, nontrivial effort is required to allow the reader to traverse the text. If ergodic literature is to make sense as a concept, there must also be nonergodic literature, where the effort to traverse the text is trivial, with no extranoematic responsibilities placed on the reader except (for example) eye movement and the periodic or arbitrary turning of pages.

Usiłowałem sobie wyobrazić przykład ergodycznego odczytania tesktu. Pierwszym obrazem, jaki mi przyszedł do głowy, był oprawca, który bije cię w miarę czytania, ale gdybyś przestał czytać, oprawca pobiłby cię mocniej, a może nawet zabiłby. Czytasz więc, choć musisz dokonywać wysiłku, aby nie zemdleć z bólu i czytać dalej. Okropne.

Ale tu przyszło olśnienie. Przypomniałem sobie scenę (J 8,6n), w której do Jezusa przyprowadzono jawnogrzesznicę, którą chciano ukamienować. Jednak  Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi, na który to widok wszyscy, jeden po drugim, odeszli. Powszechnie rozumie się, że Jezus wypisywał grzechy tych, którzy nieszczęsną chcieli kamienować. Pomyślmy, aby odczytać, co Jezus napisał, trzeba było zainteresować się tym dziwnym zachowaniem, podejść, nachylić się, spojrzeć Jezusowi przez ramię, czytając spieszyć się, bo wiatr rozwiewał zapisane słowa, wreszcie podjąć moralny trud uznania swoich win. Toż to był nie lada wysiłek! Nie może być inaczej, Ewangelia św. Jana przedstawia Jezusa jako prekursora literatury ergodycznej.

Stwierdziłem przy okazji, że poświęcona literaturze ergodycznej strona w wiki wymienia wiele przykładów, od I Ching poczynając (I Ching jest cybertekstem, gdyż zawiera reguły swego własnego odczytania), ale nie zauważa Julio Cortazara - ani Gry w klasy, ani 62. Modelu do składania. "Zawiera reguły swego własnego odczytania". Widać literatura iberoamerykańska nie jest znana współczesnym teoretykom gier komputerowych.

***

Muszę podać kontekst tego wpisu. Otóż nasz Wydział dostał grant europejski, który ma, między innymi, sfinansować studia z zakresu projektowania gier komputerowych i gier wideo. Oprócz informatyków, z grantu ma być zatrudnionych kilkoro kulturoznawców (!). Dzisiaj odbywały się przesłuchania kandydatów, przesłuchiwała komisja, w skład której wchodzili też ludzie z Instytutu Sztuk Audiowizualnych UJ. (Kilkoro kandydatów było, jak mi się wydaje, nadspodziewanie dobrych.) Pani-kluturoznawca z komisji kilkakrotnie w rozmowach z kandydatami powoływała się na rzeczonego Aarsetha, a gdy użyła terminu język ergodyczny, to, wiedząc, co ergodyczny naprawdę znaczy, postanowiłem sprawdzić. No i dowiedziałem się powyższego.

Ponadto dowiedziałem się dzisiaj o istnieniu nieusuwalnego konfliktu pomiędzy podejściem narracyjnym a ludologicznym w teorii gier. Ha! A, teoria gier też znaczy co innego, niż tego się można było spodziewać. Jakżeby inaczej.

Jestem przekonany, że gdybym był kulturoznawcą, wpadł na mój pomysł połączenia Jezusa z literaturą ergodyczną i napisał o tym artykuł, byłby to poważny artykuł naukowy. Ważna pozycja w dorobku.

Z całym szacunkiem dla poznanych dzisiaj kulturoznawców, którzy wyglądają na miłych i dobrze w swoim fachu wykształconych ludzi, uważam, że to wszystko jest straszliwy, postmodernistyczny, beztreściowy, karmiący się zapożyczeniami terminologicznymi bełkot. Kontekst, który obnażył Sokal.

P.s. Jeśli kogoś zainteresuje użyty w cytacie z Aarsetha przymiotnik extranoematic, uprzejmie informuję, że poświęcona literaturze ergodycznej strona wiki odsyła po wyjaśnienie tego wyrazu do wikisłownika, który jako "most notable" przykład jego użycia wymienia... Cybertex, odsyłając do poświęconej Aarsethowi strony wiki, która podlinkowuje pierwszy rozdział Cybertekstu, gdzie się owo extranoematic pojawia. Zaiste, cybertekst, "zawierający reguły swojego własnego odczytania". Tropienie znaczenia extranoematic przypomina mi Lemowską historię sepulek. Wnoszę zatem, iż także Stanisława Lema, wielkiego wizjonera, należy zaliczyć do prekursorów literatury ergodycznej.

niedziela, 27 grudnia 2009

Różni ludzie ogłaszają najnowszy film Jamesa Camerona, Avatar, przełomem w historii kina i wydarzeniem epokowym. Wyciągnięty przez córkę, film widziałem. Owszem, jest plastycznie znakomity - na szczególną pochwałę zasługuje przy tym spójność zaprezentowanej wizji - także trójwymiarowe efekty specjalne są bardzo dobre, gdyby więc film nie był za długi, mógłbym go z czystym sumieniem wszystkim polecić. Tym niemniej uważam, że od strony plastyczno-technicznej to może być przełom, ale od strony filmowej - nie.

Główną wadą filmu jest to, iż jego fabuła jest przewidywalna aż do bólu. Żadnych zaskoczeń, suspensów, nagłych zwrotów akcji. Niby to wszystko jest, ale doskonale wiadomo, że będzie i w którym momencie. Dzieje się tak dlatego, że Cameron wykorzystuje wszystkie filmowe klisze i obficie czerpie z klasyki gatunku. Edwin Bendyk na swoim blogu wymienia szereg źródeł inspiracji Camerona, ale zapomina o, moim zdaniem, najważniejszym: o Diunie. Nie mam przy tym na myśli niezbyt udanego, choć uchodzącego za kultowy, filmu Davida Lyncha, ale książkowy oryginał Franka Herberta, klasyk nad klasykami.

Popatrzmy: Ludzkość potrzebuje pewnej substancji, występującej tylko na jednej planecie. Eksploatuje więc tę planetę, popadając w konflikt z tuziemcami, żyjącymi w rzadkiej harmonii z naturą (niech nikogo nie zwiedzie fakt, że Diuna jest planetą pustynną, Pandora zaś jest porośnięta najbujniejszą z bujnych dżungli). Najeźdźcy są owładnięci chęcią zysku i bezrozumną żądzą niszczenia, tubylcom chodzi o zachowanie zagrożonej równowagi. Przedstawiciel najeźdźców dołącza do miejscowych i, choć początkowo przyjmowany jest skrajnie nieufnie, z czasem przejmuje ich wartości, zostaje doskonałym wojownikiem, a wreszcie przywódcą tubylców, prowadzącym ich do ostatecznego zwycięstwa. Wykazuje przy tym legendarne, niemalże nadnaturalne umiejętności, a wchodzenie bohatera w społeczność miejscowych, nierozerwalnie łączy się z rozwojem jego miłości do lokalnej kobiety. Wystarczy? Tyle dobrze, że Cameron oszczędził nam wątku mesjanistycznego - w Diunie przybycie Paula Muad'Diba jest zapowiedziane w proroctwach, w Avatarze zaledwie wspomina się, że już kiedyś był czas "wielkiego smutku" i że wówczas pojawił się obdarzony wyjątkowymi talentami przywódca, który zjednoczył wszystkie plemiona. Wątek mesjanistyczny jest obecny także w Matrixie, drugim, równie ważnym, źródle inspiracji twórców Avatara.

Ha, przyszło mi do głowy jeszcze jedno źródło, niewymieniane przez nikogo (to znaczy, ja nie widziałem, żeby je ktoś wymieniał). W finałowym pojedynku głównego bohatera ze złym pułkownikiem (kolejna klisza: dlaczego takie filmy zawsze muszą zawierać osobistą walkę dobrego i złego bohatera, mimo iż każdy dowodzi własną armią?), Jake Sully już-już ma zginąć, ale zły człowiek zostaje powalony strzałami Neytiri. High Noon, anyone?

Ale film jest dobry, w końcu autor czerpał z najlepszych źródeł, a dołożył piękną wizję plastyczną i techniczną maestrię. A mnie podoba się jeszcze jedno: wszystkie organizmy zamieszkująe Pandorę tworzą sieć. W filmie wspomina się, że na Pandorze łączą sie ze sobą drzewa, Na'vi dosiadając swoich latających i biegających wierzchowców, łączą się z nimi za pomocą specjalnego narządu, który mają w "warkoczu". Tymże "warkoczem" łączą się też z Drzewem Dusz, a za jego pośrednictwem z ichnią, jak przypuszczamy, boginią, Eywą. Tymczasem ja widzę, że Eywa to nie jest bogini, to jest samoświadomość planety, superorganizm, coś na kształt Gai.

niedziela, 04 października 2009

Pewne symbole i odniesienia, które kiedyś w kulturze były oczywiste, dziś wypadają z kanonu. Niedługo będą je znać tylko starzy profesorowie i ich doktoranci, i sama ta wiedza będzie wielką nauka, jak znajomość hieroglifów czy pisma Hetytów. W ósmej księdze madrygałów Monteverdiego znajduje się cykl Bitwa Tankreda z Kloryndą (Il combattimento di Tancredi e Clorinda). Muzycznie znam to bardzo dobrze, ale literacko dość słabo kojarzyłem to z czasami wypraw krzyżowych. Dzisiaj postanowiłem sprawdzić. Okazuje się, że libretto nawiązuje do szesnastowiecznego poematu Torquata Tassa Jerozolima wyzwolona. Tankred był uczestnikiem pierwszej krucjaty, Klorynda Saracenką-wojowniczką, zakochali się w sobie. Jednak w nocnej bitwie krzyżowców z Saracenami Tankred śmiertelnie rani Kloryndę, nie wiedząc, z kim walczy. Klorynda umiera w jego ramionach, przed śmiercią zdąża przejść na chrześcijaństwo (w przeciwnym razie dla czytelników Tassa i słuchaczy Monteverdiego musiałaby być potępiona). Giniesz śliczna Kloryndo od miłosnej dłoni, a twój Tankred nad własnym zwycięstwem łzy roni. Zdaje się, że poloniści owszem, o poemacie tym słyszeli, ale nikt go już nie czyta. To samo chyba dotyczy i italianistów. Kiedyś sceny z tego poematu często pojawiały się w sztuce. Delacroix jeszcze w XIX wielu malował Kloryndę ratującą Olinda i Sofronię (Sofronia została skazana na spalenie na stosie, zakochany w niej Olindo dobrowolnie poszedł wraz z nią na stos), ale to znaczy, że i Delacroix, i odbiorcy jego sztuki legendę tę musieli znać. A dziś?

Ja się dopiero prze chwilą dowiedziałem, że król Stanisław August Poniatowski zamówił rzeźbę Tankreda i Kloryndy do Łazienek; dziś rzeźba ta znajduje się w Puławach. Nie pamiętałem też, że Tankred pojawia się w Krzyżowcach Zofii Kossak-Szczuckiej (historyczny Tankred naprawdę był jednym z wodzów pierwszej krucjaty). Cóż, Krzyżowców czytałem bardzo, bardzo, bardzo dawno temu.

Trzeba sobie będzie nabyć drogą kupna słynny słownik Kopalińskiego. Coś sobie będzie można przypomnieć, coś przeczytać i udawać, że się to "od zawsze" wiedziało.