|
niedziela, 15 kwietnia 2012
Powiem wprost: W piątek prezes Jarosław Kaczyński całkiem się zdekompensował, nazwał Tuska łgarzem, wpisał go na listę hańby i obarczył winą za katastrofę smoleńską:
Cała relacja tutaj. Tak, premier Donald Tusk jest temu winien. Jest winien w takim samym stopniu, jak prezes Jarosław Kaczyński. Jarosław Kaczyński wydelegował swojego brata, prezydenta, do zajmowania się polityką zagraniczną. Pchał się więc Lech Kaczyński tam, gdzie go nie proszono, choć merytorycznie nie miał wiele do powiedzenia. Trzeba uczciwie powiedzieć, że rząd Platformy też rozgrywał to nieumiejętnie, Tusk zachowywał się małostkowo - te wszystkie kłótnie o samolot przed szczytem UE - w końcu jednak polityka zagraniczna, zwłaszcza zaś to, kto i kiedy może reprezentować Polskę na zewnątrz, stały się elementami politycznego sporu wewnętrznego. I wówczas nadeszła rocznica zbrodni katyńskiej. Premier Putin zaprosił premiera Tuska do wspólnego uczczenia pamięci zamordowanych oficerów. W narracji PiSowskiej Putin chciał w ten sposób "rozegrać" Tuska przeciwko Kaczyńskiemu ze szkodą dla Polski. Może tak, może nie - skądinąd to, że polska polityka zagraniczna nie była wówczas monolitem, było oczywiste dla każdego, nie było więc potrzeby "rozgrywania" skłóconych polskich polityków. Z drugiej strony jasne jest i to, że rosyjscy politycy Lecha Kaczyńskiego nie znosili i nie widzieli powodów, aby go wzmacniać w jego staraniach o reelekcję. Ale można się na to popatrzyć w ten sposób: najważniejszy polityk Rosji zaprosił swojego polskiego odpowiednika do wspólnych obchodów z szacunku dla Polski. Lecha Kaczyńskiego powinien był zaprosić prezydent Miedwiediew, ale wówczas zaraz podniosłyby się głosy, że Miedwiediew wykorzystuje polskiego prezydenta do swoich wewnętrznych rozgrywek z Putinem i że rosyjski gest był nieważny, bo to faktycznie rządzący Rosją Putin powinien był wystosować zaproszenie. Może tak, może nie. Jakiekolwiek były motywy rosyjskich polityków, to rosyjski premier zaprosił premiera polskiego. Prezes Jarosław Kaczyński uważa, że Tusk powinien był zaproszenie Putina odrzucić i oświadczyć, że Polskę reprezentować będzie prezydent Kaczyński. A ja się pytam, dlaczego właściwie Tusk miałby to zrobić? Dlaczego miałby raptem ustąpić Kaczyńskiemu w polskim politycznym sporze wewnętrznym? I, przede wszystkim, dlaczego miałby, obrażając Putina, umniejszyć zarazem rangę uroczystości katyńskich - umniejszyć, bo odbyłyby się one w trakcie prywatnej wizyty Lecha Kaczyńskiego, bez najwyższych władz Rosji składających hołd pamięci polskich oficerów? Kaczyńskiego nikt przecież do Rosji nie zaprosił i trudno się było spodziewać, że na afront ze strony Polski Rosja odpowiedziałaby oficjalnym zaproszeniem wystosowanym przez Miedwiediewa. W dodatku obrażony Putin miałby niejedną okazję, żeby w przyszłości Polsce realnie zaszkodzić. Stosowanie symbolicznych zniewag i dopatrywanie się takowych z każdej strony to polityczna specjalność Jarosława Kaczyńskiego. Może ten człowiek inaczej nie potrafi? Może uważa, że wszyscy tak postępują i że tak postępować muszą? Tak więc Władimir Putin zaprosił Donalda Tuska, a Tusk tego zaproszenia nie odrzucił. W tej sytuacji Lechowi Kaczyńskiemu albo pozostawało przełknąć gorzką pigułkę, albo - niewiarygodne! - zrobić własne obchody, z liczniejszym orszakiem i wielką pompą, co, w zamierzeniu, miało przyćmić wizytę Tuska, skądinąd bardzo udaną (świetne przemówienie Tuska, premier Rosji klękający przed pomnikiem polskich oficerów!), i, zapewne, stać się początkiem kampanii wyborczej Lecha Kaczyńskiego. Wiadomo, że w początkach roku 2010 reelekcja Lecha Kaczyńskiego była najważniejszym celem politycznym braci. Rekapitulując, Donald Tusk ponosi winę za "rozdzielenie wizyt", gdyż tak z uwagi na rywalizację z Lechem Kaczyńskim, jak i ze względu na prestiż Polski, nie odrzucił zaproszenia Władimira Putina. Taką samą winę ponosi jednak Lech Kaczyński, gdyż z uwagi na rywalizację z Donaldem Tuskiem postanowił zorganizować własne, konkurencyjne obchody rocznicy katyńskiej. Lech Kaczyński na pewno nie zrobiłby tego wbrew bratu; można przypuszczać, że brat go do tego nakłonił. Zatem odpowiedzialność za "rozdzielenie wizyt" - za to, że druga wizyta w ogóle miała się odbyć - spada także na Jarosława Kaczyńskiego. Tak, odmawiam Kaczyńskim działania ze względu na prestiż Polski. Przypuszczam, że bracia myśleli, że Tusk "nie jest godzien", że "godzien jest" tylko Lech Kaczyński. Ale to są tylko urojenia i niebywale rozdęte ego braci Kaczyńskich. *** W dalszym ciągu swojego sejmowego wystąpienia prezes Kaczyński mówił
Spotwarzania tych, którzy zginęli, nie było - poza, być może, incydentalnymi wystąpieniami jakichś chamów i idiotów, jakich nigdzie nie brakuje. Była - była, jest i będzie - krytyka polityczna zmarłego prezydenta, to jednak nie jest żadne "spotwarzanie". Przeciwnie, to strona PiSowska systematycznie spotwarza tych, którzy przeżyli. Prawdą jest jednak, że chwilowe uczucie zjednoczenia wszystkich obywateli wokół trumny zmarłego prezydenta zostało zerwane. Zostało zerwane wraz z decyzją o wawelskim pochówku i apoteozie Lecha Kaczyńskiego. To zaś, dlaczego do owego uczucia zjednoczenia doszło, wymaga osobnej refleksji.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Na zakończenie tegorocznych Misteriów Ensemble Matheus, prowadzony od skrzypiec przez Jeana-Christophe'a Spinosiego i lekki, rozrywkowy koncert: dwa koncerty Vivaldiego, na flet dzióbkowy i na dwoje skrzypiec, koncert na dwa flety Telemanna, zagrany dosłownie z przytupem, a na bis współczesna muzyka afrykańska o barokowej strukturze (część radosna i szybka, potem powolna, potem znów szybka) - niby spontan, ale nuty mieli. Orkiestra grała dobrze, muzyka przyjemna, Spinosi robił miny i podskakiwał a to grając, a to dyrygując. Słowem, wszystko w porządku, żadnych zastrzeżeń. Jako solistka z wyborem arii Vivaldiego wystąpiła młodziutka rosyjska sopranistka Julia Leżniewa (Lezhneva). Leżniewa urodziła się w Jużno-Sachalińsku, kształciła w Moskwie, na dużych scenach występuje bodaj trzeci sezon, a media się nią zachwycają, nazywają drugą Cecilią Bartoli. Ja pamiętam Leżniewą ze znakomitego występu w Przepowiedni messeńskiej i spodziewałem się kolejnej rewelacji. Ekscytowałem się zwłaszcza myślą, że Leżniewa wykona "arię o Furiach", którą kilka dni temu tak świetnie zaśpiewała Vivica Genaux. Trochę się rozczarowałem. Julia Leżniewa ma bardzo piękny, czysty głos o ciepłej barwie, w śpiewie rzeczywiście nieco przypomina Bartoli, ale wczoraj zaśpiewała jakby bez przekonania, na pół gwizdka. W niższych rejestrach nieco zawodziła ją technika. Proszę zrozumieć: Leżniewa śpiewa wyśmienicie, wiele bardziej dojrzałych śpiewaczek może o takim poziomie i takich warunkach tylko pomarzyć, ale ja ją porównuję do najlepszych, skądinąd dwa razy starszych od niej śpiewaczek. No więc to jeszcze nie jest ten poziom. Jeszcze nie. Na zakończenie pozwolę sobie na meta-uwagę. Jeszcze rok temu Europa Galante jako wykonawca/akompaniator muzyki barokowej była na poziomie nieosiągalnym dla nikogo innego. W tym roku Biondi i jego zespół zagrali tak dobrze, jak dawniej, ale i Accademia Bizantina, i Ensembe Matheus, na które kiedyś narzekałem, grali równie dobrze. Każda orkiestra inaczej, ale równie dobrze. I to mi się podoba. Ha! A tu jest nagranie Julii z Przepowiedni z Krakowa: Linka
sobota, 07 kwietnia 2012
Matthäus-Passion Jana Sebastiana Bacha i Marc Minkowski. Cóż powiedzieć? Nie jestem muzykiem. Nie jestem krytykiem muzycznym. Jestem tylko amatorem. Mnie wczorajsze wykonanie wydało się skończenie doskonałe. Bardzo odpowiada mi rezygnacja z osobnego chóru - powody, dla których Bach na wielki chór nie mógł sobie pozwolić, wyjaśniano przy okazji wykonania przed dwoma laty Pasji Janowej - partie chóralne śpiewają soliści. Właściwie jest jeszcze inaczej: w interpretacji Minkowskiego nie ma solistów poza Ewangelistą i Jezusem. To chór jest głównym wykonawcą, a poszczególni chórzyści dostają do odśpiewania partie solowe. To, że Minkowski zestawił chór ze śpiewaków, którzy na co dzień występują jako soliści, to już jest inna historia. Przeszkadzała mi tylko fatalna akustyka Filharmonii Krakowskiej. W miejscu, w którym siedziałem (nieco gorszym niż poprzednio) wyraźnie słychać było tworzące się pogłosy. Pasja Mateuszowa to utwór monumentalny pod każdym względem. I właściwie nie do słuchania, ale do studiowania. Głęboko kontemplacyjny, konfesyjny, nie ma nic z przebojowości, żadnych ładnych arii napisanych tak, żeby wpadały w ucho. Choć finałowy chór ciągle słyszę...
środa, 04 kwietnia 2012
Drugiego dnia Misteriów kolejne oratorium: Juditha triumphans devicta Holofernis barbarie Antonia Vivaldiego. Grała Accademia Bizantina, dyrygował Ottavio Dantone. To nietypowe oratorium: ponoć jedyne w dorobku Vivaldiego, rzadko grywane. Fabuła opowiada historię biblijną, więc formalnie jest to oratorium, utwór religijny, choć libretto bardziej pasuje do opery: Judyta uwodzi dowódcę wrogiej armii, Holofernesa (jemu się wydaje, że to on ją uwodzi), po to, aby go zamordować. Postacie mówią i o Apollu, i o Furiach, a więc o tematach niezbyt biblijnych. Podkreślona jest też więź - jakieś podteksty? - łącząca Judytę i jej służącą, Abrę. Od strony muzycznej Judyta też w żadnym razie nie jest konfesyjna, tylko operowa. Są tam sceny bitewne, z kotłami i trąbkami, są wygrywane na klarnecie turkawki, ale całość jest bardzo delikatna i bardzo w stylu Vivaldiego. Orkiestra grała bardzo dobrze, Ottavio Dantone tym razem nie udawał, tylko naprawdę dyrygował od klawesynu. Śpiewająca Judytę Josè Maria Lo Monaco ma piękną, aksamitną barwę głosu. Niestety, głos ma raczej cichy, więc trudno jej niekiedy akompaniować. W cichych, lirycznych ariach - na przykład tej z akompaniamentem lutni oraz skrzypiec i altówek grających pizzicato - brzmiała świetnie, ale w kilku innych orkiestra ją zagłuszała. To była właściwie największa, a może jedyna, wada tego koncertu. Pozostałe solistki - bo tym razem mieliśmy same głosy żeńskie - też bardzo dobre. Początkowo niezbyt podobała mi się Maria Hinojosa Montenegro w partii Abry, ale po chórze kończącym pierwszą część - a jest to właściwie dialog chóru z sopranem - całkiem się do niej przekonałem. Chór zresztą pozytywnie mnie zaskoczył. Śpiewał Capella Cracoviensis Vocal Ensemble, więc byłem pełen obaw. Jak się okazało, niesłusznie. Najbardziej ciekaw byłem występu Viviki Genaux. Vivica w ciągu ostatnich kilku lat zrobiła z Vivaldim rzeczy wielkie - z Vivaldim i z Fabio Biondim. Jak sprawdzi się w Judycie, w dużej roli, z inną orkiestrą i pod inną batutą? Otóż sprawdziła się znakomicie. Błyszczała najjaśniej, ale nie zdominowała pozostałych solistek, bo tak dobry, tak równy jest cały tekst muzyczny i całość tak dobrze poprowadzona. Aria z drugiej części, Armatae face, et anguibus, w której Vagaus, służący Holofernesa, wzywa Furie, aby pomściły śmierć jego pana, była wspaniałym popisem Viviki i jej niebywałych umiejętności wokalnych, najpotężniejszym fragmentem całego oratorium. Wyśmienity koncert. Uzupełnienie. A tu są turkawki i solo na chalumeau, pra-klarnecie, czyli aria Veni, veni - ta sama orkiestra, ten sam dyrygent, ale inna śpiewaczka.
wtorek, 03 kwietnia 2012
Z sondaży przeprowadzanych na zlecenie PiS wynika, że partia ta wyprzedza Platformę. Jednocześnie inne, "oficjalne" sondaże pokazują wyraźny spadek poparcia dla PO. Wewnętrzne sondaże PiSu bodaj zawsze, także na chwilę przed przegranymi wyborami, pokazywały przewagę tej partii, tym więc bym się nie przejmował. Ha, gdyby sondaże notowały wzrost poparcia dla PiS, Platforma znów mogłaby mobilizować swój elektorat hasłem Hannibal ad portas. Sondaże pokazują jednak nie tyle wzrost PiS, ile spadek Platformy. Dlaczego? Wyjaśnienia już się pojawiały.
Platformie realnie grozi, że będzie rządzić jako gabinet mniejszościowy. Dotrwa do końca kadencji, ale będzie tylko administrować, bez możliwości dokonywania żadnych istotnych zmian. A po wyborach - nie wiadomo, co będzie. Raczej nie powróci PiS (chociaż...), zapewne powstanie jakaś chwiejna i trudna w tej chwili do określenia - tak co do składu, jak i programu - koalicja, a Polska za wiele lat dojdzie do wniosku, że znów otarła się o nowoczesność, ale po raz kolejny zgubiła złoty róg. Jak tyle razy wcześniej... Teraz sytuacja jest wciąż do uratowania, ale Tusk i Platforma muszą, muszą wziąć się do roboty. Oni, bo to oni rządzą i wciąż są najbardziej progresywną siłą w Polsce, jakkolwiek słaby ten progres jest. Fabio Biondi nie chce wciąż grać tego samego. Sięga po nowe utwory. Na otwarcie tegorocznych Misteriów Paschalia zaprezentował debiutanckie oratorium Giovanniego Battisty Pergolesiego, La fenice sul rogo ovvero La morte di San Giuseppe. Święty Józef - zwany zresztą w katolicyzmie patronem dobrej śmierci - umiera przepełniony miłością, spełnioną miłością, do Marii i Jezusa, przy czym miłość do Jezusa nie jest miłością do syna, chłopca, ale do Chrystusa, Zbawiciela. Tak Józefa ta miłość zmęczyła, że udaje się na spoczynek, zresztą na tyle wcześnie, żeby nie widzieć cierpień Jezusa na Kalwarii, a aniołowie mu zazdroszczą. Elżbieta, wysłuchawszy licznych arii Józefa o żarze, który rozpala mu piersi, cynicznie stwierdziła, że Józef odczuwał bóle wieńcowe i umarł na zawał serca. Od strony wykonawczej rzecz bez zarzutu: Fabio Biondi i Europa Galante są najlepszymi akompaniatorami oper barokowych, a wszyscy soliści śpiewali na na bardzo wysokim poziomie. Głosowo najlepsza była Marina de Liso jako Maria Santissima, ale najbardziej wirtuozerską partię miała Pamela Lucciarini jako San Michele Arcangelo. Oratorium, jako się rzekło, jest debiutanckie, więc nierówne. Są tam fragmenty lepsze i gorsze, wręcz nudnawe. Najlepiej wyszły Pergolesiemu formy zbiorowe: duet Il Signor vuol, ch'a te solo i tercet - forma rzadko spotykana - Intanto chiudi i lumi. Mnie najbardziej podobały się jednak fragmenty arii Non può chi tutto può. Mianowicie, są tam duże fragmenty orkiestrowe, w szczególności długi fragment, w którym gra tylko teorban (Giangiacomo Pinardi) i bas (Patxi Montero), ale nie smykiem, lecz szarpiąc struny (tego chyba nie było w nutach?), potem wchodzą skrzypce (Biondi) w partii koncertującej, wreszcie wiolonczela. Cudowne! Choć trochę dziwne, jak na oratorium.
poniedziałek, 26 marca 2012
Jeśli wierzyć sondażom, jestem w mniejszości. Popieram podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat. To, że za 10 czy kilkanaście lat liczba osób zdolnych do pracy zmniejszy się wyraźnie w stosunku do stanu dzisiejszego, to nie są żadne prognozy. To jest fakt. Ludzie, którzy wtedy będą pracować, już się urodzili i w żaden cudowny sposób ich nie przybędzie, a ubytek siły roboczej jakoś trzeba będzie zrekompensować. Przekonująco pisze o tym Krzysztof Łoziński. Gdy Bismarck (sic!) ustalił wiek emerytalny na 65 lat, naprawdę chodziło o to, żeby starcy stojący nad grobem nie musieli już pracować - średnia długość życia mężczyzn w Prusach wynosiła wówczas 63 lata. Średnia długość życia rośnie - i bardzo dobrze! - a wiek emerytalny nie. Dzisiejsi emeryci pobierają swoje świadczenia dłużej, niż ich rodzice i dziadkowie, a proces ten będzie postępował. Jeśli zachowamy obecny system, to, wobec kurczącego się zasobu siły roboczej, albo przyszłe świadczenia będą żałośnie niskie, albo obciążenia pracujących będą absurdalnie wysokie. Może to doprowadzić do poważnych napięć społecznych: mniej liczni pracujący po prostu nie będą chcieli tak wiele płacić na emerytów. W interesie przyszłych emerytów leży więc to, aby do takiej sytuacji nie dopuścić. Wydaje mi się, że proponowana reforma jest źle prezentowana. Podniesienie wieku emerytalnego nie ma nastąpić natychmiast. Wiek emerytalny będzie podnoszony stopniowo i osiągnie 67 lat dla mężczyzn w październiku 2020, a dla kobiet dopiero w październiku 2040. Wszystko jest wyraźnie i klarownie rozpisane w tej pouczającej tabeli. Tymczasem ludzie protestują tak, jakby zły Tusk chciał zmuszać do pracy do 67. roku życia także tych, którzy według obecnych przepisów mieliby przejść na emeryturę powiedzmy za rok albo zgoła - cóż za zgroza! - odebrać emerytury tym, którzy już je pobierają, a nie mają jeszcze 67 lat. Na wszystkie pokazywane w mediach protesty osób w wieku (około)emerytalnym trzeba łagodnie odpowiadać "państwa to nie dotyczy". I trzeba to powtarzać w kółko, w kółko i w kółko. Cierpliwie, głośno i wyraźnie. Związki zawodowe i politycy opozycji, od Millera po Kaczyńskiego, oczywiście rozumieją zasady proponowane przez Tuska, ale nie dość, że nie chcą ich nikomu tłumaczyć - zgoda: nie muszą - to cynicznie wykorzystują lęki i nieświadomość osób, które teraz, niewiele przed oczekiwaną emeryturą, całkiem niesłusznie czują się przez reformę zagrożone. W myśl proponowanej reformy na emeryturę w wieku 67 lat przejdą dopiero te kobiety, które teraz mają lat 38 i mniej. Ciekawe, że protestów ze strony tej grupy raczej nie słychać. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że samo podniesienie wieku emerytalnego nie wystarczy. Zmienić się będzie musiał rynek pracy. Konieczność pracy do 67. roku życia nie oznacza konieczności pracy na tym samym stanowisku - zgoda, ale muszą powstać miejsca pracy dla osób 60+ (Polska ma obecnie problemy z tworzeniem miejsc pracy dla osób o dziesięć lat młodszych!), być może zdolnych do pracy tylko w niepełnym wymiarze. Być może ludzi trzeba będzie do takiej pracy przeszkolić, a będą to musiały być zupełnie inne szkolenia, niż te obecnie proponowane. Zmienić się będzie musiała opieka zdrowotna, zasady przyznawania rent dla tych, którzy naprawdę pracować nie mogą, ale zmienić się też musi podejście do przestrzegania higieny pracy, BHP, unikania zagrożeń przez tych, którzy pracują. Postęp techniczny i globalizacja, które teraz szkodzą, bo powodują utratę dobrze płatnych miejsc pracy w przemyśle, będzie z jednej strony działał na korzyść, gdyż będzie zmniejszał zapotrzebowanie na ciężką, wyniszczającą pracę fizyczną, ale z drugiej będzie rodził kolejne wyzwania, bowiem dla osób, które stracą taką pracę nie osiągnąwszy wieku emerytalnego, trzeba będzie znaleźć jakąś inną pracę. (Wracając na chwilę do tekstu Łozińskiego, ubytek PKB spowodowany ubytkiem rąk do pracy można także zrekompensować przez wzrost wydajności - i oby tak się stało, wszyscy będziemy wówczas bogatsi, ale na miejscu rządzących nie opierałbym o to polityki społecznej na najbliższe dwadzieścia kilka lat.) O tym wszystkim się nie mówi, a bez tych zmian reforma się nie powiedzie. Należy także zlikwidować przywileje dla tych grup, które obecnie je mają, w tym dla mundurowych, sędziów i prokuratorów, górników. Te zawody powinny być odpowiednio wynagradzane, a więc te wszystkie osoby powinny płacić proporcjonalnie wysokie składki emerytalne, ale nie widzę powodów, dla których reszta pracujących i podatników miałaby do nich coś ponad to dokładać. Zupełnie nie przekonuje mnie argument o "ochronie praw nabytych". Prawem nabytym jest emerytura, którą już ktoś - niechby nawet agent Tomek - pobiera, ale nie obietnica przyszłej emerytury. Nie widzę przeszkód, aby przywileje usuwać stopniowo także już obecnie pracującym wojskowym, sędziom itd - na przykład nakładać na nich obowiązek płacenia składek w takim tempie, w jakim podnoszony będzie wiek emerytalny. Osobną kwestią jest obecny kryzys w stosunkach PO z PSL. Wielu komentatorów twierdzi, że to jest tylko gra, że Pawlak, w zamian za poparcie, liczy na umorzenie wielomilionowego długu, jaki PSL ma wobec Skarbu Państwa - to możliwe, ale takie ustępstwo ze strony Tuska i Rostowskiego to byłby skandal, klasyczna i niewybaczalna korupcja polityczna - lub też że Pawlak chce się pokazać jako "twardziel" przed nadchodzącymi wyborami prezesa PSL. Skłaniam się do tej drugiej opinii. Pawlak ustąpi, ale Platforma zgodzi się na jakieś jego postulaty. Najprawdopodobniej na pewne przywileje dla kobiet. Postulat, aby kobietom jakoś zrekompensować czas, w którym nie pracowały, ale zajmowały się dziećmi, jest społecznie (choć pewnie nie fiskalnie) racjonalny. Kobiety, które będą w przyszłości szły na urlopy wychowawcze, mogłyby mieć składki emerytalne płacone z budżetu państwa (nb, to samo powinno dotyczyć mężczyzn biorących urlopy wychowawcze!), a tym, które urlopy wychowawcze wykorzystały w przeszłości, ZUS mógłby podnosić "kapitał początkowy", w proporcji takiej, w jakiej obejmie je podwyższenie wieku emerytalnego. Nie byłaby więc to "premia za urodzenie dziecka", ale rekompensata zarobków utraconych na skutek przebywania na urlopie wychowawczym. Byłem wczoraj na koncercie pieśni wielkopostnych, Crux Fidelis. Śpiewał zespół Perfugium, półamatorski, ale naprawdę dobry. W programie trochę chorałów i muzyki renesansowej, ale przede wszystkim piękne polskie pieśni pasyjne, które w większości znałem - z mniej lub bardziej (na ogół bardziej) kaleczonych wykonań w kościołach. Dla wielkiej części - większości? - Polaków nabożeństwa stanowią jedyną okazję do kontaktu z żywą muzyką. Dlaczego księża, organiści, osoby prowadzące rozmaite kościelne schole, tak źle traktują muzykę? Dlaczego Polakom słoń nadepnął na ucho? Wczoraj, w prawie godzinnym programie, zespół bardzo dobrze wykonał kilka trudnych hymnów, w tym Vexilla Regis, hymn napisany na uroczystość sprowadzenia relikwii Prawdziwego Krzyża do Francji. Mnie jednak najbardziej wzruszyła przepiękna (i szczególnie boleśnie maltretowana w kościołach) pieśń Krzyżu święty nade wszystko. Ci, którzy nic z niej nie rozumieją, używają jej jako kanonicznego przykładu na perwersję katolicyzmu. Nic podobnego, ale atakowanie katolicyzmu jest teraz modne. (Nie protestuję przeciwko krytykowaniu hierarchii i kościelnych instytucji, bo sobie na to zasłużyły.) Muszę powiedzieć, że mnie wczorajszy koncert zbudował - że im się chce, że się starają i że tak dobrze im to wychodzi. Linkuję powyżej Vexilla Regis w wykonaniu Ensemble Organum, ale wczorajsze Perfugium wcale nie było gorsze!
piątek, 16 marca 2012
Przeczytałem dziś, że arcybiskup Cantenbury, Rowan Williams, ogłosił swoją rezygnację. Oficjalnie Williams chce zająć się pracą naukową, w rzeczywistości jednak był atakowany i przez kościelnych liberałów, i przez konserwatystów. Powiada się, że Williams, choć światły, wykształcony, wybitny kaznodzieja, nie poradził sobie z problemami, jakie trapią Kościół anglikański. Brytyjska prasa spekuluje, kto mógłby zostać następcą Williamsa. Najpoważniejszym kandydatem wydaje się druga osoba w hierarchii, arcybiskup Yorku, John Sentamu.
John Sentamu jest pierwszym czarnoskórym arcybiskupem w Kościele Anglii. Urodzony w Ugandzie, skończył tam prawo, najpierw praktykował jako adwokat, później został sędzią. Skonfliktował się z ówczesnym reżimem i w latach '70 przybył do Wielkiej Brytanii jako uchodźca polityczny. Zrobił w Cambridge doktorat z teologii i został anglikańskim księdzem, potem biskupem pomocniczym Londynu, biskupem Birmingham, wreszcie arcybiskupem Yorku. Senatmu mówi o sobie, że nie jest arcybiskupem Yorku (archbishop of York), lecz arcybiskupem dla Yorku (archbishop for York). Jest znany z wielu głośnych wypowiedzi. Uważa, że więźniowie Guantanamo traktowani są w sposób nieludzki, a jednocześnie wspiera brytyjskich weteranów wojny w Afganistanie i rodziny poległych żołnierzy. Wykonał pokazowy skok na spadochronie dla celów charytatywnych, ale odrzuca publiczną rolę celebryty. Krytykuje Roberta Mugabe, potępia wszelkie formy rasizmu (już będąc biskupem, sam był obiektem rasistowskich ataków), uważa, że brytyjscy chrześcijanie traktowani są niesprawiedliwie w swoich miejscach pracy, nie potępia tego, że młodzi ludzie mieszkają ze sobą przed ślubem, posługując się przykładem księcia Williama i Kate Middleton. O homoseksualistach mówi, że
ale sprzeciwia się małżeństwom homoseksualistów (nie sprzeciwia się temu, co w polskiej terminologii nazywa się związkami partnerskimi). Potępia spekulacje finansowe. Broni prawa Kościołów do prowadzenia szkół. Na jego ingresie w Yorku były afrykańskie tańce i śpiewy, a sam arcybiskup zagrał na bębnach. Słowem, prezentuje taką mieszankę modernizmu i tradycjonalizmu, która bardzo odpowiada moim gustom. Najbardziej jednak - on, Ugandyjczyk - ujął mnie tą wypowiedzią:
Bardzo ciekawa postać. Szkoda, że w Polsce nie mamy takich biskupów.
niedziela, 11 marca 2012
Podobno są ludzie, którzy czytają prawicową publicystykę dla rozrywki. Ja do nich nie należę, ale znajomy polecił na fb tekst z portalu niezalezna.pl. Wiem dobrze, że "prawicowcy" uważają, że wolnej Polski nie ma, żyjemy rosyjsko-niemieckim kodominium, a kto nie wyznaje religii smoleńskiej, nie ma prawa uważać się za Polaka (zobacz także Polak mały). Wiem o tym, jednak każde zetknięcie z takimi poglądami wywołuje u mnie uczucie zdumienia i zażenowania, większego nawet niż oburzenie, że głosiciele tych idei uzurpują sobie prawo do decydowania, kto należy do wspólnoty narodowej. Autor omawianego artykułu stwierdza, że otacza go
Muszę przyznać, że jest to spójne z oficjalnie i całkiem na serio głoszonym programem PiS. W PiSowskim Raporcie o stanie Rzeczypospolitej czytamy, że rządy Kaczyńskiego były
Innymi słowy, naród jest nadrzędny, pierwotny, bez niego nie można zyskać pełni człowieczeństwa. Kto jest "oderwany od polskości", jest właściwie godzien współczucia, ale autor artykułu z niezależnej odczuwa raczej wzgardę. Na ironię zakrawa fakt, że choć "prawicowcy" nigdy nie wybaczyli Szymborskiej jej wierszy z czasów stalinizmu, współczesne sentymenty "prawicowe" doskonale oddaje Gawęda o miłości ziemi ojczystej (1954):
Wracając do niezależnej, czytamy tam, że Polska była
Bardzo mnie ciekawi, jakie to imperia się o nas potykały, odnoszę bowiem wrażenie, że my za sukces często braliśmy to, że choć kolejni wrogowie chcieli nas zmiażdżyć, myśmy jednak za każdym razem przetrwali, choć na ogół bardzo poturbowani. To prawda, 600 lat temu pokonaliśmy Krzyżaków, ale czy dalej mamy na tym budować naszą tożsamość? Tym bardziej, że nie umieliśmy tego zwycięstwa wykorzystać. 500 lat później, w wojnie 1920 roku, Polska rzeczywiście powstrzymała imperialne plany bolszewików, ale, jak się okazuje, tylko na pewien czas. W dodatku nikt, poza nami, nie dostrzega tego sukcesu, choć to był prawdziwy sukces, bo gdyby rewolucja bolszewicka połączyła się, po trupie Polski, z rewolucją proletariacką w Niemczech, losy Europy mogłyby wyglądać zupełnie inaczej. Najlepsze na koniec: Autor niezależnej wprost odwołuje się do mesjanizmu:
Wierzyć mi się nie chce, że ktoś to pisze poważnie, inni zaś to jak najpoważniej czytają. Dawniej Polacy ginęli w źle zorganizowanych, zazwyczaj bezsensownych powstaniach, wznosząc hasło "Za wolność waszą i naszą", teraz prawdziwi Polacy mesjanistycznie
To ci dopiero bohaterska walka. Świat zamiera w zadziwieniu. A to drzewo to pewnie była brzoza. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autor
Blogi
|