Wpisy z tagiem: reforma nauki
niedziela, 20 lutego 2011
Ustawa reformująca szkolnictwo wyższe przeszła przez Sejm z niewielkimi zmianami w stosunku do przedłożenia rządowego i trafiła do Senatu. Całą tę nowelizację uważam za chybioną, gdyż nie dotyka źródeł największych problemów trapiących polską nauke i szkolnictwo wyższe, tym niemniej Senat wciąż może wprowadzić poprawki, które uczynią ją mniej złą. Znaczenia symbolicznego nabrał Artykuł 125 Ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym. Artykuł ten dotyczy zwalniania pracownika naukowego "z innych ważnych przyczyn", a więc nie wtedy, gdy otrzyma dwukrotnie ocenę negatywną, zostanie skazany prawomocnym wyrokiem itp, ale wtedy, gdy władze uczelni arbitralnie uznają, że z tym panem lub panią współpracować już nie chcą. W wersji obecnie obowiązującej odpowiedni przepis brzmi:
Po nowelizacji w wersji rządowo-sejmowej brzmiałby on
Zmiana jest pozornie niewielka, "zgoda" zostaje zastąpiona przez "opinię". Recz w tym, że opinia jest niewiążąca - choćby organ kolegialny in gremio sprzeciwił się zwolnieniu danej osoby, władze mogą się z tą opinią zapoznać, a potem postąpić wedle własnego uznania. Władze uczelni zyskają więc możliwość zwolnienia każdego nielubianego pracownika, z dowolnych powodów, także politycznych. Zgadzam się, że przepis ten będzie wykorzystywany bardzo rzadko, jeśli w ogóle, sprawa ma więc niewielkie znaczenie praktyczne, ale będzie istnieć groźba nadużycia, a przynajmniej wykorzystywania go jako straszaka. Rzecz jest tym bardziej dziwna, że w Ustawie o instytutach badawczych analogiczny przepis (Art. 45 pkt. 4) brzmi
Ustawę tę uchwalono 30 kwietnia 2010, weszła ona już w życie i logicznie stanowi część tej samej reformy nauki, co nowelizacja Prawa o szkolnictwie wyższym. Nie widzę merytorycznych powodów, dla których ta sama sprawa miałaby być inaczej regulowana w instytutach badawczych, inaczej na uczelniach. No, chyba że władza faktycznie postrzega wyższe uczelnie jako środowisko bardziej "wrogie", na które należy przygotować grubszy kij. To byłoby bardzo groźne. Jeżeli Senat - a konkretnie senatorowie Platformy, mający w Senacie większość bezwzględną - nie zmieni Artykułu 125, przywracając wymóg uzyskania zgody w miejsce niewiążącej opinii, Platforma strzeli sobie w stopę, narazi się bowiem na zarzut, iż przygotowuje sobie narzędzie do usuwania z uczelni przeciwników politycznych. Nie mam wątpliwości, że jeśli zostanie "opinia", zarzut taki padnie - zapowiedź można zobaczyć już w stanowisku Solidarności. Artykuł 125 jest jedną z tych pozornie drobnych spraw szczegółowych, na które Platforma nie zwraca uwagi, a które mogą kosztowac ją wiele głosów w jesiennych wyborach.
środa, 19 stycznia 2011
Komentator whiteskies zadał sobie trud przeczytania najnowszego raportu Ernsta i Younga Produktywność naukowa wyższych szkół publicznych w Polsce. Okazuje się, że wcześniejsze omówienia prasowe tego raportu były właściwie jego karykaturą (uczciwie przyznaję, że artykuł w Wyborczej był bardziej rzetelny), więc opinia osób - w tym i mnie - które nie przeczytały oryginału, a tylko opierały się na relacjach medialnych, była nieuzasadniona. Okazuje się, że w raporcie można znaleźć sporo rzeczy, które są raczej zgodne z opinią tzw. środowiska niż z opinią pani minister.
E&Y, oprócza samego tekstu, udostępnia też prezentację głównych tez raportu.
wtorek, 28 grudnia 2010
W Gazecie Świątecznej z 18-19 grudnia Adam Leszczyński, pisząc o reformie nauki (Teoria względności na wolnym rynku), słusznie zauważa, że oto szykują się zmiany mogące mieć kolosalne znaczenie dla przyszłego rozwoju cywilizacyjnego Polski, a tymczasem opinia publiczna,
nic o nich nie wie lub je lekceważy. Leszczyński kreśli więc na potrzeby czytelników Gazety obraz współczesnej polskiej nauki i choć stara się wyważać racje, cytować przeciwników reformy, przedstawia obraz sporządzony z punktu widzenia minister Barbary Kudryckiej,
W tej wizji polskie szkoły wyższe są skostniałym skansenem PRLu, niechętne wszelkiej konkurencji, odmawiają rynkowej weryfikacji, są niechętne do współpracy z gospodarką. Coś w rodzaju mieszanki KRUS ze spółdzielniami mieszkaniowymi. Po takim wprowadzeniu Leszczyński pokrótce przedstawia główne elementy wdrażanej właśnie reformy. Adam Leszczyński myli się w kilku punktach szczegółowych, ja jednak chciałbym się zająć czterema kwestiami natury bardziej ogólnej. Po pierwsze, uczelnie prowadzą dwa rodzaje działalności, badawczą i dydaktyczną. Artykuł Adama Leszczyńskiego skupia się prawie wyłącznie na tej pierwszej, tymczasem nie sposób mówić o badaniach w oderwaniu od dydaktyki. Przychody z działalności dydaktycznej – państwowa dotacja zależna od liczby studentów na studiach stacjonarnych na uczelniach publicznych, czesne na pozostałych typach studiów – stanowią główne źródło przychodów uczelni. Uczelnie odczuwają wobec tego presję na przyjmowanie jak największej liczby kandydatów. W Polsce studiuje prawie dwa miliony osób, z czego nieco mniej niż połowa na studiach stacjonarnych. Statystyka jest imponująca, ale zobaczmy, co się za nią kryje. Wiele osób studiuje nie dla wiedzy, ale dlatego, że nie może znaleźć pracy po maturze. Albo z braku lepszego pomysłu na życie. Przyjęte 16.10.2009 rządowe Założenia do nowelizacji ustawy – prawo o szkolnictwie wyższym stwierdzają:
Gazeta też o tym pisała, na przykład w artykule Kierunek pedagogika – wylęgarnia bezrobotnych (zobacz także mój ówczesny komentarz). Pedagogika jest jednym z najpopularniejszych kierunków, studiuje ją w Polsce 240 tysięcy osób. Pracę jest po niej znaleźć bardzo trudno, kandydaci to wiedzą, ale pchają się na pedagogikę drzwiami i oknami. A potem niemogący znaleźć pracy absolwenci domagają się, aby państwo sfinansowało im studia podyplomowe (Nie ma pracy dla magistrów). Można odnieść wrażenie, że masowość studiów służy kamuflowaniu bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich. Choć awans zawodowy pracowników uczelni zależy od działalności naukowej, ich pensje zależą przede wszystkim od dydaktyki. Wynagrodzenia podstawowe bywają niskie, a wysokie dochody, o których pisze Gazeta, uzyskiwane są dzięki płatnym nadgodzinom dydaktycznym. Ktoś musi prowadzić zajęcia z rzeszami studentów, uczelniom zaś bardziej opłaca się płacić za nadgodziny niż zatrudniać dodatkowych wykładowców. W ten sposób jednak dramatycznie spada czas, który pracownicy uczelni mogą poświęcić na badania naukowe. Obowiązek publikowania często załatwiają artykułami w lokalnych pisemkach, których nie czyta nikt poza redaktorem, rodziną i nieszczęsnymi studentami autora. Przeprowadzana właśnie reforma nie dotyka żadnego z tych problemów. Tymczasem sytuację łatwo możnaby zmienić. W dużym uproszczeniu, gdyby państwo podniosło dotację wypłacaną per capita za każdego studenta, przynajmniej uczelnie publiczne mogłyby, zachowując dotychczasowy poziom przychodów, zmniejszyć rekrutację, zadbać o jakoś dydaktyki, nie tylko o ilość przeprowadzonych zajęć, zwiększyć pensje wykładowców, ci zaś, nie odczuwając presji do brania nadgodzin, mogliby zająć się nauką. Nie należy się przy tym łudzić, iż cała zwiększona dotacja dydaktyczna zostałaby wydana sensownie: Część zostałaby zmarnowana, a możliwe skutki pozytywne byłyby odłożone w czasie o rok, dwa, a może nawet więcej. Tym niemniej należałoby przynajmniej spróbować. Ale do żadnego powiększenia dotacji dydaktycznej nie dojdzie. Ci, którzy teraz idą na studia z braku lepszych perspektyw życiowych – ostrożnie załóżmy, że jest to 1/5 studentów studiów stacjonarnych – nie zostałaby przyjęta. Nie znalazłszy pracy – bo satysfakcjonującej pracy dla absolwentów szkół średnich nie ma – zarejestrowaliby się jako bezrobotni. Oznaczałoby to wzrost bezrobocia o prawie 200 tysięcy osób. Państwo jednym ruchem popsułoby sobie statystyki i bezrobocia, i scholaryzacji. Po drugie, jak zawsze, chodzi o pieniądze. Leszczyński niewiele o tym pisze. Cytuje prof. Witolda Orłowskiego, który przekonuje, że
Polska na samą naukę (bez szkolnictwa wyższego) wydaje niecałe 0,4% PKB i wzrostu do 1% PKB wcale nie należałoby uznać za „niewielki” – przeciwnie, za olbrzymi. Nieco bałamutne jest jednak operowanie wyłącznie procentami PKB, gdyż liczy się także sama wielkość PKB. Gdyby jakiś kraj miał dwa razy wyższe PKB, niż Polska, na naukę zaś przeznaczał 0,8% PKB, przeznaczałby na naukę nie dwa, ale cztery razy więcej pieniędzy. Liczy się nie procent PKB, ale realny strumień pieniędzy płynący do nauki, gdyż aparatura naukowa, literatura, odczynniki, komputery, usługi telekomunikacyjne etc kosztują w Polsce tyle samo, co w innych krajach Europy (w Polsce nawet, bywa, więcej niż gdzie indziej). W Polsce tylko jedno jest tańsze: praca naukowców. Pani minister uważa, że po reformie
Trzeba się porównywać z najlepszymi. Uniwersytet Harvarda uczy 21 tysiące studentów i osiągnął w 2009 łączne przychody, ze wszystkich źródeł, wynoszące (po przeliczeniu) 620 tysięcy złotych na jednego studenta. Uniwersytet Cambridge – 17 tysięcy studentów i 203 tysiące złotych przychodu na studenta. Największy w Polsce Uniwersytet Warszawski – 56 tysięcy studentów i 15 tysięcy złotych przychodu na studenta. Wedle cytowanych już rządowych Założeń, w 2006 całość państwowych nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę w przeliczeniu na jednego studenta była najniższa spośród wszystkich krajów OECD. Nasze uczelnie mają być konkurencyjne w świecie? Po trzecie, szczupłe nakłady państwowe mają być uzupełnione pieniędzmi płynącymi z gospodarki. Dotąd było z tym źle.
Brzmi to tak, jakby polscy naukowcy byli niechętni lub niezdolni do współ-pracy z przemysłem, jakby powodowali jakąś obstrukcję. Tymczasem chodzi o coś zupełnie innego. Polska gospodarka jest bardzo mało innowacyjna, powstaje u nas bardzo niewiele nowoczesnych produktów. Na skutek zapóźnienia cywilizacyjnego Polski, sukces rynkowy może odnieść produkt, który był nieobecny w Polsce, choć jest już dobrze znany w świecie. Także na rynkach międzynarodowych konkurujemy raczej niższymi kosztami wytwarzania produktów typowych niż unikalnymi produktami zaawansowanymi technologicznie. W tej sytuacji jest jasne, że przedsiębiorcy łatwiej i taniej jest kupić gotową technologię za granicą, niż inwestować i czekać, aż polscy uczeni wyważą jakieś otwarte drzwi. Inwestujące u nas międzynarodowe koncerny także mają swoje centra badawcze zlokalizowane gdzie indziej. Samo nakłanianie uczelni do współpracy z przemysłem nie sprawi cudu, gdyż także przemysł musi widzieć konieczność takiej współpracy, tego zaś nie załatwi się zmianą organizacji nauki. W dodatku nie wszystko da się skomercjalizować. Leszczyński pisze, że skoro
ministerstwo uruchamia Narodowy Program Rozwoju Humanistyki, ale
Tymczasem nie można oczekiwać szybkiej komercjalizacji wyników badań podstawowych w dyscyplinach ścisłych, w których akurat Polska osiąga największe sukcesy i bez których po jakimś czasie więdną badania stosowane. Leszczyński cytuje prof. Karola Modzelewskiego, który mówi, że
Profesor się myli – dzisiaj teoria względności jak najbardziej się opłaca. Gdybyśmy nie znali teorii względności, wiele urządzeń, których na co dzień używamy, jak choćby lokalizatory GPS, nie mogłoby działać, Francja zaś, która wytwarza 90% energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, stanęłaby w obliczu gigantycznego kryzysu. Jednak gdy nieco ponad sto lat temu Albert Einstein formułował teorię względności, nie robił tego aby na niej zarobić, ale by lepiej zrozumieć świat. Zastosowania i zyski, krociowe zyski, przyszły później, w obszarach, których sam Einstein nie mógł przewidzieć. Przypomina mi się anegdota: Gdy w połowie XIX wieku brytyjski kanclerz skarbu zwiedzał pracownię Michaela Faradaya, bodaj najbardziej genialnego eksperymentatora wszechczasów, ten pokazał mu swój wynalazek: maszynę służącą do wytwarzania prądu elektrycznego. Kanclerz był bardzo sceptyczny i zapytał do czego to się może przydać. „Nie mam pojęcia, sir”, odparł Faraday, „ale pewnego dnia będzie pan to mógł opodatkować”. Mnie zaś – i to jest mój czwarty punkt – najbardziej oburza inny element reformy, a mianowicie znaczne zmniejszenie puli stypendiów za wyniki w nauce i przeznaczenie uzyskanych środków na stypendia socjalne. Moim zdaniem przekonanie, iż w Polsce są rzesze młodych ludzi, którzy chcieliby studiować i byliby dobrymi studentami, ale nie mogą z powodów materialnych, to mit. Na pewno są tacy ludzie, ale nie ma ich wielu. Obecnie – przypominam – w Polsce studiuje prawie dwa miliony osób i jest to raczej za dużo, niż za mało. Wielu studentów pracuje, i to od najmłodszych lat studiów. Nasz system stypendialny na pewno nie jest doskonały, z całą pewnością bywa nadużywany, ale powiększanie puli stypendiów socjalnych kosztem stypendiów za wyniki w nauce to absurd! Taka decyzja będzie miała charakter wybitnie demotywujący. Będzie to jasny sygnał, iż państwo polskie bardziej od studentów dobrych, osiągających wysokie wyniki, ceni sobie studentów, którzy zrobią jakikolwiek dyplom. Czy naprawdę to chcemy powiedzieć naszym studentom? Czy jest w tym ukryte przesłanie, że końcowa ocena na dyplomie i tak się nie liczy, więc państwo nie ma do czego zachęcać? Czy hipotetyczne powiększenie (wbrew trendom demograficznym!) liczby potencjalnych studentów ma utrzymać wysoki poziom rekrutacji do „wylęgarni bezrobotnych”, tak państwowych, jak i prywatnych, które na tym zarabiają? Na zakończenie chciałbym zadać pani minister pytanie. Według planów Ministerstwa,
MNiSW organizowało dotąd każdego roku dwa konkursy grantowe na projekty własne, doktoranckie i habilitacyjne, w styczniu i w lipcu. Jak do deklaracji Ministerstwa ma się fakt, iż styczniowy (2011) konkurs nie odbędzie się, podobnie jak nie było listopadowego naboru na granty rozwojowe? Zapewne usłyszę, że konkursy grantowe będą organizowane na nowych, lepszych zasadach, po wejściu w życie reformy. Oznaczałoby to, że przez rok grantów nie będzie. I to byłaby najlepsza pointa działań pani minister.
niedziela, 26 września 2010
...nowy rok akademicki. Z tej okazji znani krakowscy profesorowie piszą o sytuacji na uczelniach. Jan Hartman o doktorantach, Andrzej Jajszczyk zaś o zaniechanej (sic!) reformie. Z Hartmanem mam problem. To jest odważny i mądry człowiek, cenię sobie jego publicystykę, ale od czasu do czasu zdarza mu się palnąć głupstwo. Komu zresztą się nie zdarza? Tym razem nie umiem jednoznacznie ocenić jego artykułu. W wielu miejscach ma niewątpliwie rację: studia doktoranckie stają się bez mała masowe - o powodach tego stanu rzeczy pisałem już kilkakrotnie - a wobec tego nie starcza pieniędzy na stypendia dla wszystkich. Doktorant to nie uczony, to dopiero kandydat na uczonego, a przeciętny poziom prac doktorskich, niestety, spada. Trzeba wszakże pamiętać o drugiej stronie medalu: doktoranci pracują na rzecz uczelni. Prowadzą zajęcia, wykonują rozliczne czynności organizacyjne, przygotowują artykuły, które, owszem, liczą się później do ich dorobku naukowego, ale także do dorobku instytucji, w której pracują. Gdyby instytucja ta chciała zatrudnić do wykonywania tych prac asystentów, musiałaby zapłacić im o wiele więcej, niż wynosi stypendium doktoranckie. Ja akurat nie uważam, że w sposób konieczny oznacza to wyzysk doktorantów - wiele zależy od tego, co (i czy cokolwiek) doktoranci otrzymują w zamian i jak są traktowani przez swoich promotorów i innych zwierzchników (wszelkie formy mobbingu są, rzecz jasna, godne najwyższego potępienia); możliwość pracy nad ciekawym projektem, zwiększająca szanse na znalezienie pracy po zrobieniu doktoratu, można uznać za formę "wynagrodzenia niepieniężnego" - jednak uczciwość intelektualna każe przyznać, że uprawniony jest także pogląd przeciwny. Nie chodzi zresztą o same stypendia wypłacane doktorantom, ale także o środki potrzebne na wyjazdy terenowe, kwerendy biblioteczne czy choćby udział w konferencjach. Wiele uczelni oczekuje tego od swoich doktorantów, ale nie daje im na to nawet złamanego grosza. Rację ma Hartman pisząc, iż potencjalnie dostępne są różne możliwości finansowania poza stypendiami rozdawanymi przez uczelnie, ale, z najrozmaitszych powodów, nie są one dostępne dla wszystkich, poza tym zaś ubiegając się o takie stypendia, na ogół już trzeba popisać się jakimiś wynikami. Być może w filozofii praca nad doktoratem polega głównie na pisaniu książki. Jednak w wielu krajach i dyscyplinach doktoranci są wołami roboczymi nauki, przy czym wcale nie musi chodzić o wyzysk będący sprawką konkretnych szefów. W naukach ścisłych i społecznych dla dalszej kariery akademickiej liczy się nie tylko praca doktorska (dysertacja), ale też pozostały dorobek naukowy doktoranta - ba, dość często sama praca doktorska ma znaczenie mniejsze, niż zbiór pozostałych artykułów doktoranta, to, jakie techniki badawcze (eksperymentalne, matematyczne, obliczeniowe, statystyczne) opanował w trakcie studiów, z jakimi problemami się zapoznał. W naukach eksperymentalnych fizyczna obecność doktorantów na uczelni jest konieczna i doktorant, który z czegoś żyć przecież musi, ma bardzo skromne możliwości dorobienia do stypendium. Skoro filozof Jan Hartman tak autorytatywnie wypowiada się na temat statusu doktorantów, możnaby oczekiwać, iż zapoznał się ze specyfiką tych studiów także w innych, niż filozofia, dziedzinach. A już paternalistyczne rozważania o małych smuteczkach doktorantów, zalewanych piwem, są po prostu nie na miejscu. Panie profesorze Hartman! Powinno nam zależeć na przyciąganiu na studia doktoranckie najlepszych kandydatów. Niestety, ze względu na niskie stypendia i kiepskie warunki pracy, wielu z tych najlepszych rezygnuje ze studiów, wybierając pracę za prawdziwe pieniądze w innych firmach lub instytucjach. Czy musimy wyśmiewać się z tych, którzy zostają? Natomiast artykuł Andrzeja Jajszczyka jest po prostu zły. Autor ma rację w kilku punktach szczegółowych, na przykład kpiąc z tytułomanii naukowców i napuszonych nazw zatrudniających ich uczelni, zwracając uwagę na nietrafione inwestycje czy na trudności w zarządzaniu uczelniami z ich samorządowymi Senatami i Radami Wydziałów, generalnie jednak powtarza po prostu tezy raportu Ernst&Young, nie dając przy tym żadnych nowych argumentów. Nic dziwnego, prof. Jajszczyk był członkiem zespołu przygotowującego ten raport. W szczególności Jajszczyk ubolewa, iż nie przepędzono czarnego luda, jakim jest habilitacja. Teza, iż obowiązek habilitacji hamuje rozwój nauki, w żaden sposób nie daje się utrzymać. Całkowicie nietrafiony jest też pomysł, aby przyznawać więcej stypendiów socjalnych kosztem funduszy przeznaczanych dotąd na stypendia naukowe. Idea, że oto mamy w Polsce zastępy zdolnych, lecz biednych młodych ludzi, którzy mogliby zostać wybitnymi lekarzami, inżynierami lub poetami, lecz nie mogą, gdyż nie stać ich na studiowanie, a więcej stypendiów socjalnych rozwiąże ten problem, to mit. Owszem, ubodzy a zdolni ludzie istnieją, lecz proponowana przez Jajszczyka zmiana przede wszystkim doprowadzi do jeszcze wspanialszego rozkwitu "wylęgarni bezrobotnych" i będzie oznaczać dalsze brnięcie w masowość studiów kosztem ich poziomu. Jedynym oryginalnym osiągnięciem prof. Jajszczyka, prezentowanym w omawianym artykule, jest odejście od oklepanego porównania stosunków panujących na polskich uczelniach do feudalizmu. Zamiast tego autor porównuje je do schyłkowego sarmatyzmu. Ho, ho!
niedziela, 19 września 2010
Minister Barbara Kudrycka snuje mocarstwowe plany:
Ponieważ nic nie zapowiada zwiększenia nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe, raczej wręcz przeciwnie, pani minister najwyraźniej wyznaje teorię, iż herbata robi się słodsza od samego mieszania. Zapewne samopoczucie minister Kudryckiej podbudowuje doniesienie o tym, iż w Polsce, licząc procentowo, studia kończy więcej osób niż w Wielkiej Brytanii! Ale jakie są to studia? Tu sięgnąć trzeba do artykułu sprzed mniej więcej miesiąca: W Polsce wiele osób wybiera studia, po których trudno jest znaleźć pracę, na przykład pedagogikę. Ba, wiedzą to sami kandydaci, a jednak wybierają je, kierując się głównie tym, że są to studia łatwe, które można skończyć bez wielkiego wysiłku.
Na kierunki pedagogiczne na uczelniach państwowych jest trzy-cztery razy więcej kandydatów, niż miejsc. Ale także uczelnie prywatne, płatne, nie narzekają na brak kandydatów. Przeciwnie, wspomniana w Gazecie Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa w Bydgoszczy
Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne. Po co płacić za coś, co do niczego się nie przyda? Jednak chwila zastanowienia pokazuje, że decyzja o wyborze takich studiów jest całkiem racjonalna. Policzmy. Semestr studiów licencjackich na wspomnianej bydgoskiej uczelni kosztuje 1690 złotych, zatem za sześć semestrów zapłacimy 10140 zł. W tym czasie zyskujemy
W Bydgoszczy studencki bilet na tramwaj lub autobus jest o 1,30 zł tańszy od biletu normalnego. Jak łatwo wyliczyć, same składki ZUS, których nie musimy płacić, i mniej niż dwa przejazdy komunikacją miejską dziennie, równoważą całkowity koszt czesnego. Cała reszta jest naszym czystym zyskiem. Jasne, darmowe studia na uczelni państwowej są jeszcze bardziej opłacalne, ale także płatne studia na uczelni prywatnej oznaczają dla studenta zysk. Nawiasem mówiąc, wspomniany w Gazecie fakt, iż uczelnia wypuszcza tyle samo absolwentów, co przyjmuje kandydatów, jest statystycznie niemożliwy – no, chyba że na tej uczelni nie ma możliwości niezaliczenia roku. Studia są łatwe, gdyż ich poziom jest marny, wypuszczają więc tabuny źle przygotowanych absolwentów, którzy nie mogą przez to znaleźć pracy. Niestety, obraz ten jest klarowny i spójny. Wróćmy jeszcze do finansów. Z punktu widzenia państwa ubezpieczenie zdrowotne studentów nie jest wydatkiem (za studentów nikt składek nie płaci, podobnie jak za uczące się niepełnoletnie dzieci), ale utraconym zyskiem, zubażającym kasę NFZ, co w jakimś stopniu przyczynia się do złej sytuacji publicznej służby zdrowia. Podobnie, ułatwianie pracy na czarno oznacza uszczuplenie dochodów podatkowych. Wydatki na stypendia są natomiast realnym wydatkiem z budżetu państwa. Jeśli pominąć dotację budżetową do uczelni publicznych, państwo ponosi takie same wydatki i traci takie same wpływy niezależnie od tego, czy student uczy się w szkole publicznej, czy prywatnej. Oznacza to wszakże, że studia na uczelniach prywatnych de facto są dotowane przez państwo, choć same uczelnie prywatne dotowane nie są. Skierowanie, jak tego chcą zwolennicy planowanej reformy, państwowej dotacji dydaktycznej do uczelni prywatnych, oznaczałoby nieuzasadnione faworyzowanie tych uczelni kosztem uczelni państwowych – uczelnie prywatne otrzymywałyby bowiem i państwową dotację dydaktyczną, i zachowałyby prawo do pobierania czesnego. Wobec braku realnych perspektyw zwiększenia budżetowego finansowania szkolnictwa wyższego, dotowanie uczelni prywatnych musiałoby się odbywać kosztem zmniejszenia finansowania uczelni publicznych. Bardzo wątpię, aby takie rozproszenie środków mogło się przysłużyć do zwiększenia poziomu polskich uczelni. Kierunki, na których student niewiele się uczy i które nie dają realistycznych perspektyw znalezienia zatrudnienia, w Polsce nie dość, że kwitną, to są dotowane przez państwo (na uczelniach publicznych bardziej, na prywatnych mniej, ale też prywatnych jest o wiele więcej). To zastanawiające. Muszą spełniać jakąś ważną społeczną funkcję, choć nigdy nie została ona jawnie nazwana. Otóż te dotowane przez państwo „fabryki bezrobotnych” opóźniają wejście na rynek pracy tysięcy młodych ludzi. Usuwają z rynku pracy znaczne części roczników, zmniejszając oficjalne statystyki bezrobocia, poprawiając zarazem oficjalne statystyki wykształcenia. Dodatkowo, przez ułatwianie pracy na czarno, „fabryki bezrobotnych” zmniejszają globalne koszty pracy, które są w Polsce horrendalnie wysokie. Czy to ma być oficjalna polityka edukacyjna państwa?
wtorek, 14 września 2010
Rząd przyjął dzisiaj pakiet ustaw, w tym ustawy reformujące organizację nauki i szkolnictwa wyższego. Trafią one teraz do Sejmu, który, miejmy nadzieję, poprawi niektóre szczególnie szkodliwe rozwiązania. Na konferencji prasowej poświęconej proponowanym ustawom, premier Tusk zapowiedział ustawowy zakaz pobierania opłat za egzaminy powtórkowe i komisyjne.
To powinno zlikwidować taki swoisty przemysł, który generował środki dla uczelni poprzez przesadzanie z rygorami przy egzaminach w pierwszych terminach - tłumaczył premier. Otóż ja przeciwko takiemu sformułowaniu protestuję. Po pierwsze, na niektórych uczelniach opłat za egzaminy powtórkowe i komisyjne nie ma - nie ma ich na przykład na UJ i na znanych mi uczelniach państwowych. Po drugie, nawet wziąwszy pod uwagę, że na niektórych uczelniach (prywatnych?) opłaty takowe istnieją, trzeba mieć dowód albo przynajmniej przekonujące argumenty, iż egzaminatorzy z bezprawnego zawyżania wymagań egzaminacyjnych w pierwszym terminie uczynili sobie źródło dochodu. Blankietowe i nieuzasadnione oskarżanie całego środowiska o nieetyczne praktyki, sugerowanie, że owe praktyki są tak powszechne, że aż godne publicznego napiętnowania przez samego premiera, było dotąd domeną PiSu, nie Platformy. Tę wypowiedź premiera Donalda Tuska odnotowuję z prawdziwą przykrością. Dla porządku wspomnę, że inne rozwiązania, spoza pakietu "naukowego", o których premier i pani minister Fedak wspominali na tej konferencji - ułatwienia w zakładaniu żłobków, zwłaszcza w zakładaniu żłobków dla dzieci jakiejś firmy lub instytucji, także "nianie samorządowe" - uważam za całkiem rozsądne.
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kilka tygodni temu na stronach MNiSW opublikowano ósmą wersję projektu zmian w ustawach reformujących naukę. Jest to zapewne wersja ostateczna, która jesienią trafi pod obrady Sejmu. Habilitacja, z której proponenci reformy uczynili czarnego luda, rzekomo hamującego rozwój nauki w Polsce, pozostaje, ale proponowana procedura doprowadzi do deprecjacji tego stopnia naukowego. 1. Habilitacja Po pierwsze, bez habilitacji nie będzie można być adiunktem dłużej niż osiem lat (str. 57 projektu). Wydaje mi się, że to zbyt krótko. Osoby bardzo zdolne na pewno sobie poradzą, ale osoby zaledwie zdolne, w dodatku przeciążone dydaktyką - niekoniecznie. Sam przewód habilitacyjny może się ciągnąć długo - ustawa przewiduje co prawda maksymalny czas trwania przewodu, ale wprowadzone mechanizmy nie wydają mi się realistyczne - a w tej sytuacji ustalenie sztywnego limitu czasowego wywrze nie tyle presję na intensyfikację badań naukowych (co byłoby dobre), ile na obniżenie poziomu habilitacji (źle). Po drugie, sama procedura habilitacji ma wyglądać tak (str. 99-102):
Innymi słowy, Rada będzie podlegać silnemu naciskowi, aby zagłosować tak, jak to wskaże komisja, nawet gdyby wynik głosowania w komisji był 4:3 (przedstawiciele CK vs przedstawiciele Rady), gdyż w przeciwnym wypadku może stracić uprawnienia habilitacyjne. CK zresztą w sposób jaskrawy występuje jako sędzia we własnej sprawie: Najpierw wyznacza większość członków komisji, a potem, gdyby uchwała Rady nie była zgodna ze stanowiskiem większości komisji, ta sama CK decyduje, czy rozbieżność jest uzasadniona, aby wreszcie móc ukarać niepokorną Radę. Gdyby CK uznała, że to wyznaczeni przez nią członkowie komisji in gremio zbłądzili, zdezawuowałaby samą siebie, swoją poprzednią decyzję o powołaniu tych właśnie członków komisji. Procedury odwoławczej nie przewiduje się. W tej sytuacji Rady, dla świętego spokoju, będą głosować tak, jak komisja. To, z jednej strony, doprowadzi do przyznawania habilitacji słabych, z drugiej może służyć jako wehikuł do tępienia oryginalnej myśli naukowej. Wyobraźmy sobie, że na pewnym wydziale uprawiane jest nieortodoksyjne podejście do pewnej dyscypliny naukowej, o co nietrudno w dyscyplinach humanistycznych. Habilitant z tego wydziału publikuje co prawda w liczących się czasopismach i uzyskuje jedną recenzję entuzjastyczną, ale większość członków komisji, wyznaczona przez CK, reprezentująca tradycyjne podejście do dyscypliny, uważa, że nieortodoksyjny kandydat na habilitację nie zasługuje. Rada albo głosuje tak, jak komisja, albo traci uprawnienia. Ach, gdyby tylko kandydat napisał był porządną pracę przyczynkarską, bez niepotrzebnego wychylania się z szeregu, habilitację mógłby dostać. Ale skoro postanowił być oryginalny, cóż... 2. Obowiązki nauczyciela akademickiego Pisałem już, iż wymóg, aby kandydat do tytułu profesora był co najmniej trzy razy promotorem pracy doktorskiej, wywoła silną presję na promowanie byle kogo, byle szybko, za byle co, a więc doprowadzi do dalszego obniżenia poziomu i rangi doktoratu. Wymóg wypromowania trzech doktoratów pozostał (str. 107), za to obniżono wymóg sporządzania recenzji doktorskich lub habilitacyjnych z dwóch do trzech - to akurat jest dziwne, bo recenzentów potrzeba więcej, niż promotorów, więc ten próg byłoby potencjalnie łatwiej pokonać. Zapisany w projekcie ustawy wymóg, iż recenzje doktorskie i habilitacyjne mają być sporządzone w ciągu sześciu tygodni, także przyczyni się do obniżenia poziomu prac. Każdy system recenzencki opiera się - powinien opierać się - na dobrej woli i profesjonalizmie recenzentów. Projekt ustawy (str. 109) powiada, że zgoda na recenzowanie prac doktorskich i habilitacyjnych jest obowiązkiem nauczyciela akademickiego, a nawet przewiduje kary umowne za nienapisanie recenzji w terminie, ale pozwala, w uzasadnionych przypadkach, na zwolnienie z obowiązku recenzowania. Sądzę, iż w tej sytuacji ludzie albo będą masowo wymigiwali się z pisania recenzji, więc znalezienie kompetentnego recenzenta będzie bardzo trudne, albo będą pisać recenzje powierzchowne, przyczyniając się do tego, że przechodzić będą prace słabe. Mam tu przed sobą pracę habilitacyjną pewnego znajomego - praca nie jest z fizyki - w postaci książki liczącej sobie 504 strony bez spisu literatury, indeksu itp. Recenzent powinien to przeczytać, zapewne sięgnąć do innych źródeł, przemyśleć, skonfrontować z aktualnym stanem wiedzy. Temu człowiekowi recenzentka trzymała pracę półtora roku i to oczywiście był wielki skandal, ale głęboko wątpię, aby ktoś, kto ma także inne obowiązki, był w stanie napisać rzetelną recenzję w ciągu sześciu tygodni. Projekt ustawy za obowiązek nauczyciela akademickiego uznaje także przyjęcie na siebie funkcji promotora. Jak to? To znaczy, że jeśli zgłosi się do mnie osoba, której nie cenię, o której nic nie wiem, która chce zajmować się tematyką, na której ja się nie znam, ale która z dowolnych powodów upatrzyła mnie sobie jako swojego promotora, mam z mocy prawa obowiązek podjęcia się nad nią opieki naukowej? Pal diabli mnie, ale wyobraźmy sobie profesora, który dysponuje cenną i rzadką aparaturą naukową. Oto przychodzi do niego człowiek, który powiada, że chce na tej aparaturze robić projekt, który profesora nie interesuje, który zabierze profesorowi czas aparaturowy potrzebny do realizacji jakichś innych badań, i ten profesor ma - poza uzasadnionymi przypadkami - obowiązek taką osobę przyjąć jako swojego doktoranta? To chyba jakiś żart. 3. Konkluzje Twierdzę, iż proponowana reforma przyczyni się do obniżenia poziomu prac doktorskich i habilitacyjnych. Przy okazji reforma
Profesorom z tytułem naukowym nowa reforma nie robi żadnej krzywdy, przeciwnie, wzmacnia ich pozycję (mianowanie, emerytura) oraz znacząco w stosunku do stanu obecnego podwyższa bariery otrzymania tytułu profesora. W tej sytuacji uważam, że proponowana reforma, po pierwsze, stanowi wyraz obrony interesu korporacyjnego osób z tytułem profesora, a więc osłabia elementy konkurencyjne w obrębie tej korporacji, po drugie, sztucznie poprawia pozycję uczelni niepublicznych wobec uczelni publicznych. Głównym efektem tej reformy, wbrew deklarowanym przez jej proponentów celom, będzie obniżenie i poziomu badań naukowych, i kształcenia wyższego w Polsce.
czwartek, 01 kwietnia 2010
Ukoronowaniem kariery naukowca jest tytuł profesora, zwany formalnie "tytułem naukowym" i przyznawany w Polsce przez prezydenta. Ten akt jest poprzedzony całą żmudną procedurą, mającą zapewnić, że osoba, której tytuł naukowy zostaje przyznany, w istocie na to zasługuje. Jednym z wymogów było dotąd wypromowanie co najmniej jednego doktora. Ogłoszony dwa dni temu projekt ustawy zmieniającej ustrój szkół wyższych i zasady przyznawania stopni i tytułu naukowego, podwyższa ten próg. Według Art. 26 pkt. 3 projektu, tytuł naukowy może być przyznany osobie, która, między innymi,
To jest poważne podniesienie wymagań. Rozumiem intencje - profesorem z tytułem naukowym, a nie profesorem uczelnianym ("podwórkowym", jak to się mówi) powinny zostawać tylko osoby naprawdę wyrózniające się. Jeden doktorat w ocenie projektodawcy nie wystarcza, osoba świeżo po habilitacji szybko stara się kogoś wypromować (jeżeli tylko są jacyś kandydaci). Szybko, a więc być może kiepsko, a koledzy pozytywnie recenzowali po znajomości, żeby doktor habilitowany mógł zostać profesorem - taka, jak przypuszczam, mogła być intencja projektodawcy. Jeśli kandydat wypromuje trzech doktorów, a, to co innego, to już nie jest byle co. Obawiam się, że skutek będzie sokładnie przeciwny do zamierzonego.
I to nie jest Prima Aprilis. P.s. Oj, nie będę profesorem...
niedziela, 28 marca 2010
Dawniej było tak: Ktoś, kto planował karierę naukową, po ukończeniu studiów (w nowszej terminologii: studiów magisterskich) zostawał asystentem na uczelni lub w instytucie naukowym i pracował: prowadził ćwiczenia ze studentami i badania naukowe, których zwieńczeniem był doktorat. Wtedy mógł stwierdzić, że został naukowcem. Później system się zmienił, otwarto studia doktoranckie, co było bardziej "po amerykańsku". Z punktu widzenia doktoranta to, co człowiek robił, nie różniło się zbytnio od dawnej roli asystenta, może nawet było trochę lepiej z uwagi na mniejsze obciążenie dydaktyczne, ale nastąpiła istotna różnica formalna: doktorant nie pracuje, tylko studiuje, ze wszelkimi konsekwencjami formalnoprawnymi tego stanu rzeczy, za co otrzymuje marne stypendium. Jednocześnie następował systematyczny spadek poziomu studiów magisterskich. Zupełnie osobną kwestią jest to, dlaczego poziom studiów magisterskich się obniżał - zwalanie wszystkiego na spadek poziomu szkół średnich nie tłumaczy całego zjawiska, zresztą jest to tylko przeniesienie pytania o poziom niżej. Teraz, wraz z wprowadzaniem nieszczęsnego systemu bolońskiego, studia doktoranckie przemianowano na studia III stopnia. Doktoranci mają indeksy, gromadzą wpisy za zaliczenia, prowadzą zajęcia, a konieczność prowadzenia badań naukowych jakby schodziła na dalszy plan. Okazuje się, że całkiem sporo osób kończy studia doktoranckie - kończy, nie przerywa - ale nie broni doktoratu, tak, jakby sam doktorat był tylko jakimś opcjonalnym dodatkiem. Do tego poziom studiów magisterskich spada na łeb, na szyję. W tej sytuacji zacząłem podejrzewać, że na studia doktoranckie idą ludzie, którzy nie tyle planują prowadzenie badań naukowych, ile po prostu chcą się czegoś nauczyć. Niedawno pewien doktorant in spe zamieścił taki oto wpis:
Oto zabrzmiał vox populi. Z tą maturą to jednak przesada, ale widać, że tytuł magistra niewiele już znaczy. A jednocześnie ministerstwo, idąc za światłymi rekomendacjami E&Y, usilnie stara się obniżyć poziom jeszcze bardziej. Jakiś czas temu Gazeta Wyborcza - w tonie, a jakże, entuzjastycznym - pisała o nowym bycie, kolegiach akademickich: mają kształcić licencjatów, ale mają mieć elastyczne programy, studia będą dostosowane do potrzeb rynku, trzeba stawiać na praktyczną naukę, studia tam będą przygotowane tak, żeby były bardziej zbliżone do realiów rynkowych, żeby bardziej przypominały środowisko pracy. Słowem, kolegia akademickie mają przygotowywać ludzi do pracy w firmach. Dostosowanie do potrzeb rynku w rzeczywistości oznacza, że będzie to rodzaj przeszkolenia zawodowego. Za moich czasów coś takiego nazywało się szkołą pomaturalną. Pracodawcy chętnie przerzucą koszt przeszkolenia pracowników na budżet państwa. Najgorsze jednak jest to, iż takie kształcenie nie ma nic wspólnego ze studiowaniem, tym niemniej absolwenci mają otrzymywać tytuł licencjata. To musi obniżyć poziom licencjatów na prawdziwych uczelniach, a skoro licencjatów, to i magistrów. A skoro magistrów, to i doktorantów, pardon, uczestników studiów III stopnia.
sobota, 06 lutego 2010
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło wczoraj Strategię Rozwoju Szkolnictwa Wyższego w Polsce do roku 2020. Strategię, na zlecenie Ministerstwa, opracowała firma doradcza Ernst & Young, za 1,7 mln złotych. Dokument ten, omawiany już na wielu forach, zawiera szereg rekomendacji. Część z nich jest lepsza, część gorsza, ale kilka budzi mój sprzeciw:
Jednocześnie pani minister Kudrycka opublikowała artykuł, w którym zachwala swoją strategię. Artykuł jest cukierkowo niekonkretny, pełno w nim haseł, pobożnych życzeń, ale żadnych gwarancji. I jeszcze te stereotypy: Natalia - kobieta - to "dociekliwa humanistka", która "skoncentruje się na psychologii społecznej [...] i intensywnej nauce języków obcych", Wojtek - mężczyzna - to "umysł ścisły i praktyczny", który wobec tego pójdzie na politechnikę. Mnie zaś uderza wizja pani minister: uniwersytety to humanistyka, kierunki ścisłe to politechnika, która "musi zbliżyć swoją ofertę dydaktyczną do oczekiwań przedsiębiorców", są jeszcze wyższe szkoły zawodowe. A gdzie badania podstawowe, od matematyki po biologię? W wizji pani minister najwyraźniej nie ma na nie miejsca. Mam nadzieję, że ten projekt reform nie wejdzie w życie. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autor
Blogi
|