Wpisy z tagiem: reforma nauki

niedziela, 20 lutego 2011

Ustawa reformująca szkolnictwo wyższe przeszła przez Sejm z niewielkimi zmianami w stosunku do przedłożenia rządowego i trafiła do Senatu. Całą tę nowelizację uważam za chybioną, gdyż nie dotyka źródeł największych problemów trapiących polską nauke i szkolnictwo wyższe, tym niemniej Senat wciąż może wprowadzić poprawki, które uczynią ją mniej złą.

Znaczenia symbolicznego nabrał Artykuł 125 Ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym. Artykuł ten dotyczy zwalniania pracownika naukowego "z innych ważnych przyczyn", a więc nie wtedy, gdy otrzyma dwukrotnie ocenę negatywną, zostanie skazany prawomocnym wyrokiem itp, ale wtedy, gdy władze uczelni arbitralnie uznają, że z tym panem lub panią współpracować już nie chcą. W wersji obecnie obowiązującej odpowiedni przepis brzmi:

Stosunek pracy z mianowanym nauczycielem akademickim może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu zgody organu kolegialnego wskazanego w statucie uczelni.

Po nowelizacji w wersji rządowo-sejmowej brzmiałby on

Stosunek pracy z mianowanym nauczycielem akademickim może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu opinii organu kolegialnego wskazanego w statucie uczelni.

Zmiana jest pozornie niewielka, "zgoda" zostaje zastąpiona przez "opinię". Recz w tym, że opinia jest niewiążąca - choćby organ kolegialny in gremio sprzeciwił się zwolnieniu danej osoby, władze mogą się z tą opinią zapoznać, a potem postąpić wedle własnego uznania. Władze uczelni zyskają więc możliwość zwolnienia każdego nielubianego pracownika, z dowolnych powodów, także politycznych. Zgadzam się, że przepis ten będzie wykorzystywany bardzo rzadko, jeśli w ogóle, sprawa ma więc niewielkie znaczenie praktyczne, ale będzie istnieć groźba nadużycia, a przynajmniej wykorzystywania go jako straszaka.

Rzecz jest tym bardziej dziwna, że w Ustawie o instytutach badawczych analogiczny przepis (Art. 45 pkt. 4) brzmi

Stosunek pracy z mianowanym pracownikiem naukowym może być rozwiązany również z innych ważnych przyczyn, po uzyskaniu zgody rady naukowej instytutu.

Ustawę tę uchwalono 30 kwietnia 2010, weszła ona już w życie i logicznie stanowi część tej samej reformy nauki, co nowelizacja Prawa o szkolnictwie wyższym. Nie widzę merytorycznych powodów, dla których ta sama sprawa miałaby być inaczej regulowana w instytutach badawczych, inaczej na uczelniach. No, chyba że władza faktycznie postrzega wyższe uczelnie jako środowisko bardziej "wrogie", na które należy przygotować grubszy kij. To byłoby bardzo groźne.

Jeżeli Senat - a konkretnie senatorowie Platformy, mający w Senacie większość bezwzględną - nie zmieni Artykułu 125, przywracając wymóg uzyskania zgody w miejsce niewiążącej opinii, Platforma strzeli sobie w stopę, narazi się bowiem na zarzut, iż przygotowuje sobie narzędzie do usuwania z uczelni przeciwników politycznych. Nie mam wątpliwości, że jeśli zostanie "opinia", zarzut taki padnie - zapowiedź można zobaczyć już w stanowisku Solidarności.

Artykuł 125 jest jedną z tych pozornie drobnych spraw szczegółowych, na które Platforma nie zwraca uwagi, a które mogą kosztowac ją wiele głosów w jesiennych wyborach.

środa, 19 stycznia 2011

Komentator whiteskies zadał sobie trud przeczytania najnowszego raportu Ernsta i Younga Produktywność naukowa wyższych szkół publicznych w Polsce. Okazuje się, że wcześniejsze omówienia prasowe tego raportu były właściwie jego karykaturą (uczciwie przyznaję, że artykuł w Wyborczej był bardziej rzetelny), więc opinia osób - w tym i mnie - które nie przeczytały oryginału, a tylko opierały się na relacjach medialnych, była nieuzasadniona.

Okazuje się, że w raporcie można znaleźć sporo rzeczy, które są raczej zgodne z opinią tzw. środowiska niż z opinią pani minister.

polskie uczelnie są niedofinansowane w porównaniu do standardów europejskich (str. 66)

Wyniki estymacji ekonometrycznej wskazują, iż, ceteris paribus, w przypadku polskich uczelni wzrost finansowania na pracownika o 1% może być powiązany ze wzrostem efektywności badawczej aż o 4%. Dopiero po uwzględnieniu wpływu innych dodatkowych czynników na produktywność naukową, elastyczność cząstkowa związana z poziomem finansowania uczelni polskich i zagranicznych jest porównywalna i wynosi około 0.7 (str. 67-68)

Polskie uczelnie charakteryzują się najwyższym udziałem środków przeznaczanych na działalność dydaktyczną (średnio 83%, a najwięcej 99%), podczas gdy w Wielkiej Brytanii współczynnik ten jest najniższy (średnio 28%), co oznacza, że w przypadku Polski mamy do czynienia z sytuacją, w której bardzo mała część ogółu środków jest przeznaczana na cele badawcze (str. 69)

Można zaobserwować negatywną korelację pomiędzy liczbą studentów a liczbą publikacji na NA – taka korelacja została potwierdzona zarówno w próbie polskich uniwersytetów i politechnik, jak również w całej grupie uczelni z siedmiu europejskich krajów poddanych analizie [...] działalność badawcza i dydaktyka są w rzeczywistości raczej działaniami konkurencyjnymi niż czynnościami komplementarnymi (str. 71).

przychody [uczelni] na pracownika w Polsce są dwukrotnie niższe niż w krajach takich, jak Włochy czy Szwajcaria (po uwzględnieniu różnic w poziomach cen), a przychody na studenta są w polskich uczelniach publicznych nawet pięciokrotnie niższe (str. 87)

E&Y, oprócza samego tekstu, udostępnia też prezentację głównych tez raportu.

wtorek, 28 grudnia 2010

W Gazecie Świątecznej z 18-19 grudnia Adam Leszczyński, pisząc o reformie nauki (Teoria względności na wolnym rynku), słusznie zauważa, że oto szykują się zmiany mogące mieć kolosalne znaczenie dla przyszłego rozwoju cywilizacyjnego Polski, a tymczasem opinia publiczna,

która często wydaje się bardziej interesować majtkami Dody niż przyszłością uniwersytetu,

nic o nich nie wie lub je lekceważy. Leszczyński kreśli więc na potrzeby czytelników Gazety obraz współczesnej polskiej nauki i choć stara się wyważać racje, cytować przeciwników reformy, przedstawia obraz sporządzony z punktu widzenia minister Barbary Kudryckiej,

silnego polityka, który wie, czego chce, który wie, że wygrywa.

W tej wizji polskie szkoły wyższe są skostniałym skansenem PRLu, niechętne wszelkiej konkurencji, odmawiają rynkowej weryfikacji, są niechętne do współpracy z gospodarką. Coś w rodzaju mieszanki KRUS ze spółdzielniami mieszkaniowymi.

Po takim wprowadzeniu Leszczyński pokrótce przedstawia główne elementy wdrażanej właśnie reformy. Adam Leszczyński myli się w kilku punktach szczegółowych, ja jednak chciałbym się zająć czterema kwestiami natury bardziej ogólnej.

Po pierwsze, uczelnie prowadzą dwa rodzaje działalności, badawczą i dydaktyczną. Artykuł Adama Leszczyńskiego skupia się prawie wyłącznie na tej pierwszej, tymczasem nie sposób mówić o badaniach w oderwaniu od dydaktyki. Przychody z działalności dydaktycznej – państwowa dotacja zależna od liczby studentów na studiach stacjonarnych na uczelniach publicznych, czesne na pozostałych typach studiów – stanowią główne źródło przychodów uczelni. Uczelnie odczuwają wobec tego presję na przyjmowanie jak największej liczby kandydatów. W Polsce studiuje prawie dwa miliony osób, z czego nieco mniej niż połowa na studiach stacjonarnych. Statystyka jest imponująca, ale zobaczmy, co się za nią kryje. Wiele osób studiuje nie dla wiedzy, ale dlatego, że nie może znaleźć pracy po maturze. Albo z braku lepszego pomysłu na życie. Przyjęte 16.10.2009 rządowe Założenia do nowelizacji ustawy – prawo o szkolnictwie wyższym stwierdzają:

Gwałtowny rozwój szkolnictwa wyższego spowodował, ze formalny dokument potwierdzający wykształcenie na poziomie wyższym stał się warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym do osiągnięcia sukcesu na rynku pracy. Efektem tego zjawiska stało się nieproporcjonalnie szerokie rozbudowanie segmentu kierunków humanistycznych oraz społecznych, które zasadniczo uznawane są za mniej pracochłonne i absorbujące dla studentów.

Gazeta też o tym pisała, na przykład w artykule Kierunek pedagogika – wylęgarnia bezrobotnych (zobacz także mój ówczesny komentarz). Pedagogika jest jednym z najpopularniejszych kierunków, studiuje ją w Polsce 240 tysięcy osób. Pracę jest po niej znaleźć bardzo trudno, kandydaci to wiedzą, ale pchają się na pedagogikę drzwiami i oknami. A potem niemogący znaleźć pracy absolwenci domagają się, aby państwo sfinansowało im studia podyplomowe (Nie ma pracy dla magistrów). Można odnieść wrażenie, że masowość studiów służy kamuflowaniu bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich.

Choć awans zawodowy pracowników uczelni zależy od działalności naukowej, ich pensje zależą przede wszystkim od dydaktyki. Wynagrodzenia podstawowe bywają niskie, a wysokie dochody, o których pisze Gazeta, uzyskiwane są dzięki płatnym nadgodzinom dydaktycznym. Ktoś musi prowadzić zajęcia z rzeszami studentów, uczelniom zaś bardziej opłaca się płacić za nadgodziny niż zatrudniać dodatkowych wykładowców. W ten sposób jednak dramatycznie spada czas, który pracownicy uczelni mogą poświęcić na badania naukowe. Obowiązek publikowania często załatwiają artykułami w lokalnych pisemkach, których nie czyta nikt poza redaktorem, rodziną i nieszczęsnymi studentami autora.

Przeprowadzana właśnie reforma nie dotyka żadnego z tych problemów.

Tymczasem sytuację łatwo możnaby zmienić. W dużym uproszczeniu, gdyby państwo podniosło dotację wypłacaną per capita za każdego studenta, przynajmniej uczelnie publiczne mogłyby, zachowując dotychczasowy poziom przychodów, zmniejszyć rekrutację, zadbać o jakoś dydaktyki, nie tylko o ilość przeprowadzonych zajęć, zwiększyć pensje wykładowców, ci zaś, nie odczuwając presji do brania nadgodzin, mogliby zająć się nauką. Nie należy się przy tym łudzić, iż cała zwiększona dotacja dydaktyczna zostałaby wydana sensownie: Część zostałaby zmarnowana, a możliwe skutki pozytywne byłyby odłożone w czasie o rok, dwa, a może nawet więcej. Tym niemniej należałoby przynajmniej spróbować.

Ale do żadnego powiększenia dotacji dydaktycznej nie dojdzie. Ci, którzy teraz idą na studia z braku lepszych perspektyw życiowych – ostrożnie załóżmy, że jest to 1/5 studentów studiów stacjonarnych – nie zostałaby przyjęta. Nie znalazłszy pracy – bo satysfakcjonującej pracy dla absolwentów szkół średnich nie ma – zarejestrowaliby się jako bezrobotni. Oznaczałoby to wzrost bezrobocia o prawie 200 tysięcy osób. Państwo jednym ruchem popsułoby sobie statystyki i bezrobocia, i scholaryzacji.

Po drugie, jak zawsze, chodzi o pieniądze. Leszczyński niewiele o tym pisze. Cytuje prof. Witolda Orłowskiego, który przekonuje, że

inne kraje europejskie wydają na naukę z budżetu więcej [niż Polska], ale niewiele – ok. 1-1,5% PKB.

Polska na samą naukę (bez szkolnictwa wyższego) wydaje niecałe 0,4% PKB i wzrostu do 1% PKB wcale nie należałoby uznać za „niewielki” – przeciwnie, za olbrzymi. Nieco bałamutne jest jednak operowanie wyłącznie procentami PKB, gdyż liczy się także sama wielkość PKB. Gdyby jakiś kraj miał dwa razy wyższe PKB, niż Polska, na naukę zaś przeznaczał 0,8% PKB, przeznaczałby na naukę nie dwa, ale cztery razy więcej pieniędzy. Liczy się nie procent PKB, ale realny strumień pieniędzy płynący do nauki, gdyż aparatura naukowa, literatura, odczynniki, komputery, usługi telekomunikacyjne etc kosztują w Polsce tyle samo, co w innych krajach Europy (w Polsce nawet, bywa, więcej niż gdzie indziej). W Polsce tylko jedno jest tańsze: praca naukowców.

Pani minister uważa, że po reformie

nasze uczelnie mają być konkurencyjne w świecie.

Trzeba się porównywać z najlepszymi. Uniwersytet Harvarda uczy 21 tysiące studentów i osiągnął w 2009 łączne przychody, ze wszystkich źródeł, wynoszące (po przeliczeniu) 620 tysięcy złotych na jednego studenta. Uniwersytet Cambridge – 17 tysięcy studentów i 203 tysiące złotych przychodu na studenta. Największy w Polsce Uniwersytet Warszawski – 56 tysięcy studentów i 15 tysięcy złotych przychodu na studenta. Wedle cytowanych już rządowych Założeń, w 2006 całość państwowych nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę w przeliczeniu na jednego studenta była najniższa spośród wszystkich krajów OECD. Nasze uczelnie mają być konkurencyjne w świecie?

Po trzecie, szczupłe nakłady państwowe mają być uzupełnione pieniędzmi płynącymi z gospodarki. Dotąd było z tym źle.

Dziś polskiej firmie dużo łatwiej kupić technologię za granicą, niż zamówić ją u polskich naukowców.

Brzmi to tak, jakby polscy naukowcy byli niechętni lub niezdolni do współ-pracy z przemysłem, jakby powodowali jakąś obstrukcję. Tymczasem chodzi o coś zupełnie innego. Polska gospodarka jest bardzo mało innowacyjna, powstaje u nas bardzo niewiele nowoczesnych produktów. Na skutek zapóźnienia cywilizacyjnego Polski, sukces rynkowy może odnieść produkt, który był nieobecny w Polsce, choć jest już dobrze znany w świecie. Także na rynkach międzynarodowych konkurujemy raczej niższymi kosztami wytwarzania produktów typowych niż unikalnymi produktami zaawansowanymi technologicznie. W tej sytuacji jest jasne, że przedsiębiorcy łatwiej i taniej jest kupić gotową technologię za granicą, niż inwestować i czekać, aż polscy uczeni wyważą jakieś otwarte drzwi. Inwestujące u nas międzynarodowe koncerny także mają swoje centra badawcze zlokalizowane gdzie indziej. Samo nakłanianie uczelni do współpracy z przemysłem nie sprawi cudu, gdyż także przemysł musi widzieć konieczność takiej współpracy, tego zaś nie załatwi się zmianą organizacji nauki.

W dodatku nie wszystko da się skomercjalizować. Leszczyński pisze, że skoro

biznes nie będzie zainteresowany humanistyką,

ministerstwo uruchamia Narodowy Program Rozwoju Humanistyki, ale

przedstawiciele rządu mówią […] o świetlanej przyszłości, która ma czekać fizyków, biologów czy chemików.

Tymczasem nie można oczekiwać szybkiej komercjalizacji wyników badań podstawowych w dyscyplinach ścisłych, w których akurat Polska osiąga największe sukcesy i bez których po jakimś czasie więdną badania stosowane. Leszczyński cytuje prof. Karola Modzelewskiego, który mówi, że

teoria względności nie ma żadnego sensu handlowego. Nie można powiedzieć, że się opłaca.

Profesor się myli – dzisiaj teoria względności jak najbardziej się opłaca. Gdybyśmy nie znali teorii względności, wiele urządzeń, których na co dzień używamy, jak choćby lokalizatory GPS, nie mogłoby działać, Francja zaś, która wytwarza 90% energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, stanęłaby w obliczu gigantycznego kryzysu. Jednak gdy nieco ponad sto lat temu Albert Einstein formułował teorię względności, nie robił tego aby na niej zarobić, ale by lepiej zrozumieć świat. Zastosowania i zyski, krociowe zyski, przyszły później, w obszarach, których sam Einstein nie mógł przewidzieć. Przypomina mi się anegdota: Gdy w połowie XIX wieku brytyjski kanclerz skarbu zwiedzał pracownię Michaela Faradaya, bodaj najbardziej genialnego eksperymentatora wszechczasów, ten pokazał mu swój wynalazek: maszynę służącą do wytwarzania prądu elektrycznego. Kanclerz był bardzo sceptyczny i zapytał do czego to się może przydać. „Nie mam pojęcia, sir”, odparł Faraday, „ale pewnego dnia będzie pan to mógł opodatkować”.

Mnie zaś – i to jest mój czwarty punkt – najbardziej oburza inny element reformy, a mianowicie znaczne zmniejszenie puli stypendiów za wyniki w nauce i przeznaczenie uzyskanych środków na stypendia socjalne. Moim zdaniem przekonanie, iż w Polsce są rzesze młodych ludzi, którzy chcieliby studiować i byliby dobrymi studentami, ale nie mogą z powodów materialnych, to mit. Na pewno są tacy ludzie, ale nie ma ich wielu. Obecnie – przypominam – w Polsce studiuje prawie dwa miliony osób i jest to raczej za dużo, niż za mało. Wielu studentów pracuje, i to od najmłodszych lat studiów. Nasz system stypendialny na pewno nie jest doskonały, z całą pewnością bywa nadużywany, ale powiększanie puli stypendiów socjalnych kosztem stypendiów za wyniki w nauce to absurd! Taka decyzja będzie miała charakter wybitnie demotywujący. Będzie to jasny sygnał, iż państwo polskie bardziej od studentów dobrych, osiągających wysokie wyniki, ceni sobie studentów, którzy zrobią jakikolwiek dyplom. Czy naprawdę to chcemy powiedzieć naszym studentom? Czy jest w tym ukryte przesłanie, że końcowa ocena na dyplomie i tak się nie liczy, więc państwo nie ma do czego zachęcać? Czy hipotetyczne powiększenie (wbrew trendom demograficznym!) liczby potencjalnych studentów ma utrzymać wysoki poziom rekrutacji do „wylęgarni bezrobotnych”, tak państwowych, jak i prywatnych, które na tym zarabiają?

Na zakończenie chciałbym zadać pani minister pytanie. Według planów Ministerstwa,

rywalizacja o granty i ciągłe oceny jakości pracy mają stać się kręgosłupem kariery w nauce.

MNiSW organizowało dotąd każdego roku dwa konkursy grantowe na projekty własne, doktoranckie i habilitacyjne, w styczniu i w lipcu. Jak do deklaracji Ministerstwa ma się fakt, iż styczniowy (2011) konkurs nie odbędzie się, podobnie jak nie było listopadowego naboru na granty rozwojowe? Zapewne usłyszę, że konkursy grantowe będą organizowane na nowych, lepszych zasadach, po wejściu w życie reformy. Oznaczałoby to, że przez rok grantów nie będzie. I to byłaby najlepsza pointa działań pani minister.

niedziela, 26 września 2010

...nowy rok akademicki. Z tej okazji znani krakowscy profesorowie piszą o sytuacji na uczelniach. Jan Hartman o doktorantach, Andrzej Jajszczyk zaś o zaniechanej (sic!) reformie.

Z Hartmanem mam problem. To jest odważny i mądry człowiek, cenię sobie jego publicystykę, ale od czasu do czasu zdarza mu się palnąć głupstwo. Komu zresztą się nie zdarza? Tym razem nie umiem jednoznacznie ocenić jego artykułu. W wielu miejscach ma niewątpliwie rację: studia doktoranckie stają się bez mała masowe - o powodach tego stanu rzeczy pisałem już kilkakrotnie - a wobec tego nie starcza pieniędzy na stypendia dla wszystkich. Doktorant to nie uczony, to dopiero kandydat na uczonego, a przeciętny poziom prac doktorskich, niestety, spada.

Trzeba wszakże pamiętać o drugiej stronie medalu: doktoranci pracują na rzecz uczelni. Prowadzą zajęcia, wykonują rozliczne czynności organizacyjne, przygotowują artykuły, które, owszem, liczą się później do ich dorobku naukowego, ale także do dorobku instytucji, w której pracują. Gdyby instytucja ta chciała zatrudnić do wykonywania tych prac asystentów, musiałaby zapłacić im o wiele więcej, niż wynosi stypendium doktoranckie. Ja akurat nie uważam, że w sposób konieczny oznacza to wyzysk doktorantów - wiele zależy od tego, co (i czy cokolwiek) doktoranci otrzymują w zamian i jak są traktowani przez swoich promotorów i innych zwierzchników (wszelkie formy mobbingu są, rzecz jasna, godne najwyższego potępienia); możliwość pracy nad ciekawym projektem, zwiększająca szanse na znalezienie pracy po zrobieniu doktoratu, można uznać za formę "wynagrodzenia niepieniężnego" - jednak uczciwość intelektualna każe przyznać, że uprawniony jest także pogląd przeciwny.

Nie chodzi zresztą o same stypendia wypłacane doktorantom, ale także o środki potrzebne na wyjazdy terenowe, kwerendy biblioteczne czy choćby udział w konferencjach. Wiele uczelni oczekuje tego od swoich doktorantów, ale nie daje im na to nawet złamanego grosza. Rację ma Hartman pisząc, iż potencjalnie dostępne są różne możliwości finansowania poza stypendiami rozdawanymi przez uczelnie, ale, z najrozmaitszych powodów, nie są one dostępne dla wszystkich, poza tym zaś ubiegając się o takie stypendia, na ogół już trzeba popisać się jakimiś wynikami.

Być może w filozofii praca nad doktoratem polega głównie na pisaniu książki. Jednak w wielu krajach i dyscyplinach doktoranci są wołami roboczymi nauki, przy czym wcale nie musi chodzić o wyzysk będący sprawką konkretnych szefów. W naukach ścisłych i społecznych dla dalszej kariery akademickiej liczy się nie tylko praca doktorska (dysertacja), ale też pozostały dorobek naukowy doktoranta - ba, dość często sama praca doktorska ma znaczenie mniejsze, niż zbiór pozostałych artykułów doktoranta, to, jakie techniki badawcze (eksperymentalne, matematyczne, obliczeniowe, statystyczne) opanował w trakcie studiów, z jakimi problemami się zapoznał. W naukach eksperymentalnych fizyczna obecność doktorantów na uczelni jest konieczna i doktorant, który z czegoś żyć przecież musi, ma bardzo skromne możliwości dorobienia do stypendium. Skoro filozof Jan Hartman tak autorytatywnie wypowiada się na temat statusu doktorantów, możnaby oczekiwać, iż zapoznał się ze specyfiką tych studiów także w innych, niż filozofia, dziedzinach.

A już paternalistyczne rozważania o małych smuteczkach doktorantów, zalewanych piwem, są po prostu nie na miejscu. Panie profesorze Hartman! Powinno nam zależeć na przyciąganiu na studia doktoranckie najlepszych kandydatów. Niestety, ze względu na niskie stypendia i kiepskie warunki pracy, wielu z tych najlepszych rezygnuje ze studiów, wybierając pracę za prawdziwe pieniądze w innych firmach lub instytucjach. Czy musimy wyśmiewać się z tych, którzy zostają?

Natomiast artykuł Andrzeja Jajszczyka jest po prostu zły. Autor ma rację w kilku punktach szczegółowych, na przykład kpiąc z tytułomanii naukowców i napuszonych nazw zatrudniających ich uczelni, zwracając uwagę na nietrafione inwestycje czy na trudności w zarządzaniu uczelniami z ich samorządowymi Senatami i Radami Wydziałów, generalnie jednak powtarza po prostu tezy raportu Ernst&Young, nie dając przy tym żadnych nowych argumentów. Nic dziwnego, prof. Jajszczyk był członkiem zespołu przygotowującego ten raport. W szczególności Jajszczyk ubolewa, iż nie przepędzono czarnego luda, jakim jest habilitacja. Teza, iż obowiązek habilitacji hamuje rozwój nauki, w żaden sposób nie daje się utrzymać. Całkowicie nietrafiony jest też pomysł, aby przyznawać więcej stypendiów socjalnych kosztem funduszy przeznaczanych dotąd na stypendia naukowe. Idea, że oto mamy w Polsce zastępy zdolnych, lecz biednych młodych ludzi, którzy mogliby zostać wybitnymi lekarzami, inżynierami lub poetami, lecz nie mogą, gdyż nie stać ich na studiowanie, a więcej stypendiów socjalnych rozwiąże ten problem, to mit. Owszem, ubodzy a zdolni ludzie istnieją, lecz proponowana przez Jajszczyka zmiana przede wszystkim doprowadzi do jeszcze wspanialszego rozkwitu "wylęgarni bezrobotnych" i będzie oznaczać dalsze brnięcie w masowość studiów kosztem ich poziomu.

Jedynym oryginalnym osiągnięciem prof. Jajszczyka, prezentowanym w omawianym artykule, jest odejście od oklepanego porównania stosunków panujących na polskich uczelniach do feudalizmu. Zamiast tego autor porównuje je do schyłkowego sarmatyzmu. Ho, ho!

niedziela, 19 września 2010

Minister Barbara Kudrycka snuje mocarstwowe plany:

Minister […] uważa, że przygotowywana przez jej resort reforma szkolnictwa wyższego sprawi, iż polskie uczelnie w ciągu pięciu lat znajdą się w czołówce najlepszych europejskich szkół.

Ponieważ nic nie zapowiada zwiększenia nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe, raczej wręcz przeciwnie, pani minister najwyraźniej wyznaje teorię, iż herbata robi się słodsza od samego mieszania. Zapewne samopoczucie minister Kudryckiej podbudowuje doniesienie o tym, iż w Polsce, licząc procentowo, studia kończy więcej osób niż w Wielkiej Brytanii! Ale jakie są to studia? Tu sięgnąć trzeba do artykułu sprzed mniej więcej miesiąca: W Polsce wiele osób wybiera studia, po których trudno jest znaleźć pracę, na przykład pedagogikę. Ba, wiedzą to sami kandydaci, a jednak wybierają je, kierując się głównie tym, że są to studia łatwe, które można skończyć bez wielkiego wysiłku.

Miłosz Rudnicki, absolwent pedagogiki resocjalizacyjnej, to potwierdza. - Fajnie się studiowało ten kierunek, bo daje dużo wiedzy przydatnej w życiu, w relacjach z partnerem, w wychowaniu dzieci - mówi. - To proste studia i tym się kierowałem. Dziś jestem barmanem w Płocku. Pracy w zawodzie nie znalazłem, choć próbowałem i w szkole, i w więzieniu.

Na kierunki pedagogiczne na uczelniach państwowych jest trzy-cztery razy więcej kandydatów, niż miejsc. Ale także uczelnie prywatne, płatne, nie narzekają na brak kandydatów. Przeciwnie, wspomniana w Gazecie Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa w Bydgoszczy

co roku przyjmuje ponad tysiąc nowych studentów pedagogiki. Tyle samo wypuszcza absolwentów. - Nigdy nie ma problemów z naborem - przyznaje Monika Żuchlińska, rzeczniczka KPSW. - I z roku na rok chętnych jest więcej. 

Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne. Po co płacić za coś, co do niczego się nie przyda?  Jednak chwila zastanowienia pokazuje, że decyzja o wyborze takich studiów jest całkiem racjonalna. Policzmy. Semestr studiów licencjackich na wspomnianej bydgoskiej uczelni kosztuje 1690 złotych, zatem za sześć semestrów zapłacimy 10140 zł. W tym czasie zyskujemy

  • ubezpieczenie zdrowotne o rynkowej wartości (wg najniższych składek ZUS) 8399,52 zł
  • zniżki na komunikację miejską
  • pozostałe zniżki komunikacyjne
  • pozostałe zniżki studenckie (bilety do kina itp.)
  • możliwość ubiegania się o stypendia (socjalne, dopłatę do wynajmu mieszkania/akademika, dopłatę do wyżywienia, za wyniki w nauce, za wyniki sportowe, dla niepełnosprawnych)
  • prawo do dalszego otrzymywania świadczeń z ZUS (np. renta rodzinna) lub z Funduszu Alimentacyjnego, jeśli ktoś takowe otrzymuje
  • możliwość uzyskiwania zniżek przy prowadzeniu konta w niektórych bankach lub ubiegania się o preferencyjne kredyty
  • zadowolenie rodziny (bezcenne!)
  • możliwość dorabiania na czarno (pracodawca nie musi za nas płacić ZUS, my zaś mamy czas na pracę, bo studia są łatwe)
  • jako bonus dostajemy szansę, iż czegoś się jednak nauczymy.

W Bydgoszczy studencki bilet na tramwaj lub autobus jest o 1,30 zł tańszy od biletu normalnego. Jak łatwo wyliczyć, same składki ZUS, których nie musimy płacić, i mniej niż dwa przejazdy komunikacją miejską dziennie, równoważą całkowity koszt czesnego. Cała reszta jest naszym czystym zyskiem. Jasne, darmowe studia na uczelni państwowej są jeszcze bardziej opłacalne, ale także płatne studia na uczelni prywatnej oznaczają dla studenta zysk.

Nawiasem mówiąc, wspomniany w Gazecie fakt, iż uczelnia wypuszcza tyle samo absolwentów, co przyjmuje kandydatów, jest statystycznie niemożliwy – no, chyba że na tej uczelni nie ma możliwości niezaliczenia roku. Studia są łatwe, gdyż ich poziom jest marny, wypuszczają więc tabuny źle przygotowanych absolwentów, którzy nie mogą przez to znaleźć pracy. Niestety, obraz ten jest klarowny i spójny.

Wróćmy jeszcze do finansów. Z punktu widzenia państwa ubezpieczenie zdrowotne studentów nie jest wydatkiem (za studentów nikt składek nie płaci, podobnie jak za uczące się niepełnoletnie dzieci), ale utraconym zyskiem, zubażającym kasę NFZ, co w jakimś stopniu przyczynia się do złej sytuacji publicznej służby zdrowia. Podobnie, ułatwianie pracy na czarno oznacza uszczuplenie dochodów podatkowych. Wydatki na stypendia są natomiast realnym wydatkiem z budżetu państwa. Jeśli pominąć dotację budżetową do uczelni publicznych, państwo ponosi takie same wydatki i traci takie same wpływy niezależnie od tego, czy student uczy się w szkole publicznej, czy prywatnej. Oznacza to wszakże, że studia na uczelniach prywatnych de facto są dotowane przez państwo, choć same uczelnie prywatne dotowane nie są. Skierowanie, jak tego chcą zwolennicy planowanej reformy, państwowej dotacji dydaktycznej do uczelni prywatnych, oznaczałoby nieuzasadnione faworyzowanie tych uczelni kosztem uczelni państwowych – uczelnie prywatne otrzymywałyby bowiem i państwową dotację dydaktyczną, i zachowałyby prawo do pobierania czesnego. Wobec braku realnych perspektyw zwiększenia budżetowego finansowania szkolnictwa wyższego, dotowanie uczelni prywatnych musiałoby się odbywać kosztem zmniejszenia finansowania uczelni publicznych. Bardzo wątpię, aby takie rozproszenie środków mogło się przysłużyć do zwiększenia poziomu polskich uczelni.

Kierunki, na których student niewiele się uczy i które nie dają realistycznych perspektyw znalezienia zatrudnienia, w Polsce nie dość, że kwitną, to są dotowane przez państwo (na uczelniach publicznych bardziej, na prywatnych mniej, ale też prywatnych jest o wiele więcej). To zastanawiające. Muszą spełniać jakąś ważną społeczną funkcję, choć nigdy nie została ona jawnie nazwana. Otóż te dotowane przez państwo „fabryki bezrobotnych” opóźniają wejście na rynek pracy tysięcy młodych ludzi. Usuwają z rynku pracy znaczne części roczników, zmniejszając oficjalne statystyki bezrobocia, poprawiając zarazem oficjalne statystyki wykształcenia.

Dodatkowo, przez ułatwianie pracy na czarno, „fabryki bezrobotnych” zmniejszają globalne koszty pracy, które są w Polsce horrendalnie wysokie.

Czy to ma być oficjalna polityka edukacyjna państwa?

wtorek, 14 września 2010

Rząd przyjął dzisiaj pakiet ustaw, w tym ustawy reformujące organizację nauki i szkolnictwa wyższego. Trafią one teraz do Sejmu, który, miejmy nadzieję, poprawi niektóre szczególnie szkodliwe rozwiązania. Na konferencji prasowej poświęconej proponowanym ustawom, premier Tusk zapowiedział ustawowy zakaz pobierania opłat za egzaminy powtórkowe i komisyjne.

To powinno zlikwidować taki swoisty przemysł, który generował środki dla uczelni poprzez przesadzanie z rygorami przy egzaminach w pierwszych terminach - tłumaczył premier.

Otóż ja przeciwko takiemu sformułowaniu protestuję. Po pierwsze, na niektórych uczelniach opłat za egzaminy powtórkowe i komisyjne nie ma - nie ma ich na przykład na UJ i na znanych mi uczelniach państwowych. Po drugie, nawet wziąwszy pod uwagę, że na niektórych uczelniach (prywatnych?) opłaty takowe istnieją, trzeba mieć dowód albo przynajmniej przekonujące argumenty, iż egzaminatorzy z bezprawnego zawyżania wymagań egzaminacyjnych w pierwszym terminie uczynili sobie źródło dochodu. Blankietowe i nieuzasadnione oskarżanie całego środowiska o nieetyczne praktyki, sugerowanie, że owe praktyki są tak powszechne, że aż godne publicznego napiętnowania przez samego premiera, było dotąd domeną PiSu, nie Platformy. Tę wypowiedź premiera Donalda Tuska odnotowuję z prawdziwą przykrością.

Dla porządku wspomnę, że inne rozwiązania, spoza pakietu "naukowego", o których premier i pani minister Fedak wspominali na tej konferencji - ułatwienia w zakładaniu żłobków, zwłaszcza w zakładaniu żłobków dla dzieci jakiejś firmy lub instytucji, także "nianie samorządowe" - uważam za całkiem rozsądne.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Kilka tygodni temu na stronach MNiSW opublikowano ósmą wersję projektu zmian w ustawach reformujących naukę. Jest to zapewne wersja ostateczna, która jesienią trafi pod obrady Sejmu. Habilitacja, z której proponenci reformy uczynili czarnego luda, rzekomo hamującego rozwój nauki w Polsce, pozostaje, ale proponowana procedura doprowadzi do deprecjacji tego stopnia naukowego.

1. Habilitacja

Po pierwsze, bez habilitacji nie będzie można być adiunktem dłużej niż osiem lat (str. 57 projektu). Wydaje mi się, że to zbyt krótko. Osoby bardzo zdolne na pewno sobie poradzą, ale osoby zaledwie zdolne, w dodatku przeciążone dydaktyką - niekoniecznie. Sam przewód habilitacyjny może się ciągnąć długo - ustawa przewiduje co prawda maksymalny czas trwania przewodu, ale wprowadzone mechanizmy nie wydają mi się realistyczne - a w tej sytuacji ustalenie sztywnego limitu czasowego wywrze nie tyle presję na intensyfikację badań naukowych (co byłoby dobre), ile na obniżenie poziomu habilitacji (źle).

Po drugie, sama procedura habilitacji ma wyglądać tak (str. 99-102):

  • Kandydat składa wniosek do CK, wskazując Radę Wydziału, która ma przeprowadzić habilitację.
  • Wskazana przez kandydata Rada może odmówić, a wówczas CK wyznacza inną Radę z odpowiednimi uprawnieniami do przeprowadzenia tej habilitacji. W projekcie nie ma słowa o tym, aby tak wyznaczona Rada mogła odmówić.
  • Pracą habilitacyjną może być - tak, jak dotąd - samodzielne dzieło, "zszywka" publikacji lub część pracy zbiorowej, jeżeli opracowanie wydzielonego zagadnienia jest indywidualnym wkładem osoby ubiegającej się o habilitację. To zawsze stanowi problem w wypadku uczestników wielkich międzynarodowych grup badawczych w fizyce doświadczalnej ("kolaboracji"); niestety, znane mi są przypadki osób, które, owszem, w takich grupach badawczych uczestniczyły, żadnego indywidualnego wkładu nie wniosły, ale habilitację otrzymały. Nowelizacja nie rozwiązuje tego problemu.
  • CK powołuje komisję habilitacyjną: cztery osoby, w tym przewodniczący, dwóch recenzentów i jeden członek są wyznaczeni przez CK, sekretarz, jeden recenzent i członek przez Radę formalnie przeprowadzającą habilitację. Recenzenci mają sporządzić recenzje w ciągu sześciu tygodni. Komisja podejmuje decyzję o przyznaniu habilitacji większością głosów. W internecie należy opublikować autoreferat kandydata, skład komisji i decyzję o przyznaniu habilitacji wraz z uzasadnieniem. Nie ma obowiązku publikowania recenzji, chociaż analogiczny obowiązek istnieje odnośnie do doktoratów.
  • Jeżeli komisja ma wątpliwości, może (str. 101 projektu)
    przeprowadzić z wnioskodawcą rozmowę o jego osiągnięciach i planach naukowych.
    Czy to ma oznaczać, że habilitację będzie można przyznać na podstawie planów naukowych kandydata?!
  • Rada, która formalnie przeprowadza przewód, na podstawie uchwały komisji, decyduje o przyznaniu stopnia doktora habilitowanego. Rada może zagłosować wbrew decyzji komisji, ale tu pojawia się największe kuriozum (str. 102):
    W przypadku rozbieżności między opinią komisji habilitacyjnej a uchwałami rady jednostki organizacyjnej, Centralna Komisja, po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego, może cofnąć jednostce organizacyjnej uprawnienie do nadawania stopnia naukowego doktora habilitowanego, jeżeli stwierdzi, że rozbieżność jest nieuzasadniona.

Innymi słowy, Rada będzie podlegać silnemu naciskowi, aby zagłosować tak, jak to wskaże komisja, nawet gdyby wynik głosowania w komisji był 4:3 (przedstawiciele CK vs przedstawiciele Rady), gdyż w przeciwnym wypadku może stracić uprawnienia habilitacyjne. CK zresztą w sposób jaskrawy występuje jako sędzia we własnej sprawie: Najpierw wyznacza większość członków komisji, a potem, gdyby uchwała Rady nie była zgodna ze stanowiskiem większości komisji, ta sama CK decyduje, czy rozbieżność jest uzasadniona, aby wreszcie móc ukarać niepokorną Radę. Gdyby CK uznała, że to wyznaczeni przez nią członkowie komisji in gremio zbłądzili, zdezawuowałaby samą siebie, swoją poprzednią decyzję o powołaniu tych właśnie członków komisji. Procedury odwoławczej nie przewiduje się. W tej sytuacji Rady, dla świętego spokoju, będą głosować tak, jak komisja. To, z jednej strony, doprowadzi do przyznawania habilitacji słabych, z drugiej może służyć jako wehikuł do tępienia oryginalnej myśli naukowej.

Wyobraźmy sobie, że na pewnym wydziale uprawiane jest nieortodoksyjne podejście do pewnej dyscypliny naukowej, o co nietrudno w dyscyplinach humanistycznych. Habilitant z tego wydziału publikuje co prawda w liczących się czasopismach i uzyskuje jedną recenzję entuzjastyczną, ale większość członków komisji, wyznaczona przez CK, reprezentująca tradycyjne podejście do dyscypliny, uważa, że nieortodoksyjny kandydat na habilitację nie zasługuje. Rada albo głosuje tak, jak komisja, albo traci uprawnienia. Ach, gdyby tylko kandydat  napisał był porządną pracę przyczynkarską, bez niepotrzebnego wychylania się z szeregu, habilitację mógłby dostać. Ale skoro postanowił być oryginalny, cóż...

2. Obowiązki nauczyciela akademickiego

Pisałem już, iż wymóg, aby kandydat do tytułu profesora był co najmniej trzy razy promotorem pracy doktorskiej, wywoła silną presję na promowanie byle kogo, byle szybko, za byle co, a więc doprowadzi do dalszego obniżenia poziomu i rangi doktoratu. Wymóg wypromowania trzech doktoratów pozostał (str. 107), za to obniżono wymóg sporządzania recenzji doktorskich lub habilitacyjnych z dwóch do trzech - to akurat jest dziwne, bo recenzentów potrzeba więcej, niż promotorów, więc ten próg byłoby potencjalnie łatwiej pokonać.

Zapisany w projekcie ustawy wymóg, iż recenzje doktorskie i habilitacyjne mają być sporządzone w ciągu sześciu tygodni, także przyczyni się do obniżenia poziomu prac. Każdy system recenzencki opiera się - powinien opierać się - na dobrej woli i profesjonalizmie recenzentów. Projekt ustawy (str. 109) powiada, że zgoda na recenzowanie prac doktorskich i habilitacyjnych jest obowiązkiem nauczyciela akademickiego, a nawet przewiduje kary umowne za nienapisanie recenzji w terminie, ale pozwala, w uzasadnionych przypadkach, na zwolnienie z obowiązku recenzowania. Sądzę, iż w tej sytuacji ludzie albo będą masowo wymigiwali się z pisania recenzji, więc znalezienie kompetentnego recenzenta będzie bardzo trudne, albo będą pisać recenzje powierzchowne, przyczyniając się do tego, że przechodzić będą prace słabe.

Mam tu przed sobą pracę habilitacyjną pewnego znajomego - praca nie jest z fizyki - w postaci książki liczącej sobie 504 strony bez spisu literatury, indeksu itp. Recenzent powinien to przeczytać, zapewne sięgnąć do innych źródeł, przemyśleć, skonfrontować z aktualnym stanem wiedzy. Temu człowiekowi recenzentka trzymała pracę półtora roku i to oczywiście był wielki skandal, ale głęboko wątpię, aby ktoś, kto ma także inne obowiązki, był w stanie napisać rzetelną recenzję w ciągu sześciu tygodni.

Projekt ustawy za obowiązek nauczyciela akademickiego uznaje także przyjęcie na siebie funkcji promotora. Jak to? To znaczy, że jeśli zgłosi się do mnie osoba, której nie cenię, o której nic nie wiem, która chce zajmować się tematyką, na której ja się nie znam, ale która z dowolnych powodów upatrzyła mnie sobie jako swojego promotora, mam z mocy prawa obowiązek podjęcia się nad nią opieki naukowej? Pal diabli mnie, ale wyobraźmy sobie profesora, który dysponuje cenną i rzadką aparaturą naukową. Oto przychodzi do niego człowiek, który powiada, że chce na tej aparaturze robić projekt, który profesora nie interesuje, który zabierze profesorowi czas aparaturowy potrzebny do realizacji jakichś innych badań, i ten profesor ma - poza uzasadnionymi przypadkami - obowiązek taką osobę przyjąć jako swojego doktoranta? To chyba jakiś żart.

3. Konkluzje

Twierdzę, iż proponowana reforma przyczyni się do obniżenia poziomu prac doktorskich i habilitacyjnych. Przy okazji reforma

  • Ogranicza przywilej mianowania do osób z tytułem profesora (dotychczasowi profesorowie "podwórkowi" zachowają mianowanie, ale nowe mianowania będą otrzymywać tylko osoby z tytułem naukowym; adiunkci, w tym adiunkci habilitowani, mianowanie stracą).
  • Zmusza rektorów uczelni publicznych do odsyłania na emerytury pracowników naukowych, którzy osiągną wiek emerytalny; nie dotyczy to profesorów z tytułem naukowym - ci mogą pracować do ukończenia siedemdziesięciu lat. Kilka wyroków Sądów Pracy stwierdziło, że pracownika nie można zmuszać do przejścia na emeryturę - prawo do emerytury nie jest obowiązkiem emerytalnym. W niektórych przypadkach (oficerowie wojska) prawo do emerytury z mocy prawa staje się obowiązkiem emerytalnym, ale nie sądzę, żeby należało to rozciągać także na nauczycieli akademickich. Zwracam wszakże uwagę, że przepis ten dotyczy tylko uczelni publicznych - emerytowani nauczyciele akademiccy, którzy chcą i mogą jeszcze pracować, będą mogli szukać zatrudnienia na uczelniach prywatnych. Reforma kreuje zatem całkiem oficjalny kanał transferujący nauczycieli akademickich z sektora publicznego do prywatnego, przy czym na uczelni prywatnej godzić się oni będą na gorsze stawki, żeby nie stracić prawa do emerytury, psując tym samym rynek. Zadziała prawo Greshama. Po co uczelnia prywatna miałaby zatrudniać młodego doktora, skoro za mniejsze pieniądze może zatrudnić starego doktora, który co prawda może i stosuje archaiczne metody dydaktyczne, ale do wszelkich uprawnień liczy się tak samo, jak młody. Młody doktor będzie musiał zgodzić się na te gorsze stawki, a że będzie musiał utrzymać rodzinę, będzie brał nadgodziny i chałtury zamiast zajmować się nauką.

Profesorom z tytułem naukowym nowa reforma nie robi żadnej krzywdy, przeciwnie, wzmacnia ich pozycję (mianowanie, emerytura) oraz znacząco w stosunku do stanu obecnego podwyższa bariery otrzymania tytułu profesora. W tej sytuacji uważam, że proponowana reforma, po pierwsze, stanowi wyraz obrony interesu korporacyjnego osób z tytułem profesora, a więc osłabia elementy konkurencyjne w obrębie tej korporacji, po drugie, sztucznie poprawia pozycję uczelni niepublicznych wobec uczelni publicznych.

Głównym efektem tej reformy, wbrew deklarowanym przez jej proponentów celom, będzie obniżenie i poziomu badań naukowych, i kształcenia wyższego w Polsce.

czwartek, 01 kwietnia 2010

Ukoronowaniem kariery naukowca jest tytuł profesora, zwany formalnie "tytułem naukowym" i przyznawany w Polsce przez prezydenta. Ten akt jest poprzedzony całą żmudną procedurą, mającą zapewnić, że osoba, której tytuł naukowy zostaje przyznany, w istocie na to zasługuje. Jednym z wymogów było dotąd wypromowanie co najmniej jednego doktora. Ogłoszony dwa dni temu projekt ustawy zmieniającej ustrój szkół wyższych i zasady przyznawania stopni i tytułu naukowego, podwyższa ten próg. Według Art. 26 pkt. 3 projektu, tytuł naukowy może być przyznany osobie, która, między innymi,

posiada osiągnięcia w opiece naukowej – uczestniczyła co najmniej trzy razy w charakterze promotora w przewodzie doktorskim oraz co najmniej trzy razy w charakterze recenzenta w przewodzie doktorskim lub postępowaniu habilitacyjnym

To jest poważne podniesienie wymagań. Rozumiem intencje - profesorem z tytułem naukowym, a nie profesorem uczelnianym ("podwórkowym", jak to się mówi) powinny zostawać tylko osoby naprawdę wyrózniające się. Jeden doktorat w ocenie projektodawcy nie wystarcza, osoba świeżo po habilitacji szybko stara się kogoś wypromować (jeżeli tylko są jacyś kandydaci). Szybko, a więc być może kiepsko, a koledzy pozytywnie recenzowali po znajomości, żeby doktor habilitowany mógł zostać profesorem - taka, jak przypuszczam, mogła być intencja projektodawcy. Jeśli kandydat wypromuje trzech doktorów, a, to co innego, to już nie jest byle co. Obawiam się, że skutek będzie sokładnie przeciwny do zamierzonego.

  • Ponieważ wypromować trzech doktorów w istocie jest trudniej niż jednego, proponowany przepis przyczyni się do inflacji doktoratów. Doktorzy habilitowani marzący o tytule naukowym będą promować byle kogo, na byle jakiej podstawie, byle szybko - taka przynajmniej będzie pokusa. I, jak się obawiam, taka będzie praktyka.
  • Sądzę ponadto, że przepis ten można odczytywać jako obronę interesu korporacyjnego obecnych profesorów posiadających tytuł naukowy. Większość z nich otrzymala tytuł naukowy po wypromowaniu jednego doktoranta (potem większość z nich wypromowała kolejnych), a teraz podwyższają bariery broniące wstępu do tego grona.

I to nie jest Prima Aprilis.

P.s. Oj, nie będę profesorem...

niedziela, 28 marca 2010

Dawniej było tak: Ktoś, kto planował karierę naukową, po ukończeniu studiów (w nowszej terminologii: studiów magisterskich) zostawał asystentem na uczelni lub w instytucie naukowym i pracował: prowadził ćwiczenia ze studentami i badania naukowe, których zwieńczeniem był doktorat. Wtedy mógł stwierdzić, że został naukowcem.

Później system się zmienił, otwarto studia doktoranckie, co było bardziej "po amerykańsku". Z punktu widzenia doktoranta to, co człowiek robił, nie różniło się zbytnio od dawnej roli asystenta, może nawet było trochę lepiej z uwagi na mniejsze obciążenie dydaktyczne, ale nastąpiła istotna różnica formalna: doktorant nie pracuje, tylko studiuje, ze wszelkimi konsekwencjami formalnoprawnymi tego stanu rzeczy, za co otrzymuje marne stypendium. Jednocześnie następował systematyczny spadek poziomu studiów magisterskich. Zupełnie osobną kwestią jest to, dlaczego poziom studiów magisterskich się obniżał - zwalanie wszystkiego na spadek poziomu szkół średnich nie tłumaczy całego zjawiska, zresztą jest to tylko przeniesienie pytania o poziom niżej.

Teraz, wraz z wprowadzaniem nieszczęsnego systemu bolońskiego, studia doktoranckie przemianowano na studia III stopnia. Doktoranci mają indeksy, gromadzą wpisy za zaliczenia, prowadzą zajęcia, a konieczność prowadzenia badań naukowych jakby schodziła na dalszy plan. Okazuje się, że całkiem sporo osób kończy studia doktoranckie - kończy, nie przerywa - ale nie broni doktoratu, tak, jakby sam doktorat był tylko jakimś opcjonalnym dodatkiem. Do tego poziom studiów magisterskich spada na łeb, na szyję. W tej sytuacji zacząłem podejrzewać, że na studia doktoranckie idą ludzie, którzy nie tyle planują prowadzenie badań naukowych, ile po prostu chcą się czegoś nauczyć. Niedawno pewien doktorant in spe zamieścił taki oto wpis:

w ciagu kilku ostatnich lat nastapila ogromna dewaluacja poszczegolnych stopni edukacji, robi mi sie naprawde przykro kiedy pomysle, ze na roku ze mna studiuje osoba, ktora nie potrafi czytac - toc jej edukacja powinna zatrzymac sie maksymalnie na szkole zawodowej a za kilka miesiecy bedzie ona posiadala tytul magistra. W zwiazku z czym w tej chwili doktorat to w moim odczuciu po prostu taki starszy magister, a byc moze powojenna matura.

Oto zabrzmiał vox populi. Z tą maturą to jednak przesada, ale widać, że tytuł magistra niewiele już znaczy. A jednocześnie ministerstwo, idąc za światłymi rekomendacjami E&Y, usilnie stara się obniżyć poziom jeszcze bardziej. Jakiś czas temu Gazeta Wyborcza - w tonie, a jakże, entuzjastycznym - pisała o nowym bycie, kolegiach akademickich: mają kształcić licencjatów, ale mają mieć elastyczne programy, studia będą dostosowane do potrzeb rynku, trzeba stawiać na praktyczną naukę, studia tam będą przygotowane tak, żeby były bardziej zbliżone do realiów rynkowych, żeby bardziej przypominały środowisko pracy.

Słowem, kolegia akademickie mają przygotowywać ludzi do pracy w firmach. Dostosowanie do potrzeb rynku w rzeczywistości oznacza, że będzie to rodzaj przeszkolenia zawodowego. Za moich czasów coś takiego nazywało się szkołą pomaturalną. Pracodawcy chętnie przerzucą koszt przeszkolenia pracowników na budżet państwa. Najgorsze jednak jest to, iż takie kształcenie nie ma nic wspólnego ze studiowaniem, tym niemniej absolwenci mają otrzymywać tytuł licencjata. To musi obniżyć poziom licencjatów na prawdziwych uczelniach, a skoro licencjatów, to i magistrów. A skoro magistrów, to i doktorantów, pardon, uczestników studiów III stopnia.

sobota, 06 lutego 2010

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło wczoraj Strategię Rozwoju Szkolnictwa Wyższego w Polsce do roku 2020. Strategię, na zlecenie Ministerstwa, opracowała firma doradcza Ernst & Young, za 1,7 mln złotych. Dokument ten, omawiany już na wielu forach, zawiera szereg rekomendacji. Część z nich jest lepsza, część gorsza, ale kilka budzi mój sprzeciw:

  • Zakaz zatrudniania własnych doktorów. Uczelnie publiczne przez dwa lata nie będą mogły zatrudniać osób, które uzyskały na nich doktorat. Ma to wyeliminować "chów wsobny" tudzież wymusić mobilność. Mobilność to słowo-klucz. Nie możesz być dobrym naukowcem, jeśli nie otarłeś się o inne uczelnie. To prawda, tak to działa na przykład w Ameryce, ale autorzy Strategii nie wzięli pod uwagę ograniczeń, warunków brzegowych. Gdzie i za co młody doktor miałby się przeprowadzić? Za co wynająć mieszkanie, gdy pensja młodego doktora nie wystarcza na wynajęcie czegoś w dużym mieście po cenach rynkowych? Co ze współmałżonkiem doktora? W Polsce społeczeństwo w ogóle jest mniej mobilne, niż w Ameryce, wyjazd do innego miasta za pracą - i to nie ze wsi, ale z miasta uniwersyteckiego! - jest nam kulturowo obcy. W porządku, być może trzeba to zmienić, uczelnie powinny być otwarte na osoby z zewnątrz, ale nie sądzę, żeby administracyjny nakaz był najlepszą metodą. Duże dyscypliny, uprawiane na wielu uczelniach, szybko znajdą sposób na obchodzenie zakazu: nasz doktorant formalnie będzie się bronił w Instytucie Fizyki Jądrowej, na AGH lub w Katowicach, doktorant z Katowic u nas. Przecież nie ma prawnego obowiązku bronienia się na uczelni, na której odbywało się studia. A jeśli takiej możliwości nie będzie, młodzi doktorzy mogą zostać zmuszeni do porzucenia dalszej kariery akademickiej.
  • Kandydat na profesora musi przepracować łącznie co najmniej trzy lata poza własną uczelnią. Znów, w teorii pomysł jest znakomity, przyszły profesor musi mieć obycie w świecie, musi zetknąć się z innymi projektami i inną kulturą naukową, musi wystawić się na krytykę "obcych". Ach, żeby tylko pani minister mogła administracyjnie zapewnić miejsca pracy dla kandydatów na profesorów! W rzeczywistości może dojść do tego, że klasyczny wieloetatowiec będzie spełniać ten warunek - przecież pracował poza swoją uczelnią - podobnie jak osoba, która nigdzie długo nie zagrzała miejsca, i to niekoniecznie  ze względu na ciekawość intelektualną pchającą ją do nowych wyzwań, a ktoś, kto pracował w jednym miejscu, nawet na światowym poziomie, będzie bez szans. Albo kandydat na profesora będzie musiał pogodzić się z czasowym spadkiem dochodów i prestiżu, popracować pewien czas w gorszej uczelni. Czego on się tam nauczy? I czy będzie miał gdzie pracować, bo przecież Strategia zakłada konsolidację i likwidację małych uczelni, także ze względów demograficznych. Oj, chyba nie zostanę profesorem. O tym, czy ktoś na stanowisko profesora zasługuje, powinny decydować nie formalne kryteria administracyjne, ale uzyskane wyniki - publikacje, zaproszone wykłady na konferencjach. (Oj, chyba nie zostanę profesorem.) Strategią obronną będzie mianowanie na stanowiska profesorów podwórkowych, pardon, uczelnianych, wszystkich doktorów habilitowanych tuż przed wejściem reformy w życie. Obawiam się, że oba te sposoby na administracyjne wymuszenie mobilności będą w wielu wypadkach działać raczej zniechęcająco niż mobilizująco.
  • Zakaz wieloetatowości - pracownik uczelni akademickiej będzie mógł poza własną uczelnią pracować co najwyżej na pół etatu. Dotyczyć ma to też działalności gospodarczej. Świetny pomysł, który mnie zresztą powinien być obojętny - fizyków nikt nie potrzebuje, więc ich na drugim itd etacie nie zatrudnia. Takie obostrzenia są zrozumiałe, o ile prestiż i wynagrodzenie pracownika uczelni są na tyle duże, żeby rekompensować utratę potencjalnych zarobków gdzie indziej. Tymczasem na sama strategia zakłada, że do roku 2020 realne wynagrodzenia pracowników uczelni mają wzrosnąć o 30%. To zbyt mało. Ha, już widzę naszych licznych profesorów prawa (nomina sunt odiosa), którzy porzucają swoje kancelarie adwokackie, żeby móc pozostać na uczelni. Podobnie pracowników wydziałów medycznych, porzucających swoje gabinety. Nawiasem mówiąc, pracownicy wydziałów medycznych bardzo często mają tylko cząstkę etatu akademickiego, w ramach którego uczą i prowadzą badania naukowe, oraz cały, lub też jakiś ułamek, etatu z PSK, w ramach którego leczą ludzi. Czy teraz będą musieli przestać leczyć, czy też będą leczyć za darmo? Czy wysoko opłacanym specjalistom z E&Y w ogóle to przyszło do głowy?
  • Likwidacja stypendiów naukowych. Środki przeznaczane obecnie na stypendia naukowe pójdą na zwiększenie liczby i wysokości stypendiów socjalnych, aby zwiększyć dostępność darmowych studiów. Stypendia mają być przyznawane nie przez uczelnie, ale przez Ośrodki Pomocy Społecznej. Ubóstwo nie powinno być barierą do studiowania, powinny być liczne programy stypendialne wspierające niezamożnych, ale zdolnych studentów. No właśnie, zdolnych. Po wejściu w życie ministerialnych propozycji takie samo wsparcie otrzyma student biedny, ale zdolny i pracowity, jak i biedny leniwy kombinator, któremu zależy tylko na tym, żeby utrzymać się na studiach, bo dzięki temu dostaje stypendium. To jest po prostu głupie. I jak ma się to do deklarowanego celu, jakim ma być podniesienie i poziomu wykształcenia, i jakości badań? Ano, nijak.
  • Ostateczna likwidacja jednolitych studiów magisterskich. Tak zwany "proces boloński", podział studiów na studia I i II stopnia, uznanie studiów doktoranckich za studia III stopnia, to katastrofa, zupełnie nieprzystająca do polskich warunków i tradycji (pracodawcy osoby z samym licencjatem traktują jak ludzi z niepełnym wykształceniem!), ale OK, jakoś sobie z tym radzimy. Ale teraz co, będzie licencjat z prawa? Licencjat z medycyny?! Przywracamy zawód felczera?
  • Wprowadzenie kategorii uczelni badawczej. Uczelnia badawcza ma prowadzić badania, zatrudniać personel pod kątem ich pozycji naukowej, nie zaś potrzeb dydaktycznych, ma obowiązek prowadzić studia III stopnia i może prowadzić studia I i II stopnia, na uczelni badawczej na jednego pracownika naukowego ma przypadać mniej studentów, niż na uczelni akademickiej. Jak rozumiem, mają się z tym łączyć większe pieniądze na badania. Nie wiem, jakie będą szczegółowe kryteria, ale jeśli mały stosunek liczby studentów do pracowników potraktować literalnie jako wymóg, wielkie uczelnie - Uniwersytet Warszawski, Jagielloński i inne czołowe uniwersytety - prowadzące masowe, popularne kierunki studiów, nie będą mogły stać się uczelniami badawczymi. Za to instytuty naukowe, które prowadzą studia doktoranckie, będą mogły formalnie zjednoczyć się w uniwersytet, uzyskać status uniwersytetu badawczego i spić całą śmietankę. Kudrycka jako eksponent lobby instytutów naukowych?
  • Zwiększenie kontroli ministra nad uczelniami państwowymi. Tak, duże uczelnie państwowe są źle zarządzane, ale pomysł, że scentralizowana kontrola jest najlepszym remedium, to jest etatystyczna aberracja. Uczelnie, także państwowe, będą mogły upadać (w sensie prawa upadłościowego). Czy to ma oznaczać, że uczelnie staną się przedsiębiorstwami nastawionymi na zysk? W ogóle różnica pomiędzy uczelniami państwowymi a prywatnymi zaciera się - tyle, że uczelnie prywatne będą miały większą autonomię, niż państwowe. Minister Kudrycka jednak jest eksponentem interesów uczelni prywatnych.

Jednocześnie pani minister Kudrycka opublikowała artykuł, w którym zachwala swoją strategię. Artykuł jest cukierkowo niekonkretny, pełno w nim haseł, pobożnych życzeń, ale żadnych gwarancji. I jeszcze te stereotypy: Natalia - kobieta -  to "dociekliwa humanistka", która "skoncentruje się na psychologii społecznej [...] i intensywnej nauce języków obcych", Wojtek - mężczyzna - to "umysł ścisły i praktyczny", który wobec tego pójdzie na politechnikę. Mnie zaś uderza wizja pani minister: uniwersytety to humanistyka, kierunki ścisłe to politechnika, która "musi zbliżyć swoją ofertę dydaktyczną do oczekiwań przedsiębiorców", są jeszcze wyższe szkoły zawodowe. A gdzie badania podstawowe, od matematyki po biologię? W wizji pani minister najwyraźniej nie ma na nie miejsca.

Mam nadzieję, że ten projekt reform nie wejdzie w życie.

 
1 , 2